sobota, 19 września 2009

Chochoły Kwitną!

Pierwsza powakacyjna sesja tylko rozpoczęła się od zdawkowych uprzejmości i porównywania opalenizny rzeszowskiej z bardziej egzotyczną, a przede wszystkim kosztowniejszą. Szybko jednak wszystko wróciło do normy. Radny Kultys hurtowo wygłaszał tak głębokie sentencje, że aż musiał nurkować. Zaś radny Kiczek w poszukiwaniu utraconych możliwości wypowiadania nieprzemyślanych kwestii zachowywał się niczym powakacyjny Jacusik z II d, czyli zgłaszał się do odpowiedzi jeszcze przed zadanym pytaniem. Nawet w momencie, gdy kończył swoją kwestię oracyjną, już zgłaszał się do następnej. Zachodziła obawa, ze w tym zapale przewróci ławkę, tak potężnie nim szarpało skosem do przodu.

Wszystko zaczęło się od wkroczenia do sali obrad ekipy telewizyjnej. Od razu Kiczek na wyrywki niczego nie rozumiał, pieprzyła mu się kolej jednoszynowa z jednotorową, ale chciał musowo o zawiłościach technicznych dyskutować z projektantami. Tylko po co i o czym? O torze na szynie, czy szynie na torze? A może o torze bez szyny? Natomiast radny Kultys w sposób teatralny, godny niemal Holoubka, znakomicie popisał się nieznajomością twórczości Barei, prowadząc jakąś paralelę, której w żaden sposób nie można przykleić do kolei. Może tego „Misia” oglądał z szafy, albo ma jakieś freudowskie skojarzenia? Przecież tam nie chodziło o epatowanie gadżetem bez względu na koszty, tylko ośmieszenie naszych chocholich skłonności narodowych w zderzeniu z siermiężną rzeczywistością. W pewnym momencie nie zdzierżył potoku pustosłowia Kazimierz Greń i zgłosił wniosek o zamknięcie tego niezbyt sensownego bicia piany na sucho, czyli bez jaj. Niewygadany jeszcze Kultys przyłożył mu za to karykaturą demokracji. A że Greń nie patykiem robiony, od razu replikował, że karykaturę może on sobie zobaczyć we własnym lustrze. Na zakończenie tej kwestii radna Winiarska obwieściła, że jest mocno napalona na tę kolej i zaprasza malkontenta Kultysa na inauguracyjną przejażdżkę. Pani Józefo, czarno to widzę! To już lepiej zabrać się z radnym Jęczmienionką, przynajmniej głupot nie pieprzy i przystojniejszy.

Następna zawierucha w pokrzywach powstała przy okazji rozpatrywania projektu uchwały o udzielenie pożyczki MPK. Powróciły wszystkie fobie, bezsensy i wyważanie otwartych drzwi. Zacząłem obawiać się, że niektórzy radni cierpią na chroniczną amnezję, albo kiepsko idą im drukowane, gdyż przejawiają drastyczne braki w umiejętności czytania ze zrozumieniem. Przecież w żaden sposób nie można ich posądzić o lenistwo, zwłaszcza polemicznych stachanowców gryzących sesyjny mikrofon z lubością. Znowu wyrażali niepokój, proponowali rozmowy, konieczność porozumienia i ratowania tej najdoskonalszej w całej Unii jednostki. No i przede wszystkim opracowanie koncepcji kompleksowego rozwiązania sprawy. Mógłbym tych komunałów jeszcze trochę nasadzić. Tylko po co? Przecież odpowiedzi na nie są zawarte z stosownych dokumentach, które należało tylko przeczytać ze zrozumieniem, czego wymaga się również już od tego zasiadającego w oślej ławce II d.

