niedziela, 16 sierpnia 2009

Kindersztuby Brak !

Ostatnia przed kanikułą sesja radziecka mogła podobać się nawet wybrednemu obserwatorowi. Była elegancja, były przepychanki i było do śmiechu. No i była frekwencja! Zaczęło się już przy zatwierdzaniu porządku obrad. W imieniu bardzo prawej i sprawiedliwej strony radny Kiczek udzielił dosyć ostrej reprymendy przewodniczącemu Konradowi Fijołkowi za nieumieszczenie w porządku obrad debaty nad warunkami budowy stacji telefonii komórkowej w Rzeszowie. Grzmiał, że taki projekt złożył w biurze rady 7 dni temu i dlatego zaniechanie przewodniczącego stanowi złamanie regulaminu. Od razu głos zabrał przewodniczący Komisji Statutowej Andrzej Dec i podjął się trudnej roli bezpłatnej edukacji niedouczonego statutowo Jacka Kiczka. Wyłożył mu w bardzo komunikatywnej formie, że 7-dniowy termin przysługuje prezydentowi. Skoro, póki co, nie jest on jeszcze prezydentem, to obliguje go 10-dniowy termin. Myślałem, że po dżentelmeńsku radny przeprosi przewodniczącego. Ale widocznie na jego partyjnych konwentyklach nie uczą zasad porządnej kindersztuby.

Sporo zbędnych emocji wywołał projekt uchwały o powołaniu w Rzeszowie Miejskiego Zakładu Transportu, nowej jednostki, która zajęłaby się organizacją i kontrolą funkcjonowania komunikacji miejskiej. Pomimo, że ten problem młócono wielokrotnie i wszechstronnie na posiedzeniach stosownych komisji, obecność mediów spowodowała oracyjne popisy stałych niedowartościowanych harcowników. I znowu wymłócono furę nikomu niepotrzebnej słomy tylko po to, aby niektórym radnym ulżyło. Przecież o wiele przyjemniej w kwestii ulżenia iść na piwo w dobrym towarzystwie. Dyrektor Bęben, od unijnego grosiwa, musiała znowu tłumaczyć, że skorzystanie z tych środków wiąże się z przetargową procedurą na transport miejski. Wiceprezydent Ustrobiński zaś cierpliwie wyjaśniał, iż Rzeszów jest ostatnim miastem w Polsce, który ma tak przestarzałą i niewydolną organizację komunikacji miejskiej. W konsekwencji przytłaczającą większością MZK w Rzeszowie został powołany.

Wesoło zrobiło się przy uchwalaniu przekazania przez miasto rocznej doli na rzecz Związku Gmin Wisłok. Wszyscy próbowali dociec, czegóż korzystnego dla miasta to stowarzyszenie dokonało? Wychwalano pod niebiosa szczytne zamierzenia statutowe, które dotychczas pozostają jednak w sferze pobożnych życzeń. Poza wygłaszaniem stosownych bożodopomożeniowych frazesów naczalstwo tego związku niczego praktycznego nie zrealizowało. Jednym z podstawowych zadań stowarzyszenia jest oczyszczenie dorzecza Wisłoka. A gołym okiem widać, że śmieci wody nadal niosą, a nawet płynie ich jakby więcej. Pomimo uzasadnionego sceptycyzmu, finansową dolę uchwalono w nadziei, że Duch Święty być może twórczo natchnie stowarzyszenie i miasto uzyska odczuwalnie dobrodziejstwo jego działalności.

