środa, 16 grudnia 2009

Głośniej i Głupiej

   Sesję listopadową rozpoczął Adam Góral, prezes Asseco Poland, który niedawno odebrał prestiżowy tytuł Menagera 2009 Roku. Powiało wielkim światem, globalizacją i dużym pieniądzem. Mówił o uporze i wyrzeczeniach jakie musiał przechodzić na początku budowy potęgi swojej firmy. Nie zaczynał od handlu z łóżka turystycznego, uważanego za łoże porodowe polskiego kapitalizmu. Poszedł trudną drogą w nowoczesność. Chwalił rozwój i estetykę miasta, ale i jego niedostatki, które zniechęcają wielki kapitał. Dlatego w Rzeszowie pojawia się średni, dosyć drapieżny kapitał. Nie mogło zabraknąć również informacji o sportowych ambicjach prezesa sponsorującego siatkarzy rzeszowskich. Gospodarze podejmowali prezesa w lansadach, a radni uważnie słuchali, co jest takim samym ewenementem jak uśmiech mojej teściowej i mądra wypowiedź Macierewicza. Nawet dyżurni gadacze sesyjni, znający się na wszystkim, zapomnieli z jakiegoś powodu języka w gębie.

   Później już wszystko znowu wróciło do normy, czyli wybrzydzania przez prawą stronę na wszystkie inicjatywy prezydenckie, chociaż tym razem mocno z tej strony popękało. Zamiast jednolitej ławy nacierającej, na placu boju pozostały jedynie do bólu nawiedzone niedobitki, które podjęły heroiczny wysiłek niczym te konrady wallenrody, albo inni rozdarci bohaterowie na skale. Na dobre wytoczyli najcięższe działa przy omawianiu projektu uchwały przewidującej przeznaczenie środków na przygotowanie budowy nowego gmachu dla Urzędu Miasta, aktualnie rozrzuconego po mieście w kilkunastu miejscach. Płomienne wystąpienie wygłosił radny Kultys, wybitny architekt z Radomia. Nie tak dawno przejeżdżałem przez to miasto. Zatrzymałem się i zapytałem tambylców, gdzie u nich urodził się wielki człowiek? Miałem nadzieję, że wskażą rodzinną sadybę naszego radnego. Nic podobnego! Odpowiedzieli, że u nich w Radomiu rodzą się same małe dzieci. Mniejsza z tym. Radny przedstawił apokaliptyczną wizję degradacji przestrzeni przez banalny projekt, powrotu do potwornej architektury XX wieku. Podzielił historię architektury na stare paskudztwo i świetlaną epokę kultysowską. Czyli czas nowożytny w Rzeszowie należy mierzyć od przybycia Kultysa. Naplótł tyle obraźliwych idiotyzmów pod adresem rzeszowskich architektów i urbanistów, że stodoła mała. A zwycięski w konkursie projekt musiał według niego zostać opracowany przez jakąś bandę nieuków i dyletantów, a nie architektów renomowanej pracowni. Tak zapędził się, że obawiałem się, iż uzna za konieczne otynkowanie szpetnego muru chińskiego! Zszedł z sesyjnej ambony z godnością Pani Dulskiej, bo z czymś obśmianemu wypada schodzić. Wojownik doczekał się tylko rachitycznego wsparcia. Klęska jak pod Cecorą! Głowa do góry, panie radny! Jak mawia jeden z magistrackich dyrektorów, Rada to nie burdel, nie wszyscy muszą wychodzić z niej zadowoleni.

