poniedziałek, 4 października 2010

Świątynia na Boisku

Po raz kolejny, dzięki niespożytemu uporowi katedralnego księdza Maca, stanęła na sesji Rady Miasta Rzeszowa sprawa przekazania jego parafii za walutę watykańską, czyli Bóg zapłać, półhektarowej działki wykrojonej z boiska szkolnego przy al. Powstańców Warszawy. Determinacja księdza godna podziwu, bo w końcu skuteczna. Przy uchwalaniu tej darowizny pojawiały się zdumiewające sytuacje, niczym wyjęte z gombrowiczowskiego „Trans- Atlantyku”. Nie przekonywały informacje o sprzeciwie mieszkańców osiedla, którzy uważają, że świątyń ci u nas dostatek. Pojawiła się argumentacja, że pogłowie szkolnej dziatwy spadnie na Nowym Mieście o połowę i boisko będzie świecić pustkami, że teren jest zupełnie niepotrzebny dyrektorowi szkoły oraz jego dziatwie, że nie chodzi o budowę kościoła tylko kaplicy i tym podobne mądrości nadające się do kabaretu, a nie na poważną debatę radziecką. W końcu wysmażono kuriozalną uchwałę, przyjętą przez 14 radnych z 38-osobowego jej składu. W osiedlu zawrzało. Czarno to widzę. Ciekaw tylko jestem, po co rada tę żabę je? Bo niestrawność po takiej diecie jest tak pewna, jak amen w pacierzu. Szczęść Boże!

Roman Małek

Demokracja w Kaczolandzie

Po przerżniętych wyborach prezydenckich prezes Jarosław I Nadęty dał prawdziwą lekcję demokracji, przy której ta ateńska i brytyjska wysiadają. Każdy w jego partii ma prawo do własnego zdania pod warunkiem, że będzie ono toczka w toczkę zgodne ze zdaniem prezesa. Prawie jak stary Ford, który zostawiał klientom prawo wyboru koloru produkowanego przez siebie samochodu, byleby był czarny. Zabronił swoim wyznawcom nazywać Komorowskiego prezydentem i żaden nawet nie zająknął się w tej kwestii. Orzekł, że krzyż na Krakowskim Przedmieściu ma stać, bo naród, czyli on tak chce, i stoi. W dodatku pilnowany przez inny kilkunastoosobowy naród wymagający pilnego leczenia. Nawet abp Józef Michalik nie chce go ruszyć, gdyż nie poczuwa się do roli totumfackiego i tego krzyżowego mebla wyparł się jak należy. Czytał jednak Fredrę! Sam prezes zaczął szybko modelować swój nadszarpnięty w czasie kampanii wizerunek napoleońskiej głowy. Skoro nie musi chwytać się brzytwy, jak twierdzi przyboczny Kuchciński, to widocznie brzytwa chwyta się jego, bo zaczął metodycznie rozpieprzać swój polityczny gołębnik, czyli dołować tych, którzy wysmażyli mu łagodny i przyjazny wizerunek. Paskudnie czuje się z nim, a więc postanowił pozbyć się wszystkiego, co szkodzi jego wizerunkowi zamordysty. Nawet Migalskiego wyrzucił z niczego, ponieważ tylko tyle może. Swojego świętej pamięci brata męczennika mianował prawdziwym Wałęsą i Piłsudskim naszych czasów, a co! Wszyscy w PiS w to święcie wierzą. Wtajemniczeni twierdzą, że polecił Macierewiczowi, oprócz zespołu pieśni i tańca, powołać w Sejmie zespół do zbadania zbrodni wyborczej. Śledczym zespołu ma być prawdomówny niczym Pinokio Ziobro, prokuratorem cherubin Brudziński, a niedorzecznikiem prasowym rajdowiec Kurski. Naród to kupi. Ten spod krzyża i boska Szczypińska też. Czyżby w PiS coś pękało?

Roman Małek

Smutna Historia

Nasz strategiczny wielki brat zza kałuży, w przeddzień rocznicy ataku terrorystycznego na nowojorskie wieże i Pentagon, znowu wykazał się gorącym uczuciem do wiernego mniejszego brata, czyli do nas. Jakieś smerfy dokopały się w tej Ameryce do tajnego raportu FBI i puściły bąka do prestiżowej prasy, że w Polsce torturowano aresztowanego gdzieś w świecie wielbiciela Al Kaidy. Zresztą, nie po raz pierwszy. Jak wcześniej, tak i obecnie, dziwnym zbiegiem okoliczności ma to miejsce w momencie, gdy jankesi robią w portki przed kolejnym zagrożeniem terrorystycznym. Bez skrupułów zatem chowają się za plecy sojuszników, pokazując palcem niemniej wrednych ciemiężców poniewierających wyznawców Bin Ladena. Nic, tylko takiemu sojusznikowi dać buzi z wdzięczności. Ale jak to zrobić, skoro on ma nas, za przeproszeniem, w dupie? Niemożebne! Gdy zagrożenie nieco zelży dostaniemy na otarcie łez jakąś korwetę z I wojny światowej, albo kolejną baterię rakietowych atrap wystruganych z drewna, których nawet smerfy nie boją się.

Pewien amerykański Rydzyk z kolei, dla niepoznaki zwany Terry Jones, wymyślił radykalny sposób na wojujących wyznawców islamu, co może także odwrócić uwagę od nas. Chce publicznie spalić im Koran, pewnie sądząc, że pozbawi w ten sposób takich talibów sensu życia. Jak mawiał pewien czeski doktor, gdyby głupota umiała fruwać, to ów ichni Rydzyk powinien być gołębicą. Paleniem książek zajmowało się w dziejach wielu. Z podobnym skutkiem. Tylko ten, który spalił bibliotekę aleksandryjską wszedł do historii, ale ludzkiej głupoty. Później palili księgi heretyckie, często z autorami, ale skutek był odwrotny. Pewien wódz tysiącletniej Rzeszy kazał także palić księgi niearyjskie i cała ta Rzesza przetrwała raptem coś z dziesięć lat. I o czym to wszystko świadczy? Myślenie ma przyszłość i bardzo smutną historię.

Roman Małek

sobota, 25 września 2010

PROTEST!

Kościół Katolicki w Polsce zawsze cechowała arogancja, buta i niespożyta pazerność na dobra doczesne, chociaż owieczkom stawiał cele szczęśliwości w niesprawdzalnym raju niebiańskim, strasząc przy tym okrutnymi plagami każdego, który będzie ulegał blichtrowi bogactwa. Relatywizm wyjątkowo perfidny. Ta pazerność na dobra doczesne prawdziwej eksplozji doznała w czasie transformacji ustrojowej. Powołana niezgodnie z jakimkolwiek stanem prawnym Komisja Majątkowa przekazała w sposób kapturowy, niemal prawem kaduka nieruchomości wartości ponad 24 miliardy złotych, w dodatku w sposób śmierdzący korupcją i po zaniżonych cenach. Aktualnie toczy się w tej sprawie postępowanie karne, są pierwsze aresztowania. Wszystko wówczas, gdy zwykli zjadacze chleba musieli żyć w niedostatku ponosząc bandyckie skutki tej transformacji, w której rodzący się kapitalizm bardziej przypominał opryszka w kominiarce, aniżeli sprawiedliwego chrześcijanina z ludzka twarzą. Jak widać wyjątkowo szybko dostosowała się do tego cała hierarchia kościelna.