Wreszcie pojawił się życiowy cel samorządowej aktywności radnego Kiczka w ostatnich miesiącach, czyli zobowiązania prezydenta do zakazu lokalizacji stacji bazowych telefonii komórkowych w terenach przewidzianych dla budownictwa mieszkaniowego. Chodzi o szkodliwość tych instalacji. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie są one szkodliwe na wieżach kościołów, a są szkodliwe we wszystkich innych miejscach? Może na tych wieżach są neutralizowane przez aniołów stróżów? Cała pikanteria tej inicjatywy radnego zawiera się w tym, że podjęta uchwała nie będzie wiążąca i zostanie uchylona, gdyż będzie podjęta niezgodnie z obowiązującym stanem prawnym. No i co z tego? Pogadać nie można? Wreszcie zgodzono się na lokalizację tych stacji, które nie przekroczą mocy 25 W. Takie uważane są za bezpieczne. Trochę uciechy było, gdy dyrektor Bańdur powiedział, że innych aktualnie nie instaluje się. Ale z epokową inicjatywą językową wystąpił radny Kultys, który wnioskował przetłumaczenie tych 25 W z języka technicznego na język budowlany. Znałem tylko dwóch tak wybitnych językoznawców, którzy mogli na coś takiego wpaść. Jednym był Józef Wisarionowicz a drugim sekretarz Leon Kotarba. Panie radny witam w elitarnym towarzystwie. Z satysfakcją porównam obydwie pana wersje językowe, a odniosę się do nich z należnym podziwem.

Roman Małek

Mocarstwo Sznurkiem Wiązane

Tym razem bardziej błyszczeli na nowatorskim językowo firmamencie dziennikarze i twórcy. Ale wbrew pozorom w polityce również nie zajadano się ogórkami lecz poszukiwano stosownych środków wyrazu, aby możliwie skutecznie dopiec antagonistom. Jednak najwięcej uwagi poświęcono skrobaniu rzepki we własnym zakresie, bez imprezowego i rocznicowego spoufalania się. Dużo było także nadymania się. No i lato obrodziło nam w ulęgałki, buraki oraz politycznych historyków.

Brudasy polityczne – to po popaprańcach naprawdę świeża konstrukcja językowa Lecha Wałęsy. Tak plastycznie określił on całą kamarylę, która otacza Kaczyńskich, cuzamen z otaczanymi. I zapewne wcale nie chodziło mu o niedostatki higieniczne, a wręcz przeciwnie. Musiał dopatrzeć się licznych plam na honorze, sumieniu i godności osobistej popapranych. Szczegółów jednak oszczędził. Ale należy mu z pewnością wierzyć na słowo, gdyż kiedyś kolaborował z tym towarzystwem na bardzo zażyłej płaszczyźnie. Po niemytym Murzynie Rydzyka – niemal językowa poezja! Dorobek twórczy Pana Lecha rośnie niemal tak, jak dorobek Dody pod biustonoszem.

Cześci – nie, tutaj nie ma błędu maszynowego. Nie chodzi bowiem o części tylko o dopełniacz liczby pojedynczej pojęcia cześć. Minister Grabarczyk czymś takim darzy szansonistkę skandaliczną, czyli Madonnę. Darzenie darzeniem, ale minister powinien jeszcze choć ociupinkę orientować się w zawiłościach gramatycznych ojczystej mowy i wiedzieć, że nie chce jej poskąpić należnej czci, a nie cześci, bo lud boży może nie znać się na żartach i zacznie robić sobie jaja z cześci ministerialnej! I co sobie wówczas pomyśli prezydent?

Mamrot – wysublimowany trunek, którym raczą się przysklepowi ławnicy w serialu „Rancho”, robiący za opinię publiczną, niczym chór mędrców w starogreckim teatrze. Spożywanie z gwinta tej boskiej ambrozji wymaga uprzedniego intensywnego treningu. W przeciwnym przypadku biesiadnik wysiada, przepraszam pada, już w przedbiegach. Wówczas i zdolny Chińczyk nie jest w stanie wymamrotać niczego, nawet po chińsku, a co dopiero po polsku! A taki Solejuk czy Pietrek potrafią! A Pietrek to i przebój wilkowyjski potrafi jeszcze skomponować. Mamrot, to za dobry trunek dla roztrenowanych i niewyrobionych politycznie.