   Jakby tego było mało, ci sami podnieśli niemniejszy wrzask przy omawianiu propozycji poszerzenia miasta o kolejne okoliczne miejscowości. Czegóż tu nie wytoczono! Ktoś z prawej strony bredził o braku racjonalności, niechęci inwestorów do angażowania się na przyłączonych terenach, inny o jakichś aktach porządkowania, absurdalnemu zamienianiu Rzeszowa w wieś, prowadzeniu działalności charytatywnej na rzecz chorych na przyłączanie do miasta, braku cudu urbanizacyjnego i tym podobnych bzdurach. Wysuwane propozycje, aby poszerzać Rzeszów bez uszczerbku dla okolicznych gmin, to mniej więcej to samo, co sztuka ugotowania rosołu bez uszczerbku dla zdrowia kury. Niektórym popieprzyła się Kielanówka z Matysówką i jeszcze oburzali się, że ktoś z tego robi sobie jaja. Nie wiem również, gdzie w przyłączanych sołectwach prawi i sprawiedliwi dojrzeli jakieś krowy i kozy, które populacją mogą zagrozić mieszczanom? Prawdopodobnie nie wiedzą jak te zwierzątka wyglądają. Padały pytania o granice tego poszerzania, pomimo że prezydent niejednokrotnie je zakreślał. Chodzi mu o osiągnięcie 200 tys. ludności, co da miastu spore preferencje budżetowe. Skoro radni Kultys i Kiczek lenią się prokreacyjnie, konieczne są inne działania nadrabiające te niedostatki. Obawa, że prezydent Ferenc zechce przyłączyć Łańcut i Lwów są mocno przesadzone. Aby było jeszcze ciekawiej, na wniosek radnych z prawej strony, projekt uchwały o poszerzeniu miasta został rozbudowany o Kielanówkę i dalszą część Racławówki. Radny Kiczek z determinacją Rejtana ogłosił votum separatum do uchwały, czym dostarczył zebranym niemałej uciechy. Jednak pęka!

Roman Małek

Kolejny Nawiedzony!

   W listopadowych „Nowinach” przeczytałem ze sporym niesmakiem idiotyzmy niejakiego Andrzeja Filipczyka, lidera jakiejś egzotycznej, lokalnej grupy Ujawnić Prawdę. Otóż dał głos kolejny quasi specjalista od polityki historycznej, bardziej nawiedzony i radykalny od IPN. W swoim zapyziałym widzeniu zjawisk historycznych reaguje jak na rasowego apostatę ideologicznego przystało. Twierdzi, że PRL była zbrodnią na państwie polskim i narodzie. Zatem wszystko, co z tym okresem jest związane należy wyplenić i zburzyć, podobnie jak uczyniono to z pozostałościami po Hitlerze i Goeringu. Trzeba naprawdę cierpieć na umysłowe skarlenie, aby coś takiego wygłaszać i czynić takie kuriozalne porównania. W dodatku Filipczyk wali przy sposobności w siebie samego, jak w kaczy kuper. Nie miałem nieprzyjemności osobiście go znać. Natomiast ci, którzy znają go z tamtego okresu twierdzą, że był jednym z najbardziej zaangażowanych, młodzieżowych aktywistów miejskich programowo „wpajających idee marksizmu i leninizmu proletariackiego poprzez podniesienie działalności ideowo-wychowawczej w drużynach i szczepach” oraz dążących do „przyswajania przez młodzież wniosków wynikających z doświadczeń budownictwa socjalistycznego w Polsce”. Nic dodać, nic ująć! Skoro był to ustrój zbrodniczy, to Filipczyk powinien być też zbrodniarzem. Ale przecież nikomu rozsądnemu to do głowy nie przyszłoby, a Filipczykowi przyszło.

   Całe rzesze historycznych autorytetów, nie tylko polskich, badających okres PRL poddaje krytycznej analizie tamte zjawiska. Niektóre oceniają bardzo krytycznie, ale nikomu poważnemu do głowy nie przyszło traktować tego okresu jako zbrodni na narodzie. Widocznie Filipczykowi drukowane kiepsko idą i rozpraw historycznych nie czyta. W przeciwnym razie nie plótłby wierutnych bzdur. Wypada mu zatem w zbliżającym się Nowym Roku życzyć zdrowia, bo na rozum u tego „bohatera” za późno. A świńska grypa ponoć szaleje!

