czwartek, 15 stycznia 2009

Karły moralne

Grudzień zdominowany został przez świętowanie. Świętował lud Boży, samorządowcy i oczywiście politycy. Chociaż ci ostatni celebrowali też obrządki świąteczne politycznie, czyli zgodnie z chrześcijańską zasadą miłosierdzia i miłości bliźniego, nie szczędzili sobie różnych epitetów i przejawów świńskiej uprzejmości. Niektóre warto odnotować nie tylko z kronikarskiego obowiązku.

Areszt wydobywczy – stan prawny praktykowany aktualnie w Polsce. Nie kopią tam niczego sensownego. Z grubsza polega on na tym, że z powodu najgłupszego podejrzenia puszkuje się człowieka, aby skruszał i przyznał się do zarzucanych, acz niepopełnionych czynów. Celuje w tym Kraków. Tam nie udowadnia się winy lecz trzyma delikwenta dopóty, dopóki nie udowodni on swojej niewinności. No, ale z tego królewskiego grodu wywodzą się tacy mocarze prawa, jak Ziobro i Wassermann, a więc wzorce niedoścignione. Wystarczy w odpowiedniej celi usadzić nawet światowej sławy profesora, aby wykazać się rewolucyjną czujnością. Po paru miesiącach każą go wypuścić, gdyż cała konstrukcja okazała się bzdurą. I co? Nic! Dlatego w Europie dzierżymy niekwestionowany prym w głupocie prawnej. Trybunał Europejski w Strassburgu przyłożył naszemu państwu tylko w 2008 roku i tylko do końca listopada aż 90 wyroków za bezsensowne stosowanie takiego aresztu. Drugim z kolei krajem jest w tym względzie Rosja z mizernym wynikiem 9 wyroków. Ależ znowu dołożyliśmy ruskim, jak Szwedom pod Ujściem!

Karły moralne – czyli osobniki o takim niedorozwoju etycznym, że opluwają Lecha Wałęsę odżegnując go od czci i wiary. Zdaniem ministra Sikorskiego nie zasługują z tego powodu na poważne traktowanie, gdyż jest to przejaw kalectwa. Niedorozwój fizyczny rzuca się w oczy, ale już ten duchowy tylko da się usłyszeć lub przeczytać. I jeden i drugi jest prawdopodobnie skutkiem nieodpowiedzialnego potraktowania przez rodziców uświęconego aktu poczęcia, czyli poskąpienia przez nich materiału prokreacyjnego. Skutkuje to pojawieniem się na bożym padole prokreacyjnych bubli, wobec których nawet współczesna medycyna jest bezsilna. W starożytnej Grecji problem ten rozwiązywano radykalnie. Prokreacyjne buble zrzucano po urodzeniu ze skały. Chociaż nie tak dawno istniał taki jeden. Był to zapluty karzeł imperializmu, czyli Josip Broz Tito.

Obszczymur – to nie jest jakiś tam wszechpolak, tylko według europarlamentarzysty Czarneckiego, niejaki poseł Janusz Palikot, znany z niekonwencjonalnych zachowań i wypowiedzi, zwłaszcza pod adresem twórców zarżniętej już IV RP. Rozumiem, że europan zna semantyczną zawartość cytowanego określenia. Jeśli tak, to nie powinien tego pojęcia doklejać Palikotowi. Nie pasuje w żaden sposób! W polskiej kulturze językowej takiego określenia używa się w odniesieniu do szwendającego się kundla, bezdomnego lub gorzelnianego menela, bądź fatalnie wychowanego higienicznie pryszczatego smarka. Zatem panie Czarnecki jest to taka sama różnica, jak między piciem w Szczawnicy i szczaniem w piwnicy. Dla naszego wybrańca z europejskiej półki to wsio ryba. I znowu ujawniły się niedostatki edukacyjne i sięgający bruku poziom kultury politycznej.

Wesołe powstanie – to według premiera Powstanie Wielkopolskie. Pewnie dlatego, że było przeprowadzone zupełnie nie po polsku. W odróżnieniu od wszystkich pozostałych było znakomicie przygotowane i przeprowadzone oraz jedyne zwycięskie i sensowne. Pomimo że pod bronią znalazło się ponad 100 tys. uczestników bezbłędna organizacja pozwoliła uniknąć idiotycznych, niepotrzebnych acz bohatersko pięknych ofiar. Po raz pierwszy po 90 latach to powstanie pojechali wygrywać pospołu prezydent z premierem. Uważam, że gdyby obaj to powstanie przygotowywali i poprowadzili, skończyłoby się jak wszystkie inne. No, bo gdyby premier zarządził bojową szarżę, prezydent bez mrugnięcia okiem odtrąbiłby odwrót. Czyli wszystko odbyłoby się po polsku, a nie po wielkopolsku.