Jeśli pojawia w obradach sesyjnych jakaś kwestia związana z aktywnością biznesową Ryszarda Podkulskiego, kilku prawych i sprawiedliwych radnych przeżywa prometejskie męki i stara się uwalić wszystko co się da i czego nie da się z proponowanych uchwał. Tak było i tym razem, gdy pojawił się problem planu przestrzennego zagospodarowania rejonu ulic Słowackiego i Dymnickiego. Niczym ten jedyny pozytywny bohater na skale, wystąpił radny Kiczek. Nie podobało mu się w galerii „Rzeszów” wszystko, a bardzo podobało mu się bajoro, które w tym miejscu było wcześniej. Mówił o jakichś ciągach pieszo-jezdnych, których nie ma i o braku chodnika od ul. Dymnickiego. Nie podoba mu się zjazd na teren prywatny i dach na galerii, który nie nawiązuje do staromiejskiej zabudowy. Zdumiewa tylko to, że jego estetyczne upodobania działają selektywnie. Idiotyczne ogrodzenie pomieszczonego obok IPN oraz forma jego budynku łącznie z dachem już podoba mu się, jak najbardziej, chociaż ma tyle wspólnego ze staromiejską zabudową, a nawet prawdziwą architekturą, co szanowny obywatel Dżeki Marchewa z lwem salonowym. Próbował snuć przypuszczenia o ohydnym widoku galerii z lotu ptaka. Sądzę, że przy takim estetycznym nastawieniu może lepiej pozostać przy widoku z perspektywy charta.

Roman Małek

Niemyty Dociepleniec

Na szczytach władzy także panuje kanikuła. Gdyby nie rocznice, bazarowe pyskówki o media i niezmordowany Wałęsa, emocje byłyby jak na rybach. A tak to mamy Wałęsę na obiedzie z Platinim, pakowanie Farfała i pielgrzymki dyrektora Rydzyka. No i oczywiście wiekopomne inicjatywy wymlaskane przez pana prezydenta. Czyli w kwestii wesołości nie było najgorzej, bo inwencja w narodzie jest.

Dociepleńcy – ktoś w pijanym widzie musiał mieć intelektualną erupcję słowotwórczą i tak ochrzcił tych, którzy wykonują roboty przy ocieplaniu budynków. Nadał temu zawodowi kształt emocjonalnie zorientowany, czyli ulokował go w grupie takich form językowych, jak: szaleńcy, popaprańcy, zapaleńcy, zesłańcy. Zupełnie zignorował poprawną formę słowotwórczą przysługującą nazwom zawodów, przy pomocy której utworzone zostały tradycyjne nazwy, jak chociażby: murarz, tynkarz, dekarz, zbrojarz czy lichwiarz i kasiarz. Gdyby ktoś zechciał zastosować tę metodę z dociepleńców do zmiany nazw tradycyjnych, to stare zawody musiałyby brzmieć: muraniec, tynkaniec, zbrojeniec czy lichwieniec, albo kasianiec. To już lepiej zachować poprawną formę językową i speca od ocieplania budynków nazwać docieplarzem. Będzie bardziej po ludzku.

Miahahał – w czasie uroczystości pogrzebowej z trudem zachowałem stosowną powagę gdy swoje wokalne talenty prezentował parafialny organista. Otóż pieśni kościelne charakteryzują się tym, że bardzo często pojawia się w nich forma melizmatyczna, czyli że kilka dźwięków wykonuje się na jednej sylabie. Organista mając do prześpiewania kilka dźwięków wyrazu „miał” zamiast płynnego ciągnięcia siekał każdy dźwięk poprzez dodanie do zgłoskotwórczej samogłoski a spółgłoski h. Dawało to iście komiczny efekt, w przytoczonym wyrazie niemal onomatopeiczną formę szczekania psa połączoną z miauczeniem kota. Równie ucieszne efekty dawało to w interpretacji organisty świetych imion – Jehehehezuhuhu, Mahahaharyhyjo. No i jak tu można utrzymać należny żałobnej uroczystości zadumany smutek?

