piątek, 27 marca 2009

Żona cesarza

   Prezes wszystkich prawych i sprawiedliwych na tym łez padole od lat powtarza, jak mantrę, że tylko jego pozytywni bohaterowie na skale są zdolni przeprowadzić z powodzeniem naszą nawę państwową przez mętne wody wzburzonej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Wszystko dlatego, że są krystalicznie czyści w intencjach i rękach oraz pozbawieni wszelkich niecnych skłonności i słabości. Są politycznie honorowi, nie biorą łapówek, a nawet nie jeżdżą po pijaku i nie biją osobistych żon. Znaczy to, że wszyscy kanceliści prezesa są jak żona cesarza, poza wszelkimi podejrzeniami. Życie  ukazuje jednak co rusz zupełnie inny wizerunek tych państwowych kryształów. Widać czarno na białym, że jeśli chodzi o żonę cesarza, to bliżej im do Messaliny, aniżeli oktawianowej Liwii. 

Potwierdzają to ostatnie aresztowania w naszym Urzędzie Marszałkowskim. Zastępcy dyrektora Kędzierskiego od konkursów kadrowych i obrotnej sekretarce postawiono zarzuty korupcyjne. Nie wiadomo dlaczego antykorupcjonistów Kamińskiego wyręczyli w tym policjanci. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że do odpowiedzialności za stan moralności urzędniczej ani ciut, ciut nie poczuwa się marszałek Cholewiński, de domo z włości pysznickiej. Uważa on ponadto, że ten przypadek jest przejawem głupoty urzędniczej. Wygląda na to, iż gdyby nie dali się złapać, byliby nadal urzędnikami mądrymi w prawości i sprawiedliwości i w dodatku honorowymi. Przy okazji powychodziło cały szereg innych zafajdanych przypadłości tego urzędu, jedynego już w Polsce rządzonego przez PiS. Zatrudnienie prowadzone na nepotycznych zasadach wzrosło w ostatnich latach o ponad 300 pracowników, natomiast poziom i jakość pracy, ani trochę. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że jest to przejaw demokracji. Według niego dyktatura władzy jest wówczas, gdy ta władza robi co chce, a obywatele nie mają prawa wtrącać się. Natomiast w demokracji obywatele mają prawo wtrącać się, a władza robi co chce. Sprawa jest ponoć rozwojowa. Ale skoro nadający się na sołtysa Zygmunt Cholewiński rozwinął się aż na marszałka, to okulałe nawyki urzędnicze rozdmuchanej rzeszy zatrudnionych podlegają także rozwojowi.

Roman Małek

niedziela, 22 marca 2009

Na zdrowie Pań!

   Międzynarodowy Dzień Kobiet! Cóż to jest? Historyczna cezura wyjścia kobiet z politycznego niebytu, pora eksplozji uwielbienia dla piękniejszej części społeczeństwa, czas męskich wędrówek z kwiecistym argumentem w ręku? Pewnie wszystkiego po trochu, ale nie dla wszystkich. Również i w tym roku przy okazji tego sympatycznego święta dali głos popaprani znawcy przedmiotu, którym albo powypadały już zęby mądrości, albo takowe nigdy nie wyrosły i pozostali na zasmarkanym etapie rozwoju intelektualnego i emocjonalnego. Otóż jest to dla nich paskudny wytwór komunistyczny. Nie wiem, gdzie oni w Polsce widzieli ten komunizm zamiast PRL-u, ale im wszystko kojarzy się, jak szeregowcowi Pietruszce chusteczka, a kurtykowcom z IPN Wałęsa. Aż dziw bierze, iż jeszcze nie napiętnowali wielu innych spraw związanych z paniami. Przecież koniecznie trzeba zlustrować negatywnie niejakiego towarzysza Adama zamieszkałego w Raju, który wybrał na sekretarza rajskiej podstawowej organizacji partyjnej towarzyszkę Ewę, agentkę KGB. Z inspiracji komunistów wydała mu polecenie partyjne, aby rąbnął pięć kilo rajskich jabłek najwyższego miczurinskogo sorta. Zgroza! Z tego powodu Macierewicz z Sakiewiczem muszą obejść się rajskim smakiem i walczyć z komuną, począwszy od stadium zygoty. A taka królowa Saby? Toż to przecież nikt inny, jak udająca dziewicę agentka Dzierżyńskiego, która po to przybyła z pół tysiącem innych  dziewic na dwór króla Salomona, aby podstępnie i kusząco wyciągnąć od niego skrywane tajemnice Starego Testamentu! I wreszcie komunistyczny agent Jan Sztaudynger też zasługuje na całopalenie za swoją agenturalną robotę w naszym katolickim narodzie. Ośmielił się zmienić podstępnie jedno z ważniejszych przykazań dekalogu i wywyższać ponad miarę znaczenie kobiety. Napisał bowiem ten komunistyczny lubieżnik – Nie będziesz miał cudzych bogów / prócz kobiecych nogów. 

