poniedziałek, 16 listopada 2009

Kulawy James Bond

Tym razem nieco więcej neologizmów używanych przez naszych rodaków dotyczyło nadawania nowych znaczeń pojęciom istniejącym aktualnie, bądź w czasach dawniejszych. I bardzo dobrze! Witamy w Polsce Jamesa Bonda, ale któż nie wolałby uczestniczyć w degustacji wiwatówki? Można znieść nawet wygłaszane toasty. Szczególne natchnienie u twórców budził Mariusz Kamiński, robiący niemal za muzę. Aby uniknąć monotonii niektóre określenia z nim związane przeniosłem do numeru grudniowego.

Bardzo wkrótce – według przyprezydenckiego Stasiaka to czas, w którym jego pryncypał prześle do premiera opinię w kwestii wywalenia z arbeitu wodza korupcjonistów. Wyraz wkrótce, jako przydawka spełnia rolę nieodmiennego określnika, w tym przypadku czasownika. Nie podlega również stopniowaniu. Brak tej wiedzy u gimnazjalisty grozi solidną, w pełni zasadną pałą. Ale u kancelistów prezydenckich należy widać do dobrego tonu, a może działa nawet nobilitująco! U nich może być z pewnością tak wkrótce, że o ho ho, albo i jeszcze bardziej.

Kulawy James Bond – tak pieszczotliwie określił Stefan Niesiołowski nominowanego w IV Najjaśniejszej największego ścigacza korupcyjnego, Mariusza Kamińskiego. Coś mi tu jednak nie gra. Ówże agent 07 tak potrafił dbać o interesy Jej Królewskiej Mości, że i okulały na obie nogi, a nawet bez nóg, potrafił rozprawić się z największymi bandziorami. A nasz niby super agent został okpiony nawet przez Andrzeja Leppera, przez którego będzie musiał w dodatku szlajać się po sądach. A może poseł Niesiołowski miał na myśli kalectwo innej, ważniejszej części ciała? Coś o tym chyba wspominał również i minister Czuma! Mówił bodajże o konieczności leczenia głowy, albo coś takiego. Przy sposobności gratuluję posłowi Niesiołowskiemu tytułu honorowego obywatela Barczewa, który tamtejsze władze zamierzają mu nadać ze względu na uszlachetniające posiedzenie w ichniejszym więzieniu.

Myśleć do przodu – zamierza trener babskiej piłki bitej, Jerzy Matlak po europejskim ubrązowieniu naszych siatkarek. Skoro tak, to ktoś pewnie myśli do tyłu, ktoś inny na prawo, albo i na lewo. Przecież w dół nie wypada, bo tam mogiła, a w górę wznosi oczęta i myśli sam świeżo upieczony doktor nauk o dyrektorze Rydzyku. W prawo myśli Tusk, w lewo Napieralski, a kto do tyłu? Przecież to tak oczywiste jak ostrość noża Rambo. Oczywiście, że pan prezydent z prezesem, strażnicy ubeckiego śmietnika, dla niepoznaki zwanego eufemistycznie instytutem, moja teściowa i czerwone ze wstydu raki. Pozostali zjadacze chleba myślą już normalnie, czyli bezkierunkowo, o wszystkim, nawet o niebieskich migdałach.

Trupiarnia – w mniemaniu Janusza Palikota to Pałac Namiestnikowski, zasiedlony przez prezydenta, prezydentową, ich służbę, szofera, ogrodnika i przyprezydenckich kancelistów. Jeśli jest trupiarnia, to z definicji musi być i cmentarz, albo przynajmniej szpital o dużej przepustowości, najlepiej finansowany przez NFZ. A tu akurat nic z tych rzeczy! Coś mi się wydaje, że poseł Palikot użył tego pojęcia metaforycznie. Już kiedyś wytykał pałacowym gorzelniane zakupy. Mogło mu zatem chodzić o zalewanie się w trupa, albo wznoszone okrzyki „niechaj trupem padnę, jeśli prezes mówi nieprawdę”. A może dostrzegł chęć padania trupem, zamiast przyznawania racji Dornowi, albo usłyszał deklarację, „po moim trupie Tusk pojedzie do Brukseli”. Prawdopodobne jest również ścielenie gęsto urzędniczym trupem, a nawet dostrzeżenie w kimś żywego trupa. Ktoś ze służb specjalnych mógł również wytropić w pałacu siedliska dużych motyli o nazwie trupia główka, albo dostrzec jakiś trupi blask odbijający się od zadu pomnikowego konia Poniatowskiego.

Wiwatówka – kiedyś była to armatka, z której walono na powitanie pana wracającego z wojaży, albo w Boże Narodzenie, Nowy Rok czy Wielkanoc. Teraz na wiwat walą ślepakami już z prawdziwych armat, ale tylko prezydentowi z okazji rocznicy Cudu nad Wisłą, czyli pogonienia pod Ossowem bolszewików przez księdza Skorupkę. Pojęcie jednak odrodziło się w innym znaczeniu dzięki uwielbieniu ochotniczych fojermanów dla swojego generała sikawkowego, czyli prezesa Waldemara Pawlaka. Otóż opracowali ci fojermani specjalną miksturę gorzelnianą, która ma ułatwiać spontaniczne wiwatowanie na jego cześć. Lufa zatem jest, chociaż kaliber inny. Wiwat prezes! No i, chlup! Wtajemniczeni twierdzą, że wraz ze wzrostem liczby tych wiwatów i rytualnego spożywania owej wiwatówki, proporcjonalnie rośnie wskaźnik sikawkowego entuzjazmu i uwielbienia dla generała.

Wyjazdowanie – uprawiała w czasie minionej kanikuły egzaltowana bohaterka serialowego „Klanu”. Jeśli ona po tej Europie tak sobie wyjazdowała, to jak ona pokonywała górkę? Najazdowała na nią, a może podjazdowała, bo na pewno na górkę ową nie wyjeżdżała. Jedno jest pewne – na pewno polszczyznę nam ociupinę zapaprała.

Roman Małek

Szwejk Do CBA!

Pisząc do wrześniowego numeru felieton o paralitycznych pląsach antykorupcjonistów, usiłujących za wszelką cenę przyszyć korupcyjny garb prezydentowi Ferencowi, nie przypuszczałem, że zechce mi się do tego problemu wracać. A jednak! Nawet pobieżna lektura zagranicznych serwisów wskazuje bowiem, że innostrańcy dostają kolki ze śmiechu na temat naszych dzielnych ścigaczy wszystkiego, a zwłaszcza korupcji. Tacy Amerykanie, dla przykładu, za cholerę nie są w stanie pojąć, że nasi agenci od korupcji rozdają duże pieniądze, zamiast je przechwytywać i zabierać, jak to jest w zwyczaju w USA. U nich nie prowokuje się dużą forsą i agentem Tomkiem lecz sytuacją. Dlatego przydupas Tomek nie mógłby tam kupić za państwowe pieniądze nie tylko rzekomej kamienicy Kwaśniewskich, ale nawet parkowej toi toiki. A kulawy James Bond z CBA jeszcze twierdzi, że cała ta sprawa jest rozwojowa. Nie dostrzegłem tego rozwoju, chyba że jest głęboko zakonspirowany. A może został tylko rozwinięty z gazety? Jedna z moich znajomych jest jednak żigolo Tomkiem zafascynowana. Może zatem warto by go sklonować dla poprawy kondycji psychicznej piękniejszej połowy naszej rodzimej populacji? Skoro już taki agent musi szastać naszym grosiwem, bez żadnego pożytku rozbijać się drogimi autami i motocyklami, to niechaj przynajmniej egzaltowane damy mają z tego przyjemność.