Mocarstwo sznurkiem wiązane – tak pismak Piasecki określił stan naszej militarnej obecności na amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie. Pewien nielubiany przez piłsudczyków przedwojenny twórca określał ówczesne nasze mocarstwowe zapędy bardziej dosadnie, gdyż zwykł mawiać – boso, z gołą d… ale przy szabli i w ostrogach! Prowadzimy nie swoje wojny bez elementarnego zabezpieczenia technicznego i logistycznego. Każemy naszym oficerom i żołnierzom ginąć w amerykańskim interesie za czapkę gruszek, Bóg zapłać i transport zwłok do kraju. Za starą idiotyczną korwetę, zabytkowe herkulesy, salwę honorową i za szeroki uśmiech prezydenta USA. Spostrzeżenie Piaseckiego jest wyjątkowo trafne. Przedwojenne boso i golizna trwa, ale szabla i ostrogi istotnie trzymają się tylko na sznurkach.

Zakichany interes – tak z uśmiechem skonstatował koniczyna Żelichowski, odtrąbiony przez ministra Grada w duecie z premierem, sukces w stoczniowym geszefcie robionym z katarskimi handlarzami. Istotnie, kichanie nie należy do pożądanych skutków prowadzonego geszeftu. Pewnie kichalibyśmy i bez Kataru, gdyż handlowa mądrość nie jest najmocniejszą stroną naszego rządu, który wpuszczali w buraki i mniejsi od katarczyków. Słyszałem od swojego dziadka, że ponoć w Kłaju wymieniają katar na biegunkę, ale czy to coś pomoże? Chociaż przy biegunce nie cieknie z nosa, to przecież trzeba wykazywać się sporą szybkością reakcji i nie byle jakimi umiejętnościami manualnymi związanymi z błyskawicznym uwalnianiem się z przyodziewku. Niedostatki w tym względzie skutkują paskudnymi konsekwencjami sprzecznymi z czystością środowiska naturalnego. Jednak w interesach takie umiejętności mogą się sprawdzić.

Skok wylądowany – sportowy gadacz Snopek, tak skwitował popis, któregoś letnio skaczącego na Wielkiej Krokwi w Zakopcu boazera. Zgodnie z tą logiką onże skok musiał uprzednio zostać z pewnością najechany, następnie wyskoczony, później leciany i leciany, aby być wreszcie doleciany i wylądowany. Natomiast sam skoczek, który w skoku nie musiał brać udziału, poleciał dalej – może na piwo, albo do cioci Zuli na imieniny. Musiał ten Snopek przysypiać na lekcjach polskiego, albo nawet wagarować. Co gorsza w kiepskim, zbyt nienaumianym towarzystwie, które w dodatku było nienachciane do nauki. Ale to wcale nie przeszkadzało skoczkowi ładnie wylądować, nawet z telemarkiem, za co publiczność owacyjnie nagrodziła go.

Roman Małek

Siła Demokracji

O biurokratycznej potędze przekonali się mieszkańcy Nienadówki, dotychczas słynącej z dobrych truskawek i takiego sobie burmistrza Sokołowa. Kiedyś mieszkańcy ucieszyli się z planowanej autostrady i drogi S 19. Później trochę miny im zrzedły, gdy mierniczy celowali im aparaturą w chałupy i stodoły. Opracowano aż 5 wariantów przebiegu tych dróg i żaden mieszkańcom nie podobał się. Podnieśli larum i doprowadzili do opracowania szóstego wariantu, kompromisowego. Ten już był do przyjęcia i wojewoda Karapyta klepnął go swoim poparciem. W stosownym ministerstwie te kwity poleżały sobie coś z rok, bo tyle trwa urzędniczy trud. I wreszcie ni z gruchy, ni z pietruchy padła decyzja, że obowiązuje wariant numer pięć, w opinii ludu Bożego, najgorszy z możliwych. I po co tę żabę wszyscy jedli, skoro urzędnik w stolicy wie najlepiej? Jeśli na pozorach ma polegać konsultacja społeczna, to już lepiej dać na mszę w intencji przyboru oleju w urzędniczych głowach, aniżeli wygłupiać się w pustych, jałowych dyskusjach. Ażeby było weselej, to okazało się, że niektóre jeszcze nie wykończone budynki uzyskały pozwolenie na budowę, gdy wiadomo było którędy planowane są nowe drogi. Potwierdza to tezę o selektywnej pamięci urzędniczej. Zapamiętuje on tylko kwestie ułatwiające mu życie. Również i te, które maskują nieróbstwo pozorami biurokratycznego mozołu.

