skip to main |
skip to sidebar
Hitem minionego miesiąca była polityczna piaskownica, w której bawiło się dwóch bobasów, nadymających się co niemiara. To musiało podbić bębenek politycznego teatru i podbiło. Chichrali się z nas nawet na Białorusi i Wyspach Owczych. I o to zapewne chodziło. Przecież nie może być tak, że za granicą z Polaków znają tylko Jana Pawła II i Wałęsę.
Bolączka na kryzys – coś temu Brudzińskiemu króliki na strychu za bardzo się kochają. Nasłuchałem się już różnych wytworów utalentowanych lingwistycznie rodaków ale na to jeszcze żaden nie wpadł. Według Brudzińskiego na kryzys najlepsza jest bolączka! To na chorobę najlepsza musi być niemoc. Taką logiką posługując się można wiele spraw skutecznie załatwić. Jeśli na przykład okaże się, że z tarczy antyrakietowej wyjdą nici zawsze można u Ruskich kupić drut kolczasty na zasieki. Gdy ten Brudziński coś powie, to same refleksje, żadnej prozy. Najlepiej w kryzys kropnąć bolączką, albo Brudzińskim. Będzie po kryzysie.
Kórnik – miejsce starcia dwóch kogutów, czyli unijne zbiegowisko w Brukseli. Po wcześniejszej przepychance przy otwartej kurtynie i zabawie w piaskownicy, w której było dużo wzajemnego boczenia się i odbierania lotniczych zabawek, musiało dojść do starcia o stołek. Przyprezydency ministrowie wisieli nieskutecznie u klamki unijnej, a prezydent nawet dwa razy wygrał wyścig do krzesła z premierowymi ministrami. Walka kogutów odbywała się ku nieopisanej uciesze całego unijnego kórnika. Było o nas głośno.
Łajza – tym poetyckim określeniem obdarzyli posła PO Sławomira Nitrasa prezydent i przewodniczący rady ze Świnoujścia. Wyraz prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego w Świnoujściu przystoi, jak najbardziej. Przecież nie musi oznaczać włóczęgi, ale może turystę, troglodytę albo nawet wagabundę. Rządzący miastem duet wykazał się niezwykłą finezją wzorowaną na polocie Liroya i uroku Szczypińskiej. A myśl ich ma głębię jak w kałuży. Chociaż z drugiej strony ten poseł znowu taką chodzącą układnością też nie jest. Gnojem umie rzucić.
Skundlenie polityki – specjalista sejmowy bardziej od kabaretowych wygłupów, aniżeli przypisywanego mu usprawniania ukochanej biurokracji państwowej, poseł Palikot tak właśnie określił zjawisko wypisywania głupot w usprawiedliwieniach posłów PiS dla uratowania jedynych trzystu złotych diety. Poseł Kurski potwierdził kompetencje Palikota w kwestii definiowania skundlenia, ale miał co innego na myśli. Jak to Kurski. A przecież kundel, i żyje dłużej, i jest bardziej człowiekowi przyjazny od pitbula, jak z kolei określają niektórzy posła Kurskiego. Przecież bardziej adekwatne byłoby spitbulenie zamiast skundlenia. Kundle wszystkich krajów łączcie się! Nie będzie pitbul pluł wam w twarz i kundlęta wam pitbulił!
Rada starców – spokojny z natury i zrównoważony wojewoda Mirosław Karapyta tak określił Urząd Marszałkowski. Chodziło mu prawdopodobnie o ciągłe wymądrzanie się i pouczanie przez ten urząd wszystkich, jak zwyciężać w zeszłej wojnie. Natomiast efektów solidnej i sprawnej roboty jakoś nie widać. Pomimo pojawienia się możliwości skorzystania z dodatkowych pieniędzy na określone zadania inwestycyjne w województwie, wymaganej dokumentacji tenże urząd nie zdołał opracować. A jeśli zdoła, to w ostatniej chwili. Ba, ale jak to ma zrobić skoro nie może się ta rada starszych naradzić sama z sobą? Krasnoludki tego nie zrobią. Wodzowie tej rady starszych wiodą spory, który z nich ważniejszy, a urzędnicy swoje sympatie rozkładają na harcowników mniej więcej po równo. A może przydałby się jakiś solidny leśniczy, który wywaliłby to towarzystwo z leśniczówki i ogłosił koniec wojny?
ul. Aleja Wyzwolenia 6 – taki adres przeczytałem na autobusie PKS w ogłoszeniu o jakichś usługach tej zacnej firmy. Z wrażenia oniemiałem. Taka konstrukcja wskazuje, że patronem ulicy jest jakiś Wyzwoleń o imieniu Alej. No bo przecież gdyby chodziło o zwykłą aleję, czyli szeroką ulicę w mieście, to nie byłoby skrótu ul. Zastanawiałem się zatem czym ten Alej Wyzwoleń zasłużył się dla miasta lub kraju, skoro dostał taką okazałą arterię. Nie wymyśliłem niczego. Widocznie był on bardzo zasłużony, ale tylko dla PKS. Należałoby o to zapytać naczalstwo tej firmy. Wydaje mi się, że wystarczyłyby tylko korepetycje z polskiego i z tym Alejem daliby sobie spokój.