Przeżyliśmy i w Rzeszowie skutki tej pazerności. Chociażby jeszcze świeża sprawa oddania za czapkę gruszek parkingu obok Urzędu Wojewódzkiego wraz z pomnikiem, pomimo że kiedyś wredna władza PRL-owska sowicie za to zapłaciła. Dlatego zawrzało w mieście po wyjątkowo niekorzystnym przekazaniu proboszczowi Macowi z parafii katedralnej, znanemu miłośnikowi karcianego hazardu, części boiska sportowego Szkoły Podstawowej nr 23.pod budowę kaplicy. Potrzebna jest ona w tym miejscu jak wrzód na d… Odległość do kościoła z każdego miejsca osiedla nie przekracza 400 m. Czarni katedralni twierdzą, że w drodze do katedry giną ludzie, chociaż policja nie odnotowała ani jednego takiego przypadku. Rzekomo boisko w obecnym kształcie jest za duże, a mieszkańcy pragną tej kaplicy. Zatem do swoich cnót kler w Rzeszowie dorzucił jeszcze perfidne zakłamanie. Na osiedlu zawrzało i słusznie. Mieszkańcy zorganizowali się w akcji protestacyjnej, a wielebny karciany Mac wysmażył list odczytany z ambon, w którym oprócz steku kłamstw i bzdur, raczył straszyć paskudnymi skutkami tych, którzy są przeciw, bo uznał niezgodę na niczym nieuzasadnioną pazerność, za walkę z Bogiem. Od kiedy kawał boiska jest istotą boską? Tego nie wyjaśnił. Protest trwa. Z jakim skutkiem, zobaczymy.

Dlatego Podkarpacka RACJA PL nie może przejść koło tego obojętnie. Nie może być naszej zgody na zwykłą grabież mienia komunalnego, arogancję kleru wobec obywateli oraz lekceważenie elementarnych zasad sprawiedliwości społecznej. Nie może być zgody na zwykłe złodziejstwo społecznego dobra. Nie może być zgody na bezkarność i brak jakiegokolwiek umiaru w traktowaniu skarbu państwa jako własności kościelnej.

Zarząd Wojewódzki RACJI PL
W Rzeszowie


sobota, 18 września 2010

Zadyma

Zadyma wokół „krzyża kaczyńskiego” przeraża mnie ale jednocześnie napawa optymizmem. Dlaczego? Otóż po pierwsze ukazała słabość państwa w konfrontacji z terroryzmem katolickim. Garstka oszalałych na tle religijnym staruszków pokonała połączone służby porządkowe miejskie i państwowe. Ani straż miejska, ani policja nie były w stanie wyegzekwować prawa. Inną sprawą jest postawa natchnionej w duchu świętym prezydentki Warszawy. Gdyby wydała zdecydowane polecenia swoim funkcjonariuszom pewnie byłoby już po wszystkim. Ale przykościelna paniusia woli szastać milionami, będącymi własnością mieszkańców Warszawy niż narazić się katoterrorystom. Innym powodem do niepokoju jest łatwość, z jaką PiSuary potrafią porwać swoich fanatycznych zwolenników do łamania prawa. Pierwszy zadymiarz RP czyli J. Kaczyński nie zawahał się rzucić do boju swoich wiernych wyznawców i osiągnął sukces. Od kilku miesięcy jest na ustach i łamach mediów w Polsce ale nie tylko bo cały świat pokazuje naszą głupotę i niemoc. Cel tych działań jest oczywisty. Nie ważne jak o tobie mówią, dobrze czy źle, ważne żeby mówili. I mówi się ciągle o „wspaniałym’ prezydencie Kaczyńskim a przy okazji o jego nie mniej wspaniałym bracie. Tradycja nakazująca o zmarłych mówić dobrze lub wcale zamyka usta wszystkim krytykom, którzy powinni głośno krzyczeć jak żałosna i przynosząca wstyd Polsce była prezydentura L. Kaczyńskiego. A mówić o tym trzeba bo „pierwszy brat” i jego wierni poplecznicy wmawiają jak wspaniałym politykiem i mężem stanu, na skalę co najmniej europejską, był L. Kaczyński. I stąd bierze się idea wybudowania mu pomnika, na który w niczym sobie nie zasłużył. Gdyby nie tragiczna śmierć odszedłby z urzędu w niesławie i pozostałyby tylko żałosne wspomnienia. Pamiętajmy, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą a żeby tego uniknąć trzeba przypominać prawdę o „dokonaniach’ Kaczyńskich.


Ale cała ta żałosna farsa ma też swoje jasne strony. Pokazuje dowodnie jak słaby i podzielony jest polski episkopat. Biskupi już dawno utracili władzę nad sektą Rydzyka, o ile kiedykolwiek ją mieli. Niektórzy z nich, jak na przykład Głódź, próbują się podpiąć pod „Moherencję” ale to on jest im bardziej potrzebny niż oni jemu. Teraz wymknęli się spod kontroli biskupów „krzyżacy” za nic mający nakazy płynące z Miodowej. Oni są już przecież wyznawcami kaczokatolicyzmu. Na zewnątrz „czerwone berety” pokazują pozorną jedność i prężą zwiotczałe muskuły aby wywrzeć presję na zatrwożoną władzę. Wiedzą, że aby utrzymać dające bajeczne bogactwo przywileje muszą stanowić jedność, to w rzeczywistości ich wpływ na to co dzieje się w polskim kościele jest niewielki. Każdy z biskupów uprawia własne poletko, z którego chce wyciągnąć jak największe plony. Również coraz częściej odważniejsi wierni pokazują panom biskupom wała i robią co chcą za nic mając stanowisko kościoła w kwestii antykoncepcji, in vitro czy nawet tak potępianej aborcji.. Podobnie zachowuje się coraz więcej księży a głosy byłych duchownych, którzy mieli odwagę odejść z kościoła kat. nie pozostawiają złudzeń co do kondycji tej pasożytniczej organizacji. Kolos zaczyna się chwiać i jego upadek jest coraz bliższy a to musi cieszyć każdego racjonalnie myślącego. I tym optymistycznym akcentem wypada zakończyć ten tekst.

Krzysztof Tinc

środa, 18 sierpnia 2010

Rzeszów, dnia 17.08.2010 r.


Pani Katarzyna Hall
Minister Edukacji Narodowej


Szanowna Pani Minister!


W ostatnich latach w wielu krajach lawinowo narasta liczba ujawnionych przypadków pedofilii, których sprawcami są księża katoliccy. Również Polska nie jest wolna od tego typu przypadków, o czym świadczą coraz częściej zapadające w polskich sądach wyroki skazujące seksualnych przestępców w sutannach. Również tygodnik „Fakty i Mity” ujawnił w tym roku szokującą liczbę potwierdzonych przypadków seksualnego wykorzystywania dzieci przez księży. Przestępcy ci działają najczęściej jako wychowawcy i opiekunowie nieletnich, często niepełnosprawnych. Nie trzeba zapewne przypominać, jak liczna jest rzesza księży katechetów działających w polskich przedszkolach i szkołach, ale podkreślić należy, że wraz z powiększaniem ich grona, wzrasta wprost proporcjonalnie potencjalne zagrożenie z ich strony.


Mając na uwadze bezpieczeństwo dzieci przebywających pod opieką księży oraz postawienie uczciwych katechetów poza kręgiem podejrzeń, domagamy się, aby wszyscy księża nauczający w placówkach oświatowych przechodzili obowiązkowe badania, których celem będzie wykluczenie osób mających skłonności pedofilskie. Badania powinny być przeprowadzane przez niezależnych, oczywiście, od kościoła lekarzy psychiatrów, psychologów lub seksuologów. Procedury te nie będą naruszały dóbr osobistych księży, ponieważ profilaktyczne badania lekarskie stwierdzające przydatność pracownika do zajmowania określonego stanowiska, zgodnie z Kodeksem Pracy, są w Polsce obowiązkowe. Koszty tych badań ponosiłaby oczywiście kuria kierująca księdza do pracy w placówce dydaktycznej, opiekuńczej bądź wychowawczej.

