piątek, 17 lipca 2009

Uobecniony w Uchachaniu

Znowu talenty językowe rozbłysły niczym bujna fryzura na głowie Oleksego. Chociaż kilka perełek, świadczących o drzemiących w narodzie potencjałach twórczych, pojawiło się, jak najbardziej. Budujące jest zwłaszcza to, że po dłuższej przerwie wzięli się w tym względzie do roboty hierarchowie i kabareciarze, a nie tylko politycy.

Ekumeniczny symbol – tak pismak telewizyjny Gugała określił Kaczora Donalda, któremu akurat stuknęło siedem i pół krzyżyka. Chodziło mu oczywiście o naszych bluzgających po sobie najwyższych władców. U tego sympatycznego złośliwca mamy w połowie prezydenta i w połowie premiera. Gdyby tak zechcieli funkcjonować na zasadzie dwa w jednym! Zjawisko tak nieprawdopodobne jak bezalkoholowa gorzała, bieda proboszcza i skromność Krzaklewskiego. Dlatego na wszelki wypadek niechaj jeżdżą oddzielnie, a ochrona niechaj chowa wszelkie siekiery i dzidy. Jeden zdołał w pacholęcym stanie ukraść Księżyc, a w wieku dojrzałym założyć PiS, jak twierdzą znawcy jest to skrót od podpieprzymy i Słońce. Drugi gustuje bardziej w uprawianiu balona kopanego, aniżeli rządu dobrego.

Hucpa – to według Jarosława I Sprawiedliwego paskudny i ohydny proceder, który uprawiają dziennikarze bełkocąc coś o konflikcie prezesa ze Zbigniewem Ziobrą, który rzekomo podgryza opokę, na której tkwi prezes. A przecież każdy widzi trwającą w tym stadle sielankę okraszaną czułymi ciumaskami. Przecież prezes swojego ministra tak przynajmniej lubi jak Piotr Rubik pieluchy. A to, że Ziobro opieprzył organizatorów kampanii PiS w wyborach do europarlamentu za co w rewanżu prezes kazał mu się uczyć pilnie przez całe ranki, to najzwyklejsze przywidzenia i efekt dojenia palca. Co też te pismaki nie potrafią poprzekręcać. Nawet to, co jest tak politycznie proste jak gołębie serce Ziobry i miłosierdzie prezesa.

Świńskie zady – obrzydliwa zagrywka zrealizowana przez PO na finiszu kampanii wyborczej. Na tle dorodnych świńskich zadów z zakręconymi ogonkami ulokowali oni napis, że PiS akurat w tym miejscu ma politykę rolną. Niewiarygodne! Prezes proprezydencki wyliczył, że bilbord pojawił się wówczas, gdy jego partia nie miała szans odgryźć się. Dlatego pociągnęło to utratę pół procenta elektoratu. Biedne te nasze świnie. Zdecydowanie biedniejsze od elektoratu. Albo politycy fundują im świńską górkę, świński dołek, albo jakieś farmaceutyczne lobby świńską grypę. A do tego jeszcze wmawia im się świński politycznie charakter. To już lepiej upić się jak świnia i te całe idiotyzmy przeżyć w pijanym widzie.

Uchachany – stan taki dostrzegli kabareciarze u naszego boskiego premiera. Najprawdopodobniej źródłosłów tego neologizmu należy upatrywać w zawołaniu – u cha, cha! Trudno, u cha cha. Ale i trudno dziwić się kabareciarzom, skoro premier nawet wówczas gdy kłamie, że kryzysu nie ma, to śmieje się jakby robił oko. Uchachany prowadzi posiedzenia Rady Ministrów i rozmowy w Brukseli, a nawet gospodarsko lustruje powodzian, czy kopie szmaciankę. Zachachany kraj, zachachany rząd, zachachany kryzys. Jedynie dola przeciętnego Kowalskiego jakby z innej bajki. Dziwnie nie chce mu się chachać i coraz częściej poważnieje. A może znowu wszystkiemu winni masoni i cykliści?

Uobecniona – taka forma jest efektem uduchowionej twórczości naszego metropolity przemyskiego Michalika. W czasie pobytu w stolicy dali mu wygadać się i wówczas objawił światu prawdę jeszcze dotychczas nieobjawioną, że Maryja jest uobecniona wśród nas. Korzystając z podpowiedzi można te twórczość rozwijać. Przecież równie dobrze może ktoś być unieżywiony, uniechytrzony. A jaka powinna być forma przecząca? Oczywiście – unieobecniona! Szczęść Boże.


Roman Małek

Gdzie Te Ogrody ?