Roman Małek
Nasze wesołe z natury władze nie dają zapomnieć o sobie światu. I słusznie! Jeszcze ten świat pomyślałby sobie, że spoważnieliśmy. Zaczęliby wówczas poważnie nas traktować i kto ten ciężar mógłby udźwignąć? Bliźniacy? Pawlak? Drzewiecki? A może Kurski ze Szczypińską? Sama myśl już jest ucieszna. Wszystkie bez wyjątku ekipy rządzące napompowały w nasze stocznie ciężkie miliardy naszych podatków tylko po to, aby stoczniowcy mogli godnie żyć. Los pracowników kilku tysięcy padających zakładów, z kilkoma milionami zatrudnionych, nie wywołał nawet drobnej bruzdy na zamyślonym czole któregoś z władców. No, ale w PGR czy Rzeszowskich Zakładach Mięsnych nie było żadnej kolebki. Ba, nie było nawet przyzwoitego płotu do skakania. Te ciężkie miliardy naszych pieniędzy poszły w błoto, ponieważ żadnemu rządzącemu nie przyszło do głowy, że tego interesu należałoby jakoś przypilnować. Za to Kowalskiego będą chcieli sadzać do paki za popełnienie błędu na dwa złote w rozliczeniu podatkowym. Ale tu jest Kowalski, a nie kolebka! Stoczniowcy tak przyzwyczaili się do manifestowania w Warszawie na każdy temat, że popieprzyła im się ta stolica z Brukselą. Uważali, że dobrze oflagowana, zwłaszcza solidarycą, brukselska ekskursja z trąbami i porykiwaniem zrobi na unijnych urzędnikach takie samo wrażenie, jak na Millerze i Tusku. Zdumieli się niepomiernie, gdy okazało się, że Bruksela „Solidarność” ceni, ale wyłącznie jako zjawisko historyczne, godne akademii, a nie pojęcie ekonomiczne. Uważa bowiem, że gospodarka ma tyle wspólnego ze styropianem i etosem, co wąsy Putry z wąsami Piłsudskiego. Tylko pozornie pasują. W dodatku stoczniowcy zaczęli wzajemnie wygryzać się, aby tylko utrzymać się na powierzchni. Ci z kolebki chcieli nawet manifestować w Brukseli, aby tych z Gdyni nie ratować, bo są trefni i jacyś tacy jakby mało rezolutni i etosowi.
Trzeci już z kolei rząd nie jest w stanie sformułować sensownego programu naprawczego dla naszych stoczni. Każdy widzi tylko możliwość dalszego marnowania naszych podatków, aby uzyskać święty spokój. I stało się! Unijna komisarz powiedziała i zawnioskowała to, co nasi powinni już dziesięć lat temu. I minister Grad i stoczniowcy i cała manifestacyjna logika obudziła się z ręką w nocniku. Można za Grekiem Zorbą rzec, katastrofa! Ale czy widziałeś kiedyś tak piękną katastrofę? W dodatku na własne życzenie, ta tworzona przez PRL potęga stoczniowa, popłynie kilem do góry. Tylko dlatego, że nie było chętnego do poważnych i konsekwentnych rozmów ze stoczniowcami, bez kołysania kolebki i tłumnego porykiwania.
Nie wiem dlaczego, ale od czasów Kwaśniewskiego żadnej ekipie nie udało się mianować rozgarniętego w miarę ministra od sportu. Na tym bezbarwnym tle nieudaczników pani Jakubiak jawi się jak wyjątkowej jasności gwiazda. To, że premierowy bliźniak wynalazł Lipca, nie dziwota. Taki wybierający, jak i wybrany. Chociaż Lipiec przy wielkim edukatorze Giertychu i tak mógł robić za orła. Tenże Lipiec w jakimś swoim widzie postanowił naprawiać nadgryzioną urodę rodzimego balona kopanego w taki sposób, że postanowił pokazać to, czego nie miał, czyli władzę nad tymże balonem. Natupał, napodpisywał durnych zarządzeń, naopowiadał głupot, aż w końcu go skuli i posadzili w pierdlu. W dodatku to wszystko europejskie władze od tego balona kazały naszym władcom odszczekać. I ci szczekali. Nastał Drzewiecki i znowu zrobił wojnę tuż przed wyborami w PZPN. Co zyskał? Smród, śmiech i najmniejszego pożytku. Sprowokował sytuację będącą klasycznym dylematem konstrukcyjnym zbieżnym. To znaczy, że obojętnie jakie rozwiązanie nastąpi, będzie ono złe. Dlaczego? To proste. Jeśli Drzewiecki uprze się przy swoim komisarzu i zawieszeniu władz PZPN, naszych kopaczy europejskie władze balonowe karnie wywalą z rozgrywek eliminacyjnych, a w dalszej perspektywie pozbawią nas organizacji Euro 2012. Jeśli minister wycofa się, śmiechu będzie co niemiara i pewnie nikt poważnie nie będzie go już traktował, podobnie jak i naszych deklaracji rządowych. Chyba, że nasz rząd nie widzi realnych możliwości podołania wymogom stawianym organizatorom mistrzostw Europy i w ten idiotyczny sposób chce się od tego wyłgać, polecając Drzewieckiemu rżnięcie głupa ku uciesze cywilizowanego świata. Już byliśmy i błaznem i papugą narodów, ale głupa jeszcze nie rżnęliśmy. Może nadeszła pora?