Roman Małek

Zadyma Trwa

Na górze między prezydentem a premierem iskrzy coraz bardziej. Wojenna frazeologia polewana bogoojczyźnianym sosem ma wszystkim unaocznić, że tam gdzie jest dwóch Polaków musi być trzy sprzeczne zdania, albo jak kto woli – trzy zwalczające się partie. Gdy w Gruzji wybuchła awantura nasz prezydent pośpieszył z odsieczą do Tbilisi i takie palnął orędzie, że Miedwiediew z Putinem do dziś spać spokojnie nie mogą, ze śmiechu. Tak to spodobało się Markowi Kondratowi, że zerżnął z prezydenta to orędowanie. Ale prezydent jest zdecydowanie lepszy. Premier określił ekskursję gruzińską jako działalność misyjną. Jak na solidnego misjonarza przystało nasz zwierzchnik mówił o wojnie. Prezydent również szybko uporał się ze zmontowaniem międzynarodowej koalicji mocarstw leżących w Pribałtykie. Z całą wielkomocarstwową litewsko-łotewsko-estońską potencją ruszył na podbój Brukseli. I tu już na starcie afront. Musiał lecieć z premierem tym samym samolotem. Całe nasze dumne i honorne prawitielstwo miało bowiem jeden nadający się do lotu samolot. Skoro nikt nie chciał do tej Brukseli lecieć paralotnią, to musieli razem. Tam jednak wszyscy liczący się przywódcy mieli inne zdanie, z którym pojechał do Moskwy prezydent Francji. Nie podzielał on bezgranicznej miłości do Gruzji. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że na miłość najlepszy jest długi spacer, zwłaszcza w deszczu. W tej Moskwie wyszło, że Francuzi mają kiepskich tłumaczy, którzy poprzednim razem źle przetłumaczyli tekst porozumienia w sprawie rozładowania konfliktu gruzińskiego i dlatego teraz Miedwiediew dał żabojadom właściwe tłumaczenie, z którego ucieszył się Sarkozy. Nasi na razie dostali eksmisję ze swojej ambasady w reprezentacyjnej dzielnicy Moskwy do peryferyjnego Ostankino.

Z dużym zadęciem w obecności naszych głów państwa Condoliza Rice podpisywała porozumienie w sprawie instalacji w Polsce amerykańskiej tarczy broniącej cały świat, w tym i Putina, przed afgańskimi talibami i Kim Dżong Ilem. Gdy premier kurtuazyjnie witał Condolizę w języku murzyńskim pan prezydent skręcał się ze śmiechu, jakby oglądał „Świat według Kiepskich”. W miarodajnych kręgach twierdzą, że śmiał się ponieważ nie zna murzyńskiego i słowa premiera źle kojarzyły mu się.

Ostatnio prezydent znowu zadziwił cały cywilizowany świat kolejną inicjatywą dyplomatyczną. Postanowił z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości zorganizować w Pałacu Namiestnikowskim wielkie balowanie na 55 głów państwa, również z pozostałymi członkami, ma się rozumieć. Bal ma poprowadzić pani Fotyga, bez wątpienia największy talent taneczny od czasów Wieniawy-Długoszowskiego. Gościom zaś należy serwować nasze narodowe potrawy i trunki: zioberka szczypane w sosie tuskanym, wassermannki na putrze, niesiołki w komorowskiej potrawce, macierkę na kaczych jajach, piski szczyglane, olszowki po łopińsku, gosiewki wałęsane. Wówczas może tych głów więcej da skusić się?