Sądziłem jeszcze niedawno, że do sprawy darowizny parkingu i Pomnika Walk Rewolucyjnych oo. bernardynom nie będę miał okazji szybko powrócić. Wszystko zostało tak zgrabnie pozamiatane, że należało tylko czekać na materializację ogrodowych cudowności tworzonych za unijne grosiwo na chwałę bożą i ku zdrowotno-estetycznemu pokrzepieniu tubylców i tambylców. Ale skoro okazało się, że właściciele darowanego parkingu i pomnika wycofują się z unijnego finansowania całego przedsięwzięcia budowy wiszących ogrodów Semiramidy z miejscem pielgrzymkowej zadumy oraz rozbudowy drugiego wirydarza, nie mam wyjścia. Pytania same narzucają się.

Może nieco historii parkingowej. Tuż przed ostatnimi wyborami samorządowymi, czyli równe trzy lata temu, pojawił się projekt uchwały o sprzedaży oo. bernardynom za przysłowiową czapkę gruszek parkingu obok Urzędu Wojewódzkiego. Dla wszystkich było oczywiste, że jest to inauguracja kampanii wyborczej. Ale ówcześni radni Janusz Ramski, Robert Kultys, Ryszard Piekło, Elżbieta Dzierżak wytoczyli zupełnie inne działa dla poparcia projektu. Myślałem, że Kultys popłacze się nad dolą braciszków ograbionych do cna przez paskudną komunę, a Ramski pójdzie z siekierą bronić bezczeszczonego miejsca mordu dokonanego przez Niemców na Polakach. Mało tego! Snuli oni upojną wizję rajskiej oazy spokoju w najbardziej zasmrodzonym miejscu miasta. Wszelkie racjonalne uwagi były traktowane jako niegodziwość pogrobowców komuny. A przecież nikt klasztorowi terenu nie zagarnął tylko na korzystnych warunkach wykupił i nie dlatego, aby braciszków pognębić, a dlatego, że wymagały tego względy urbanistyczne. Nikt nie bezcześcił tego miejsca mordu, bo jeśli tymi kategoriami rozumować, to w mieście niewiele jest miejsc, gdzie na przestrzeni wieków nie dochodziło do ludzkich tragedii. Przecież przy kościele farnym kiedyś istniał cmentarz, a teraz stoją taksówki. Natomiast dlaczego pan Ramski do tej pory nie wybudował jeszcze pomnika ku czci pomordowanych? Oto jest pytanie! Ale w lipcu 2006 roku parking darowano wraz z pomnikiem. Tylko nielicznym orędownikom takiego rozwiązania pomogło to w wyborach. Większość z nich bohatersko poległa ku chwale ojczyzny. Ot niewdzięczny elektorat.

Później na parkingu nie działo się nic. Jedynie oo. bernardyni inkasowali od miasta kilkunastotysięczną należność za dzierżawę parkingu. W ubiegłym roku marszałek województwa doznał olśnienia, zapewne przez Ducha Świętego, i wpisał budowę ogrodów z pielgrzymkową zadumą oraz rozbudową klasztoru na listę unijnych priorytetów w województwie podkarpackim. Mało tego! Ten priorytet jakoś przepchnął gdzie trzeba. Ale klasztorowi potrzebny był wkład własny, którego nie miał. Ale od czego hojna władza miejska? Od skutecznego znalezienia stosownego rozwiązania. Uchwalono zapłacenie za dzierżawę własnego parkingu za trzy lata z góry. Można i tak. Znowu bowiem padały argumenty o rajskich walorach oazy zieleni, a nawet zaprezentowano radnym cudną wizję tego miejsca.

Gdy nie pozostawało nic innego jak tylko wziąć się raźnie do roboty, oo. bernardyni zmienili swoją koncepcję. Uznali, że niepotrzebne im ani unijne środki, a tym samym i miejska łaska w postaci opłaty za parking z trzyletnim awansem. Jeśli tak, to po co te wszystkie wcześniejsze przytupy i lansady? Jakie będą dalsze losy całego przedsięwzięcia? Dlaczego chcemy rezygnować z zaklepanego już programu? Pytania można mnożyć, ale racjonalnej odpowiedzi z pewnością nie będzie. A szkoda. Minęły trzy lata od darowania parkingu i wszystko jest nadal w punkcie wyjścia, czyli w sferze marzeń, domysłów i jakiejś mało przejrzystej gry.


Roman Małek

Gdzie Ten Komunizm ?