październik,
Roman Małek
Serce rośnie, patrząc na wznoszenie imponującej siedziby Urzędu Marszałkowskiego. Z drugiej jednak strony dochodzące z tego urzędu niepokojące wieści muszą budzić zrozumiałą troskę. Obliczony przez poprzedniego marszałka Deptułę ze sporą rezerwą na pomieszczenie po 600 urzędniczych biurek, 600 kubków na herbatę i 600 szafek na drogocenne kwity, może okazać się za ciasny jeszcze przed oddaniem go do eksploatacji. I co? Urzędnicy tak niezastąpieni i plujący krwią z przepracowania dla naszego dobra, fabrykujący tony nikomu niepotrzebnych kwitów, mają urzędować przy piętrowych biurkach? Chociaż nie byłoby to bez sensu. Mogliby bezkarnie patrzeć na petentów z góry, nawet gdyby przyszedł sam koszykarz Zdzisław Myrda. Marszałek Cholewiński ostatnio rozradowany stara się udowodnić w telewizyjnym spocie, że lepiej od Tuska kopie balon. Nawet przy tym sympatycznie uśmiecha się. Oprócz tego wielokrotnie tłumaczył, że duży przyrost zatrudnienia wiąże się z potrzebami wynikającymi z integracji europejskiej. Dziwnym trafem są to ludzie, którym nie wyszły wybory, albo musieli odejść z innej pracy ze względów poza zawodowych. Tutaj pojawia się jeszcze następny problem. Przecież takiego człowieka nie można przyjmować na byle referencinę. On ma być kierownikiem, albo w gorszym przypadku pełnomocnikiem. To kwestia prestiżu, no i lepiej brzmi! Są zatem kierownicy, którzy niczym nie kierują poza sobą i własnym samochodem. Jednym z nich jest Jacek Kiczek, radny rzeszowski, a wcześniej doradzający wojewodzinie. Kieruje on oddziałem rozwoju linii kolejowych. Jak sam zwierzył się, więcej pracowników nie potrzeba. Twierdzi, że zajmuje się pilnowaniem opracowywania kwitów na modernizację kolei do Warszawy. Na pytanie szczegółowe, czym kieruje jako kierownik, odrzekł niczym ten Platon, albo inny Spinoza, że kieruje myślami, żeby dokumentacja była najlepsza. Przecież jest to niezwykle budująca konstatacja! W urzędzie ktoś myśli i jeszcze tymi myślami sam kieruje! Nie jakimiś gryzipiórkami, ale samymi myślami. Przecież stąd już blisko do idei. Taż to czym prędzej należy opatentować i jako szczyt urzędniczej technologii sprzedawać zbiurokratyzowanemu światu. Nobel murowany.
październik,
Roman Małek
No i mamy kolejną odsłonę rozróby politycznej bez sensu, czyli załatwiania spraw po polsku. Tym razem nie poszło o żadną politykę zagraniczną, uszczęśliwianie Gruzinów, ani dołożenie Ruskim. Nie poszło nawet o ciągle aktualne i nieocenione kwity z IPN. Bez mrugnięcia okiem nasz niezbyt pracowity rząd, a zwłaszcza jego minister od fizkultury, ciągle czemuś wystraszony Drzewiecki, rąbnął komisarzem w parcianą konstrukcję władz rodzimego balona kopanego. Może ona i zmurszała, ale póki co mocno podparta. Powstała międzynarodowa wrzawa, w którą chciał zaangażować się sam prezydent ze swoimi talentami mediacyjnymi, niczym ten Kissinger jakiś. Nie słyszałem, aby znał się on cokolwiek na dyplomacji futbolowej, ale kto wie, może po konsultacji z kotem prezesa, dysponuje żelaznym przygotowaniem. Różni notable państwowi naopowiadali kupę różnych bredni, diagnoz i metod zaradczych. W konsekwencji trzeba było czym prędzej wycofywać się z tej awantury. Infantylne próby interpretacji ciągu zdarzeń i tłumaczenia jak należy rozumieć to, co jest proste jak futerał na cepy, tylko pogłębiały śmieszność rządowych poczynań. Nie zaliczam się do wielbicieli tego sportu, ale smród rozprzestrzeniający się od struktur PZPN i narastający rozwydrzony bandytyzm na stadionach musi budzić zdecydowany sprzeciw. Jeśli w Polsce nikt nie wie jak sobie z tym poradzić, zawsze można zapytać panią Margaret Tatscher. Ona znalazła skuteczne antidotum i skutecznie poskromiła kogo trzeba.