Niemyty – w najnowszej wersji językowej dyrektora Rydzyka tak określa się Murzyna. Może trochę łagodniej to brzmi od smolucha albo asfalta, ale szczytem elegancji egalitarnej bez wątpienia nie jest. No, ale czegóż można oczekiwać od radiomaryjnego sukienkowego? Widocznie jego edukacja w kwestii tolerancji rasowej skończyła się na lekturze Murzynka Bambo, który boi się kąpieli, ponieważ myśli, że się wybieli. Ale ładnie to tak, ażeby czarny czepiał się czarnego? Tym bardziej, że ten niemyty deklarował publicznie czołobitność czyściochom kościelnym.

Schizoidalna konstrukcja – według koniczynowego Kłopotka na takie określenie zasługuje sugestia, iż PSL prowadzi tajne rozmowy z PiS w sprawie zawiązania nowej koalicji. Znając obrotowość koniczynek, wcale nie byłbym tym zdumiony. Jednakże poseł Kłopotek ździebko przesadził. Pytający ani nie wyglądał na źle traktowanego w niemowlęcym wieku, ani na delikwenta lękliwego z poczuciem izolacji. Wręcz przeciwnie! Sprawiał wrażenie, że wie co mówi.

Skundlenie – i to nie byle czego, tylko zawodu aktorskiego, dostrzegł w Polsce Kazimierz Kutz. Według jego nomenklatury jedynie stara peerelowska kindersztuba aktorska coś znaczy. Dlatego bolał okrutnie po śmierci nieskundlonego Zbigniewa Zapasiewicza. Purpurat Glemp nie tak znowu dawno nawymyślał od kundli pismakom, a teraz te poczciwe stworzenia służą do dokopania młodym grajkom scenicznym. Bo gdzież im do czystej krwi ogarów z pokolenia Kolumbów, którzy potrafią zagrać Szekspira, stracha na wróble i beczkę piwa. Może i racja, ale co do tego mogą mieć wierne kundle?

Świńska grypa – to diagnoza Włodzimierza Cimoszewicza w kwestii zamiany neonazistowsko-wszechpolskiego Farfała w TV publicznej na kogoś deklaratywnie prawego i sprawiedliwego. Dla Cimoszewicza jest to proces zamiany zwykłej grypy na grypę świńską. Pomimo, że ta druga paskudniej brzmi, ale ani gorsza, ani lepsza od pierwszej nie jest. Atrakcyjności programu to w żaden sposób nie poprawi. Jedynie zmienią się niektóre gadające głowy i posmutnieje premier, który nadal wzdycha – gdybym tak umiał mówić jak myślę!

Roman małek

Co Zostało Z Sierpnia 1980 ?

Zbliża się rocznica podpisania w Gdańsku tak zwanych porozumień sierpniowych. Długotrwały strajk i sformułowanie 17 sierpnia 21 postulatów doprowadziły do dwustronnych rozmów. Stosunkowo szybko doszło do precyzyjnych porozumień w sferze socjalnej i ekonomicznej. O wiele trudniej negocjowano kwestie polityczne, zwłaszcza legalizację „Solidarności”. W końcu sierpnia porozumienie zostało podpisane półmetrowym długopisem, przy Matce Boskiej w klapie Lecha Wałęsy. Mija dziewiętnaście lat od tego wydarzenia. Z pewnością nastąpi prześcigiwanie się w formułowaniu dętych opinii wygłaszanych na klęczkach przed ołtarzami Wałęsy i „Solidarności”. Na pewno wszystko skupi się na sprawach politycznych, z całkowitym pominięciem sfery socjalnej i ekonomicznej.

Pierwsze pięć postulatów rząd Jaruzelskiego zrealizował. Chodziło o: rejestrację wolnych związków zawodowych, zagwarantowanie prawa do strajku, wolność słowa i dostęp do środków masowego przekazu (któż pamięta jeszcze takie określenie?), prawa dla represjonowanych i uwolnienie więźniów politycznych, podanie do publicznej wiadomości faktu utworzenia Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i jego żądań. O tych realnie wywalczonych wówczas kwestiach będzie we wszystkich środkach obecnego musowego przykazu, nie tylko do znudzenia. Z pewnością słusznie, ponieważ było to zdarzenie, które przekraczało nawet mało realistyczne marzenia w ówczesnych uwarunkowaniach międzynarodowych. Niemożliwe stało się realne.