Roman Małek  

Tryki W Aureoli

Aureola – według gadającej w telewizji głowy PiS, Bielana, jest to coś dobrego, co powinno być roztaczane wokół naszej zwycięskiej w zeszłej wojnie armii. A tu akurat najważniejszy atrybut wojaków, czyli orkiestry wojskowe, wojenny minister Klich redukuje z 20 do 18. I jak teraz nasi wojacy mają odnosić militarną wiktorię? No, ostatecznie można wyrzucić klarnety i bębny, bo źle kojarzą się. Ale całe orkiestry? Pomińmy już tych grajków mundurowych. Bielanowi musiało jednak ociupinę  pociemnieć w głowie, ponieważ aureola przysługuje świętym, nawet tureckim, ale nie wojsku. Widocznie nie dostrzega on mało skomplikowanej różnicy znaczeniowej pomiędzy aureolą i aurą. A jest ona mniej więcej taka, jak w określeniach - pić w Szczawnicy i szczać w piwnicy. Niby podobnie brzmi, ale przyjemność nieporównywalna.

Dyrdymałki – tak w czasie murarskiej, dwudziestej rocznicy w Berlinie prezydent Wałęsa określił te mowy polityków, w których twierdzą oni, że muru berlińskiego nie rozwalił Wałęsa z papieżem. Ciekaw jestem jak poradzili sobie tłumacze z tak perwersyjnie wysublimowanym językiem. W każdym razie perorował nasz prezydent najdłużej, bo aż 5 minut. Tyleż czasu męki przeżywali owi tłumacze. Nie od dziś jednak wiadomo, że tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne. Musieli oni zatem na coś zdecydować się. Później naszego byłego prezydenta przewrócono na pierwszą kostkę ogromnego domina i cała reszta poszła już z niemiecką precyzją, jak po sznurku. A tak dla jasności językowej chciałbym przypomnieć, że określenie dyrdymałki oznacza rzeczy mało istotne, nieważne. W żadnym przypadku zaś nie można go użyć w znaczeniu – opinie nieprawdziwe. Ale, co wy mi tu Małek, będziecie prezyndolić! Nie może nam przecież byle europnik o nas dyrdymalić! Tak, a propos, cholernie ciekaw jestem, kto i kiedy rozpieprzy postawiony przez jankesów ponad tysiąckilometrowy, demokratyczny mur na granicy amerykańsko-meksykańskiej? Wałęsa jeszcze na chodzie!

Horyzontalny program – to zbawcza koncepcyjna rewelacja dla małych miast, wymyślona przez posła Jurgiela. Przymiotnik horyzontalny oznacza, że program będzie poziomy, w odróżnieniu od dotychczasowych pionowych, zapewne. Wiedziałem, że może być horyzontalny układ, położenie, współrzędne, a nawet pozycja. Ale o programie horyzontalnym do czasu Jurgiela nie słyszałem. Geniusz twórczy Jurgiela nie zaskakuje mnie, gdyż jest on członkiem świeżo powołanego ZPP, czyli Związku Patriotów Polskich bis. Tym pierwszym kierowała Wanda Wasilewska, a tym bis kieruje osobiście prezes naszego prezydenta. Zatem horyzonty muszą być programowe.

Kontrol – jest niezbędna w kwestii funduszów zdrowotnych, tak pokrzykuje w tytule publikacji październikowa gazeta koszerna. Zmienili zatem temu pojęciu rodzaj z żeńskiego na poważniejszy męski, ale przy okazji całość nieco rozweselili. Bo jeśli taki kontrol wejdzie w te fundusze niczym patrol, albo inny górol, to dopiero będzie rozpierducha, a nie poważny spraw do załatwienia. A ten, kto ten kontrol będzie przeprowadzał, to jak się powinien wabić?

Kontrolnik, kontrolowiec? To już lepiej zmienić od razu tytuł na „Gazet Wyborczy”.

Polewo – wbrew pozorom nie jest to czynność napełniania kieliszków, wyrażona w czasie teraźniejszym liczby pojedynczej, w wersji gwarowej. Z kontekstu wypowiedzi radnego Kultysa wynika, że tak w guberni radomskiej wymawiają okolicznikową formę – po lewej, którą radny zamierza upowszechnić w Rzeszowie. Zdecydowanie językową finezję pogłębia fakt, że według niego polewo Urząd Marszałkowski. Nie wiem jak państwo, ale ja jestem za, jak najbardziej!