Nasza rzeczywistość medialna błyszczy politycznymi brudami niczym szwejkowska piwiarnia z portretem Najjaśniejszego Pana upstrzonego przez muchy. Pojawiają się nowe zawołania, albo dotychczas znanym nadaje się nowe znaczenia. Mądrości od tego nie przybywa, ale zabawy i owszem. Do głowy nie przyszłoby mi, że z alimentów można zrobić polityczny kabaret we własnym sosie. A czy ktoś wpadłby na pomysł nazwania, uświęconych wallenrodowskim rodowodem dążeń stoczniowców, kretynizmem? A jednak!
Alimenty – polityczny oręż wśród prominentów PiS. Prezes Kaczyński, który na razie ojcuje tylko kotu, partii i ojczyźnie, poczuł się okropnie zniesmaczony etycznie chęcią zmniejszenia alimentów przez dziecioroba Dorna, do niedawna umiłowanego trzeciego bliźniaka, pomimo że ten preferował suki, a nie koty. Ten etyczny dyskomfort wyartykułował telewizyjnie również chrześcijański, jak najbardziej, etyk Gosiewski. Prawie łzy lał nad sierocą dolą pacholąt Dorna. Jego na wskroś chrześcijańskie serce krwawiło z tego powodu niemiłosiernie, chociaż przecież niedawno tenże Dorn ochrzcił się po bożemu. Na drugi dzień matka dziecka Gosiewskiego obwieściła, że onże zdecydowanie olewa swoje ojcowskie powinności alimentacyjne i że będzie w tej sprawie tłumaczył się w sądzie. Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział… chciałoby się rzec za wieszczem. A tak w ogóle, to ciekawie w tej chadeckiej partii pojmują małżeńską wierność i przysięgi przed ołtarzem, że nie opuszczę cię aż do śmierci…Dotyczy to również wierności w innych sferach.
Autoretoryk – zdaniem Poniedzielskiego, to wcale nie chwalca auta, ale chwalca siebie. Taka refleksja spadła na niego niespodziewanie, gdy doznawał intelektualnej rozkoszy zgłębiania płycizny w oracji prezesa nad prezesami. Smutny ten Poniedzielski stał się jeszcze bardziej, gdy uświadomił sobie znaczenie kota w polityce. Że Ania Żebrowska miała kota na punkcie kota, to było nawet urocze. Ale żeby mieć kota na swoim własnym punkcie? Tak potrafi tylko prezes. No, może jeszcze jego duplikat.
Kretynizm – według związkowców stoczniowych jest to chęć istnienia przez innych stoczniowców. Mogą za nasze wielomiliardowe pieniądze i unijną łaskawość istnieć tylko jedni, ale inni już nie. Najbardziej na ten temat gardłują ci z KOLEBKI wszelkiego robotniczego dobra, miłosierdzia i solidarności, czyli gdańscy, dziedziczący najważniejszy w Polsce płot i ogromne długi, które powinniśmy bez szemrania spłacać my i Unia. Słownik definiuje kretynizm jako chorobę wrodzoną spowodowaną niedoczynnością lub brakiem tarczycy, powodującą matołectwo. Po kim mogli stoczniowcy tę paskudną przypadłość odziedziczyć? Po budującym Gdynię Kwiatkowskim, łożącym ogromne pieniądze na stocznie PRL czy po kolebce?
Strategia bobasa – reakcja prezesa i jego duplikatu na poczynania dyplomatyczne ministra Sikorskiego. Polega ona z grubsza na poryczeniu w kącie w nadziei, że ktoś to usłyszy i użali się nad mizerią losu pobekującego szczyla. Piękna figura stylistyczna, chociaż z drobnymi zastrzeżeniami. Co do bobasa całkowita zgoda. I postura i mentalność adekwatna. Natomiast strategia już jest pojęciem jakby z innej bajki. Chociaż mizernego wzrostu Napoleon coś o strategii wiedział. Ale prezes? No, ale nie nauka lecz chęć szczera czyni z ciebie… prezesa. Że rymu nie ma? Gdy wazeliny ubędzie, to i rym będzie.
Tych dwóch – wymyślony przez marszałka Komorowskiego synonim dla kaczych bliźniaków. Tych dwóch, to mniej więcej tak, jak Komorowski z tych Komorowskich, a Niesiołowski z tych Niesiołowskich. Chociaż w Malawie mają nieco inne, bardziej czytelne odniesienia. Należy jednak uważać, bo może okazać się, że tych dwóch, to jak innych trzech. Za marszałkowania Dorna już to przerabialiśmy. I co będzie jeśli za trzeciego zacznie robić ojciec, za przeproszeniem, dyrektor? Póki co dwuwiersz tuskowego wieszcza, marszałka Komorowskiego – Lech Wałęsa zuch / starczy na tych dwóch – brzmi mobilnie i optymistycznie.
