Pierwsza powakacyjna sesja tylko rozpoczęła się od zdawkowych uprzejmości i porównywania opalenizny rzeszowskiej z bardziej egzotyczną, a przede wszystkim kosztowniejszą. Szybko jednak wszystko wróciło do normy. Radny Kultys hurtowo wygłaszał tak głębokie sentencje, że aż musiał nurkować. Zaś radny Kiczek w poszukiwaniu utraconych możliwości wypowiadania nieprzemyślanych kwestii zachowywał się niczym powakacyjny Jacusik z II d, czyli zgłaszał się do odpowiedzi jeszcze przed zadanym pytaniem. Nawet w momencie, gdy kończył swoją kwestię oracyjną, już zgłaszał się do następnej. Zachodziła obawa, ze w tym zapale przewróci ławkę, tak potężnie nim szarpało skosem do przodu.
Wszystko zaczęło się od wkroczenia do sali obrad ekipy telewizyjnej. Od razu Kiczek na wyrywki niczego nie rozumiał, pieprzyła mu się kolej jednoszynowa z jednotorową, ale chciał musowo o zawiłościach technicznych dyskutować z projektantami. Tylko po co i o czym? O torze na szynie, czy szynie na torze? A może o torze bez szyny? Natomiast radny Kultys w sposób teatralny, godny niemal Holoubka, znakomicie popisał się nieznajomością twórczości Barei, prowadząc jakąś paralelę, której w żaden sposób nie można przykleić do kolei. Może tego „Misia” oglądał z szafy, albo ma jakieś freudowskie skojarzenia? Przecież tam nie chodziło o epatowanie gadżetem bez względu na koszty, tylko ośmieszenie naszych chocholich skłonności narodowych w zderzeniu z siermiężną rzeczywistością. W pewnym momencie nie zdzierżył potoku pustosłowia Kazimierz Greń i zgłosił wniosek o zamknięcie tego niezbyt sensownego bicia piany na sucho, czyli bez jaj. Niewygadany jeszcze Kultys przyłożył mu za to karykaturą demokracji. A że Greń nie patykiem robiony, od razu replikował, że karykaturę może on sobie zobaczyć we własnym lustrze. Na zakończenie tej kwestii radna Winiarska obwieściła, że jest mocno napalona na tę kolej i zaprasza malkontenta Kultysa na inauguracyjną przejażdżkę. Pani Józefo, czarno to widzę! To już lepiej zabrać się z radnym Jęczmienionką, przynajmniej głupot nie pieprzy i przystojniejszy.
Następna zawierucha w pokrzywach powstała przy okazji rozpatrywania projektu uchwały o udzielenie pożyczki MPK. Powróciły wszystkie fobie, bezsensy i wyważanie otwartych drzwi. Zacząłem obawiać się, że niektórzy radni cierpią na chroniczną amnezję, albo kiepsko idą im drukowane, gdyż przejawiają drastyczne braki w umiejętności czytania ze zrozumieniem. Przecież w żaden sposób nie można ich posądzić o lenistwo, zwłaszcza polemicznych stachanowców gryzących sesyjny mikrofon z lubością. Znowu wyrażali niepokój, proponowali rozmowy, konieczność porozumienia i ratowania tej najdoskonalszej w całej Unii jednostki. No i przede wszystkim opracowanie koncepcji kompleksowego rozwiązania sprawy. Mógłbym tych komunałów jeszcze trochę nasadzić. Tylko po co? Przecież odpowiedzi na nie są zawarte z stosownych dokumentach, które należało tylko przeczytać ze zrozumieniem, czego wymaga się również już od tego zasiadającego w oślej ławce II d.
Wreszcie pojawił się życiowy cel samorządowej aktywności radnego Kiczka w ostatnich miesiącach, czyli zobowiązania prezydenta do zakazu lokalizacji stacji bazowych telefonii komórkowych w terenach przewidzianych dla budownictwa mieszkaniowego. Chodzi o szkodliwość tych instalacji. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie są one szkodliwe na wieżach kościołów, a są szkodliwe we wszystkich innych miejscach? Może na tych wieżach są neutralizowane przez aniołów stróżów? Cała pikanteria tej inicjatywy radnego zawiera się w tym, że podjęta uchwała nie będzie wiążąca i zostanie uchylona, gdyż będzie podjęta niezgodnie z obowiązującym stanem prawnym. No i co z tego? Pogadać nie można? Wreszcie zgodzono się na lokalizację tych stacji, które nie przekroczą mocy 25 W. Takie uważane są za bezpieczne. Trochę uciechy było, gdy dyrektor Bańdur powiedział, że innych aktualnie nie instaluje się. Ale z epokową inicjatywą językową wystąpił radny Kultys, który wnioskował przetłumaczenie tych 25 W z języka technicznego na język budowlany. Znałem tylko dwóch tak wybitnych językoznawców, którzy mogli na coś takiego wpaść. Jednym był Józef Wisarionowicz a drugim sekretarz Leon Kotarba. Panie radny witam w elitarnym towarzystwie. Z satysfakcją porównam obydwie pana wersje językowe, a odniosę się do nich z należnym podziwem.
Roman Małek