My, członkowie RACJI Polskiej Lewicy powodowani troską o bezpieczeństwo polskich dzieci i kierujący się humanistycznymi wartościami praw człowieka, jesteśmy przekonani, że nasze żądania nie pozostaną bez echa. Domagamy się, aby Pani, jako osoba, dla której dobro dzieci – z racji pełnionego stanowiska – powinno być najwyższą wartością, stała na straży ich bezpieczeństwa.

Rada Wojewódzka
Racji Polskiej Lewicy

Przewodniczący
Andrzej Walas


List ten został wysłany do pani minister Katarzyny Hall w związku z nadchodzącym nowym rokiem szkolnym.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Dni Rzeszowa

W dniach 27-30 czerwca odbywały się "Dni Rzeszowa". W trakcie tych imprez, w dniu 29 czerwca razem z kolegami z Łodzi postawiliśmy na ulicy Kościuszki namiot reklamowy Faktów i Mitów oraz RACJI PL. Umiejscowiony był on blisko rzeszowskiego Ratusza, gdzie odbywały się główne imprezy artystyczne. Rozdawana była gazeta i ulotki FiM oraz ulotki RACJI. Zainteresowanie buło dość duże, a czasami wręcz zaskakujące. W trakcie tej imprezy przeprowadziliśmy kilka interesujących rozmów z ludźmi, których interesowało zarówno, to o czym pisze gazeta jak i działalność naszej organizacji. Uważam, że choć impreza trwała trochę za krótko, była udana i potrzebna.

AW









środa, 5 maja 2010

1 maja 2010 w Rzeszowie

W tym roku obchody Święta Pracy w dniu 1 Maja nie odbyły się tradycyjnie pod pomnikiem Walk Rewolucyjnych, ze względów znanych wszystkim rzeszowianom. Uroczystości odbyły się na placu Ofiar Getta przy pomniku Wdzięczności. W manifestacji uczestniczył pan Prezydent Miasta Tadeusz Ferenc oraz przedstawiciele wszystkich Partii Lewicowych, w tym RACJI PL, Związków Zawodowych i Stowarzyszeń. Po okolicznościowych przemówieniach i złożenia wieńców przy akompaniamencie orkiestry rzeszowskich kolejarzy, pochód przeszedł ulicami Śródmieścia pod pomnik Walk Rewolucyjnych, aby tam zamanifestować swoje poparcie w obronie pomnika. Tam też manifestację zakończono.


Andrzej Walas


Kliknij tutaj aby zobaczyć zdjęcia z obchodów 1-go maja 2010 w Rzeszowie.

wtorek, 4 maja 2010

W dniu 25.04.2010r. odbyło się zebranie sprawozdawczo-wyborcze Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa. W zebraniu tym uczestniczyli członkowie podkarpackiej RACJI PL: Zofia Walas, Joanna Ferfecka, Roman Małek i Andrzej Walas, którzy są również członkami Towarzystwa. Poza poruszanymi tematami dotyczącymi prac Towarzystwa, bardzo wiele czasu zajęła dyskusja w obronie pomnika Walk Rewolucyjnych, który został ogrodzony przez kościół Bernardynów. Utworzył się Komitet obrony pomnika, którego działania poparli członkowie RACJI i postanowili brać czynny udział w jego działaniu. W załączeniu przesyłam Apel Komitetu Obrony Pomnika do wszystkich, którym zależy na jego odzyskaniu.

Andrzej Walas





Ręce precz od Pomnika


Apel do władz Rzeszowa oraz rzeszowian

o

wspólny społeczny front w obronie

Pomnika Walk Rewolucyjnych


            Od 1974 roku własnością mieszkańców miasta jest pomnik Walk Rewolucyjnych. Dla znacznej części rzeszowian, zwłaszcza starszego pokolenia, jest on symbolem patriotyzmu i wyrazem hołdu dla naszych ojców i braci, którzy oddali życie za Ojczyznę – jej niepodległość i sprawiedliwy byt. Dla wszystkich nas jest niewątpliwie wizytówką miasta rozpoznawalną w całej Polsce, a także poza jej granicami. Monument, który powstał dzięki środkom z dobrowolnej zbiorki obywateli regionu, jest też niekonwencjonalnym skarbem sztuki pomnikowej. Wyszedł spod rąk artysty –  mistrza w tej dziedzinie.

            Pomnik, który, zdawało się, na trwałe wrósł w pejzaż miasta, stał się w ostatnich latach przedmiotem gorszącego spektaklu. Wskutek arbitralnej decyzji politycznej prawicowej Rady Miasta, okoliczny teren wraz z pomnikiem, stał się formalnie własnością Zakonu Bernardynów. Z chwilą rozpoczęcia przez Zakon, na wiosnę br., na przypomnikowym parkingu robót budowlanych, plac - wraz z największym rzeszowskim monumentem - szczelnie ogrodzono. Z tego też powodu, po raz pierwszy od 36 lat, w dzień majowego święta rzeszowianie nie mogą złożyć u jego stóp symbolicznej wiązanki kwiatów.

            Istnieją uzasadnione obawy, iż podjęta inwestycja, będzie pretekstem do ostatecznej próby likwidacji pomnika. Wszak wszystkie poprzednie spełzły na niczym, napotkawszy stanowczy odpór zdecydowanej większości mieszkańców miasta oraz kategoryczne NIE artykułowane przez opinię publiczną, choćby lokalne media.

            Wobec zaistniałej sytuacji, zwracamy się do władz miasta o jednoznaczną interwencję w obronie pomnika Walk Rewolucyjnych, pomnika, który dla wielu Polaków jawi się, jako drugi herb stolicy Podkarpacia.

            Dziękując rzeszowianom za dotychczasową postawę w obronie naszego pomnika, wzywamy wszystkich do czujności i nieustępliwości. Nie pozwólmy odebrać sobie naszej zbiorowej własności. Nie bądźmy bierni, gdy zubaża się naszą tożsamość. Nie pozwólmy osierocić naszego miasta. Rzeszów bez pomnika będzie niczym!


                                               Rzeszowscy seniorzy zebrani na uroczystym spotkaniu

                                               w przeddzień Święta 1 Maja


Rzeszów, dnia 23 kwietnia 2010  


środa, 28 kwietnia 2010

1-szy Maja

Zapraszam wszystkich do udziału w obchodach Święta Pracy, które odbędą się w dniu 1-Maja (sobota) w Rzeszowie o godz.10.00 pod pomnikiem na placu Ofiar Getta (dawniej Plac Zwycięstwa) przy ulicy Sobieskiego (dawniej 1-Maja).


Przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego RACJI PL

 Andrzej Walas

wtorek, 27 kwietnia 2010

Wspomnienie

W dniu 27 kwietnia 2010 mija 100-tna   rocznica  urodzin Władysława Kruczka,/zmarłego w

2003 roku w wieku 93 lat/ zasłużonego gospodarza ziemi rzeszowskiej i Rzeszowa/1956-

1970-1980/.

Urodził się w Zwięczycy pod Rzeszowem

w rodzinie wielodzietnej/ rolnika i kolejarza/(11+2)

W 2004r w plebiscycie "Supernowości" na rzeszowian wszechczasów /3 miejsce/.

Jego całe życie było poświęcone ziemi rzeszowskiej i Rzeszowowi.

Tu dorastał,walczył o pracę dla bezrobotnych, działał politycznie. To właśnie jego wielka

wrażliwość na niesprawiedliwość społeczną wprowadziła go na drogę polityki za którą 

wielokrotnie trafiał do więzienia sanacyjnego/5 lat/.

W II R.P.pozbawiony został też praw obywatelskich jak i prawa do służby wojskowej.