Głupota nie powinna jednak przysłaniać nam oglądu świata realnego. Dlatego wszystkim znanym mi z bliska i oddalenia paniom życzę całorocznego doświadczania męskich hołdów i satysfakcjonującego spełnienia swojej urokliwej kobiecości. Natomiast wzmiankowanym wyżej znawcom z bożej łaski życzę zdrowia, bo na rozum za późno.

Roman Małek

Współczuję patronowi

   Prezes Kaczyński stanął w nowym tysiącleciu na czele zdrowych sił narodu i postanowił żarem wewnętrznym swojej nieskazitelnej partii wypalić wrzód politycznej chućpy panującej w publicznych mediach. Rzekomo były one zawłaszczane bandycko i w sposób bezprzykładny wykorzystywane do haniebnego obnażania tego w jego partii, co nie nadawało się do obnażania. Z kolei nie obnażano tam tego, co według prezesa, boskiej Szczypińskiej i Macierewicza należało obnażać. 

   Po wygranych wyborach kombinował, jak tu dorwać się do władzy medialnej, która podniosłaby nie tylko jego wizualny wzrost. Zafundował sobie przystawki giertychowsko-lepperowskie. One odpuściły mu w Sejmie, on im w mediach. Biedactwo uważało, że przystawki dadzą pożreć się z kretesem. Te jednak zbiesiły się po ziobrowaniu  sprawiedliwym i dutkaniu politycznym na strychu. Chłopaki skrzyknęły się i wzięły sprawę w swoje ręce, czyli zaczęły rządzić w mediach publicznych. Wpierw wywaliły na zbity pysk pisowskie filary z radia, a później podnóżek Lecha Kaczyńskiego z telewizji, za przeproszeniem, publicznej. Na nic zdały się lamenty Urbańskiego i spółki, lanie łez na medale Kaczyńskich i łażenie po sądach. Piotr Grzegorz Farfał z LPR, wybitny skinhead, neonazista i wszechpolak znamienity, rozpoczął wielkie sprzątanie w TVP wywalając wszystko, co kojarzy mu się źle. Czyli skutecznie dorwał się do telewizyjnego pilota na Woronicza. A kto ma w ręku pilota, ten ma władzę telewizyjną. Bez zbędnych ceregieli postanowił postawić na swoich niefachowców w terenie. Czyli wszystko zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, że nie zamierza zajmować się politycznymi rozgrywkami, lecz pchać na nowe boczne tory redakcyjny profesjonalizm. Wtajemniczeni twierdzą, że nawet patronowi medialnemu, świętemu Franciszkowi Salezemu, który widział już niejedno w swoim patronowaniu, kopara z wrażenia opadła, trzasnął w kąt swoim atrybutem, czyli otoczonym cierniową koroną sercem przeszytym strzałą i poszedł na ryby, gdy dowiedział się, że wodzem rzeszowskiej telewizji Farfał mianował górnika specjalizującego się w gazetkach ściennych.