Roman Małek

Korupcja Prezydenta

No i mamy historię jakby żywcem wyjętą z „Procesu” Franza Kafki. Skoro jest oskarżony i oskarżyciel, to wcale nie musi być winy, aby procedura toczyła się w absurdalnym kafkowskim świecie bez klamek. Wystarczy przecież abstrakcyjna konstrukcja formalna, aby odrealniony ciąg zdarzeń funkcjonował niezależnie od realnej rzeczywistości. To natrętne skojarzenie spotęgowała u mnie informacja o skierowaniu przez CBA do Rady Miasta Rzeszowa idiotycznego pod każdym względem wniosku o wygaszenie mandatu prezydenta Ferenca. Niby co, Rada Miasta ma być strażą pożarną CBA? Czyżby antykorupcjoniści nie mieli swoich sikawek, skoro zauważyli pożar w mandacie Ferenca? Przecież ten absurdalny cyrk antykorupcyjny trwa już kilka miesięcy. Skoro prawne możliwości CBA nie dały żadnego rezultatu, to dlaczego mają być skuteczne procedury pozaprawne? Rada Miasta nie ma przecież żadnych uprawnień w tym względzie i ten 20-stronicowy elaborat CBA przewodniczący Fijołek pewnie odłoży ad acta, a powinien wrzucić do kosza. Przecież wojewoda i minister spraw wewnętrznych i administracji jednoznacznie odrzucili wnioski ścigaczy korupcji ferencowskiej, nie dopatrując się w nich jakiegokolwiek sensu. Czy to znaczy, że są oni niekompetentni i prawnie głupsi od antykorupcjonistów? Przecież nie tak dawno podobną awanturę CBA już zafundowało burmistrzowi Łańcuta i jego zastępcy, którzy działali w jakimś lokalnym stowarzyszeniu. I co? A, no nic! Oskarżenia i wyniki dochodzenia zwiększyły tylko stan urzędniczej makulatury, ciśnienie u panów burmistrzów i dobre samopoczucie CBA.

Zgodnie z ustawowymi założeniami CBA ma ścigać i zwalczać korupcję. Na czym zatem ta korupcja prezydencka polega, że należy ją z taką determinacją i uporem ścigać? Otóż zaniżył, przestępca jeden, obmiar swojego domu o 2 metry kwadr. Z pewnością została ta powierzchnia dobudowana korupcyjnie i po cichu przez któregoś z wygranych przetargowiczów na roboty publiczne w mieście. Prawdopodobnie chodziło o wybudowanie dla prezydenta dyskretnego schowka na półlitrówkę, o której nie powinna dowiedzieć się żona. Przecież taka powierzchnia tylko na to nadaje się.

Zgodnie z ustawowymi założeniami CBA ma ścigać i zwalczać korupcję. Na czym zatem ta korupcja prezydencka polega, że należy ją z taką determinacją i uporem ścigać? Otóż zaniżył, przestępca jeden, obmiar swojego domu o 2 metry kwadr. Z pewnością została ta powierzchnia dobudowana korupcyjnie i po cichu przez któregoś z wygranych przetargowiczów na roboty publiczne w mieście. Prawdopodobnie chodziło o wybudowanie dla prezydenta dyskretnego schowka na półlitrówkę, o której nie powinna dowiedzieć się żona. Przecież taka powierzchnia tylko na to nadaje się.

Skoro skrupulatne badanie oświadczeń majątkowych prezydenta Ferenca za lata 2003-2008 nie dały nic oprócz dwumetrowego niedomiaru domu, należałoby pogrzebać również lepiej w innych sferach jego aktywności. Może należy do kółka różańcowego, albo i do koła gospodyń w którymś z przyłączonych osiedli? Darzy je bowiem podejrzaną, jak najbardziej, sympatią. Poszperałbym też w towarzystwie cyklistów. Narozrabiali już trochę za księdza Pirożyńskiego przed wojną, a prezydent im dziwnie sprzyja. Z pewnością zaś nie należy go szukać we władzach miłośników kosmatki, stowarzyszenia wielbicieli CBA oraz zamulonego zalewu.

A tak już zupełnie refleksyjnie, poważnie i do rzeczy. Dziwny ten nasz kraj, panujące w nim zwyczaje i stosowane preferencje. Centralne Biuro Antykorupcyjne stać na prowadzenie długotrwałych nikomu niepotrzebnych działań, jak chociażby te opisane wyżej. Natomiast policjant prawdziwie łapiący złodziei, łapowników, bandziorów i pilnujący porządku dostaje limit paliwa mniejszy od ilości wypijanej wódki przez przeciętnego rodaka.

Roman Małek

Wojna Mentalnie Trwa!