Nie sądzę jednakże, aby ktokolwiek zechciał sięgnąć pamięcią do treści pozostałych postulatów, które rząd Jaruzelskiego traktował poważnie, ale notoryczna destabilizacja gospodarcza ze strony strajkujących i dynamika żądań roszczeniowych, możliwości takie świadomie minimalizowała. Dochodziło już do paradoksów. Był strajk na kominie, pobicia niechcących strajkować, zamurowanie drzwi wejściowych do budynku administracyjnego, a nawet strajk przeciwko strajkowi. Euforia destrukcji. Spróbujmy zatem te pozostałe postulaty przyłożyć do obecnych realiów. Przecież po transformacji władzę przejęli ci, którzy bądź porozumienie podpisywali, bądź byli współtwórcami treści tegoż porozumienia (chociażby Wałęsa, Stelmachowski, Mazowiecki, Geremek, czy Borusewicz), a zatem powinni poczuwać się do obowiązku ich spełnienia w warunkach posiadanej władzy realnej. Cóż zmieniło się? Jedynie strona porozumienia. Kiedyś żądali w imieniu związku zawodowego, później powinni realizować w imieniu rządu. Ciągłość władzy i jej zobowiązań nie podlega bowiem amnestii.

Punkt szósty sierpniowego porozumienia w tym roku brzmi nawet humorystycznie. Mówił on o wyprowadzeniu kraju z kryzysu i umożliwieniu wszystkim dyskusji na ten temat. Jak ta dyskusja wówczas wyglądała? Lepiej nie mówić! Postulowano stworzenie perspektyw dla rozwoju gospodarstwa chłopskiego jako podstawy polskiego rolnictwa, dostępności chłopów do środków produkcji i ziemi. Jak to wyglądało po transformacji również lepiej nie mówić. Roztrwoniono wszystko, co było związane ze społecznymi formami rolnictwa, nie licząc się z nędzą setek tysięcy ludzi. Co zostało z gospodarstwa chłopskiego, wystarczy przejechać się chociażby w stronę Głogowa. Nic nie opłaca się, alimowskie plantacje trzeba było zaorać, albo ugorować. Gdyby nie unijna pomoc dla wsi – pewnie trzeba by stawiać kosy na sztorc. A sam kryzys kwitnie i ma się odwrotnie proporcjonalnie do samozadowolenia postsolidarnościowej władzy. A wódz „Solidarności” obiecywał każdemu po 100 mln i obniżkę cen o 100 procent.

Następne żądanie rząd Jaruzelskiego zrealizował, gdyż wypłacono wszystkim strajkującym wynagrodzenie jak za urlop. Kolejne o podniesienie każdemu zatrudnionemu wynagrodzenia zasadniczego o 2 tysiące, ze względu na równość żołądkową, częściowo także zrealizowano w formie tak zwanej wałęsówki. Czyli produkcji nie było, a pieniądze wypłynęły. Co to spowodowało z rynkiem opartym o równowagę pieniężno-towarową każdy widział. Nie wiem dlaczego rządy po 1990 roku uznają, że taka praktyka jest niedopuszczalna? A wtedy była?

Wesoły z dzisiejszej perspektywy jest postulat 9, który miał gwarantować wzrost płac rekompensujący wzrost cen. Niby demokratyczne rządy nie tylko ignorują taki zapis. Jeszcze odbierają to, co wcześniej przysługiwało ludziom. Ograbia się systematycznie zwłaszcza emerytów i rencistów z ulg na leki, podstaw naliczania waloryzacji itp. Poprzez wzrost akcyzy oraz idiotyzmy strukturalne dopuszcza się do wzrostu kosztów utrzymania bez jakichkolwiek obiekcji socjalnych.