   Skąd wziął się ten telewizyjny geniusz na trudne kryzysowe czasy? Z dobrego styropianowego rodowodu. Tadeusz Górczyk z jasielskiego cyrkułu, bo o nim mowa, ma solidne przygotowanie zawodowe. Tyle tylko, że zupełnie nieprzydatne w kierowaniu ośrodkiem telewizyjnym. Posłowanie, sekretarzowanie w jasielskiej radzie, czy dyrektorowanie w Zakładzie Obsługi Urzędu Wojewódzkiego ma tyle wspólnego ze znajomością organizowania pracy ośrodka telewizyjnego co grzybiarz z leśnikiem. Pochwalił się, że zaglądnął nawet w papiery personalne, ale jeszcze ich nie ogarnął, a musi. Ba, twierdzi, że ma nawet poglądy polityczne, ale ich za chińskiego boga nie ujawnił. Może to i lepiej, dla tych poglądów, oczywiście. Już raz, w maju 2007 roku, próbowano usadzić go na tym stołku, ale nieskutecznie, bo telewizyjne pismaki zrobiły taki raban, że władzy rura zmiękła. Teraz był więc kandydatem jakby lekko przeterminowanym, ale przeszedł gładko. Tylko Rada Nadzorcza zaczęła kręcić nosem, ale nie dlatego, że Górczyk tak  nadaje się na telewizyjnego bossa, jak moja teściowa na primabalerinę, ale dlatego, że kontrakt poprzednika wygasa w kwietniu i przesuwając termin zmiany wodza, będzie można nieco zaoszczędzić.

   W rzeszowskiej telewizji podniesiono oczywiście raban. Zakładowa „Solidarność” zdecydowanie całą sprawę oprotestowała. Szkoda tylko, że nie uświadamia sobie, że to nie czasy związkowych protestów w mediach. Związki mają tam aktualnie mniej więcej tyle do powiedzenia, co Żyd w czasie okupacji. Ale skoro inny renesansowy specjalista Zbigniew Sieczkoś może szefować Radzie Nadzorczej w Polskim Radiu, to dlaczego Górczyk nie może spróbować swoich górniczych talentów w telewizji? A nuż dokopie się do skarbnicy mądrości? Przecież obiecał niczym ten Farfał, że będzie robił wszystko, a nawet jeszcze więcej, aby nikogo nie zwalniać! Ot, taki sobie skromny przejaw demokratycznej praktyki w przesadnie demokratycznym kraju.

Roman Małek 

Zeszmalcowienie

   Pomimo że prezes Kaczyński ogłosił wszem i wobec koniec wojny PiS ze wszystkimi i przejście do elitarnego kręgu ludzi kulturalnych w obyciu, praktyka życia politycznego rozjechała się zdecydowanie z deklaracjami. Wszystko nadal toczy się ustalonym trybem, poza zmianą kilku twarzy pojawiających się w mediach. Te zużyte przeszły do trzeciego szeregu, a pojawiły się świeższe, chociaż nie mądrzejsze. Osobiście żal mi zabranego z ekranu konterfektu boskiej Szczypińskiej i zadowolonego kluskowca Gosiewskiego. No i kto teraz zbuduje metro i tramwaj we Włoszczowie? Tym razem jednak postanowiłem dowartościować językowe talenty innej opcji politycznej.