Wartość bezwartościowa – tak w ocenie Urzędu Marszałkowskiego została zdefiniowana krytyka nieskuteczności urzędniczych poczynań w sprawie lotniska. To mniej więcej to samo, co idea bezideowa, płeć bezpłciowa czy wódka bezalkoholowa. To kwestia gustu, ale ja wolę czytelną ideę, wyrazistą płeć piękną i wódkę z gradusami. Zapewne nie odbiegam od ogólnej normy, oczywiście z wyłączeniem inaczej wartościującej marszałkowskiej zwierzchności. Dla mnie ten zacny urząd jest już sam w swojej wartości bezwartościowy. No, chyba że podliczymy nasze koszty jego utrzymania, to wówczas będzie jego wartość niebotycznie wysoka. Słyszałem ostatnio, że jeszcze nieukończony pałac marszałkowski jest już za mały dla urzędniczych ambicji. Słusznie! Budować czym prędzej drugi, najlepiej w Pysznicy.
wrzesień,
Roman Małek
Na górze między prezydentem a premierem iskrzy coraz bardziej. Wojenna frazeologia polewana bogoojczyźnianym sosem ma wszystkim unaocznić, że tam gdzie jest dwóch Polaków musi być trzy sprzeczne zdania, albo jak kto woli – trzy zwalczające się partie. Gdy w Gruzji wybuchła awantura nasz prezydent pośpieszył z odsieczą do Tbilisi i takie palnął orędzie, że Miedwiediew z Putinem do dziś spać spokojnie nie mogą, ze śmiechu. Tak to spodobało się Markowi Kondratowi, że zerżnął z prezydenta to orędowanie. Ale prezydent jest zdecydowanie lepszy. Premier określił ekskursję gruzińską jako działalność misyjną. Jak na solidnego misjonarza przystało nasz zwierzchnik mówił o wojnie. Prezydent również szybko uporał się ze zmontowaniem międzynarodowej koalicji mocarstw leżących w Pribałtykie. Z całą wielkomocarstwową litewsko-łotewsko-estońską potencją ruszył na podbój Brukseli. I tu już na starcie afront. Musiał lecieć z premierem tym samym samolotem. Całe nasze dumne i honorne prawitielstwo miało bowiem jeden nadający się do lotu samolot. Skoro nikt nie chciał do tej Brukseli lecieć paralotnią, to musieli razem. Tam jednak wszyscy liczący się przywódcy mieli inne zdanie, z którym pojechał do Moskwy prezydent Francji. Nie podzielał on bezgranicznej miłości do Gruzji. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że na miłość najlepszy jest długi spacer, zwłaszcza w deszczu. W tej Moskwie wyszło, że Francuzi mają kiepskich tłumaczy, którzy poprzednim razem źle przetłumaczyli tekst porozumienia w sprawie rozładowania konfliktu gruzińskiego i dlatego teraz Miedwiediew dał żabojadom właściwe tłumaczenie, z którego ucieszył się Sarkozy. Nasi na razie dostali eksmisję ze swojej ambasady w reprezentacyjnej dzielnicy Moskwy do peryferyjnego Ostankino.
Z dużym zadęciem w obecności naszych głów państwa Condoliza Rice podpisywała porozumienie w sprawie instalacji w Polsce amerykańskiej tarczy broniącej cały świat, w tym i Putina, przed afgańskimi talibami i Kim Dżong Ilem. Gdy premier kurtuazyjnie witał Condolizę w języku murzyńskim pan prezydent skręcał się ze śmiechu, jakby oglądał „Świat według Kiepskich”. W miarodajnych kręgach twierdzą, że śmiał się ponieważ nie zna murzyńskiego i słowa premiera źle kojarzyły mu się.
Ostatnio prezydent znowu zadziwił cały cywilizowany świat kolejną inicjatywą dyplomatyczną. Postanowił z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości zorganizować w Pałacu Namiestnikowskim wielkie balowanie na 55 głów państwa, również z pozostałymi członkami, ma się rozumieć. Bal ma poprowadzić pani Fotyga, bez wątpienia największy talent taneczny od czasów Wieniawy-Długoszowskiego. Gościom zaś należy serwować nasze narodowe potrawy i trunki: zioberka szczypane w sosie tuskanym, wassermannki na putrze, niesiołki w komorowskiej potrawce, macierkę na kaczych jajach, piski szczyglane, olszowki po łopińsku, gosiewki wałęsane. Wówczas może tych głów więcej da skusić się?
wrzesień,
Roman Małek
Powakacyjna sesja miejskich radników została zdominowana przez dwie kwestie. Każda na swój sposób ucieszna w przebiegu, chociaż wywołująca nieśmeszne refleksje. Inwencja twórcza radnych musi jednakowoż budzić respekt nawet najbardziej wybrednych wielbicieli kabaretowego kunsztu.
