Tym razem nieco więcej neologizmów używanych przez naszych rodaków dotyczyło nadawania nowych znaczeń pojęciom istniejącym aktualnie, bądź w czasach dawniejszych. I bardzo dobrze! Witamy w Polsce Jamesa Bonda, ale któż nie wolałby uczestniczyć w degustacji wiwatówki? Można znieść nawet wygłaszane toasty. Szczególne natchnienie u twórców budził Mariusz Kamiński, robiący niemal za muzę. Aby uniknąć monotonii niektóre określenia z nim związane przeniosłem do numeru grudniowego.
Bardzo wkrótce – według przyprezydenckiego Stasiaka to czas, w którym jego pryncypał prześle do premiera opinię w kwestii wywalenia z arbeitu wodza korupcjonistów. Wyraz wkrótce, jako przydawka spełnia rolę nieodmiennego określnika, w tym przypadku czasownika. Nie podlega również stopniowaniu. Brak tej wiedzy u gimnazjalisty grozi solidną, w pełni zasadną pałą. Ale u kancelistów prezydenckich należy widać do dobrego tonu, a może działa nawet nobilitująco! U nich może być z pewnością tak wkrótce, że o ho ho, albo i jeszcze bardziej.
Kulawy James Bond – tak pieszczotliwie określił Stefan Niesiołowski nominowanego w IV Najjaśniejszej największego ścigacza korupcyjnego, Mariusza Kamińskiego. Coś mi tu jednak nie gra. Ówże agent 07 tak potrafił dbać o interesy Jej Królewskiej Mości, że i okulały na obie nogi, a nawet bez nóg, potrafił rozprawić się z największymi bandziorami. A nasz niby super agent został okpiony nawet przez Andrzeja Leppera, przez którego będzie musiał w dodatku szlajać się po sądach. A może poseł Niesiołowski miał na myśli kalectwo innej, ważniejszej części ciała? Coś o tym chyba wspominał również i minister Czuma! Mówił bodajże o konieczności leczenia głowy, albo coś takiego. Przy sposobności gratuluję posłowi Niesiołowskiemu tytułu honorowego obywatela Barczewa, który tamtejsze władze zamierzają mu nadać ze względu na uszlachetniające posiedzenie w ichniejszym więzieniu.
Myśleć do przodu – zamierza trener babskiej piłki bitej, Jerzy Matlak po europejskim ubrązowieniu naszych siatkarek. Skoro tak, to ktoś pewnie myśli do tyłu, ktoś inny na prawo, albo i na lewo. Przecież w dół nie wypada, bo tam mogiła, a w górę wznosi oczęta i myśli sam świeżo upieczony doktor nauk o dyrektorze Rydzyku. W prawo myśli Tusk, w lewo Napieralski, a kto do tyłu? Przecież to tak oczywiste jak ostrość noża Rambo. Oczywiście, że pan prezydent z prezesem, strażnicy ubeckiego śmietnika, dla niepoznaki zwanego eufemistycznie instytutem, moja teściowa i czerwone ze wstydu raki. Pozostali zjadacze chleba myślą już normalnie, czyli bezkierunkowo, o wszystkim, nawet o niebieskich migdałach.
Trupiarnia – w mniemaniu Janusza Palikota to Pałac Namiestnikowski, zasiedlony przez prezydenta, prezydentową, ich służbę, szofera, ogrodnika i przyprezydenckich kancelistów. Jeśli jest trupiarnia, to z definicji musi być i cmentarz, albo przynajmniej szpital o dużej przepustowości, najlepiej finansowany przez NFZ. A tu akurat nic z tych rzeczy! Coś mi się wydaje, że poseł Palikot użył tego pojęcia metaforycznie. Już kiedyś wytykał pałacowym gorzelniane zakupy. Mogło mu zatem chodzić o zalewanie się w trupa, albo wznoszone okrzyki „niechaj trupem padnę, jeśli prezes mówi nieprawdę”. A może dostrzegł chęć padania trupem, zamiast przyznawania racji Dornowi, albo usłyszał deklarację, „po moim trupie Tusk pojedzie do Brukseli”. Prawdopodobne jest również ścielenie gęsto urzędniczym trupem, a nawet dostrzeżenie w kimś żywego trupa. Ktoś ze służb specjalnych mógł również wytropić w pałacu siedliska dużych motyli o nazwie trupia główka, albo dostrzec jakiś trupi blask odbijający się od zadu pomnikowego konia Poniatowskiego.
Wiwatówka – kiedyś była to armatka, z której walono na powitanie pana wracającego z wojaży, albo w Boże Narodzenie, Nowy Rok czy Wielkanoc. Teraz na wiwat walą ślepakami już z prawdziwych armat, ale tylko prezydentowi z okazji rocznicy Cudu nad Wisłą, czyli pogonienia pod Ossowem bolszewików przez księdza Skorupkę. Pojęcie jednak odrodziło się w innym znaczeniu dzięki uwielbieniu ochotniczych fojermanów dla swojego generała sikawkowego, czyli prezesa Waldemara Pawlaka. Otóż opracowali ci fojermani specjalną miksturę gorzelnianą, która ma ułatwiać spontaniczne wiwatowanie na jego cześć. Lufa zatem jest, chociaż kaliber inny. Wiwat prezes! No i, chlup! Wtajemniczeni twierdzą, że wraz ze wzrostem liczby tych wiwatów i rytualnego spożywania owej wiwatówki, proporcjonalnie rośnie wskaźnik sikawkowego entuzjazmu i uwielbienia dla generała.
Wyjazdowanie – uprawiała w czasie minionej kanikuły egzaltowana bohaterka serialowego „Klanu”. Jeśli ona po tej Europie tak sobie wyjazdowała, to jak ona pokonywała górkę? Najazdowała na nią, a może podjazdowała, bo na pewno na górkę ową nie wyjeżdżała. Jedno jest pewne – na pewno polszczyznę nam ociupinę zapaprała.
Roman Małek