Okazuje się, że CBA, poczęte w pozamałżeńskim politycznym grzechu Platformy z PiS-em, dysponuje i innymi równie genialnymi agentami. Jeden z nich tak perfekcyjnie potrafi manewrować służbową bronią, że za pierwszym razem precyzyjnie odstrzelił sobie męskie klejnoty. Teraz może śpiewać niczym ten poznański słowik, a po wywaleniu z agencji ma murowaną fuchę w haremie, oczywiście nie jako właściciel, a strażnik haremowej cnoty. I pomyśleć, że taki dzielny wojak Szwejk całą wojnę światową bił się w intencji Najjaśniejszego Pana, przeżył lewatywę dla dobra ojczyzny, mądrość porucznika Lucasa, był nawet ranny w plecak i wojskową latrynę, ale klejnoty zachował nienaruszone. Ten dopiero nadawałby się na antykorupcjonistę!

A sam wódz Kamiński? Według naszego, średnio szkolonego pomaturalnie Kuchcińskiego, to jeden z największych bohaterów niepodległej Polski, który z otwartą przyłbicą ściga przestępców. Prawie Piłsudski, albo inny Sikorski. Tylko że nie doścignął praktycznie żadnego. A poza tym, coś w tu jednak jest! Przecież ci z przyłbicami, to jak najbardziej towarzysze pancerni! Chociaż jajami nie rzucali i nożyczek palcami nie udawali. CBA nie pęka! Ale obserwatorzy pękają – ze śmiechu. Wódz Mariusz Kamiński, jak na rasowego speca od służb specjalnych przystało, gania po wszystkich możliwych mediach i plecie tyle głupot, że stodoła mała. W cywilizowanym świecie tacy ustawowo milczą jak zaklęci. Ale nie z nami takie numery, Tusk, ty premierze! Onże Kamiński dowodzi, że nie pozwoli sobie zamknąć ust. Będzie bronił swojej godności i wiarygodności. Czyżby biedaczysko nie wiedziało, że zachodzi tu związek przyczynowo-skutkowy? Otóż aby czegoś bronić, to coś trzeba wpierw mieć! Ponadto, jako suweren deklauje, iż nie da się wziąć na małe idiotyczne triki premiera. Słusznie! Przecież sam potrafi robić i większe i bardziej idiotyczne.

A cała sprawa z tarczą antykorupcyjną, to według największego bohatera niepodległej, też lipa. Podsłuchy z prywatyzacji stoczni odczytywano dopiero we wrześniu. Mało w agencji ludzi i dlatego wódz musiał wybierać, ustalać priorytety. Też słusznie! Przecież nie można zajmować się takimi pierdołami jak stocznia, skoro należy ścigać korupcję prezydenta Ferenca, jeśli trzeba to do upadłego. Przecież tego szkodnika, który społecznie tkwił w zarządzie Stali, należy nabić na pal. Najlepiej przed wyborami. Znowu bardzo śmieszne, gdyby nie było powalająco idiotyczne. Jaki Kamiński i Kuchciński, takie priorytety! No, ale prokuratura rzeszowska postawiła Kamińskiemu zarzuty, a prokuratura tarnobrzeska stwierdziła, że prezydent Ferenc nie złamał prawa i całą dętą sprawę uwaliła. Ścigacze korupcyjni praktycznie wykorzystali już w kampanii antyferencowskiej wszystkie prawne i pozaprawne możliwości. Ale niechaj nie tracą ducha. Mogą się jeszcze poskarżyć do Koziołka Matołka i mojej teściowej. U niej nie ma przelewek. Wiem, co mówię! Skuteczność skargi będzie murowana jeśli podepnie się pod to zięcia. Głowa do góry, Kamiński! Lance do boju, szable w dłoń! Na koń! Jeśli zabrakło koni, może być osioł. Czas rozpocząć grillowanie polityki.


Roman Małek

środa, 7 października 2009

Najdalej Daleki

Pewien uważny czytelnik tej rubryki zwrócił mi uwagę na zbyt jednostronne promowanie przeze mnie nowatorstwa językowego polityków, z wyraźną dyskryminacją innych grup zawodowych i społecznych. Uwaga ze wszech miar słuszna. Postaram się ten despekt wyeliminować i z czasem doprowadzić całość do właściwych proporcji.

Denazyfikacja – według Leszka Millera to proces konieczny do przeprowadzenia w naszej telewizji, za przeproszeniem, publicznej. Chociaż ten proces został postanowiony jeszcze w Układzie Poczdamskim z 1945 roku, ale widocznie nie został dotychczas zakończony. Jakieś nazistowskie popłuczyny plączą się nawet na Woronicza. Było tam znowu wesoło. Rada Nadzorcza TVP swój pobyt zakończyła na bramce ochroniarskiej folwarku przygiertychowskiego Farfała. Mogli sobie przecież odbyć posiedzenie gdzie indziej. Najbliższe urządzenie z miejscami do siedzenia jest na przystanku autobusowym. Telewizja nie doniosła, czy rada z tego skorzystała. Nowy zaś prezes całował klamkę.

Gra na wynik – tak sprawozdawca sportowy, którego godności nie pomnę, określił cel biegania z piłką po placu gry. Wiedziałem, że ci od balona kopanego, rzucanego i bitego grają o zwycięstwo, punkty, honorową porażkę, pietruszkę, czapkę gruszek. Wiedziałem, że grają na boisku, parkiecie lub murawie. Ale o grze na wynik nie słyszałem. A może sprawozdawcy chodziło o grę na niby? Mogło mu jeszcze chodzić o grę na wysokim poziomie bez względu na wynik. W każdym razie na pewno polszczyzna sportowego gaduły odpowiada poziomowi rodzimych kopaczy balona. Niezbędny egzamin poprawkowy.

Holokaust – tak nowatorsko określił zbrodnię katyńską nasz prezydent. Szybko poparł go robiący również za historyka politycznego szansonista Kukiz, który zdecydowanie lepiej śpiewa, bo mówi jakoś cienko. W dodatku twierdzi, że napisał dokument o tym tragicznym wydarzeniu. Natomiast holocaust znaczy całopalenie, a dokładniej ofiarę doszczętnie spaloną na ołtarzu przez starożytnych Żydów. Zupełnie innego znaczenia nabrało to pojęcie w II wojnie światowej, gdy zgodnie z obłędną nazistowską ideologią dokonano masowej zagłady Żydów. Sami Żydzi uznali wykorzystanie przez prezydenta holocaustu za nadużycie.