1939 rok to ucieczka na wschód , wiezienie NKWD w Kijowie, Lwów, obóz jeniecki,

1941/42 ucieczka do Polski, PPR, gestapo /bicie/,Oświęcim-Brzezinka nr obozowy

95722/tortury/,Oranienburg-Sachsenhausen/maltretowanie/,oswobodzenie przez Armię

Czerwoną ,i w końcu ....wolność,"nowa Polska".

Leczenie ran,chorób.......żona urodzona na Syberii/wnuczka powstańca styczniowego

1863r/,dzieci..wychowanie.

Tworzenie ,elektryfikacja,budowanie wyższych uczelni/m. inn.Politechniki/,szkół pod

hasłem,"1000 szkół na 1000 lecie",setek zakładów,tysięcy mieszkań dla ludzi ,rozwój całego

regionu, Bieszczad,budowa zapór wodnych ,lotniska, a i kościołów /np. w Zwięczycy/.

Kultura-Radio,TV,teatry, kina,festiwal polonijny,gazety,czasopisma /np. Prometej/

to tylko kilka kierunków i działań w których uczestniczył,wspomagał i którym poświęcił całe

życie.

Rok 2001 to wielka radość,ukoronowanie jego marzeń-Uniwersytet Rzeszowski.

Już młodzież nie będzie musiała jeździć daleko "po nauki " jak mawiał.

Był człowiekiem wyjątkowego spokoju .Każdego potrafił wysłuchać, 

przedyskutować jego problem, jeśli było to możliwe ,pomagał ,załatwiał, nigdy niczego nie

forsował na siłę.

Do każdej sytuacji podchodził z cechującym go spokojem. Słuchał rad mądrzejszych od siebie.                    

Rzeszowianie wiedzieli , że Kruczek do pracy chodzi  pieszo, prawie codziennie ktoś go

zaczepiał na ulicy, prosił o coś ,a on pomagał…..i pomagał.

Może wielu młodych ludzi nie wie o w/w, może napisalismy za dużo a może za mało.

Liczymy że  ludzie dobrej woli pamiętają , co zrobił Władysław Kruczek dla tej ziemi. Piszcie

więc o tym, co zbudował, gdzie ,kiedy i komu w czym pomógł, o faktach i datach, podawajcie

nazwiska, tel ,e- maile.

Czekamy na wasze pisemne ,e -mailowe opinie wysłane na adres e- mail

 wladyslaw@kruczekrzeszow.pl

strona  www.kruczekrzeszow.pl   w przygotowaniu.

Adres e mailowy oraz strona www jest /będzie pod wyłączną opieką jego syna

Włodzimierza. Wierzymy że na bazie waszych informacji powstanie kronika "dobrego

gospodarza regionu".

Syn Włodzimierz i córka Zosia będą też w dniu  100 -lecia urodzin ojca na cmentarzu w 

Rzeszowie - Zwięczycy 27 kwietnia 2010 /wtorek/w godz 16.00-19.00 by złożyć mu hołd , 

a także osobiście odebrać wasze opinie .

 

Cześć jego pamięci 

 

Przyjaciele, rodzina, syn i córka

Komuniści Obrodzili!

   Bardzo często życie współczesne bywa mocno zakorzenione w uwarunkowaniach historycznych. Zjawisko ze wszech miar pożądane i chwalebne, gdyż historia jest niewyobrażalnie bogatym źródłem wiedzy o ludzkim geniuszu i wielkości, przy równoważnym poziomie wiedzy o ludzkiej głupocie i nikczemności. Nic, tylko garściami czerpać z tej skarbnicy mądrości. Rzeczywistość jest jednak wielce przygnębiająca. Bowiem historia udowadnia nam również taką prawdę, że niczego nas nie nauczyła. W dodatku coraz częściej pojawia się idiotyczne zakłamywanie historii w imię obłędnych zasad polityki historycznej, używanej na ideologiczny obstalunek. Buduje się bzdurne mity. Te kłamstwa upowszechnia się tak, jakby rzetelną wiedzę historyczną powieszono na kołku. Spróbuję ją po swojemu odwieszać.

   W marcu obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet, kiedyś święto państwowe, z pewnością w sposób sztuczny i nawet karykaturalny obchodzone w czasach PRL-u. Ale uznawanie go przez niby poważnych ludzi za święto komunistyczne, to mniej więcej to samo, co posądzanie prałata Jankowskiego o umiłowanie Żydów i ubóstwa. Akurat z komunizmem to święto nie ma nic wspólnego! Zresztą pierwsze takie święto poświęcone specjalnie kobietom obchodzone było już w starożytnym imperium rzymskim, ale tam miało nieco inny sens.

    To współczesne zaś swoje korzenie ma w XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, a raczej jej skutkach. Kobiety podejmowały masowo pracę zawodową, ale były dyskryminowane pod każdym względem. Znakomicie opisał to nasz Reymont w „Ziemi obiecanej”. Postanowiły więc walczyć o równouprawnienie w pracy, płacy i prawach. Można zatem przyjąć, że zorganizowane dążenia kobiet w tym względzie wyrosły z bardzo szeroko pojętego ruchu lewicowego, ale nigdy komunistycznego. Jeśli ktoś nie rozróżnia tych pojęć niechaj zamilknie,  weźmie się poważnie do nauki, albo idzie do roboty w IPN. Żeby było jeszcze ciekawiej, ruch zrodził się w najbardziej kapitalistycznym kraju, czyli w Stanach Zjednoczonych.

   Wszystko rozpoczęło się w 1857 roku od dużego strajku kobiet zatrudnionych w nowojorskiej przędzalni bawełny. Chodziło im o skrócenia dnia pracy i zrównanie płac. Z czasem doszło żądanie praw wyborczych. Ten ruch kobiecy w USA konsolidował się i w konsekwencji pierwsze świąteczne obchody zorganizowano 20 lutego 1908 roku. Była to wielka demonstracja, jak na tamte czasy.

   Skąd zatem wzięło się w Europie? Przywiozły go osobiście Amerykanki, a nie Marks z Leninem i Różą Luksemburg. Przywiozły jako ideę na II Kongres Socjalistek w Kopenhadze w 1910 roku. Z pewnością taki Giertych o tym nie wie, ale ówcześni socjaliści wybrzydzali na ten pomysł niemiłosiernie. Jednak w tamtych czasach pozycja niemieckich socjalistów była bardzo mocna, a u nich z kolei babska część, to była potęga. A skoro niemiecka socjalistka Klara Zetkin – można powiedzieć baba z jajami - uparła się, to Międzynarodowy Dzień Kobiet został uchwalony i szlus. Już 19 marca następnego roku w Niemczech, Austrii, Danii i Szwecji w obchodach udział wzięło ponad milion nie tylko kobiet. A 19 marca wybrano nieprzypadkowo. W tym dniu wiarołomny król pruski w 1848 roku, przygwożdżony powstańczą groźbą, obiecał kobietom prawa wyborcze i te obietnice, niczym premier Tusk swoje, olał.

   Skąd z kolei wziął się dzień 8 marca? Też nie z pietruszki. Od daty rozpoczęcia rewolucji lutowej w Piotrogrodzie w 1917 roku. Właśnie w tym dniu krwawo stłumiono demonstrację kobiet pracujących w zakładach przemysłu tekstylnego, co później przerodziło się w rozruchy i nawet abdykację ostatniego cara. Jak na złość naszym historykom-chałupnikom, przeciwni tej demonstracji byli bolszewicy! Już od następnego roku dniem obchodów stał się 8 marca i tak jest do dziś. W naszym przykościelnym kraju przed wojną obchodów nie odnotowano. No, bo niby kto miał manifestować? Wasilewska i Zapolska przy wsparciu Dąbrowskiej? Taż armia Dulskich by ich nakryła moherami!