W punkcie 10 zawarto żądanie, które akurat w pełni jest realizowane. Chodziło o pełne zaopatrzenie rynku. Wówczas rynek został zdezorganizowany spadkiem produkcji i nieuzasadnionym ekonomicznie wypływem pieniędzy. Obecnie poprzez manipulacje kursem złotego skutecznie zniechęca się ekonomicznie do rodzimego eksportu, a zachęca do importu. Bardziej opłaca się. Pytanie, tylko komu? Z pewnością nie naszym producentom.

Jedenasty punkt obligował do zniesienia cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy. Obecnie nie ma cen niekomercyjnych, poza nielicznymi cenami regulowanymi. A kantory mamy na każdym rogu. I słusznie, ponieważ rodacy zostali zmuszeni do szukania pracy poza granicami kraju, w którym miało być – „jeśli z nami pójdziecie szynkę z bułką jeść będziecie”.

W punkcie 12. żądano wprowadzenia zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej. Nawet średnio wyszkolony szeregowiec Kutaśko wie, że takiej nomenklatury, jaka pojawiła się za rządów postsolidarnościowych żaden PRL nawet przed 1956 rokiem nie widział. Nomenklatura sięga nawet sprzątaczki, że o zwykłym referencie nie wspomnę. Wystarczy spojrzeć na wysoko kwalifikowane kadry wszechpolskie w telewizji publicznej niejakiego neonazisty Farfała. Najwyższe kwalifikacje zadymiarskie. Z tym, że zupełnie nieprzydatne w telewizji, za przeproszeniem, publicznej.

Jeśli ktoś ma wątpliwości kto w Polsce wprowadził kartki na mięso niechaj przeczyta treść postulatu 13. Nic dodać, nic ująć! Natomiast statystyki wykazują, że w czasach kartkowych rodacy jedli więcej mięsa, aniżeli w obecnych czasach dostatku. Ale wówczas każdego było na to stać!

Niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego w sierpniu 1980 możliwe było obniżenie wieku emerytalnego kobiet do 50 lat, a mężczyzn do 55, zaś obecnie taki postulat jest absurdem i każdy kto go wysuwa nie zna się na ekonomii i jest wrogiem zdrowego ekonomicznie państwa? Przecież te siły, które takie żądanie formułowały w punkcie 14, obecnie rządzą.

No i doszliśmy do najbardziej rozbudowanego postulatu 16. w sprawie „uzdrowienia” służby zdrowia. Wówczas była to jeszcze służba. Zawarto tu troskę o zapewnienie pełnej opieki medycznej ludziom pracy. Czegóż tam nie było! I uznanie schorzeń kręgosłupa stomatologów za chorobę zawodową, i przydzielanie dobrego opału, i bezpłatne leki, i talony żywnościowe dla obłożnie chorych, i zapewnienie czystego środowiska naturalnego, i budowanie więcej przychodni i żłobków, i mieszkania dla samotnych pielęgniarek, i 7-godzinny dzień pracy itp. Do transformacji wszystko jako tako funkcjonowało. Później nastąpiła reforma Buzka i wszystko zaczęło się walić. I stacza się po równi pochyłej systematycznie. W konsekwencji warunki bytowe w szpitalach są gorsze od tych w więzieniach, kolejki do zabiegów i specjalistów wydłużają się, leki drożeją, fundusz coraz mniej ich rekompensuje, a rencista musi dokonywać wyboru – żywność czy leki. Przychodni nikt nie buduje, a część istniejących w całości, albo części dzierżawi się, żłobki w dużej części polikwidowano. Obecnie, aby chorować trzeba mieć zdrowie i pieniądze. Dobrze i coraz lepiej ma się biurokracja NFZ, która najlepiej wie ilu ludzi ma zachorować na konkretną chorobę, na konkretnym obszarze. Jeśli biurokracja jest w błędzie, to nie jej wina lecz chorujących, bo chorują niezgodnie z ich planem. Co to ma wspólnego z uzdrawianiem systemu ochrony zdrowia?