Kobieta toksyczna – nowe określenie niegdysiejszego wampa w aktualnym, paskudniejszym wydaniu. To świadomy swoich seksualno-estetycznych walorów babski pasożyt, bez żenady spijający krwawicę z bogatego jelenia, który wierzy, że temu pasożytowi nie chodzi o tę krwawicę, a wyłącznie o jego męskie przymioty, których najczęściej nie posiada. Kobieta toksyczna wpierw doprowadza do tego, że upatrzona ofiara własnoręcznie dusi węża w swojej kieszeni i ślepnie. Ta toksyczność jest tu zastosowana jakby na wyrost. Przecież dama to nie bakteria jadowita, a substancje toksyczne nie skutkują męską głupotą, która jest niezbędna dla skuteczności działania wzmiankowanego pasożyta. Jeśli tylko pan jeleń straci z jakichś powodów swój najważniejszy walor, czyli zasobność konta, toksyczne cudo staje się bryłą lodu, bez mrugnięcia okiem wykopującą jelenia ze swojego życia i od razu rozglądającą się za następnym zasobnym jeleniem. Może być i tak, że wcześniej pojawi się bogatszy jeleń i zaoferuje więcej.

Mówić do ręki – w młodzieżowym slangu, to nic innego jak korzystać z telefonu komórkowego. Kiedyś tak eufemistycznie określano dawanie łapówki. Ale twórca obecnego określenia może pochwalić się nie byle jaką spostrzegawczością. Przecież często odnoszę wrażenie, że idący ulicą telefoniczny gaduła trzyma się za ucho, albo nawet w nim sobie dłubie. Jeśli miniaturyzacja będzie postępować w dotychczasowym tempie, to w niezbyt odległym czasie będziemy mówić już tylko do palca.

Najdalej daleki – oczywiście od prawdy. Tako rzecze prezes prawy i sprawiedliwy o wypowiedzi swojego adwersarza, który raczył nie zgodzić się z prezesowską definicją ludobójstwa. Takie stopniowanie ma swój urok językowy, gdyż w komplecie brzmi: daleki, dalej daleki, najdalej daleki. Jeszcze cudniej brzmi w odwrotną stronę: daleki, bliżej daleki, najbliżej daleki. Można w ten sposób stopniować i inne określenia jak chociażby – głupi, ale mogło by to zostać zrozumiane aluzyjnie. To już lepiej spróbuję ze słodkością. Najsłodziej słodka może być boska Szczypińska, a najkwaśniej słodki marszałek Niesiołowski. I jak tu nie lubić naszych polityków?

Roman Małek

Znowu Gorzała!

Każdy kto w ostatni wtorek września wchodził rano do ratusza musiał zorientować się, że będzie uczestniczył w jakimś happeningu, albo że do drogi szykuje się uduchowiona pielgrzymka. Spora grupka obywateli obojga płci, strojna w sztandar, kawałki dykty na kijach i groźną powagę na obliczach, przygotowywała się do krucjaty i zdobywczym krokiem wstąpiła do sali sesyjnych obrad. Okrzyków nie wznosiła, a tylko spokojnie obsiadła krzesła przy ścianach. Z ich powodu poprzestawiano nawet porządek obrad.

Sesję jednak rozpoczęła debata w konwencji czy lepiej być pięknym i bogatym, czy raczej garbatym i biednym. Wszyscy zgodnie orzekli, że zdecydowanie korzystniejsza jest pierwsza wersja, a druga jakby trochę nie za bardzo. Otóż uznano, że skoro ruszyła rewitalizacja linii kolejowej z Rzeszowa do Ocic, co w konsekwencji odrodzi połączenie naszej metropolii ze stolicą, to należy podjąć starania o taki sam zabieg z linią do Jasła. W ten sposób warszawiacy będą mogli peregrynować bezpośrednio w Bieszczady. Nie wiem tyko od kiedy Jasło leży w tych Bieszczadach, bo Radio Maryja nic o zmianach geograficznych nie donosiło. Natomiast rzeczywiście wygodniej byłoby pociągiem w ciągu godziny dojeżdżać do tego Jasła. Bardzo ładnie wystąpił dyrektor Polskich Linii Kolejowych i uchwałę podjęto. Tyle tylko, że oprócz potwierdzenia intencji niczego ona nie daje. Ale jakiś cud może przecież zdarzyć się, jak najbardziej. Nauka czukocka zna takie przypadki.

Za cholerę niczego z proponowanych oczywistych zmian w budżecie nie pojmował tradycyjnie radny Kiczek and company. Widać ewidentnie, że nie chce się mu chodzić na posiedzenia stosownych komisji, które po drobnych takie kwestie roztrząsają i kontynuuje ulubione przez siebie młócenie słomy bez żadnej litości dla normalnie myślących uczestników radzieckich dysput. Najstarsi górale twierdzą jednak, że z takiej przypadłości może nasz radny z czasem wyrosnąć. Zatem anielska cierpliwość może zostać nagrodzona. Pożyjemy, zobaczymy.

Wreszcie na sesyjną ambonę wstąpił reprezentant tej happeningowej grupy i wygłosił wniosek o zmniejszenie o 50 ilości punktów handlujących w mieście gorzałą. Powtórzył pełny zestaw komunałów w tej kwestii. Powołał się na ponad dwa tysiące szabel, które za nim stoją, bo podpisały się pod odpowiednią petycją. Gdy uważniej przyglądnąłem się protestowiczom, skonstatowałem, że istotnie, sądząc po ich aparycji, to mogą oni pić wyłącznie ziółka i to tylko w wersji light. Wówczas radni Józefa Winiarska, Jan Mazur, a zwłaszcza Adolf Gubernat zaczęli racjonalnie wyjaśniać, gdzie tkwi problem alkoholizmu. Jego zwalczania nie da prowadzić się metodami administracyjnymi. Każde bowiem ograniczenie tego typu rodzi od razu patologię nie tylko gospodarczą. Podejmowane przez lata takie próby nie powiodły się. Wielką szkodę w kształtowaniu postaw młodzieży spowodowało rozwalenie w latach dziewięćdziesiątych całego systemu wychowawczego, który miała zastąpić powszechna katecheza. Cała rzesza 180 katechetów, pracująca w naszych szkołach za ponad 7 mln zł rocznie, nie uzyskuje tu pożądanych efektów wychowawczych. Nawet ogłoszony przez kościół sierpień miesiącem bez alkoholu przyniósł opłakane efekty. Tylko w pierwszym tygodniu sierpnia policja zatrzymała rekordową ilość pijanych kierowców. A prawie wszyscy są katolikami. Protestowicze zamiast próbować wysługiwać się Radą Miasta, powinni wybrać się do szkół, knajp i ogródków piwnych i tam spełniać swoją misję, która w takiej formie zasługiwać będzie na szacunek i wsparcie. Projekt uchwały o zmniejszeniu punktów sprzedaży z racjonalnych względów nie przeszedł.