    W powojennej Polsce nadano obchodom Międzynarodowego Dnia Kobiet nadęty, koturnowy charakter. Ta oficjalna państwowo-zakładowa fasada, zaklęta w czerwony goździk i rajstopy, miała i drugą, niezwykle ludzką i ciepłą warstwę. Odświętnie strojne panie znosiły upichcone wcześniej smakołyki, niezwykle przymilni w tym dniu panowie taszczyli przedkartkowe lub już kartkowe dodatki i niskonakładowa impreza integracyjna rozwijała się niczym goździk w rajstopach. Często finalne integrowanie odbywało się już w przybytkach niezapomnianej państwowej gastronomii. A że czasem komuś zaszkodził nieświeży śledź? To zupełnie inna bajka.

    I cóż to wszystko mogło mieć wspólnego z komunizmem? Historycznie, praktycznie i obyczajowo tyle, ile białostocki Kononowicz ze światowym blichtrem. Pomimo to, z ogromną powagą i komunistycznym obrzydzeniem, już w 1993 roku demokratycznie zniesiono centralne obchody tego święta. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że ostatecznie z zestawu świąt państwowych wywaliła Międzynarodowy Dzień Kobiet premier Hanna Suchocka, formalnie kobieta. Niektórzy jednak twierdzą, że z tą kobiecością u niej, to jakoś nieszczególnie. Wszelkich obchodów, w odróżnieniu od wolnego świata, zaprzestano. Na jakiś czas.

    Spacerując po Rzeszowie 8 marca ad. 2010, ze zdumienia przecierałem oczy. Do głowy nigdy by mi nie przyszło, że w moim mieście mieszka aż tylu komunistów płci męskiej. Stali grzecznie przed kwiaciarniami w wielokrotnie zakręconych kolejkach, jak w czasach PRL-owskich za pomarańczami przed świętami, albo wigilijnym karpiem. Niektórzy nawet z rozbawieniem kupowali czerwone goździki. Dobiła mnie jednak telewizja. Za pierwszego komunistę na ekranie robił osobiście prezydent Kaczyński! Jednym naręczem kwiecia obdarował red. Wilman, a z jeszcze większym w objęciach i uśmiechem nr pięć życzył wszystkim paniom czego trzeba! Nic nie mówił o pobożnej Suchockiej. Koniec świata!

Roman Małek

Duraczenie Celebrytek

Boczne plusy ujemne – dostrzegł w tuskowym wice, czyli Pawlaku, niezmordowany szlifierz finezji językowej Lech Wałęsa. Mój dziadek z przekonaniem twierdził, że każdy wice jest od opowiadania wiców, bo od rządzenia jest szef. Lech Wałęsa jednak, jak na rasowego elektryka przystało, widzi u wicetuska plusy ujemne, bo gdyby były dodatnie, to odpychałyby się niczym dwa heteroseksualne samce. To dla mnie jest jasne, jak pisowska droga ku świetlanej przyszłości. Nie wiem tylko dlaczego te ujemne plusy są boczne. Na boku robione, a może komuś bokiem wyszły, albo mają boczny napęd? Po głębszym namyśle podjąłem podejrzenie graniczące z pewnością, że musi chodzić o to, że wicetusk zdobywał je  podczas skoków w bok.

Castingiem na bliźniaka – nazywa prawybory w PO były trzeci bliźniak Ludwik Dorn. Ten wyprowadzany do Sejmu i na spacer przez sukę Sabę. Czar bliźniaczej polityki musi jednak mieć moc większą aniżeli bimber z Harty. Jednego bliźniaka meldującego prezesowi ma zastąpić drugi przyszywany, lecz równie karnie i regulaminowo meldujący, też prezesowi. Ale po jaką cholerę nam te bliźniaki? W historii tylko jedna para dokonała czegoś naprawdę konstruktywnego – Romulus i Remus. Założyli ponoć Rzym, broniony skutecznie przez Berlusconiego, Ciciolinę i gęsi. Zaś w Polsce po Jacku i Placku z Zapiecka pozytywną energię emitują jedynie Golcowie. Posłuchać można, ponucić biesiadnie też. A z bliźniakiem z Pałacu Namiestnikowskiego nijak się nie da.

Celebrytki – w żadnym przypadku nie są siostrami zakonnymi, jak dla przykładu: adoratorki, orionistki, pasjonistki, szarytki czy westiarki. Nie mają także nic wspólnego z uroczystym zachowaniem, celebrowaniem mszy ani zwyczajów. Podobnie jak męscy celebryci, celebrytki są znane wyłącznie z tego, że są znane. Mają takie parcie na szkło, że pełno ich w mediach. Potrafią utrzymać to zainteresowanie medialne, chociaż nie są żadnymi gwiazdami, idolami ani autorytetami. Jeśli spada zainteresowanie nimi, to zawsze potrafią wymyślić taki idiotyzm bądź skandal, że znowu są na fali. Wielkim przedwojennym celebrytą był Wieniawa Długoszowski, który potrafił na koniu wjechać do Adrii, albo wracać z knajpy trzema dorożkami – w pierwszej jego czapka, w drugiej szabla, a w trzeciej on sam z dwoma damami. I cała Polska miała o czym deliberować. Aktualnie głośnymi celebrytkami są Doda i posłanka Nelly. Brzydszą połowę społeczeństwa godnie reprezentują poseł Palikot wespół z doktorem Rydzykiem. W Radzie Miasta zaś za celebrytę z powodzeniem robi radny Kultys.

Duraczenie – to według Szpotańskiego technika komunikowania się premiera Tuska z elektoratem. Polega z grubsza na demagogii tak ubranej w umizgi, że pozwala na zrobienie ze słuchaczy duraków, w dodatku jeszcze zadowolonych. Czyli powoduje nieuchronne buraczenie elektoratu. Pojęcie utworzone przez analogię. Skoro od duraka może być duraczenie, to od buraka buraczenie także. Technika ta jest zakaźna. Ostatnio uległ groźnemu zainfekowaniu duraczeniem kandydat na kandydata na swojego bliźniaka Sikorski, mąż pani Appelbaum.

Produkt – to jest właśnie to, co bank wymyślił dla oskubania swojego klienta, ponieważ nie jest on tworzony z myślą o interesie tegoż klienta. Ależ znaleźli mi się producenci wytwarzający produkty! Ci bankierzy mają fantazję w tworzeniu bombastycznych nazw dla swojego złodziejstwa. Formę obsługi lokaty, czy rodzaj kredytu, to dla nich produkt. Cóż oni mogą wyprodukować oprócz bankrutów i kryzysu? No, i jeszcze niebotycznych premii dla swoich wodzów? W żaden sposób w ich rozumieniu nie może to być słownikowe „dobro powstałe w wyniku produkcji”. Chyba że dobro pojmowane jako profit banku. Z punktu widzenia klienta jest to najczęściej tak zgrabnie podana przynęta, aby zwykły zjadacz chleba dał się nabrać. Kiedyś mawiano przewrotnie o wątpliwej kwestii, że jest to tak pewne, jak w ruskim banku. Aktualnie przymiotnik „w ruskim” można wyrzucić, a ironiczna mądrość nic nie straci ze swojego sensu.

Robić robotę – to programowe zawołanie prezydenta Ferenca pod adresem magistrackich czynowników. Słusznie! Zamiast robić oko, dobre wrażenie, albo w spodnie, to już lepiej niechaj robią robotę, chociaż brzmi to tak, jakby mieli równać równinę. Kiedyś już spotkałem się z tym określeniem. Szemrane towarzystwo raczyło się w parku wykwintnym trunkiem marki wino siarkowe w kartonie, a biesiadny zapiewajło był pełen podziwu dla walorów tego boskiego napoju, który według niego skutecznie robił robotę. Zawołanie prezydenta, pomimo językowej niedoskonałości, działa również skutecznie.