Wyprzedaż – nowe zjawisko występujące z wielkim natężeniem tuż po świętach. W marketach można kupić taniej. Również  wicepremier od gospodarki w tuskano-koniczynkowym rządzie, Waldemar Pawlak zachęcał do patriotycznego wykupu polskich towarów. Kiedyś nawet próbował jeździć cudownym wynalazkiem rodzimego przemysłu motoryzacyjnego, ale po trzeciej awarii, czyli po tygodniu przesiadł się z technicznego cudu na tandetną toyotę. Z kolei premier nie powielił pomysłu makaroniarza Berlusconiego, który swoim deputowanym zafundował prezenty za milion euro, ale tylko wytworzone we Włoszech. Zaś minister Sikorski ogłosił wyprzedaż prezydenckich pomysłów w sferze polityki zagranicznej, zwłaszcza Traktatu Lizbońskiego. Na tym tle niesprawiedliwie prezentuje się brak poświątecznego zrozumienia przez policję dla chęci skorzystania z wyprzedaży przez zmotoryzowanego biesiadnika. Gdy zabrakło gorzały ze zrozumiałych względów musiał pojechać na zakupy. A miał jedynie mizerne 4 promile i był zdecydowanie niedopity.


Roman Małek

Rambo w Gruzji

Zastanawiałem się przy noworocznym toaście, czy ten 2009 będzie obfitował w zdarzenia, z którymi będzie można sobie powirować na planie. Obawy były nieuzasadnione. W naszym najweselszym baraku współczesnej Europy może brakować wszystkiego, ale z pewnością nie chichotu historii i zwykłego śmiechu z błazenady naszych wybrańców, nadymających się niemiłosiernie przy najgłupszej okazji. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy zregenerować mięśni roześmianego brzucha po azjatyckiej ekskursji naszej głowy państwa, a już jedyna niezależna polska gazeta i jej równie niezależny redaktor Sakiewicz ogłosili, że laureatem jego nagrody św. Grzegorza I Wielkiego został prezydent Lech Kaczyński. To jeszcze takie specjalnie śmieszne nie było, chociaż prestiż tej nagrody plasuje się dużo dalej, aniżeli trzeciorzędne doktoraty honoris causa koreańskich czy mongolskich instytutów, bo gdzieś między pucharem prezesa straży pożarnej z Kłaja, a beczką piwa sołtysa Kierdziołka. Chociaż żyjący w VI wieku patron tej nagrody papież Grzegorz wsławił się wybudowaniem za własne pieniądze coś z siedmiu klasztorów oraz wymyśleniem gregorianek, czyli miesięcznego serialu mszalnego w intencji grzeszników. Cała niepowtarzalna i rozśmieszająca finezja zawarta jest w uzasadnieniu przyznania nagrody. Okazuje się, że cała frazeologia apologetów Kim Ir Sena, Mao Tse Tunga i Ceausescu jest wiecznie żywa, że z tych wzorców nadal korzystają wszelkiej maści wazeliniarze. Otóż Sakiewicz uznał niezwykły heroizm prezydenta wojażującego do Gruzji za moment poczęcia nowego symbolu godnego naszych czasów, czegoś w rodzaju wiktorii wiedeńskiej Sobieskiego. Maluje jego bohaterski konterfekt w czasie wiecu w Tbilisi, gdy 100 tys. uczestników spoglądało na niego z nadzieją niczym na swojego zbawiciela i męża opatrznościowego. A zdezorientowane tym dywizje ruskie wstrzymały szturm, ponieważ sołdaty myślały, że do Gruzji wpadł Rambo i będzie robił porządek. Musiały te dywizje narobić ze strachu w gacie i wycofać się. Dowody, że to wszystko prawda Sakiewicz trzyma w swoim sejfie, także jak najbardziej niezależnym nawet od ślusarza. Ta nagroda jest tak potrzebna jak rybie ręcznik, a „Gazeta Polska” i redaktor Sakiewicz są rzeczywiście niezależni, ale tylko od zdrowego rozsądku, prawdy i elementarnej logiki. Widać jednak, że zdecydowanie łatwiej jest pisać, aniżeli coś sensownego napisać.


Roman Małek

Ale afera!

W naszej telewizji publicznej mającej rzekomo do spełnienia jakąś misję i dlatego zarządzanej przez samych misjonarzy, w listopadzie można było do woli podziwiać przynajmniej czterech bohaterów ratujących świat i cenne jego wartości. Był to niezmordowany James Bond, mówiący po niemiecku Winnetou, szczekający pies Cywil i prezydent Najjaśniejszej. Było również wesoło u sejmowych śledczych tropiących polityczne naciskanie. Ale jeśli ktoś pomyślał, że tylko stolicę mamy ucieszną, to srodze myli się.