Wreszcie został także powołany Miejski Dom Kultury. Ale w czasie dyskusji nad tym oczywistym rozwiązaniem odezwało się dwóch wybitnych znawców kultury, czyli radni Szyszka i Kultys. Wyrazili swój zatroskany sceptycyzm. Szczegóły pominę, aby wstydu oszczędzić. W konsekwencji uchwała została podjęta niemal jednomyślnie. Jedynie ekspert Ludwik Szyszka z dalekowzroczną przezornością wstrzymał się od głosu.

Roman Małek

Chichot Witkacego

Jeśli ktoś twierdzi, że nasi sejmowi wybrańcy narodu obijają gruchy, to jest w błędzie. W czasie niespełna rocznego tyrania na rzecz zapanowania u nas powszechnej szczęśliwości społecznej, zajmowali się głównie kwestiami historycznymi. Zdołali wielopoziomowo nie tylko przegadać i po kilkakroć czytać każdy z ponad 40 projektów uchwał historycznych, ale nawet solidnie sobie politycznie naubliżać. Parlament wykazywał niezbicie bezsens utrzymywania instytutów historii PAN, a nawet katedr historii na uniwersytetach. Za nich wszystkich podjęli pracę posłowie, którzy zaczęli definiować zjawiska historyczne i ustalać historyczną prawdę na podstawie objawień. Na niewdzięczną robotę merytoryczną nad teraźniejszością czasu, rzecz jasna, nie starczało. Największe nasilenie tego mozołu przypadło na lipiec i wrzesień, bo w sierpniu panowało powszechne byczenie.

Sejm niemal krwią pluł z przepracowania w kwestii 17 września. Narodowe Centrum Kultury postanowiło iść z pomocą i zamówiło u najbardziej kompetentnego niemieckiego szansonisty utwór potępiający sowiecką agresję na Polskę. Należało iść za ciosem i zamówić u rosyjskiego Aleksandrowa protest song w kwestii agresji niemieckiej. Ot, tak dla równowagi. A nasz szansonista Kukiz bez zamówienia nutami napisał traktat dokumentalny o sowietach i już na początku dostał takie brawa, jakby kończył. Śpiewał to z tak mocnym wzrokiem jak żyleta, że niemal otwierał toporne sowieckie konserwy.

Wydawało mi się, że nasz bogobojny okrutnie parlament nie zaskoczy mnie już niczym. A jednak! Wielce pobożny nasz Sejm uchwalił cześć dla pamięci zmarłego 70 lat temu Witkacego! Taż ten Witkacy musi pękać ze śmiechu w nieustalonym grobie. Jest to znakomity ciąg dalszy niezwykle pokrętnej biografii tego genialnego twórcy, który nie daje się w żaden sposób zaszufladkować ani tym bardziej ująć w jakieś racjonalnie pojmowane prawidłowości. Żył jak chciał. Najczęściej pod prąd przyjętym kanonom. Tak też tworzył. Nie istniała dla niego żadna świętość, żadne tabu albo nienaruszalny autorytet. Istniała sztuka i chęć korzystania z uroków życia bez ograniczeń.

Dlaczego zdumiewa mnie ta uchwała? Witkacy przeczył swoim życiem niemal wszystkiemu co bliskie jest pobożnemu modelowi życia. Łamał wszystkie grzechy główne i nie tylko. Cała jego biografia jest świetnym materiałem na skandaliczny film obyczajowy z licznymi elementami sensacyjnymi i mrocznymi tajemnicami niemytych dusz oraz całym sztafażem jego monadyzmu biologicznego. Ochrzczony nie wiadomo dlaczego dopiero w szóstym roku życia. Ale warto było czekać, aby mieć za chrzestnych Helenę Modrzejewską i góralskiego Sabałę. Nauki pobierał niezbyt systematycznie i często wbrew intencjom rodzicielskim. Wieczny ekscentryk, birbant, niepoprawny kobieciarz i zwariowany skandalista nie stroniący od alkoholu i narkotyków, które traktował jako swoiste dopalacze twórcze i życiowe. W czasie I wojny ochotniczo wstąpił do carskiego Lejb-Gwardyjskiego Pułku Pawłowskiego, gdzie już jako oficer dowodził kompanią. W bitwie pod Witoneżem na Ukrainie walczył z Austriakami. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że w liniach austriackich walczyli legioniści Piłsudskiego. Niektórzy twierdzą, że brał udział w Rewolucji Październikowej i został nawet komisarzem politycznym.

Okres dwudziestolecia międzywojennego, to nie tylko prawdziwy rozkwit jego niezwykłego talentu, zwłaszcza dramatopisarskiego, ale także przejawów ekscentrycznego, niepoważnego i szalonego trybu życia. Przyjaciół nie szukał wśród uładzonego mimo wszystko świata krakowskiej bohemy. Trwałe przyjaźnie połączyły go zaś z Zofią Nałkowską, Witoldem Gombrowiczem i Bruno Schulzem. Nasz Sejm z pewnością takich koligacji nie pochwaliłby.

W czasach PRL nie był zbytnio hołubiony. Gdy jednak UNESCO ogłosiło rok 1985 Rokiem Witkacego, coś należało zrobić. I zrobiono, ale po polsku. Sprowadzono z Jeziora na Ukrainie doczesne szczątki artysty i pochowano z pompą, honorami, dętymi mowami na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Ale od razu podejrzewano, że to nie są zwłoki Witkacego. Na wniosek posłującego wówczas naszego kolegi redakcyjnego Stanisława Rusznicy komisja anatomów ekshumowała zwłoki i okazało się, że za Witkacego robi ukraińska kobieta. Ale artysta jako rasowy kobieciarz z pewnością nie miałby pretensji, bo była dosyć młoda. To mogło przydarzyć się tylko Witkacemu, który gdzieś tam w anonimowej mogile z pewnością chichra się z tej pośmiertnej przygody. A dlaczego to wszystko nie przeszkadzało pobożnemu Sejmowi w podjęciu tej uchwały? Według mnie są dwa istotne powody. Po pierwsze artysta popełnił tajemnicze samobójstwo w dzień po wkroczeniu sowietów, a po drugie najlepiej sprzedającą się w ostatnich miesiącach książką na sejmowym stoisku była pozycja o wyjątkowo pogłębionych treściach poznawczych, czyli zbiór przepisów domowego kiszenia ogórków. A tak naprawdę, to Witkacy zasługuje nie tylko na sejmową uchwałę.

Roman Małek

List do Donalda Tuska (30.09.2009r.)

Pan Premier
Donald Tusk

Szanowny Panie Premierze,
Przyjęte właśnie przez sejm zmiany w kodeksie karnym polegające na podwyższeniu maksymalnych kar więzienia do 15 lat za przestępstwa tzw. pedofilskie oraz wprowadzenie procedur przymusowych terapii sprawców zupełnie pomijają – naszym zdaniem – o wiele ważniejszą kwestię. Podwyższenie maksymalnej kary więzienia nie ma sensu o ile przestępstwo będzie się przedawniało.