Postulat 18 zawierał zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach. Tu stan obecny zakrawa na kpinę. W czasach demokratycznej władzy nic tu nie przybyło tylko sporo ubyło, gdyż uznano, że dopłacanie do takich placówek jest bezsensowne. Aż dziw bierze, że za PRL-u było sensowne i potrzebne. W kolejnym zaś punkcie żądano wprowadzenia 3-letniego płatnego urlopu macierzyńskiego. Strona rządowa zobowiązała się do sukcesywnego wprowadzania go w życie. Zaczęła od wydłużenia wcześniejszego okresu tego urlopu. Następcy nawet nie zająknęli się na ten temat.

Bardzo dobry jest postulat 19. Mówi on o skróceniu czasu oczekiwania na mieszkanie. Aktualnie problem nie istnieje, ponieważ rządu nie interesuje problem mieszkaniowy obywateli. Wolny rynek! Coś tam mówili o preferencjach kredytowych, ale banki i tak wiedzą swoje, a te deklaracje traktują w taki sposób, na jaki zasługują. W punkcie 20 chodziło o podniesienie diet i tamten rząd je podniósł.

Ostatni postulat dotyczył wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Złośliwi mówili wówczas, że chodzi o wprowadzenie drugiego oprócz niedzieli dnia świętego w tygodniu, czyli szabasu. Tamta władza to wprowadziła bez uszczerbku w płacach. Obecnie niektóre firmy wprowadzają pięcio-, a nawet czterodniowy tydzień pracy, ale przy proporcjonalnym obniżeniu zarobków. Jakoś dziwnie nikt z tego nie cieszy się. Te kryzysowe zmniejszenia czasu pracy w żaden sposób nie dotyczą całej biurokracji, która nie dosypia, nie dojada tylko haruje dla dobra… właśnie, czyjego? Ukłony dla pana Parkinsona.

Roman Małek

Tyłem Do Przodu

Skoro wszelka władza przedstawicielska pojechała smakować ogórki, a tylko władza wykonawcza w upalnym pocie czoła tyra dla osiągnięcia powszechnej szczęśliwości narodowej, pora powspominać niektóre wcześniejsze heroiczne wysiłki naszych wybrańców. Czy to w Parlamencie Europejskim, czy w naszym Sejmie lub Senacie, a nawet w mieście podejmują oni znojny trud intelektualny i w naszym interesie proponują, interpelują, żądają, a nawet się wygłupiają. Ale ruch w politycznym interesie trwa.

Nie tak dawno medialna, gadająca gęba PiS, niejaki poseł Hofman obwieścił publicznie i po trzeźwemu, że Powstanie Warszawskie trwało 20 dni. Nauczyciel historii Hofmana powinien oddać pieniądze, albo honorowo palnąć sobie w łeb. Bo przecież o nieuctwo w żaden sposób prawego i sprawiedliwego posła posądzić nie da się.

Posłowie wykazali niezwykłą przenikliwość i wymyślili konieczność ustawowego uregulowania dwóch kwestii. Zbiorowym wysiłkiem zamierzają rozszerzyć zasięg oddziaływania Kodeksu Drogowego również na tereny, które drogami nie są, czyli nawet na prywatne podwórko i własną łąkę. Jeśli zatem Wojtek spod lasu pojedzie hamując pietą własnym rowerem bez dzwonka i hamulca, własną miedzą, na własną łąkę, po własne krowy i w dodatku w drodze powrotnej wyprzedzi nieprzepisowo krowę z prawej strony, to może w sumie załapać się na kilkaset złotych mandatu i utratę połowy punktów. Ba, a gdyby był jeszcze po paru piwach, paka murowana. I kto wówczas krowy wydoi? Posłowie czy policja? A poza tym wypada również dostosować do realiów nazwę tego kodeksu, w której powinna być i łąka, i pastwisko, i podwórko, a może nawet i ta krowa. Również senator Rulewski miał wytrysk legislacyjnego geniuszu. Otóż zaproponował obłożenie dodatkowym podatkiem coca coli i pepsi coli, jako produktów niezdrowych, a z uzyskanych wpływów dofinansowywać zdrowe mleko. Że to paskudztwo do odkręcania zapieczonych śrub jest do niczego, zgoda. Ale od razu poniewierać go podatkami? To już lepiej za chałom opodatkować niezdrowy boczek z salcesonem i dofinansować zdrową marchewkę, a z podatków od golonki dofinansować szpinak i tran. Smacznego, panie Rulewski!