Wpierw pojawił się od lat cykliczny problem funkcjonowania rzeszowskiego MPK. Ta swoista kwadratura koła działa jak bumerang i zawsze kończy się tym samym, czyli niczym. Jednak w czasie ostatniej sesji było pewne novum. Otóż na sesyjną galerię przybyli komunikacyjni związkowcy z kamerą i dokumentowali z wykrzywionej, sufitowej perspektywy przebieg biletowej debaty. Chociaż tak naprawdę debata stoczyła się z biletowej na ocenną równię pochyłą. Prawa strona starała się sponiewierać prezydenta za jakąś tam „negocjacyjną słabość” w zmaganiach ze związkowcami MPK. W czasie poprzedniej debaty na ten temat mieli odmienną opinię. W dodatku nie podjęli nawet próby zdefiniowania tego zjawiska. Po prostu ograniczyli się do najbanalniejszej retoryki politycznej bez tworzenia wrażenia sensownego poszukiwania rozwiązania. Same obiegowe komunały o funkcjonowaniu komunikacji miejskiej wywołują już tradycyjnie uzasadnione rozbawienie obserwatorów. Jedno nie podlega dyskusji. Z problemem MPK należy coś sensownego i praktycznie efektywnego zrobić. Samo narzekanie tej kwestii nijak nie rozwiąże. Zaś zwiększanie dotacji miejskiej dla ratowania kondycji finansowej niereformowalnego przedsiębiorstwa jest działaniem Janosika po nowemu. Zabrać bogatym i biednym nie dać. Ponadto idiotyczne i puste hasło powiązania wzrostu cen biletów w wzrostem jakości usług, to mniej więcej to samo, co wymaganie od radnego Kultysta obywatelskiej mądrości i poszanowania zasad politycznej kindersztuby. Po niemal dwugodzinnym przelewaniu z pustego w próżne cała sprawa utknęła w punkcie wyjścia. Wszyscy zgodzili się, że z komunikacją nie jest dobrze. Skoro radni nie mieli pomysłu na wymyślenie komunikacyjnego prochu, problem zepchnęli do komisji. A tam niby kto zasiada? Jacyś mędrcy tego świata, czy ci sami radni? I wszystko jakoś kręci się!
Późniejsze obrady biegły już rutynowo, aż do czasu cudnej urody wystąpienia radnego Jacka Kiczka, jako żywo wyjętego z teatru absurdu. Otóż kropnął on taką inicjatywą, że najstarsi górale zgłupieli po baraniemu. Zaproponował uchwalenie przez Radę Miasta przytulenie do partnerskiego biustu Rzeszowa gruzińskiego miasta Gori. W dodatku wyglądał zupełnie trzeźwo. Domyślam się, że chodziło mu o święte oburzenie z powodu bombardowania rosyjskiego. Ale trafił, jak Amorem w teściową. Propozycja ta ma jednak urok niezwykły, jak na funkcjonariusza PiS. W Gori urodził się i spędził dzieciństwo nie byle kto, bo sam Józef Wisarionowicz Stalin. Do dziś w tym mieście jest niekwestionowanym bohaterem, niemal świętym mężem. Pomnik wielkiego Gruzina w Gori ma samych spodni Stalina coś z dziesięć metrów. Ponadto miasto ma znakomite muzeum i parę imion Wisarionowicza z różnych okazji. Wtajemniczeni twierdzą, że w tym mieście zamieszkuje liczna rodzina generalissimusa, która cieszy się wielką estymą pobratymców. Ma swoich przedstawicieli wśród najwyższych władz miejskich i nie tylko. Jeśli ta wyjątkowo ucieszna inicjatywa wesołka radzieckiego, Jacka Kiczka przyjmie się, to mam kilka propozycji programowych. Można w Rzeszowie utworzyć filię stalinowskiego muzeum z Gori, można zaprosić przedstawicieli rodziny wodza, zasiadających we władzach, na sesję panelową na temat wyższości kultury stalinowskiej nad kulturą kiczkowską, zorganizować sesję naukową na temat wyższości Jacka Kiczka nad mniejszością gruzińską w Abchazji, zakupić fajkę Stalina i kieliszek, z którego pił toast po podpisaniu układu Ribbentrop-Mołotow, wydać miejskim sumptem w skórze dzieła wybrane Józefa Stalina, w okrojonej wersji może być tylko jego wiekopomny traktat językoznawczy. Sam miłośnik Gori, radny Kiczek, powinien bez wahania kupić halabardę i pośpieszyć na odsiecz Gruzinom. Wprawdzie to nie to samo, co u hetmana Żółkiewskiego, ale zawsze coś. Ponadto jest jeszcze kilka innych miejscowości godnych inicjatywy radnika Kiczka. Swoje miejsce urodzenia mają także: inny Gruzin Ławrentij Beria, Feliks Dzierżyński, Kim Ir Sen, Mao Tse Tung, Idi Amin, Fidel Castro i paru innych. Zatem pole do poPiSu jak najbardziej spore. Nie wiem dlaczego dziwią się, że pijany traktorzysta zaorał 50 metrów drogi asfaltowej. Szczęść Boże, radny Kiczek, w tej orce!
wrzesień,
Roman Małek
Życie nie znosi próżni. Gdyby chodziło o walory Kaśki zza rzeki, czy loczków Bogusia Kotuli – to byłby pryszcz. Ale twórczość naszych wybrańców wymaga czołobitności. Nie chcem, ale muszem przyznać palmę (che, che) panu prezydentowi. I niechaj mu stoi, nie tylko pytanie.