Tymczasem stosunkowo niedawno doprowadzono tylko do niewielkiego przedłużenia terminu przedawnienia ścigania tego przestępstwa do 5 lat od uzyskania pelnoletności przez ofiarę. Oznacza to, że ofiara musi przezwyciężyć często zupełnie niewyobrażalną traumę do 23 roku życia. Jest to osoba ciągle bardzo niedojrzała emocjonalnie m.in. właśnie dlatego, że jest ofiarą pedofilii i wymaganie od niej wniesienia oskarżenia jest sankcjonowaniem bezkarności sprawcy. Jest to oczywiście pewien postęp w stosunku do poprzedniego zupełnie skandalicznego przedawnienia po 10 latach od przestępstwa, ale ciągle oznacza, że wielu przestępców pozostaje bezkarnych zwłaszcza, gdy pedofil popełnia jednocześnie kazirodztwo, jest ojcem albo osobą bardzo bliską ofiary, co często ma miejsce.

Tymczasem w wielu państwach, m.in. we Francji gdzie obowiązywało przedawnienie po 10 latach od uzyskania pełnoletności przez ofiarę czyli w 28 roku życia ofiary, już dawno zniesiono w ogóle przedawnienie tego przestępstwa. Jest to ze wszech miar słuszne. Niedawno ukazała się książka polskiej autorki - ofiary ojca pedofila, który gwałcił – bo trudno to inaczej nazwać - dziewczynkę niemal od niemowlęcia. Zdobyła się ona na ujawnienie swojej traumy dopiero w 45 roku życia. A właściwie dopiero od chwili ujawnienia przestępstwa i jego ukarania możliwa jest skuteczna terapia ofiary, w Polsce w dodatku płatna. Przedawnienie powoduje praktyczną bezkarność przestępców a uświadomione ofierze po latach cierpienia musi być odczuwane jako krzycząca niesprawiedliwość.

Uważamy, że należy pilnie znieść przedawnienie tego przestępstwa, bo tylko wtedy unikniemy bezkarności. Jest to, naszym zdaniem, najważniejszy element karania tego przestępstwa, a nie zupełnie niepotrzebne wydłużanie kary, której i tak nie można wymierzyć z powodu przedawnienia. Maksymalna kara 10 lat więzienia jest karą wystarczająco dotkliwą.

O wiele ważniejsze niż długoletnia kara więzienia na koszt podatnika – uważana przez ludzi typu Ziobro za panaceum na wszystkie przestępstwa – jest skuteczne obciążenie sprawcy kosztem wieloletniej terapii, której wymagają ofiary. Należy więc wprowadzić solidne zadośćuczynienie finansowe dla ofiar i skuteczne metody jego egzekucji.

Z poważaniem
przewodnicząca partii
Teresa Jakubowska

sobota, 19 września 2009

Chochoły Kwitną!

Pierwsza powakacyjna sesja tylko rozpoczęła się od zdawkowych uprzejmości i porównywania opalenizny rzeszowskiej z bardziej egzotyczną, a przede wszystkim kosztowniejszą. Szybko jednak wszystko wróciło do normy. Radny Kultys hurtowo wygłaszał tak głębokie sentencje, że aż musiał nurkować. Zaś radny Kiczek w poszukiwaniu utraconych możliwości wypowiadania nieprzemyślanych kwestii zachowywał się niczym powakacyjny Jacusik z II d, czyli zgłaszał się do odpowiedzi jeszcze przed zadanym pytaniem. Nawet w momencie, gdy kończył swoją kwestię oracyjną, już zgłaszał się do następnej. Zachodziła obawa, ze w tym zapale przewróci ławkę, tak potężnie nim szarpało skosem do przodu.

Wszystko zaczęło się od wkroczenia do sali obrad ekipy telewizyjnej. Od razu Kiczek na wyrywki niczego nie rozumiał, pieprzyła mu się kolej jednoszynowa z jednotorową, ale chciał musowo o zawiłościach technicznych dyskutować z projektantami. Tylko po co i o czym? O torze na szynie, czy szynie na torze? A może o torze bez szyny? Natomiast radny Kultys w sposób teatralny, godny niemal Holoubka, znakomicie popisał się nieznajomością twórczości Barei, prowadząc jakąś paralelę, której w żaden sposób nie można przykleić do kolei. Może tego „Misia” oglądał z szafy, albo ma jakieś freudowskie skojarzenia? Przecież tam nie chodziło o epatowanie gadżetem bez względu na koszty, tylko ośmieszenie naszych chocholich skłonności narodowych w zderzeniu z siermiężną rzeczywistością. W pewnym momencie nie zdzierżył potoku pustosłowia Kazimierz Greń i zgłosił wniosek o zamknięcie tego niezbyt sensownego bicia piany na sucho, czyli bez jaj. Niewygadany jeszcze Kultys przyłożył mu za to karykaturą demokracji. A że Greń nie patykiem robiony, od razu replikował, że karykaturę może on sobie zobaczyć we własnym lustrze. Na zakończenie tej kwestii radna Winiarska obwieściła, że jest mocno napalona na tę kolej i zaprasza malkontenta Kultysa na inauguracyjną przejażdżkę. Pani Józefo, czarno to widzę! To już lepiej zabrać się z radnym Jęczmienionką, przynajmniej głupot nie pieprzy i przystojniejszy.

Następna zawierucha w pokrzywach powstała przy okazji rozpatrywania projektu uchwały o udzielenie pożyczki MPK. Powróciły wszystkie fobie, bezsensy i wyważanie otwartych drzwi. Zacząłem obawiać się, że niektórzy radni cierpią na chroniczną amnezję, albo kiepsko idą im drukowane, gdyż przejawiają drastyczne braki w umiejętności czytania ze zrozumieniem. Przecież w żaden sposób nie można ich posądzić o lenistwo, zwłaszcza polemicznych stachanowców gryzących sesyjny mikrofon z lubością. Znowu wyrażali niepokój, proponowali rozmowy, konieczność porozumienia i ratowania tej najdoskonalszej w całej Unii jednostki. No i przede wszystkim opracowanie koncepcji kompleksowego rozwiązania sprawy. Mógłbym tych komunałów jeszcze trochę nasadzić. Tylko po co? Przecież odpowiedzi na nie są zawarte z stosownych dokumentach, które należało tylko przeczytać ze zrozumieniem, czego wymaga się również już od tego zasiadającego w oślej ławce II d.

