Dobiega końca kadencja Parlamentu Europejskiego. Cóż tam nasi wybrańcy, europejczycy pełną gębą, zdziałali? A, mniej więcej tyle samo, co w naszym rodzimym parlamencie. Niewielka część starała się robić coś sensownego, a większość obijała się, ośmieszała nas i plotła różne idiotyzmy. Niektórzy próbowali nawet je realizować, organizując Europie pod prąd jakieś akcje. W sumie kilku spośród 54 parlamentarzystów z mozołem starało się zbudować pozytywny wizerunek Polski po to, aby pozostała większość miała co spieprzyć. Ale jak można dziwić się temu, skoro z Ligi Polskich Rodzin wysłaliśmy tam starego Giertycha, który oficjalnie szczyci się tym, że wszystkie głosowania przerżnął z kretesem? Co mieli tam do powiedzenia ci, którzy językami sprawnie posługiwali się, ale wyłącznie tymi u butów, ponieważ nawet ojczysty niemiłosiernie kaleczą? Gdy na to nałożymy żałosny spór prezydencko-rządowy o użyczenie unijnego stołka do posiedzenia sobie w Brukseli, trudno dziwić się, że traktują nas tam trochę jak osiodłanego pawia z papugą. I w taki nieskomplikowany sposób nastał koniec już na samym początku naszej kolaboracji z Europą.
Skoro wybory mają się odbyć, rozpoczęto pudrowanie i cukrowanie własnych kandydatów, szukając solidnego błota na innopartyjnych i gotując kampanijne hołubce, które zakończy gorączka wyborczej nocy z 7. na 8. czerwca. Oczywiście tę gorączkę przeżywać będą wyłącznie kandydaci i ich sponsorzy. Już na dzień dobry zgłoszono 20 komitetów wyborczych, w tym Związek Słowiański lansujący podlaskiego Marchołta grubego a sprośnego, czyli Krzysztofa Kononowicza, który wyróżnia się tym, że ma ładniejszy sweterek od Kurskiego i w dodatku jeszcze podlaską uszankę na zimę. Ażeby było weselej, ideowo przewodzi on partii Podlasie XXI wiek. Na taki pomysł nie wpadł by nawet Woody Allen. Komórkowy podział nastąpił w Samoobronie, gdyż zgłosiła się ona do wyborów w dwóch osobach prawnych.
Później nastąpiła najtrudniejsza faza przedwyborcza, ustalanie list wyborczych. Chętnych bowiem do napisania podania do elektoratu o przyznanie mandatu ze względu na ciężką sytuację materialną rodziny, jest nadmiar, a mandatów w całej Polsce jedynie pięćdziesiąt. Ponadto wszyscy chcieliby pisać, niczym w Porażu, z pierwszego rzędu. Bój toczy się bowiem o nie byle co! Chodzi o zgarnięcie w ciągu 5 lat coś ponad 4 mln złociszy. Przy takiej gaży nawet szóstka w totka bez solidnej kumulacji wysiada. I wtedy zaczęło się! Największe tornado przeszło przez zasłużony aktyw PiS, gdzie prezes demokratycznie wszystkich trzyma za mordę i preferuje zasadę starego H. Forda, który ogłaszał, że każdy ma prawo wybrać sobie kolor jego samochodu, byle był czarny. Kilku posłów z jego drużyny pierdyknęło mu drzwiami i poszło gdzie indziej. I tak radiomaryjna Anna Sobecka poszła do „Libertas”, nasz Mieczysław Janowski odkrył w sobie nagle powołanie małorolne, a Mojzesowicz po prostu poszedł sobie w kibini mater.
Na Podkarpaciu transfer Janowskiego nie jest największym wydarzeniem. W spadochronowym zrzucie rąbnął o podkarpacką glebę związkowy geniusz z Kolbuszowej, niejaki Krzaklewski Marian i od razu trafił w jedynkę na liście PO. W zrzucie nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie to, że Platforma powstała kiedyś właśnie przeciw Krzaklewskiemu. Czy może być większa ironia politycznego losu? W sumie ofertę mamy bogatą. Wybierać będziemy ze stu kandydatów wpisanych na 10 list. Wśród spadochroniarzy znalazł się u nas również Daniel Pawłowiec już niegdyś mizernie posłujący z Sieradza. Ale jak na polityczny plankton przystało zostanie pożarty nawet przez zwykłe wyborcze uklejki, a co dopiero grubsze ryby.
Teraz już tylko kampanijne słodzenie i lanie pomyj. Próbkę mieliśmy już na górze. Ku ogromnemu zdumieniu dowiedziałem się, że prezydent załatwił miliardy euro, balonowe mistrzostwa Europy, potęgę Gruzji i Konstytucję 3 Maja, natomiast rząd jedynie łzy, kryzys międzynarodowy i świńską grypę. Ze spotu wyborczego PiS wynika niezbicie, że jedynym Piłsudskim XXI wieku jest nasz prezydent, oczywiście zupełnie apolityczny. Czekam na ciąg dalszy. Będzie ciekawie. U nas na razie panuje względny spokój, mało ćwiczeń z plucia. Zdziwił mnie tylko 3 maja tłok z wieńcami przy Kościuszce. Kandydatów, oczywiście! A kandydat Andrzej Szlachta coś ze trzy razy obracał z wieńcem pod tego Kościuszkę. Przecież mógł sobie usprawnić robotę. Pójść raz i stanąć, a wcześniej zobowiązany umyślny donosił by mu wieńce z odpowiednią szarfą, po wyczytaniu przez spikera. Wówczas tylko by składał z ukłonem i wdziękiem. Ale wydaje mi się, że na Kościuszce nie zrobiło to większego wrażenia, pozostał nieporuszony.
Roman Małek