Zaopiekować dziecko – zdołała Ludwika Wujec w „Polityce”. Czyli czasownik dokonany występujący wyłącznie z zaimkiem zwrotnym „się” potraktowała, jak czasownik bez tego zaimka, np.: zaorać (pole), zanotować (informację), zaobserwować (samolot), zakupić (piwo). Natomiast w tym przypadku zaopiekować można, ale wyłącznie - się dzieckiem. Różnica polega na tym, że tego typu czasownik dokonany z zaimkiem zwrotnym łączy się z rzeczownikiem w narzędniku, a nie bierniku. Można podobne do Ludwiki Wujec idiotyzmy tworzyć. Zanurzyć rzekę, zakrztusić wino, zaczytywać Sienkiewicza, zachwycić widok. A może lepiej zainteresować się polszczyzną, zamiast wstydzić czytelnika?

Roman Małek

18.04.10

            Piszę ten tekst w niedzielny wieczór. Jest to już dziewiąty dzień żałoby narodowej a tak naprawdę dziewiąty dzień narodowej histerii podsycanej przez media. Dziewiąty dzień prania mózgów i wmawiania jak wielką stratę poniosła Polska 10 kwietnia. Gdyby nie nieustanne dręczenie widzów i słuchaczy powtarzanymi tysiące razy informacjami pewnie niewielu z nas zauważyłoby, że cokolwiek się wydarzyło. Na pewno nie można zapomnieć o bólu i tragedii rodzin prawie stu ofiar jednej  idiotycznej decyzji tylko czy ktoś odważy się wskazać jej autora?

            W zalewającej nas lawinie bzdetów z trudem udało się znaleźć choćby kilka rozsądnych zdań. Jedną z nielicznych mądrych wypowiedzi były słowa Aleksandra Kwaśniewskiego, który powiedział, że chciałby aby w Polsce żywi byli traktowani tak, jak umarli. Nic dodać, nic ująć! To zdanie najlepiej odzwierciedla to, co działo się przez ostatni okres. Jakim prezydentem był Lech Kaczyński wszyscy wiemy więc zgodnie z zasadą, że o zmarłych mówi się dobrze lub wcale, nie napiszę już o zmarłym ani słowa. Trudno jednak nie napisać o naszej narodowej specjalności, jaką stała się organizacja żałób narodowych i czczenie porażek. Nie udaje nam się natomiast wykreować niczego pozytywnego ani w naszej historii ani we współczesności. Jeżeli nie było porażki, to nie ma o czym mówić.

Jedynym pozytywnym objawem tej sytuacji był rozejm zawarty przez polityków. Wygasły spory, pyskówki, połajanki. Pytanie tylko, na jak długo. Czy powrót do normalności nastąpi już w poniedziałek, czy dopiero we wtorek? A walczyć będzie o co. Pisowcy na pewno zaatakują aby profilaktycznie powstrzymać pełniącego obowiązki głowy państwa Komorowskiego przed próbą wspierania Platformy. A co na to PO? Czy będą chcieli wykorzystać czas, jaki nas dzieli od zaprzysiężenia nowego prezydenta na przeprowadzenia wygodnych dla siebie ustaw? Jak zachowa się w tej sytuacji SLD? Oto są pytania na które wkrótce zapewnie poznamy odpowiedzi ale na pewno nie obejdzie się bez ostrej walki.

A dojdzie jeszcze do tego kampania wyborcza, która też do łagodnych się nie da zaliczyć. Kogo wystawi PiS? Czy będzie to Jarosław Kaczyński czy jego wielki rywal Zbigniew Ziobro? Mam nadzieję że będzie to Kaczyński i jego sromotna porażka będzie oznaczała kres kaczyzmu. A kogo wystawi SLD? Czy znajdzie w swoich szeregach kandydata na ten urząd? Brak kandydatury obnaży słabość parlamentarnej lewicy i tak skazanej w tych wyborach na porażkę. A może Włodzimierz Cimoszewicz zdecyduje się kandydować? Takiej szansy na zwycięstwo mieć już nigdy nie będzie.

            W tym całym zamieszaniu prawie bez echa przeszło wspaniałe zachowanie Rosjan. To oni jako pierwsi wyciągnęli do nas dłoń. I nie zraziły ich nawet kretyńskie wypowiedzi „wielkiej (bez)nadziei białych” Artura Górskiego. Jeżeli nie będziemy potrafili wyciągnąć z tego właściwych wniosków i unormować stosunków z Rosją, to będzie to największa zbrodnia naszych polityków w historii. Drugiej takiej szansy możemy już nie mieć. A wszystko zależeć będzie od tego czy górę wezmą obsesje i antyrosyjskie fobie, czy zdrowy rozsądek. Pewności nie mam.

Krzysztof Tinc

czwartek, 15 kwietnia 2010

10.04.10

No i wyszło szydło z worka! Krakowski klecha o nazwisku Dziwisz dał pokaz buty             i arogancji i pokazał całemu światu kto, tak naprawdę, w Polsce rządzi. To ON zadecydował jednogłośnie, gdzie zostanie pochowany Lech Kaczyński. I, poza Andrzejem Wajdą (chwała mu za to), nikt nie zdobył się publicznie na jedno choćby słowo protestu. Możliwe, że władze państwowe uznały, iż w tak błahej kwestii nie muszą  zabierać głosu ale fakt pozostaje faktem. Nie władze państwowe, nie premier, nie marszałek sejmu pełniący obowiązki głowy państwa tylko funkcjonariusz obcego państwa decyduje o miejscu pochówku tragicznie zmarłego prezydenta Polski. W dawno, słusznie, minionych czasach obowiązywała zasada „Rzym zadecydował, sprawa zamknięta”. W obecnej Polsce funkcjonariusze kościoła kat. nie muszą odwoływać się już do autorytetu Rzymu. To oni mają tu decydujące słowo.  I to jest znak czasu.

Uważam, że ta sprawa ma jeszcze jeden, materialny wymiar. Czy ktoś ośmieli się teraz sprzeciwić topieniu publicznej kasy w godną oprawę grobu prezydenta. Ile pieniędzy z budżetu państwa i lokalnych jednostek administracji wyszarpie teraz krakowska kuria? Tego nie wiedzą pewnie jeszcze sami beneficjenci ale jestem przekonany, że będzie to bardzo, bardzo dużo. Może się mylę (w co bardzo wątpię) ale kasa była głównym motywem, obok oczywiście demonstracji siły, którym kierowali się kuriewni. Przecież do tego dojdą jeszcze wpływy od tłumnie zwiedzających „narodowe sanktuarium” jakim, bez wątpienia, zostanie nazwany grób     L. Kaczyńskiego, wycieczek i pielgrzymek.