Również interpelacje świadczą o pogłębionej trosce parlamentarzystów o wszystko. Grupowo interpelowali o zbadanie sytuacji osób jąkających się. A dlaczego nie łysych i rudych? Z kolei Materna (PiS) koniecznie chce wiedzieć od ministra infrastruktury jakie warunki muszą spełniać przydrożne reklamy świetlne, aby zagrażały kierowcom? Prawda, ma facet zmartwienia. Wojnarowski (PO) namawia premiera do zniesienia zakazu fotografowania eksponatów w niektórych muzeach. Znawca sztuki pełną gębą. Ferdek Kiepski przy nim wysiada. Poseł Chmielowiec (PiS) chce ustawowo zakazać korzystania z solarium młodzieży do 18 lat. Biedactwo zapatrzyło się na tę Amerykę i myśli, że w Polsce też tak trzeba. W jednym ze stanów obowiązuje zakaz bicia żon w godzinach nocnych, a w innym zakaz szczekania psów od godz. 18 do 6 rano. I co? Nie biją żon, a psy nie szczekają? Mucha (PO) protestuje przeciwko importowi skór foczych i robi wykład o męczarniach tych zwierząt. Ale okazało się, że takich skór nikt nie sprowadza. No i co z tego? Pogadać nie wolno? Matwiejuk (SLD) interpelował w sprawie nasilających się ataków na naszych żołnierzy w Afganistanie. Słusznie! Co za bezczelność! Nasi przecież nie przyjechali na amerykańską wojnę, tylko na majówkę, a tamci do nich strzelają.

Najbardziej koszmarny obraz tragedii narodowej obmalował poseł Mularczyk (PiS). Otóż stwierdził, że w tajemniczych okolicznościach masowo giną polskie rodziny pszczele. Przyczyny tego ginięcia należy bezwzględnie wyjaśnić. Proponuję wydać w tej kwestii stosowne rozkazy ABW, może coś wytropią. Chociaż niewykluczone, że ktoś te pszczoły mógł przekupić lepszymi ulami, albo większymi porcjami cukru na zimę. Jeśli tak, to podpada pod antykorupcjonistów Kamińskiego. Panie Mularczyk, wystarczy zapytać średnio wtajemniczonego pszczelarza i on by precyzyjnie wyjaśnił, że nie ma tu żadnej tajemnicy, tylko naturalna konsekwencja.

Ostatnio wakacyjnie dał popalić nasz europoseł Nitras. Po niemieckiej autostradzie pojeździł sobie tyłem do przodu i nic nie zabulił, bo wykpił się dyplomatycznym glejtem. I on właśnie pokazał klasę polskich wybrańców, którzy ciągle kombinuję, którędy do przodu, żeby tyłem wyszło.