Tryki – z właściwym sobie wdziękiem posłanka przykaczyńska, Nelly, tak zdefiniowała poczynania premiera związane z aferą hazardową. Nikt wcześniej biedactwu widocznie nie powiedział, że nie tylko w Polsce, fonetycznie ten obcy wyraz brzmi - triki. Zmiana jednej samogłoski radykalnie zmienia znaczenie całego wyrazu. Otóż tryki są owczymi samcami zdolnymi do skutecznego trykania swoich owieczek. Cóż te poczciwie beczące stworzenia mogą mieć wspólnego z premierem, a tym bardziej aferą hazardową? Trykanie ma też znaczenie przenośne. Dla przykładu pan Rokita może ze złości, wynikłej z poczynań osobiście  poślubionej połowicy, trykać sobie głową w mur. Ale nawet mało uważny obserwator stwierdzi, że owo trykanie głową, choćby i w mur chiński, nic nie da. Nelly jest wyjątkowo odporna. Wręcz nieprzemakalna! Wiadomo, komsomolska kindersztuba.

U2(Ju-tu) – aż tak daleko w samouwielbieniu posunął się tuskowy Schetyna w metaforyce definiującej Platformę. W tej platformerskiej kapeli zaś premier Tusk niby robi za Bono, ze względu na identyczny, według Schetyny, kontakt z publiką. Nie wiem jak Schetyna, ale wszyscy, których pytałem, wolą Bono od Tuska. Twierdzą, że lepiej śpiewa, bo Tusk jakby trochę cienko. Wolą też zdecydowanie kapelę U2, ponieważ bez wątpienia mniej fałszuje i nie zadaje się z jednorękimi bandytami. Zapytany o to poseł Palikot wykpił się od odpowiedzi. Widocznie go suszy, a to zwiastuje zmianę pogody.   

Zorganizowana spontaniczność – ma cechować pracę sejmowych komisarzy śledczych, dowodzonych przez posła Sekułę. To mniej więcej tak, jakby chciał on z mądrą głupotą sterować kołowym okrętem przez suche morze. Wbrew pozorom historia zna jednak takie przypadki. Spontaniczność organizowali i Neronowi, i „Wiesławowi”, i Gierkowi, a obecnie nawet prezesowi naszego prezydenta. Często jednak któryś z członów tego związku zawodzi ze względu na frazeologiczną sprzeczność. Ale niby skąd miałby o tym wiedzieć poseł Sekuła? A że jest to tak głupie, jak wpis w Internecie? Tym gorzej dla Internetu, a zwłaszcza internetowego hazardu, a nie posła Sekuły.

Roman Małek

Pierdoskręt Wszawy

W ostatnich latach potęgi farmaceutyczne kręcą swoje lody przy pomocy mediów. Dostarczają nam apokaliptycznych horrorów, przy których wyczyny niejakiego Drakuli czy nawet jeźdźców Apokalipsy spadają do poziomu ringowej chlastaniny po mordach. Co dwa lata mamy nowy odcinek horroru zgodnie z prawami rynku medialnego. Nie da się dłużej eksploatować jednego straszaka. Naród chce być straszony czymś nowym. Byle raka, cukrzycy i ciśnienia nie boi się. Gdyby było inaczej z palenia preferowałby jedynie palenie się do roboty, panny Krysi, albo bohaterskich czynów. A taka banalna zwykła grypa może kogoś przestraszyć? Chyba tylko hipochondryka. Na tym nie da się zarobić.

   Wpierw pojawiła się choroba wściekłych krów. Krowy zdychały od zawsze. Tę chorobę także zdefiniowano już dawno, jak wiele innych, chociażby groźną pryszczycę. Ale zaczęła straszyć wówczas, gdy media upierdliwie pokazywały zakapturzonych sanitariuszy tłukących bydło i z trącącą chryzantemą miną informowały, że gdzieś ktoś zmarł, a kolejka do umierania wydłuża się niczym po unijne fundusze. Nie wiadomo po co, ale wściekła pandemia kwitła. Ludzie zaczęli woleć gulasz z glist kalifornijskich, aniżeli przyzwoity stek wołowy, że o tatarze nie wspomnę. I co jeszcze robili? Szczepili się na potęgę za niebagatelne pieniądze! Niektórzy twierdzą, że zmarło nawet kilkunastu ludzi. Zgroza! Gdyby nie ta wścieklizna żyliby wszyscy, to pewne.