Zgodnie ze stalinowską zasadą, że towarzyszom należy ufać, ale metodycznie ich sprawdzać, Kaczyńscy powołali bodajże osiemdziesiątą instytucję sprawdzającą podejrzanych obywateli  naszego wesołego postsocjalistycznego baraku. Centralne Biuro Antykorupcyjne. Duże pieniądze do wytropienia, paskudne odruchy skorumpowanej władzy, afery, że stodoła mała, zgnilizna ekonomiczna. Słowem, wszelką sodomię i gomorię władzy, gospodarki oraz antypisowskiej myśli, miała zwalczać najmłodsza instytucja prezesa Kaczyńskiego. Na czele postawił on, w randze ministra, pożal się Boże, niezmordowanego wszechpolaka, Mariusza Kamińskiego. Nie nauka, lecz chęć szczera! Jeśli Kamiński zna się na korupcji, to moja teściowa zna się na plamach na Słońcu i proszę jej stworzyć jakąś instytucję do antykorupcji w takich sprawach. Nie zna się na tym, jak Kamiński, ale co to ma za znaczenie?

Poza nagłaśnianą infantylnie drobnicą ta agencja niczego wielce korupcyjnego jakoś nie dostrzegła. Dlatego zdumiała mnie prasowa informacja firmowana przez tę zacną, hojnie przez nas opłacaną instytucję, poniewierającą bez elementarnych zahamowań, samorządowych władców Łańcuta. Opublikowanie ich zdjęć bez sądowego wyroku w taki sposób, jakby byli pospolitymi bandytami, to już nie głupota. To zwykłe społeczne szkodnictwo! Agencja nie została powołana do sprawdzania deklaracji podatkowych! Nie została powołana do osądzania czegokolwiek. Nie została powołana do wyręczania żadnych innych organów kontrolnych. Oni mają ścigać bandytów gospodarczych, czyli aferzystów, a nie niczego niewinnych samorządowców. Korupcja nie tkwi w oświadczeniach lecz w rzeczywistości poza dokumentalnej. Od deklaracji jest urząd skarbowy i parę innych instytucji. CBA jest od KORUPCJI. Może szef nie zna definicji tego słowa – polecam słownik języka polskiego prof. Doroszewskiego, prof. Skorupki i paru innych, równie ważnych autorów. Jeśli tego nie starczy, proponuję „Słownik etymologiczny’ A. Brucknera. Każda inna definicja trąci głupotą.

Doktor Gardziel nie bez powodu upiera się przy tezie, że skoro nie ma realnych powodów działania instytucji, to należy stworzyć substytut uzasadniający jej istnienie. Akcje rzeszowskiego CBA ewidentnie to obrazują. Posiadająca rozsądek prokuratura uwaliła całą tę idiotyczną konstrukcję antykorupcjonistów wymierzoną w Bogu ducha winnych samorządowców Łańcuta. Szczerze im współczuję. Tego błota miotanego w ich stronę bez umiaru musiało przecież trochę przylgnąć. Ale niczym nie zrażeni antykorupcjoniści zaczęli już następną, nie mniej zabawną akcję. Po bezprecedensowym sukcesie prezydenta Rzeszowa w plebiscycie obywateli należało jakoś trochę wystudzić obywatelski entuzjazm. Przyszli zatem do rzeszowskiego ratusza i podobnie mędzą. Grzebią w ferencowskich kwitach, jak w ulęgałkach i wąchają jego deklaracje podatkowe. Nie opublikowali jeszcze gończego listu, ale inwencja twórcza cwikierowców jest nieprzewidywalna. No, bo jeśli Ferenc pomyliłby się w oświadczeniu podatkowym na swoją  niekorzyść nawet o 2 złote, to znaczy, że ukrył korupcję na 10 milionów. Niemożliwe? Jak najbardziej możliwe. Znam taki przypadek, tylko kwoty były inne. I czasy również.


Roman Małek

Mały piroman

Kiedyś Polskę peerelowską nazywano najweselszym barakiem ówczesnej Europy. Czym jest teraz? Jednoznacznej odpowiedzi z pewnością trudno udzielić. Jedno jest pewne. Tyle politycznego infantylizmu i robienia ze struktur państwa kabaretu jeszcze w naszej realpolitik nie było. Ta nasza dolegliwość ma ciągle zwyżkujące tendencje. Dlatego felietonistom wróżę długą karierę. Materiału w nadmiarze dostarczą nasi wybrańcy narodu. Tak im dopomóż Bóg!