Roman Małek

Wyzwolenia Nie Było

W sierpniu przypadała również rocznica wyzwolenia Rzeszowa spod okupacji hitlerowskiej. W mieście nikt nawet nie zająknął się na ten temat. Nie zorganizowano ani jakiegoś capstrzyku, ani festynu, ani nawet koncertu orkiestry garnizonowej, czy składania kwiatów ku pamięci. Po prostu Rzeszów nie został wyzwolony przez Armię Czerwoną. Myślę, że w IPN wybitni spece od polityki historycznej odkryją, że miasto zostało wyzwolone przez związki taktyczne AK i WiN dowodzone z białego konia przez Jarosława I Sprawiedliwego, albo że hitlerowcy sami się pogonili z miasta, a na cmentarzu wojennym w Wilkowyi leżą manekiny zamiast żołnierzy. Rozmawiałem z licznymi uczestnikami tamtych wydarzeń. Wszyscy jak jeden mąż i żona twierdzili zgodnie, że wyzwolenie przyjęto w Rzeszowie z euforyczną radością i niewyobrażalną ulgą. A obecnej władzy miasta jakoś nie przyszło do głowy, aby to doniosłe wydarzenie w jakiś przynajmniej skromny sposób uczcić. Ale rocznicę Powstania Warszawskiego, chociaż w żaden sposób niezwiązanego z miastem, czczono jak najbardziej. Jak to zatem jest z tym zakładaniem krawata na duszę? Czyżby rocznice też zostały sprywatyzowane i rozmienione na drobniaki do gry w cymbergaja albo w zechcyka?

Roman Małek

Śmierć Miasta

Wpierw wykorzystywano hekatombę powstańczej Warszawy do politycznych rozgrywek. Pomijam już przepychankę prezydenta z premierem w kwestii ważności świętowania. Pomimo upływu 65 lat od tego niewyobrażalnego dramatu setek tysięcy ludzi, rozsądnych ocen jest coraz mniej. Heroizm i bezprzykładne poświęcenie nie mogą przysłaniać prawdy o sensie, a raczej bezsensie, powstańczego zrywu. Do tego powstania nie należało dopuścić, gdyż było ono na rękę i Hitlerowi, i Stalinowi, pomimo że formalnie było wymierzone przeciwko nim. Zresztą obaj ci zwyrodnialcy cynicznie taki prezent zdyskontowali. Nie bez powodu generał Anders skonstatował wiadomość o powstaniu jako zbrodnię. Nie miało ono żadnego politycznego i militarnego uzasadnienia. Nie było nawet cienia szans na jakiekolwiek powodzenie. Jednakże parcie do niego Okulickiego wreszcie do niego doprowadziło. Całość zakończyła się katastrofą, czyli fizyczną zagładą lewobrzeżnej stolicy zamienionej w jedną wielką kupę gruzów i jedno wielkie cmentarzysko. I to stało się powodem do narodowej tromtadracji. Jedynie prezydent Stalowej Woli wyłamał się z chóru powstańczych apologetów i nazwał po imieniu to tragiczne wydarzenie. Natomiast nasz prezydent doszukał się jakiegoś sukcesu w całym powstaniu. Gdzie on to zwycięstwo wyzwolicielskie dostrzegł? To już jego słodka tajemnica. Trudno zresztą temu wszystkiemu dziwić się, skoro na sejmowym stoisku z książkami najlepiej sprzedaje się pozycja pod wielce uduchowionym tytułem „Kiszenie ogórków domowymi sposobami”. Jakie zainteresowania taka władza. No i, oczywiście, polityka histeryczna – wolno mylić z historyczną.

Roman Małek

Polityka Historyczna

Sierpień znowu dostarczył obfitości okazji do realizacji kaczyńskiej polityki historycznej. Zupełnie nieistotna w tym miejscu jest oczywista dla historyków prawda, że polityka tak potrzebna jest historii, jak dzwonek zającowi, a kozie pawie pióra. Przecież polityka nie ma absolutnie nic wspólnego z obiektywizmem i prawdą, gdyż jest zlepkiem kłamstw, intryg bądź w najlepszym przypadku kompilacją zręcznie sformułowanych półprawd. Polityka jest sztuką ugrywania interesu politycznego, a nie poszukiwaniem racjonalnych prawd i logiki dziejowych procesów. Dlatego właśnie w sierpniu niektóre reakcje i deklaracje mogły wprawić w niemałe zdumienie.

Roman Małek