Czarownice – w pojmowaniu Lecha Wałęsy, to nic innego jak kacze barachło, które przyprowadziło swoją trzodę pod pomnik gdańskiej Solidarności i czciło w tromtadrackim sosie rocznicę solidarnościowego sierpnia. Wynikało z oracji prezydenta Najjaśniejszej, że Wałęsy w ogóle na świecie nie było. Byli tylko Kaczyńscy i prałat. No, może jeszcze Borusewicz, chociaż ostatnio skundlony przez PO. W przyszłym roku Lech Wałęsa obiecał przyprowadzić swoich i te kacze czarownice pogonić. W ten sposób chce przerwać pisanie historii Polski przez Kurtykę et consortes. Tak mu dopomóż Bóg. Nawet najbardziej polski historyk, Anglik Norman Dawies ni cholery z tej wojny nie rozumie, chociaż bardzo stara się. A może by tak wysłać Rambo i zaaresztować prezydencką wojnę za zakłócanie pokoju? W IPN dokonali epokowego odkrycia, że porozumienia sierpniowe podpisywał Lech Kaczyński z Jarosławem Kaczyńskim, a nie jakiś tam Wałęsa, którego w ogóle nie było. Niejaki Kurtyka ma na ten temat napisać dysertację habilitacyjną.
Dać ucho – tak ideolo Brudziński posądza premiera Tuska o to, że zdradza interesy Kaczyńskich. Zamiast grzmieć na tych ruskich, mówi coś o rozsądku i śle ministra Radka w charakterze prezydenckiej przyzwoitki w gruzińską podróż. Brudziński ucha dać nie może, ponieważ ma koślawe ze względu na zwyrodniałe ukierunkowanie kaczyńskie.
Lot na Marsa – to według radnego Kopaczewskiego rozwiązywanie problemu MPK w Rzeszowie. Nie sądzę, aby Pan Antoni wiedział na czym polega trudność lotu na czerwoną planetę. Być może ma takie pojęcie, jak pewien radziecki decydent, który wysyłać chciał ekspedycję na Słońce. Gdy wyjaśnili mu, że uniemożliwia to niewyobrażalna temperatura tej olbrzymiej gwiazdy, zdecydował, że należy z tego powodu lecieć nocą, gdy Słońce nie świeci. Lot na Marsa ma się tak do problematyki MPK, jak radny Kopaczewski do Alberta Einsteina.
Rozmemłane stanowisko – definicja posła Kurskiego. Tak określił stosunek rządu do awantury gruzińskiej. Poseł nieco pomylił się semantycznie. Chociaż, jeśli spojrzeć w jego gołębie oczy, memłanie może dotyczyć wszystkiego. Durny naród kupi każdy jego drzyst. Panie pośle, memłaj pan skolko ugodno. Przyznaję panu tytuł największego memłacza IV Pospolitej. Szczęść Boże.
Staje pytanie – tak uznał prezydent Najjaśniejszej po wybuchu militarnej awantury w Gruzji. Stanąć mogą różne rzeczy. Koń dęba, pociąg, zegarek i coś tam Jaśkowi z Przydupia. Ale prezydentowi, jak na złość, stanęło akurat pytanie! W dodatku stanęło w ruskim odzieniu. Skoro stanęło, to należało koniecznie coś z tym zrobić. I prezydent zrobił, jak najbardziej. To pytanie w stanie erekcji obwiózł po Gruzji, Ukrainie, Litwie, Łotwie i Estonii. Inni nie byli specjalnie nim zainteresowani. Gdy trzasnął tym stojącym pytaniem w Unię, to takie zrobił wrażenie, że nawet Malta specjalnie tego nie zauważyła. No i to stojące pytanie wyorędował niczym Marek Kondrat w telewizorni, za przeproszeniem, publicznej. Nie wiem jak Państwu, ale mnie podobało się. Prezydent był lepszy od Kondrata.
Talibowie – zacietrzewieni ortodoksi PiS. Uważam takie określenie za komplement. Przecież Talibowie są fanatycznymi ideologami, rzeczywiście przekonanymi o swoim posłannictwie. Pisowscy ortodoksi są przekonani wyłącznie do prezesa i swojej boskości. I są nieomylni jak papież i moja teściowa. No, może jeszcze prezes od kota i Ziobro.