Członek ukryty – a tym samym kłamca, to według niebiańskiego uosobienia prawa i sprawiedliwego obiektywizmu kaczego, czyli posła Kurskiego, nikt inny tylko ten podlec, czyli  były ichni  minister Kaczmarek. Poseł Kurski uważa, że jest kolosalna różnica pomiędzy kandydatem, a członkiem. Gdybym tak zawzięcie jak on zapieprzał za konwojem na kogutach pewnie też podobnie pomyślałbym sobie. Temu Kurskiemu musiało jednak oprócz tego jakieś UFO pierdyknąć w kiepełe. To znaczy, że niby kandydat jest krótszym członkiem i musi się kryć? Przed kim? Zapewne przed dłuższym członkiem. Panie pośle, gratuluję!

Głupek wiejski – tak finezyjny kunszt językowy potrafi rozwinąć jedynie wyjątkowo utalentowany lingwistycznie pismański poseł Brudziński. Uważa on zatem, że głupek wiejski jest większym głupkiem od mniejszego miejskiego albo osiedlowego. Na takie miano zasługuje zaś każdy, kto uważa połączony z patriotyczną biesiadą równie patriotyczny rocznicowy bal organizowany przez prezydenta za niewypał polityczny. Taki osąd to jawna niesprawiedliwość! Przecież nawet prezes Urbański wystąpił w muszce, a za primabalerinę robiła sama Szczypińska!

Mały piroman – tytuł nadany przez Leszka Millera prezydentowi Najjaśniejszej po jego gruzińskiej ekskursji. Że mały, to widać gołym okiem, ale żeby zaraz piroman? Przecież obacwaj prezydenci niczego nie wysadzali, tylko bawili się w podchody niczym rasowi pionierzy. Strzelali do nich z broni maszynowej z niespełna trzydziestu metrów i nie trafili patałachy nawet w auto, a co dopiero w pasażerów. Prezydent twierdzi, że byli to Ruscy, bo tylko oni tak potrafią drzeć mordę i kiepsko strzelać. Wszyscy pozostali żołnierze mówią wyłącznie szeptem i używają tylko terminologii parlamentarnej. Jacyś wrogowie ludu gruzińskiego podali, że tak utajniono przejazd prezydentów, iż  gruzińska rogacizna o tym nie wiedziała i stała na drodze z rozwartą z podziwu mordą, blokując przejazd całej dyskoteki władzy. Ale ze złości nie strzelała nawet spod ogona, ani wzrokiem. Prezes od bliźniaków z kolei ustalił nową definicję idioty. Otóż jest to taki osobnik, który nie widzi związku pomiędzy niepodległością Polski, a niepodległością Gruzji. I słusznie! Tak może twierdzić tylko ten, kto nie oglądał serialu „Czterej pancerni i pies”. Z jakim poświęceniem szablą wyzwalał nasz kraj Gruzin Grigorij każde dziecko widziało!


Potrafić coś tam, coś tam – może bez wątpienia tylko Elżbieta Kruk, wybitna kacza specjalistka medialna. Wszyscy słyszeli, że wyplatała banialuki jak mały Kazio po dużym piwie, ale partyjny kumpel Karski plótł jak większy Kazio po dwóch dużych piwach, gdyż z przekonaniem dowodził, że o pijaństwie jego koleżanki partyjnej gadają wyłącznie złośliwi plotkarze. Pan prezes zaś ogłosił światu własną diagnozę, że to wynik złego samopoczucia posłanki. A niby kto dobrze czułby się w takim towarzystwie partyjnym? A może po prostu najzwyklej gorzała była chrzczona lub podrabiana, albo nieświeży był śledź? Jednak fakt, iż pani Elżbieta potrafi coś tam, coś tam jest wystarczającą rekomendacją polityczną i zasługuje na niekłamany podziw najwyższego prezesa spośród najniższych.

Rdzawy kozik – narzędzie chirurgiczne, które dostrzegł w rękach obecnej sejmowej komisji śledczej profesor Nałęcz. Nie stać jej bowiem na trudną sztukę posługiwania się skalpelem. Nie dosyć, że operowanemu problemowi nie mogą zrobić tym kozikiem krzywdy, to jeszcze tak łaskoczą po brzuchu, że pół Polski skręca się ze śmiechu, a drugie pół puka się w czoło i zadaje retoryczne pytania. Panie profesorze, to nawet nie kozik, a tylko cyganek. Może i rdzawy o ile buraki rdzewieją. Taki skalpel, jaka komisja!

Życzę życzenia – tako napisał do nas, ze sporym poślizgiem, nasz wielki przyjaciel z okazji naszego jubileuszu. Miał rację! No, bo gdybyśmy zrozumieli, iż życzeń nam nie życzy, to co? Moglibyśmy mniemać, iż życzenia nam tylko poleca. Oczywiście, opatrzności bożej. Ale w redakcji dominuje logika miłosierdzia chrześcijańsko-marksistowskiego i dlatego pojąłem to jako ekumeniczny wkład autora w słowiańskie zbliżenie pokoleń.


Roman Małek