Wreszcie pojawił się życiowy cel samorządowej aktywności radnego Kiczka w ostatnich miesiącach, czyli zobowiązania prezydenta do zakazu lokalizacji stacji bazowych telefonii komórkowych w terenach przewidzianych dla budownictwa mieszkaniowego. Chodzi o szkodliwość tych instalacji. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie są one szkodliwe na wieżach kościołów, a są szkodliwe we wszystkich innych miejscach? Może na tych wieżach są neutralizowane przez aniołów stróżów? Cała pikanteria tej inicjatywy radnego zawiera się w tym, że podjęta uchwała nie będzie wiążąca i zostanie uchylona, gdyż będzie podjęta niezgodnie z obowiązującym stanem prawnym. No i co z tego? Pogadać nie można? Wreszcie zgodzono się na lokalizację tych stacji, które nie przekroczą mocy 25 W. Takie uważane są za bezpieczne. Trochę uciechy było, gdy dyrektor Bańdur powiedział, że innych aktualnie nie instaluje się. Ale z epokową inicjatywą językową wystąpił radny Kultys, który wnioskował przetłumaczenie tych 25 W z języka technicznego na język budowlany. Znałem tylko dwóch tak wybitnych językoznawców, którzy mogli na coś takiego wpaść. Jednym był Józef Wisarionowicz a drugim sekretarz Leon Kotarba. Panie radny witam w elitarnym towarzystwie. Z satysfakcją porównam obydwie pana wersje językowe, a odniosę się do nich z należnym podziwem.

Roman Małek

Mocarstwo Sznurkiem Wiązane

Tym razem bardziej błyszczeli na nowatorskim językowo firmamencie dziennikarze i twórcy. Ale wbrew pozorom w polityce również nie zajadano się ogórkami lecz poszukiwano stosownych środków wyrazu, aby możliwie skutecznie dopiec antagonistom. Jednak najwięcej uwagi poświęcono skrobaniu rzepki we własnym zakresie, bez imprezowego i rocznicowego spoufalania się. Dużo było także nadymania się. No i lato obrodziło nam w ulęgałki, buraki oraz politycznych historyków.

Brudasy polityczne – to po popaprańcach naprawdę świeża konstrukcja językowa Lecha Wałęsy. Tak plastycznie określił on całą kamarylę, która otacza Kaczyńskich, cuzamen z otaczanymi. I zapewne wcale nie chodziło mu o niedostatki higieniczne, a wręcz przeciwnie. Musiał dopatrzeć się licznych plam na honorze, sumieniu i godności osobistej popapranych. Szczegółów jednak oszczędził. Ale należy mu z pewnością wierzyć na słowo, gdyż kiedyś kolaborował z tym towarzystwem na bardzo zażyłej płaszczyźnie. Po niemytym Murzynie Rydzyka – niemal językowa poezja! Dorobek twórczy Pana Lecha rośnie niemal tak, jak dorobek Dody pod biustonoszem.

Cześci – nie, tutaj nie ma błędu maszynowego. Nie chodzi bowiem o części tylko o dopełniacz liczby pojedynczej pojęcia cześć. Minister Grabarczyk czymś takim darzy szansonistkę skandaliczną, czyli Madonnę. Darzenie darzeniem, ale minister powinien jeszcze choć ociupinkę orientować się w zawiłościach gramatycznych ojczystej mowy i wiedzieć, że nie chce jej poskąpić należnej czci, a nie cześci, bo lud boży może nie znać się na żartach i zacznie robić sobie jaja z cześci ministerialnej! I co sobie wówczas pomyśli prezydent?

Mamrot – wysublimowany trunek, którym raczą się przysklepowi ławnicy w serialu „Rancho”, robiący za opinię publiczną, niczym chór mędrców w starogreckim teatrze. Spożywanie z gwinta tej boskiej ambrozji wymaga uprzedniego intensywnego treningu. W przeciwnym przypadku biesiadnik wysiada, przepraszam pada, już w przedbiegach. Wówczas i zdolny Chińczyk nie jest w stanie wymamrotać niczego, nawet po chińsku, a co dopiero po polsku! A taki Solejuk czy Pietrek potrafią! A Pietrek to i przebój wilkowyjski potrafi jeszcze skomponować. Mamrot, to za dobry trunek dla roztrenowanych i niewyrobionych politycznie.

Mocarstwo sznurkiem wiązane – tak pismak Piasecki określił stan naszej militarnej obecności na amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie. Pewien nielubiany przez piłsudczyków przedwojenny twórca określał ówczesne nasze mocarstwowe zapędy bardziej dosadnie, gdyż zwykł mawiać – boso, z gołą d… ale przy szabli i w ostrogach! Prowadzimy nie swoje wojny bez elementarnego zabezpieczenia technicznego i logistycznego. Każemy naszym oficerom i żołnierzom ginąć w amerykańskim interesie za czapkę gruszek, Bóg zapłać i transport zwłok do kraju. Za starą idiotyczną korwetę, zabytkowe herkulesy, salwę honorową i za szeroki uśmiech prezydenta USA. Spostrzeżenie Piaseckiego jest wyjątkowo trafne. Przedwojenne boso i golizna trwa, ale szabla i ostrogi istotnie trzymają się tylko na sznurkach.

Zakichany interes – tak z uśmiechem skonstatował koniczyna Żelichowski, odtrąbiony przez ministra Grada w duecie z premierem, sukces w stoczniowym geszefcie robionym z katarskimi handlarzami. Istotnie, kichanie nie należy do pożądanych skutków prowadzonego geszeftu. Pewnie kichalibyśmy i bez Kataru, gdyż handlowa mądrość nie jest najmocniejszą stroną naszego rządu, który wpuszczali w buraki i mniejsi od katarczyków. Słyszałem od swojego dziadka, że ponoć w Kłaju wymieniają katar na biegunkę, ale czy to coś pomoże? Chociaż przy biegunce nie cieknie z nosa, to przecież trzeba wykazywać się sporą szybkością reakcji i nie byle jakimi umiejętnościami manualnymi związanymi z błyskawicznym uwalnianiem się z przyodziewku. Niedostatki w tym względzie skutkują paskudnymi konsekwencjami sprzecznymi z czystością środowiska naturalnego. Jednak w interesach takie umiejętności mogą się sprawdzić.

Skok wylądowany – sportowy gadacz Snopek, tak skwitował popis, któregoś letnio skaczącego na Wielkiej Krokwi w Zakopcu boazera. Zgodnie z tą logiką onże skok musiał uprzednio zostać z pewnością najechany, następnie wyskoczony, później leciany i leciany, aby być wreszcie doleciany i wylądowany. Natomiast sam skoczek, który w skoku nie musiał brać udziału, poleciał dalej – może na piwo, albo do cioci Zuli na imieniny. Musiał ten Snopek przysypiać na lekcjach polskiego, albo nawet wagarować. Co gorsza w kiepskim, zbyt nienaumianym towarzystwie, które w dodatku było nienachciane do nauki. Ale to wcale nie przeszkadzało skoczkowi ładnie wylądować, nawet z telemarkiem, za co publiczność owacyjnie nagrodziła go.