Koniec maja i początek czerwca stał się okresem młócenia narodowej słomy przez antykomunistów różnej maści. Pojawiły się bowiem rocznicowe przepychanki w kwestii, kto najbardziej i najskuteczniej obalał komunizm w Polsce. Powstał sofistyczny spór o zasługi w obalaniu czegoś, czego w Polsce nikt nie widział. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że tego nieistniejącego smoka powalił z kretesem prezes Kaczyński, ale tego również nikt nie widział. Ta cała rocznicowa przepychanka i fanfaronada, zamiast rzeczowej debaty o stanie polskich przemian ustrojowych, doprowadziła do żenującej groteski politycznej. A mogło i powinno być zupełnie inaczej, sensownie.

Wracam do tego rocznicowego nadymania się nie bez powodu. W lipcu pojawi się kolejny pretekst do młócenia tej słomy w kontekście rocznicy powstania PKWN i ogłoszenia przez niego manifestu. Z pewnością nikt nie będzie wnikał w sens samego manifestu, ani w cele i skład samego PKWN. Wszystko zostanie wrzucone do jednego wora. Okaże się z pewnością, że na czele PKWN stał rasowy komunista Edward Osóbka-Morawski, który zniewalał nasz naród. A że to nie będzie miało nic wspólnego z prawdą historyczną? Co to ma za znaczenie! Skoro od tego momentu można liczyć PRL, to znaczy, że wprowadzili komunizm. Nikt z pewnością nie zająknie się, że w manifeście pojawiły się deklaracje zrealizowania tylko obiecywanych przed wojną postulatów, że należało w tym burzliwym czasie zorganizować w miarę sprawną administrację i znormalizować warunki życia. To nie PKWN stworzył pojałtański porządek w Europie. On jedynie starał się w tych, stworzonych przez Jałtę, warunkach coś sensownego zorganizować.

Powróci zatem deprecjonowanie wszystkiego, co jest związane z okresem PRL. Znowu pojawi się demoniczny smok komuny, którego od początku zwalczała heroiczna opozycja. Pojawią się znowu historyczne przekłamania formułowane na polityczny obstalunek. Znowu celowo i świadomie mylone będą pojęcia. Znowu Polska Ludowa utożsamiana będzie z komunizmem. W naszym kraju jedynie próbowano nieskutecznie budować tak zwane podwaliny pod przyszły ustrój komunistyczny, ale tylko do przesilenia październikowego. Co po październiku z doktryny komunistycznej zostało zbudowane? A nic! Przecież komunizm był pewną wizją przyszłości, od której po październiku polska rzeczywistość oddalała się systematycznie coraz bardziej. Ustrój PRL nie był komunizmem ani z punktu widzenia doktryny marksistowskiej, ani z punktu widzenia KPZR, ani najzwyklejszego zdrowego rozsądku. Nasze społeczeństwo było antykomunistyczne nawet wówczas, gdy udzielało poparcia kolejnym ekipom rządzącym, jak chociażby Gomułce czy Gierkowi. Stawianie zatem znaku równości między realnym socjalizmem a komunizmem, między członkami partii a komunistami jest niegodziwe, jest przejawem zdecydowanie złej woli. Świadczy również o elementarnym niezrozumieniu PRL lub świadomym przekłamywaniu tamtej rzeczywistości społecznej, psychologicznej i ideologicznej.

Sam termin komuna uknuto nie dlatego, że ma to jakikolwiek sens ideologiczny, bądź filozoficzny. Uknuli go dziennikarze na potrzeby doraźnej propagandy. Skoro polskie społeczeństwo nie akceptowało komunizmu jako doktryny należało to wykorzystać przyklejając komunistyczną mordę każdemu, który w czasach PRL cokolwiek zdziałał. Dziennikarskie przerysowanie można traktować jako figurę stylistyczną. Nadużywanie jednak tego terminu przez historyków czy innych przedstawicieli instytucji naukowych, za jaką się ma chociażby IPN, jest już karygodną nonszalancją, bądź głupotą wynikającą nie z obiektywnej oceny rzeczywistości lecz jakiejś zapiekłej nienawiści do minionego okresu. W taki sposób z historyczną spuścizną postępować nie wolno. Zwłaszcza ludziom nauki, od których wymaga się sądów zobiektywizowanych i rozważnych.

Najbardziej niepokoić musi każdego logicznie myślącego człowieka w Polsce fakt, że czasy PRL potrafią obiektywnie ocenić ludzie z zewnątrz, którzy niczego nie demonizują i próbują minioną rzeczywistość w warunkach realnego socjalizmu zrozumieć i opisać, a nawet nazwać.