Chory debil – za to pieszczotliwe miano, nadane kumplowi ze styropianu, Lech Wałęsa został wyceniony przez sąd na ponad siedem tysięcy złotych grzywny z dodatkami. Pewna racja logiczna w tym jest. Gdyby bowiem Wałęsa rzucił samym debilem nie byłoby nieszczęścia. Przecież zdiagnozowałby wówczas Wyszkowskiego, jako kogoś zdolnego nauczyć się czytać, pisać i rachować oraz wykonywać nieskomplikowane prace, chociaż pozbawionego przez Bozię daru abstrakcyjnego myślenia. Ale taki niedostatek intelektualny nie należy przecież do rzadkości wśród rodzimych elyt. Panu prezydentowi zechciało się jednak kwiecistej polszczyzny i dorzucił przymiotnik chory. A ta zniewaga już krwi wymaga, gdyż onże Wyszkowski jest zdrów, jak bałtycka flądra, albo nawet morświn. Ponadto prezydent porównał go również do małpy z brzytwą. Gdyby chociaż skorzystał z mądrości Darwina i porównał do małpy bezogoniastej, stojącej w hierarchii bliżej człowieka, może także upiekłoby mu się. A tak, odbiorca tej nieprecyzyjnej metafory mógł krzywdząco uznać, że chodzi o jakiegoś pawiana i w dodatku z brzytwą. Taż obcinanie ogonów murowane!

Szkodnik państwowy – to nowy tytuł nadany przez Stefana Niesiołowskiego myszowatemu Macierewiczowi. Sądzę, że tytuł nadany trochę na wyrost. Że szkodnik, to każdy widzi. Ale żeby od razu państwowy? Fakt, że wszystko psuje wokół siebie, nawet powietrze, jeszcze nie świadczy o jego wpływie na losy państwa. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie traktuje go poważnie, zwłaszcza w istotnych kręgach politycznych. Jest on postrzegany jako znakomite ogniwo folkloru politycznego, w którym z wielkim powodzeniem odgrywa rolę normalnego inaczej. Wyuczył się udanie kilku formułek, które wygłasza niezależnie od zadanego tematu. To samo rzecze pytany o opinię na temat genialności prezesa, losu mnichów tybetańskich, jak i wpływu zaćmienia Słońca na ciąże mnogie u rogacizny.

Ubeckie gnioty – tak Lech Wałęsa wykwintnie ocenił wiekopomną twórczość IPN i relikwie, do których modlą się w tym śmietniku historii miłośnicy wszelkiej niedorzeczności historycznej. Niezawisły sąd przyznał prawomocnym orzeczeniem byłemu prezydentowi status pokrzywdzonego i wynikające stąd uprawnienia. Natomiast inkwizycja IPN napisała własny wyrok w tej sprawie i na tej podstawie odmawia Wałęsie dostępu do swoich kwitów. W każdym cywilizowanym kraju kurtykowcy byliby ścigani za łamanie prawa. U nas mają się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Za swoje bezprawie są premiowani. Funkcjonariusze dostali stosowne podwyżki, a IPN w Rzeszowie dodatkowy full wypas obiekt przy ul. Szopena. Urzędnicy miejscy, czy nawet marszałkowscy o takim standardzie mogą sobie tylko pomarzyć. Naprawdę warto zwiedzić przybytek IPN przy Szopena. Nie zdążyli jeszcze zbudować sobie płotu, aby firma mogła skutecznie chronić się przed entuzjazmem podatników. 

Zeszmalcowienie – według Kazimierza Kutza i kilku światlejszych obserwatorów naszej rajskiej rzeczywistości, to dominująca cecha życia państwowego. I wcale nie chodzi im o korupcję lecz o wszechobecne przejawy przeliczania wszystkiego na mamonę i wycenianie wszystkiego w wartościach ekonomicznych. Szmalcownik zawsze kojarzył się źle, ale aż tak źle, jak obecnie jeszcze nigdy. Cała frazeologia społeczna i polityczna została sprowadzona do nadętej fasady zbudowanej z kłamstw, obłudy, a w najlepszym przypadku zręcznie sprokurowanych półprawd. Przecież od głoszenia tych niestrawności już nawet orły na medalach władzy zaczynają rzygać. A z pozoru wydaje się, że nasi wybrańcy nie zgadzają się między sobą nawet co do tego, która jest godzina. Rzeczywista walka toczy się nie o rację stanu czy jakieś wartości abstrakcyjne, lecz najzwyczajniej o dostęp do potęgi pieniądza. A to jest już zeszmalcowieniem najwyższej klasy!

Roman Małek