Na koniec jeszcze kilka słów o roli mediów w tragicznym wydarzeniu, jakim, bez wątpienia, była katastrofa samolotu w Smoleńsku. Bez cienia zażenowania wywołują atmosferę zbiorowej histerii. I są to ci sami lidzie, którzy jeszcze dzień wcześniej z upodobaniem pokazywali wszystkie, liczne wpadki prezydenta. Teraz kreują go na wielkiego męża stanu i polityka światowego formatu choć doskonale wiedzą, że Lech Kaczyński takim nie był. Najbardziej okrutne były zbliżenia twarzy rodzin ofiar katastrofy ale gawiedź to lubi więc trzeba zaspokoić najbardziej prymitywne gusty tłumu. HAŃBA! Czy ktoś się wreszcie opamięta i przerwie ten pokaz zbydlęcenia jaki ogarnął wszystkie, beż wyjątku stacje telewizyjne? To pytanie pozostanie pewnie bez odpowiedzi. Ale mam nadzieję, że powtórzone przez miliony ludzi skłoni medialne hieny do opamiętania

Krzysztof Tinc                                                                            

środa, 24 marca 2010

Konwent Lewicy

   Z inicjatywy Zarządu Okręgowego SDPL i Zarządu Wojewódzkiego Stowarzyszenia „Pokolenia” w rzeszowskiej „Klubowej” 10 marca br. odbył swoje posiedzenie Podkarpacki Konwent Partii Lewicowych. Przybyli nań przedstawiciele działających na Podkarpaciu lewicowych ugrupowań politycznych oraz związków zawodowych, stowarzyszeń i organizacji o lewicowej orientacji. Jest to kolejna oddolna próba konsolidacji i wypracowania warunków do zgodnego politycznego współdziałania na gruncie tych celów programowych, które je łączą. Nie ma sensu oglądanie się na centralne kierownictwa partii lewicowych, gdyż skupiają się one na sporach wokół różnic programowych oraz wzajemnych animozjach personalnych. Praktyka dowiodła, że tylko zjednoczona lewica tworzyła realną siłę polityczną. Dlatego postanowiono lewicowe szeregi zewrzeć właśnie na szczeblu wojewódzkim, gdyż uznano, że pora skończyć z marnotrawieniem potencjału lewicowego na jałowe i destrukcyjne animozje. Pierwszym sprawdzianem skuteczności porozumienia i sprawności przyjętych rozwiązań organizacyjnych i programowych winny być zbliżające się wybory samorządowe i pośrednio prezydenckie.

   Wprowadzeniem do dyskusji były wystąpienia: Wiesława Buża – przewodniczącego Zarządu Okręgowego SDPL, Tomasza Kamińskiego – posła na Sejm, przewodniczącego Rady Wojewódzkiej SLD, Andrzeja Walasa – przewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego Racji PL, Leszka Wołoszyńskiego – przewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego Krajowej Partii Emerytów i Rencistów. Dyskusja potwierdziła celowość takiego porozumienia, którego od dawna oczekują lewicowcy bez względu na partyjne preferencje. Ubolewano nad mizerią socjalnej obrony ludzi skazywanych coraz powszechniej na egzystencjalny niedostatek i brak elementarnego bezpieczeństwa w sferze ochrony zdrowia, pracy, dostępu do oświaty. Uznano za konieczność utworzenie skonsolidowanej, czytelnej programowo, sprawnej organizacyjnie politycznej przeciwwagi dla sił prawicowych. Nie może być tak, aby istniał tylko wybór PiS czy PO, ponieważ obydwie te partie nie różnią się niczym poza zewnętrznym wizerunkiem. Pierwsza jest tylko bardziej awanturnicza i represyjna. Dlatego niezbędne jest stworzenie prawdziwej alternatywy lewicowej.

   Powołano zgodnie Federacyjną Radę Porozumienia Lewicy oraz Federacyjny Zespół Programowo-Organizacyjny. Konwent spełnił zatem swoją konstruktywną misję.

Roman Małek



czwartek, 18 marca 2010

Prezydentowie i Schetynescu

Dwutysięczny dziesiąty – ten rok mamy aktualnie według polszczyzny prezentowanej powszechnie przez nasze elyty polityczne. Gdyby nasi wybrańcy nie przysypiali na lekcjach polskiego, albo nie wagarowali waląc wtedy kamieniami w szkołę, to rozróżnialiby liczebniki i znali nieskomplikowane tajniki ich deklinacji. Panie prezesie, panie ministrze! Liczebniki porządkowe od jeden do stu oraz większe jednoczłonowe odmieniają się jednorodnie jak przymiotniki, zatem mianownik liczby pojedynczej winien brzmieć np.: drugi, czternasty, czterdziesty czwarty, setny, dwutysięczny. Ale już u pozostałych liczebników porządkowych odmianie podlegają wyłącznie człony końcowe, te do stu. Czyli w tymże mianowniku winny one brzmieć, np.: dziewięćset sześćdziesiąty szósty, tysiąc czterysta dziesiąty i właśnie dwa tysiące dziesiąty. Gdyby zastosować pobraną na wagarach mądrość językową elyt, to bitwa pod Grunwaldem powinna być stoczona w tysięcznym czterechsetnym dziesiątym, a tytuł słynnej powieści G. Orwella należałoby czytać - rok tysięczny dziewięćsetny osiemdziesiąty czwarty. Jeśli z pozostałymi przedmiotami było w szkole u naszych władców podobnie, to ja czarno widzę.

Galerianki – to bynajmniej nie jakiś nowy zakon żeński założony przez św. Galerię, lecz nowe zjawisko obyczajowe przywleczone do naszego nad wyraz cnotliwego kraju wraz z wielkoświatowym blichtrem galerii handlowych. W nich właśnie rodzime gimnazjalistki, zamiast zapewniać odpowiedni poziom frekwencji na lekcjach, oferują zasobnie prezentującym się panom seks za galeriowe zakupy. Problem wcale nie dotyczy głównie rodzin patologicznych. Chętnych na taki geszeft żonkosiów jakoś nie brakuje. Pewnie ze względu na rozpowszechnioną prawdę, że wyrzutów sumienia za zdradę nie ma po udanym seksie tylko po złym. Coś tu jednak z respektem dla wartości chrześcijańskich musi szwankować.

Jest cztery afer – oczywiście w naszym obecnym rządzie, diagnozują zgodnie prawi i sprawiedliwi śledczy komisarze sejmowi. Nie wnikam w technikę liczenia lecz kształt wypowiedzi. Trzy wyrazy i dwa rażące błędy językowe, za które już w gimnazjum przysługuje pała, jak krowie miedza. No, ale moherowy elektorat kształcony na kantyczkach jest mało dbały o takie duperele. To zdanie złożone z czasownika, liczebnika i rzeczownika rodzaju żeńskiego podlega rygorystycznym zasadom językowym, które narzuca wielkość liczebnika głównego i rodzaj żeński. Zatem zdanie w zależności od liczebnika winno brzmieć: jest jedna afera, są dwie, trzy i cztery afery ale jest pięć, dziesięć i sto afer. Fakt, że niezrównana Nelly twierdzi, iż jej podobają się wszystkie mężczyzny, nie może usprawiedliwiać tego, że niektóre mężczyzny wiedzą, że jest cztery afer.   

Mieć miętę – to według kancelisty Nowaka, z tych Nowaków od premiera, znaczy czuć coś do kogoś. Chociaż w poprawnej wersji tego porzekadła ludowego tę miętę właśnie czuje się do kogoś. Ale Nowak uważa, że tę miętę ma do niego posłanka śledcza Kempa. Jeśli ją ma, to musi ją gdzieś nosić do tego Nowaka tak, aby on mógł z daleka tę miętę widzieć. No i gdzie tu pożądana intymność? Jak mawiał poczciwy Sztaudynger – miłość nie znosi doboszy, rozgłos ją płoszy. A skoro już posłanka tak poświęca się z tą miętą, to może i biust przeinstalowała sobie na plecy, aby Nowakowi wygodniej było tańczyć i nie musiał jej tanecznie obracać, rezerwując potencję energetyczną na bardziej użyteczne przedsięwzięcia?

Prezydentowie – tak w rzeczownikowym wołaczu liczby mnogiej perorował sesyjnie nowy budziwojski radnik, Grzegorz Jacek. Staropolszczyzna podobne formy językowe odnotowuje, ale radnego Jacka o stylistyczną archaizację swojej wypowiedzi raczej nie posądzam, zatem coś musiało mu zaciąć się w jego kanonach wrażliwości językowej. Panie radny! W ten sposób można przyjąć, że budziwojscy przedwojenni chłopowie, to nie byli jacyś ciulowie, tylko poważni ludziowie. Może Pikuś to jakoś zdzierży, ale pana polonistka już z pewnością nie. Osobiście nie dziwię się, bo radny Jacek z ogromną determinacją poniewierał poprawne nazwy ulic rekomendowane przez ludzi magistrackiego dyrektora Sebzdy. Widocznie wielki z niego językoznawca! Jak niektórzy prezydentowie! A sejmowa ustawa o ochronie języka ojczystego ciągle obowiązuje i to w niezmienionym kształcie.