Wyjce PiS-u – miano nadane przez prof. Bartoszewskiego po wygłupach Kaczyńskiego w Gdańsku. Muszę przyznać, że profesor obraził sympatyczne zwierzątka zwane wyjcami. Za porównanie ich do pisowskiego hauskomanda powinny wyć wniebogłosy i mieć profesorowi za złe. Przecież one głupot nie plotą i nie mają u siebie Ziobry, Szczygły i innego Kurskiego, że o boskiej Szczypińskiej nie wspomnę. A przecież wyć każdy może, raz lepiej, raz gorzej. Jeśli to prawda, że dwór tworzy króla, to pisowskie wyjce mogą tak wyć, że po nich nawet potop nic nie da.
wrzesień,
Roman Małek
Znowu skundlony partykularyzm partyjny zaważył na braku jakiejkolwiek siły przebicia naszych parlamentarzystów oraz członków rządu. W setce zadań zawartych w rządowym programie związanym z inwestycjami EURO 2012 z Podkarpacia nie ma ani jednego. Nie po raz pierwszy nasi wybrańcy nie potrafią przeforsować niczego sensownego dla naszego regionu. Zabiegi kończą się na deklaracjach. Po etapie gry wstępnej zamyka się konkluzją – matrimonium non consumatum. Czyli okazuje się, że wszyscy chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle. Wszyscy sądzili, że wejdzie do tego programu przynajmniej rozbudowa portu lotniczego w Jasionce. Jest budowa lotniska w Zielonej Górze i Modlinie, ale nie w Jasionce. Głupawe tłumaczenie prezesa związku balona kopanego Listkiewicza nie zasługuje nawet na komentarz. Myślący człowiek takich idiotyzmów nie wygłasza. To już lepiej mógł powiedzieć, że lotnisko powinno zostać wybudowane we Włoszczowie. Przynajmniej bliżej granicy z Ukrainą. Wcale nie zdziwię się, jeśli rozpocznie się budowa lotniska w Kielcach albo innym Lublinie. Panu prezesowi balonowemu popieprzyły się parkingi z lotniskami na rzecz parkingów, ma się rozumieć.
Poseł Ożóg grzmi niczym ta burza gradowa, że platforma narobiła takich politycznych i programowych głupot, że stodoła mała. A posłanka Łukacijewska zamiast, niczym ten Rejtan, stanąć przed gabinetem premiera z obnażonym biustem i nie dopuścić do podpisania haniebnego programu na EURO 2012 bez Podkarpacia, nie tylko że nie rwała szat, ale nawet guzika nie rozpięła. I jak tu można mówić o jakiejś determinacji? Pani posłanka zaś prostuje zachwaszczoną pamięć posła Ożoga, zadając proste pytanie, dlaczego jego partyjny kumpel, marszałek Cholewiński, de domo z Pysznicy oraz Prawa i Sprawiedliwości, już cały rok certoli się z przetargiem na budowę terminalu. To że nie może dogadać się ze swoimi współpracownikami nie wyjaśnia niczego. A to, co dzieje się z powołaniem spółki pod zawołaniem Port Lotniczy w Jasionce, to już prawdziwe kpiny. A przecież bez tego nie można dorwać się w żaden sposób do unijnej kasy. Trudności trudnościami, ale tu powinno, niczym w ogólnowojskowej latrynie, wreszcie zapachnieć wiosną. Powinno, ale nie pachnie, a wręcz przeciwnie, cuchnie jak cholera. A niektórzy szemrają, że nawet jeśli ktoś coś wziął, to bez przyjemności i nie można czepiać się.
Trudno nie pamiętać zdeterminowanej deklaracji koniczynkowego posła i zarazem ministra Burego. Sumitował się, że port w Jasionce stanie tak samo, jak jego rodowa siedziba. Siedziba stoi, a port Jasionka jak najbardziej jeszcze w lesie i zalatuje coraz bardziej kaktusem na dłoni. Nie słyszałem ostatnio żadnej wypowiedzi posła. Zaniemówił, z pewnością z satysfakcjonującego zadowolenia. Jedynie poseł Rynasiewicz nie traci animuszu i nadal wierzy, że tę naszą Jasionkę uda się jakoś przepchnąć przez rządowe zasieki z drutu kolczastego. Optymizm wart wsparcia, chociaż w skundlonym świecie podkarpackiej polityki będzie to raczej utrudnione. W miarę poważnie i realistycznie brzmi w tym wszystkim deklaracja wojewody Karapyty, który zachęca do tworzenia jednolitego frontu politycznego w tej sprawie, deklarując równocześnie wykorzystanie wszystkich dostępnych mu możliwości.
Na to wszystko nakłada się jeszcze informacja, że po roku 2010 Jasionka zostanie wykreślona z układu Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T. Cóż to może oznaczać? A, ni mniej ni więcej, tylko zepchnięcie naszego lotniska z grupy portów międzynarodowych, do grupy portów regionalnych. Chciałbym wierzyć zapewnieniom posła Rynasiewicza, że jest to informacja nieprawdziwa. Twierdzi on, że w 2010 do tego układu zostaną dopisane lotniska w Łodzi i Bydgoszczy, a żadne nie zostanie skreślone. Oby! Marszałkowy samorząd nie może skomunikować się sam z sobą, to niby dlaczego miałby się skomunikować z administracją rządową? Skoro prezydent demonstracyjnie chichra się z premiera, który do Condolisy Rice mówi po murzyńsku, to dlaczego Cholewiński ma być gorszy? Pewnie tak samo nie zna murzyńskiego.
wrzesień,
Roman Małek