   Gdy media i koncerny farmaceutyczne zarobiły swoje, a populacja hipochondryków nie rosła, dwa lata wstecz o naszą uświęconą ziemię rąbnęło jeszcze większe nieszczęście, czyli grypa ptasia. Znowu pełno było tych zakapturzonych, którzy tym razem gazowali kurczaki. Znowu media waliły na alarm, że gdzieś w Azji ktoś umarł, a u nas także mamy już ogromne zastępy kandydatów na aniołków. Znowu nic nie dawały racjonalne apele epidemiologów. Oglądacze wiedzieli swoje, a w aptekach znowu pojawił się ruch jak na Manhattanie. Po nastraszeniu kogo trzeba, zarobieniu ile trzeba, wszystko wróciło do normy. Nie na długo! Ruch w interesie musi przecież być, bo to złoty interes, a nie jakaś ochronka Matki Teresy.

   Skoro rodak z białostockiego wymyślił maszynę do odmawiania różańca, to niby dlaczego spece od farmaceutycznego geszeftu nie mogli wymyślić kolejnej pandemii? W taki sposób nastąpiła pora na świnie. Nie dosyć, że niesłusznie obrywa się tej pożytecznej nierogaciźnie za rzekome opilstwo i paskudny świński charakter, to jeszcze kazali im roznosić wśród ludzi świńską niby grypę, po której trup ściele się tak gęsto, jak pod Waterloo czy w Hiroszimie. I znowu koncerny farmaceutyczne miały gotową szczepionkę, chociaż na taki AIDS nie mogą wymyślić od ponad trzydziestu lat. Tym razem największe przebicie było na maskach ochronnych. Na Ukrainie w rezerwie pozostały tylko końskie, bo u ludzi nie znaleziono twarzy o takich gabarytach. Chociaż fachowcy objaśniali, że to żadna ochrona w tę stronę, że wystarczy poszanowanie elementarnych zasad higieny. Nawet zagrożenie bezpłodnością nie zmniejszało zapotrzebowania na szczepionki bez atestów. Ileż idiotyzmów przy tej okazji można było usłyszeć lub przeczytać. Okazało się, że prawdziwą bombą pandemiczną są chore pielgrzymki muzułmańskie, bo nasze do Częstochowy czy Lichenia są zdrowe jak rydz! Namawiano lud Boży do wymagania od lekarzy rodzinnych diagnoz w tej sprawie. Ale jeśli taki lekarz nie ma środków do odróżniania księdza od kominiarza, to niby skąd ma mieć te do rozróżniania odmian grypy? Najgorzej miały gdzieniegdzie maluchy i mikołaje, bo tym ostatnim zakazano całować pandemicznie dzieci, a nawet głaskać je po główkach. Mikołajom dla poprawy samopoczucia mogę oferować swoją teściową do całowania, ale dla maluchów nie mam nic w zamian.

   Takie powtarzające się kampanie medialno-farmaceutyczne można wziąć albo na pół litra, albo na śmiech. Poważnie nie da się! Corocznie na drogach traci życie 1,3 mln ludzi, czyli co minutę 12 osób. Na zwykłą grypę umiera rocznie 500-700 tys., czyli co minutę wybiera się w zaświaty około 6 osób. Żadnego wrzasku medialnego nie ma. To gdzie tu logika? Ta logika zaczyna się przejawiać w zagrypionych po świńsku (przepraszam te stworzenia) grach politycznych, w których czy to prezydent Juszczenko, czy nasz niedorzecznik praw obywatelskich, grają w grypę niczym w cymbergaja lub kiczki. A ludzie zaczynają naprawdę umierać, ponieważ nie dożywają wydłużających się kolejek do operacji, przeszczepu czy nawet zwykłego specjalisty. Umierają, bo nie ma ich kto przyjąć w szpitalu, albo po prostu nie mają na leki. A za jakieś dwa lata znowu media objawią nam kolejną, straszną nowinę, że będziemy niechybnie umierać na jakiś pandemicznie rozpleniony pierdoskręt wszawy, na który jest już gotowa droga szczepionka. Na zdrowie!

Roman Małek