Roman Małek

Siła Demokracji

O biurokratycznej potędze przekonali się mieszkańcy Nienadówki, dotychczas słynącej z dobrych truskawek i takiego sobie burmistrza Sokołowa. Kiedyś mieszkańcy ucieszyli się z planowanej autostrady i drogi S 19. Później trochę miny im zrzedły, gdy mierniczy celowali im aparaturą w chałupy i stodoły. Opracowano aż 5 wariantów przebiegu tych dróg i żaden mieszkańcom nie podobał się. Podnieśli larum i doprowadzili do opracowania szóstego wariantu, kompromisowego. Ten już był do przyjęcia i wojewoda Karapyta klepnął go swoim poparciem. W stosownym ministerstwie te kwity poleżały sobie coś z rok, bo tyle trwa urzędniczy trud. I wreszcie ni z gruchy, ni z pietruchy padła decyzja, że obowiązuje wariant numer pięć, w opinii ludu Bożego, najgorszy z możliwych. I po co tę żabę wszyscy jedli, skoro urzędnik w stolicy wie najlepiej? Jeśli na pozorach ma polegać konsultacja społeczna, to już lepiej dać na mszę w intencji przyboru oleju w urzędniczych głowach, aniżeli wygłupiać się w pustych, jałowych dyskusjach. Ażeby było weselej, to okazało się, że niektóre jeszcze nie wykończone budynki uzyskały pozwolenie na budowę, gdy wiadomo było którędy planowane są nowe drogi. Potwierdza to tezę o selektywnej pamięci urzędniczej. Zapamiętuje on tylko kwestie ułatwiające mu życie. Również i te, które maskują nieróbstwo pozorami biurokratycznego mozołu.

Roman Małek

Zadyma Trwa

Na górze między prezydentem a premierem iskrzy coraz bardziej. Wojenna frazeologia polewana bogoojczyźnianym sosem ma wszystkim unaocznić, że tam gdzie jest dwóch Polaków musi być trzy sprzeczne zdania, albo jak kto woli – trzy zwalczające się partie. Gdy w Gruzji wybuchła awantura nasz prezydent pośpieszył z odsieczą do Tbilisi i takie palnął orędzie, że Miedwiediew z Putinem do dziś spać spokojnie nie mogą, ze śmiechu. Tak to spodobało się Markowi Kondratowi, że zerżnął z prezydenta to orędowanie. Ale prezydent jest zdecydowanie lepszy. Premier określił ekskursję gruzińską jako działalność misyjną. Jak na solidnego misjonarza przystało nasz zwierzchnik mówił o wojnie. Prezydent również szybko uporał się ze zmontowaniem międzynarodowej koalicji mocarstw leżących w Pribałtykie. Z całą wielkomocarstwową litewsko-łotewsko-estońską potencją ruszył na podbój Brukseli. I tu już na starcie afront. Musiał lecieć z premierem tym samym samolotem. Całe nasze dumne i honorne prawitielstwo miało bowiem jeden nadający się do lotu samolot. Skoro nikt nie chciał do tej Brukseli lecieć paralotnią, to musieli razem. Tam jednak wszyscy liczący się przywódcy mieli inne zdanie, z którym pojechał do Moskwy prezydent Francji. Nie podzielał on bezgranicznej miłości do Gruzji. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że na miłość najlepszy jest długi spacer, zwłaszcza w deszczu. W tej Moskwie wyszło, że Francuzi mają kiepskich tłumaczy, którzy poprzednim razem źle przetłumaczyli tekst porozumienia w sprawie rozładowania konfliktu gruzińskiego i dlatego teraz Miedwiediew dał żabojadom właściwe tłumaczenie, z którego ucieszył się Sarkozy. Nasi na razie dostali eksmisję ze swojej ambasady w reprezentacyjnej dzielnicy Moskwy do peryferyjnego Ostankino.

Z dużym zadęciem w obecności naszych głów państwa Condoliza Rice podpisywała porozumienie w sprawie instalacji w Polsce amerykańskiej tarczy broniącej cały świat, w tym i Putina, przed afgańskimi talibami i Kim Dżong Ilem. Gdy premier kurtuazyjnie witał Condolizę w języku murzyńskim pan prezydent skręcał się ze śmiechu, jakby oglądał „Świat według Kiepskich”. W miarodajnych kręgach twierdzą, że śmiał się ponieważ nie zna murzyńskiego i słowa premiera źle kojarzyły mu się.

Ostatnio prezydent znowu zadziwił cały cywilizowany świat kolejną inicjatywą dyplomatyczną. Postanowił z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości zorganizować w Pałacu Namiestnikowskim wielkie balowanie na 55 głów państwa, również z pozostałymi członkami, ma się rozumieć. Bal ma poprowadzić pani Fotyga, bez wątpienia największy talent taneczny od czasów Wieniawy-Długoszowskiego. Gościom zaś należy serwować nasze narodowe potrawy i trunki: zioberka szczypane w sosie tuskanym, wassermannki na putrze, niesiołki w komorowskiej potrawce, macierkę na kaczych jajach, piski szczyglane, olszowki po łopińsku, gosiewki wałęsane. Wówczas może tych głów więcej da skusić się?

Roman Małek

Korupcja Prezydenta

No i mamy historię jakby żywcem wyjętą z „Procesu” Franza Kafki. Skoro jest oskarżony i oskarżyciel, to wcale nie musi być winy, aby procedura toczyła się w absurdalnym kafkowskim świecie bez klamek. Wystarczy przecież abstrakcyjna konstrukcja formalna, aby odrealniony ciąg zdarzeń funkcjonował niezależnie od realnej rzeczywistości. To natrętne skojarzenie spotęgowała u mnie informacja o skierowaniu przez CBA do Rady Miasta Rzeszowa idiotycznego pod każdym względem wniosku o wygaszenie mandatu prezydenta Ferenca. Niby co, Rada Miasta ma być strażą pożarną CBA? Czyżby antykorupcjoniści nie mieli swoich sikawek, skoro zauważyli pożar w mandacie Ferenca? Przecież ten absurdalny cyrk antykorupcyjny trwa już kilka miesięcy. Skoro prawne możliwości CBA nie dały żadnego rezultatu, to dlaczego mają być skuteczne procedury pozaprawne? Rada Miasta nie ma przecież żadnych uprawnień w tym względzie i ten 20-stronicowy elaborat CBA przewodniczący Fijołek pewnie odłoży ad acta, a powinien wrzucić do kosza. Przecież wojewoda i minister spraw wewnętrznych i administracji jednoznacznie odrzucili wnioski ścigaczy korupcji ferencowskiej, nie dopatrując się w nich jakiegokolwiek sensu. Czy to znaczy, że są oni niekompetentni i prawnie głupsi od antykorupcjonistów? Przecież nie tak dawno podobną awanturę CBA już zafundowało burmistrzowi Łańcuta i jego zastępcy, którzy działali w jakimś lokalnym stowarzyszeniu. I co? A, no nic! Oskarżenia i wyniki dochodzenia zwiększyły tylko stan urzędniczej makulatury, ciśnienie u panów burmistrzów i dobre samopoczucie CBA.