Roman Małek

Bój Hierarchy

W Stalowej Woli na dobre rozgorzała wojna biskupa Frankowskiego z prezydentem Szlęzakiem. Takie sceny zdarzały się, ale w czasach PRL-u, a nie demokratycznej uległości kościołowi. Hierarcha wymyślił sobie budowę ósmej już świątyni w mieście na osiedlu Młodynie, chociaż władza miejska widzi tam zupełnie coś innego. Zmobilizował moherowe towarzystwo, postawił krzyż, kapliczkę i wszystko pokropił jak należy, nawet za darmo, bez pobrania stosownej opłaty za amortyzację kropidła. W ruchu ciągłym prowadzi krucjatę. Prezydent nie ustępuje, co jest ewenementem we współczesnej Polsce. Ośmielił się powiedzieć nie! Największej pikanterii całej sprawie nadał incydent z nocnym wymalowaniem na kapliczce dorodnego organu męskiego w stadium totalnego wzwodu. I pod tak zdobną kapliczką zwolennicy biskupa zanosili błagalne modły, nie uświadamiając sobie niesamowitego komizmu sytuacji. Naprawdę nie sposób było na taki widok zachować należną powagę. Całość stanowi bardzo interesujące studium mentalności w niby demokratycznym i niby nieklerykalnym kraju. A w Rzeszowie powoli zaczyna upadać natchniona wizja marszałka obejmująca budowę rajskich ogrodów Semiramidy obok pomnika Walk Rewolucyjnych. Wszystko wskazuje na to, że wystarczy sam parking. Zobaczymy.


Roman Małek

Cena Sumienia

I znowu mamy w telewizji, za przeproszeniem, publicznej widowisko jak na pogrzebie cygańskim. Jedni płaczą, inni klaszczą, a łyse konie żwawo ciągną furę z trumną. Publiczna to ona staje się dlatego, że od jakiegoś czasu panuje w niej coraz większy burdel, w którym tylko nieciężkich obyczajów pensjonariusze zmieniają się, ale firma nie. Ani trochę! Tylko pyszczą wszędzie, że niewdzięczne ludziska nie chcą płacić abonamentu. A niby za co? Za oglądanie cyferblatu Wildsteina, Pospieszalskiego i coraz głupszych seriali? Jedyne co w niej godne uwagi, to wznowienia produkcji z lat 70. i 80. Ale ileż razy można oglądać Dyzmę, Samych swoich i Czterdziestolatka? Kiedyś do głowy by mi nie przyszło, że na tym zapyziałym tle za prawdziwą gwiazdę będzie robił kowboj Cejrowski. Ale taka jest realna rzeczywistość. Sejm już kolejny raz podchodzi do nowelizacji ustawy o mediach publicznych i po raz kolejny nieskutecznie, bo prezydent chce ugrać dla bliźniaka prezesa jakąś medialną synekurę. Wpierw pismani pozwolili na stołku prezesowym powygłupiać się Wildsteinowi. Później postawili na renesansowego specjalistę od wszystkiego, czyli Urbańskiego. Też nawygłupiał się trochę. Aż ni z gruszki ni z pietruszki cały zarząd Urbańskiego poszedł na hak i zawisł. Do stolca dorwał się faszyzujący wszechpolak, w dodatku z giertychowskim zadęciem i ten dopiero zaczął w publicznej farfalić jak się patrzy. Powywalał kogo chciał, pozatrudniał uzdolnioną zadymiarsko brać wszechpolską, z którą pozawierał takie umowy, że same odprawy wystarczą im na przyzwoite życie. Telewizja publiczna zaczyna coraz bardziej przypominać agencję towarzyską. W efekcie wtrącił się w tę całą zabawę minister skarbu, jako właściciel całego majdanu i mamy znowu dwóch prezesów, czyli tak naprawdę żadnego. Premier kryguje się jak panienka i niby nie chce ingerować, bo na bałagan nie ma mądrych, a tu karuzela zasuwa w coraz bardziej pijanym widzie. Prezes Farfał wywalił biura konkurencji, czyli Bochenka i Siwka z Woronicza na banicję przy Powstańców Warszawy. Od razu rozpoczęła się jak za Urbańskiego zabawa z włóczeniem po sądach. Prostą i oczywistą kwestię znowu rozstrzygnie sąd, bo idiotyczną rzeczywistość medialną zafundowali nam za nasze pieniądze niedouczeni politycy z ambicjonalnym przerostem chcieć, a niedoborem umieć. A cała generacja starszych dziennikarzy z rozrzewnieniem wspomina czasy Szczepańskiego i Kwiatkowskiego. Okazuje się, że aktualnie nawet wierzący z wierzącym nie jest w stanie dogadać się o cenę sumienia. A w Rzeszowie telewizją kieruje wybitny specjalista, ale od zadymiania a nie telewizyjnej roboty. Widocznie potrafi nieźle farfalić.

Roman Małek