No i mamy ciąg dalszy polityki historycznej. Tym razem jednak w skali zdecydowanie większej. Nie miałem zamiaru zabierać głosu w sprawie wojennej rocznicy. Ale dynamika głupoty pojawiającej się z różnych stron sceny politycznej najnormalniej rozzłościła mnie i nie tylko. Niektóre histeryczne reakcje trudno w jakichś racjonalnych kategoriach postrzegać. To już przestaje być i polityką i historią. To jest talibizacja i jednej i drugiej. Pojawia się uporczywe i coraz bardziej agresywne domaganie się niemal dżihadu w stosunku do wszystkich, którzy inaczej od naszych ortodoksów polityczno-historycznych oceniają drugą wojnę światową. Nieważne są wyważone głosy znawców przedmiotu. Rodzimi talibowie od historii wiedzą najlepiej.

Twierdzenie, że Rosjanie wywołali II wojnę jest tak samo prawdziwe, jak twierdzenie Rosjan, że haniebny pakt Ribbentrop-Mołotow został podpisany dla zyskania czasu na przygotowanie się do wojny. Obie tezy są idiotyczne. Ta wojna zaczęła się w Monachium. Właśnie tam Hitler przekonał się, że mocarstwa zachodnie nie zamierzają ginąć, ani za Pragę, ani za Gdańsk. Dla własnego spokoju sprzedadzą one bezczelnie każdego sojusznika. Dlatego cała nasza dyplomacja przedwojenna na nich oparta doprowadziła w konsekwencji do osamotnienia w momencie hitlerowskiej napaści. Owszem, zgodnie z podpisanymi układami, wojnę Niemcom wypowiedziały i Francja i Anglia, ale nikt nie zamierzał atakować Niemiec. Na ich zachodniej granicy trwała dziwna wojna, której faktycznie nie było, ponieważ przy takiej doktrynie militarnej być nie mogło. Poza tym zupełnie niepotrzebnym politycznie i militarnie incydentem z zajęciem Zaolzia zafajdaliśmy sobie stosunki nie tylko z Czechosłowacją. Zawsze mieliśmy do tego talent. Dlatego niektórzy traktują nas jak kraj sezonowy, który jest, a po sezonie może go nie być.

Cała krucjata antyrosyjska prowadzona przez bliźniaków wykazywała tylko jedną prawidłowość. Nasze stosunki z Rosją mogą być rozpatrywane tyko w kategoriach czarno-czarnych. Żaden inny odcień nie wchodzi w rachubę. Szanowni panowie! Tak politykę uprawiało się w XVII wieku. Jeśli tego nie zauważyliście, to informuję, że aktualnie żyjemy już w XXI i dlatego posługiwanie się archaiczną metodą jest absurdem. Wszyscy w Europie już dawno to zrozumieli. Wszyscy wojenni antagoniści już dawno poukładali sobie od nowa klocki i podjęli konstruktywną współpracę. Tylko my nadymamy się, jakbyśmy byli pępkiem świata. A jesteśmy zwykłym średnim krajem na dorobku, a nie potęgą. Jeśli ktoś woli to możemy być quazi mocarstwem ale sznurkiem wiązanym. Komu potrzebna ta wojna polsko-polska na pośmiewisko cywilizowanego świata?

Każda opozycja ma prawo do krytyki i sprzeciwu, ale na miłość boską nie do głupoty politycznej! Kwestionowanie sensu zapraszania na uroczystości rocznicowe premiera Rosji jest właśnie taką ewidentną głupotą. Przecież nie można udawać, że Rosji nie ma i że nie brała znaczącego udziału w II wojnie światowej. Jestem święcie przekonany, że gdyby Polska prezesa Kaczyńskiego była jedną ze stron nawiązujących dobrą współpracę po wojnie w układzie Niemcy-Francja, Niemcy-Rosja czy chociażby Rosja-Finlandia, żadnej współpracy w tym względzie nie byłoby. No, ale gdyby Putin ubrany w wór pokutny padł przed naszym prezydentem na kolana i ucałował jego spracowaną politycznie dłoń, może coś dałoby się zrobić. Na szczęście inni od Brzezińskiego po Wałęsę zdarzenia rocznicowe oceniają obiektywnie i w kategoriach zdroworozsądkowych, upatrując może jeszcze nie zwrot w stosunkach polsko-rosyjskich, ale krok we właściwym kierunku. Ale ta paskudna wojna w niektórych kręgach nadal mentalnie trwa.

Roman Małek