Zgodnie z ustawowymi założeniami CBA ma ścigać i zwalczać korupcję. Na czym zatem ta korupcja prezydencka polega, że należy ją z taką determinacją i uporem ścigać? Otóż zaniżył, przestępca jeden, obmiar swojego domu o 2 metry kwadr. Z pewnością została ta powierzchnia dobudowana korupcyjnie i po cichu przez któregoś z wygranych przetargowiczów na roboty publiczne w mieście. Prawdopodobnie chodziło o wybudowanie dla prezydenta dyskretnego schowka na półlitrówkę, o której nie powinna dowiedzieć się żona. Przecież taka powierzchnia tylko na to nadaje się.

Zgodnie z ustawowymi założeniami CBA ma ścigać i zwalczać korupcję. Na czym zatem ta korupcja prezydencka polega, że należy ją z taką determinacją i uporem ścigać? Otóż zaniżył, przestępca jeden, obmiar swojego domu o 2 metry kwadr. Z pewnością została ta powierzchnia dobudowana korupcyjnie i po cichu przez któregoś z wygranych przetargowiczów na roboty publiczne w mieście. Prawdopodobnie chodziło o wybudowanie dla prezydenta dyskretnego schowka na półlitrówkę, o której nie powinna dowiedzieć się żona. Przecież taka powierzchnia tylko na to nadaje się.

Skoro skrupulatne badanie oświadczeń majątkowych prezydenta Ferenca za lata 2003-2008 nie dały nic oprócz dwumetrowego niedomiaru domu, należałoby pogrzebać również lepiej w innych sferach jego aktywności. Może należy do kółka różańcowego, albo i do koła gospodyń w którymś z przyłączonych osiedli? Darzy je bowiem podejrzaną, jak najbardziej, sympatią. Poszperałbym też w towarzystwie cyklistów. Narozrabiali już trochę za księdza Pirożyńskiego przed wojną, a prezydent im dziwnie sprzyja. Z pewnością zaś nie należy go szukać we władzach miłośników kosmatki, stowarzyszenia wielbicieli CBA oraz zamulonego zalewu.

A tak już zupełnie refleksyjnie, poważnie i do rzeczy. Dziwny ten nasz kraj, panujące w nim zwyczaje i stosowane preferencje. Centralne Biuro Antykorupcyjne stać na prowadzenie długotrwałych nikomu niepotrzebnych działań, jak chociażby te opisane wyżej. Natomiast policjant prawdziwie łapiący złodziei, łapowników, bandziorów i pilnujący porządku dostaje limit paliwa mniejszy od ilości wypijanej wódki przez przeciętnego rodaka.

Roman Małek

Wojna Mentalnie Trwa!

No i mamy ciąg dalszy polityki historycznej. Tym razem jednak w skali zdecydowanie większej. Nie miałem zamiaru zabierać głosu w sprawie wojennej rocznicy. Ale dynamika głupoty pojawiającej się z różnych stron sceny politycznej najnormalniej rozzłościła mnie i nie tylko. Niektóre histeryczne reakcje trudno w jakichś racjonalnych kategoriach postrzegać. To już przestaje być i polityką i historią. To jest talibizacja i jednej i drugiej. Pojawia się uporczywe i coraz bardziej agresywne domaganie się niemal dżihadu w stosunku do wszystkich, którzy inaczej od naszych ortodoksów polityczno-historycznych oceniają drugą wojnę światową. Nieważne są wyważone głosy znawców przedmiotu. Rodzimi talibowie od historii wiedzą najlepiej.

Twierdzenie, że Rosjanie wywołali II wojnę jest tak samo prawdziwe, jak twierdzenie Rosjan, że haniebny pakt Ribbentrop-Mołotow został podpisany dla zyskania czasu na przygotowanie się do wojny. Obie tezy są idiotyczne. Ta wojna zaczęła się w Monachium. Właśnie tam Hitler przekonał się, że mocarstwa zachodnie nie zamierzają ginąć, ani za Pragę, ani za Gdańsk. Dla własnego spokoju sprzedadzą one bezczelnie każdego sojusznika. Dlatego cała nasza dyplomacja przedwojenna na nich oparta doprowadziła w konsekwencji do osamotnienia w momencie hitlerowskiej napaści. Owszem, zgodnie z podpisanymi układami, wojnę Niemcom wypowiedziały i Francja i Anglia, ale nikt nie zamierzał atakować Niemiec. Na ich zachodniej granicy trwała dziwna wojna, której faktycznie nie było, ponieważ przy takiej doktrynie militarnej być nie mogło. Poza tym zupełnie niepotrzebnym politycznie i militarnie incydentem z zajęciem Zaolzia zafajdaliśmy sobie stosunki nie tylko z Czechosłowacją. Zawsze mieliśmy do tego talent. Dlatego niektórzy traktują nas jak kraj sezonowy, który jest, a po sezonie może go nie być.

Cała krucjata antyrosyjska prowadzona przez bliźniaków wykazywała tylko jedną prawidłowość. Nasze stosunki z Rosją mogą być rozpatrywane tyko w kategoriach czarno-czarnych. Żaden inny odcień nie wchodzi w rachubę. Szanowni panowie! Tak politykę uprawiało się w XVII wieku. Jeśli tego nie zauważyliście, to informuję, że aktualnie żyjemy już w XXI i dlatego posługiwanie się archaiczną metodą jest absurdem. Wszyscy w Europie już dawno to zrozumieli. Wszyscy wojenni antagoniści już dawno poukładali sobie od nowa klocki i podjęli konstruktywną współpracę. Tylko my nadymamy się, jakbyśmy byli pępkiem świata. A jesteśmy zwykłym średnim krajem na dorobku, a nie potęgą. Jeśli ktoś woli to możemy być quazi mocarstwem ale sznurkiem wiązanym. Komu potrzebna ta wojna polsko-polska na pośmiewisko cywilizowanego świata?

Każda opozycja ma prawo do krytyki i sprzeciwu, ale na miłość boską nie do głupoty politycznej! Kwestionowanie sensu zapraszania na uroczystości rocznicowe premiera Rosji jest właśnie taką ewidentną głupotą. Przecież nie można udawać, że Rosji nie ma i że nie brała znaczącego udziału w II wojnie światowej. Jestem święcie przekonany, że gdyby Polska prezesa Kaczyńskiego była jedną ze stron nawiązujących dobrą współpracę po wojnie w układzie Niemcy-Francja, Niemcy-Rosja czy chociażby Rosja-Finlandia, żadnej współpracy w tym względzie nie byłoby. No, ale gdyby Putin ubrany w wór pokutny padł przed naszym prezydentem na kolana i ucałował jego spracowaną politycznie dłoń, może coś dałoby się zrobić. Na szczęście inni od Brzezińskiego po Wałęsę zdarzenia rocznicowe oceniają obiektywnie i w kategoriach zdroworozsądkowych, upatrując może jeszcze nie zwrot w stosunkach polsko-rosyjskich, ale krok we właściwym kierunku. Ale ta paskudna wojna w niektórych kręgach nadal mentalnie trwa.

Roman Małek