Przymnożenie dochodu – oczywiście kasie magistrackiej, przytrafiło się radnemu Kultysowi w polemicznym ferworze. Przedrostek przy- w żaden sposób nie daje połączyć się z czasownikiem mnożyć. W znaczeniu zwiększenia lub uzupełnienia zasobu lub ilości łączyć się może, ale z innymi czasownikami, tworząc czasowniki pochodne typu przysporzyć, przydać. Mnożenie zaś jest zwielokrotnieniem jakiejś wielkości, a nie uzupełnieniem, zatem może ten czasownik łączyć się tylko z przedrostkiem po- tworząc wyraz pomnożyć. Pomylenie tych przedrostków można porównać z myleniem przyimków przez i bez. Czyż można iść bez most przez czapki? A u Kultysa pewnie można!  

Schetynescu – to efekt inwencji twórczej niezmordowanego posła Palikota w syntetycznym definiowaniu osobowości posła Schetyny. Do rdzenia jego nazwiska dolepił końcówkę rumuńskiego Słońca Karpat. Bo przecież nie mogło mu chodzić o podobieństwo do Eleny Ceausescu! Chociaż kto wie? Sądzę jednakże, iż kojarzenie posła Schetyny ze Słońcem Karpat jest sporą przesadą. Rumuński wódz bez trudu skutecznie poradziłby sobie nie tylko z pędzącym królikiem, antykorupcjonistą Kamińskim, ale i z popierdującym borsukiem, nawet sklonowanym. A taki Schetyna nie dał rady załatwić ani policjantom paliwa, ani sobie bez podsłuchowego telefonu. Słusznie premier pogonił go z rządu.

Roman Małek

Wiosna, Skąd Ja Ciebie Znam ?

   A w Rzeszowie ustępująca zima przysporzyła złych i dobrych doznań. Razem ze śniegiem stopniał nam asfalt na nieremontowanych ulicach, najładniej na: Rejtana, Podkarpackiej, Przemysłowej i Siemieńskiego. Nawet do wypadku mogło dojść. Kolega opowiadał, jak spokojnie jechał sobie tymi dziurami po Rejtana, a tu nagle asfalt! Znawcy jednak twierdzą, że dziur jest teraz zdecydowanie mniej. Pewnie mają rację. Przecież po kilka mniejszych połączyło się w większe, to musiało poprawić statystykę i samopoczucie. W wiosennie dobry humor może jednak wprawić podjęcie wreszcie prawomocnej decyzji o odmuleniu zalewu. Już ponad rok trwa awantura wokół odsmrodzenia zbiornika. Jego stan z każdym miesiącem pogarszał się, a ekologiczni obrońcy kosmatki i wędrownego ptactwa ze Śląska i Warszawy protestowali. Wiadomo przecież, że na Śląsku i w Warszawie ekologia stoi na wzorcowym poziomie, zatem postanowili uszczęśliwiać rzeszowian. Ci popaprańcy uznali, że zalew nie został wybudowany jako zbiornik wody pitnej dla miasta i teren rekreacyjny, lecz siedlisko kosmatki i ptactwa wędrownego i dlatego ma on smrodzić miastu do woli. Teraz mogą się tylko przykuć łańcuchami do tej kosmatki. Roboty ruszyły.

Roman Małek  

Dobre Wzorce

   Z wielkim rozrzewnieniem i nostalgią oglądałem wystąpienie prezesa Kaczyńskiego na kongresie prawych i sprawiedliwych w Poznaniu. Schyłkowy Gomułka w czystej, a nawet ulepszonej  postaci. Była płomienna retoryka, dalekowzroczna wizja, miejsce Polski wśród potęg świata, naście koma trzy, wrzód na zdrowym ciele, piach w tryby postępu, posłannictwo historyczne i niestrudzona chęć szczera. Jedynie plan miał, tyle że dziesięcioletni, a nie pięcioletni. W środku nawet zainicjował podjętą przez wyznawców litanię do świętego Jarosława w intencji zagłady nieczystych sił PO. W trakcie oracji zgromadzeni co rusz nagradzali bardziej soczyste frazy długimi, niemilknącymi owacjami i okrzykami. Ba, nawet wykonywali rytualne ćwiczenia gimnastyczne w konwencji powstań – siad. Gdy prezes dobił szczęśliwie do kresu swojej mowy, zapytał retorycznie – zwyciężymy? Wyznawcy również retorycznie odpowiedzieli – zwyciężymy! Wódz wówczas spojrzał wokoło, 1200 gardeł grzmiało. I jak tu nie wierzyć europosłowi Migalskiemu, że PiS jest partią i konserwatywną, i bardzo postępową? W dodatku twierdzi, że prezes i właśnie Migalski są frapująco interesującymi postaciami. Popatrzcie, a ten Migalski z daleka wygląda nawet na mądrego. Na kongresie były również wybory! I to jakie wybory, jak na Cyrankiewicza w PRL-u! Na Jarosława Kaczyńskiego niemal jednogłośnie wybrano Jarosława Kaczyńskiego. Żadna podróbka nie kandydowała. Czyli jak u starego Forda. Każdy może sobie wybrać dowolny kolor samochodu, byleby był czarny.

Roman Małek

Casting Na Bliźniaka

   Zaczęły się na dobre podchody i umizgi względem elektoratu przez chętnych do objęcia państwowej posady obrońcy żyrandola w Pałacu Namiestnikowskim, czyli w chałupie stojącej od zadniej strony pomnikowego konia księcia Pepi, postawionego w Warszawie. Całość medialnych fajerwerków w staraniach o tę robotę nazwano dla niepoznaki prezydencką kampanią wyborczą. No i poszły konie po betonie i jeszcze dalej. Rozumiem licytowanie się kandydatów walorami typu, który z nich ma większą halabardę, który spał na grubszym styropianie, albo który robi groźniejszą minę. Oczywiste jest pacykowanie wizerunku, rozciąganie uśmiechu, sumitowanie się w wartości, pielgrzymowanie, hakowanie, lanie pomyj na konkurencję. Ale tym razem platformersi dali czadu po amerykańsku. A co! Robią prawybory, czyli po naszemu casting na swojego bliźniaka. Miała rozgorzeć prawdziwa walka kandydatów na kandydata i co? Ledwie Sikorski powiedział, że źle dzieje się, gdy prezydent jest nie tylko niski, ale i mały i od razu wylądował na pokutnym dywanie Tuska. Partyjny celebryta Palikot, który nigdy nie cierpi na zatwardzenie talentu, próbował wcisnąć trochę ożywienia w ten marazm, z emocjami jak na rybach, i od razu prezes nakazał mu sto razy pisać poprawną sentencję. Te prawybory nie przypominają nawet porządnego wybierania prezesa straży, czy sołtysa w Jagielle. Ale medialny cel osiągają. Przecież chodzi o to, aby trąbiono o tym ile wlezie. Skoro nie potrafiliśmy porządnie zrobić ani transformacji, ani prywatyzacji, ani autostrad, a nawet kryzysu, to niby dlaczego miałyby wyjść prawybory?

Roman Małek  

Czas Kłusowników

   Dosyć głośno u nas ostatnio o uchwaleniu babskiego parytetu w polityce. Tylko po co ten parytet wprowadzać, skoro według rysownika Mleczki proporcje idiotów i idiotek są w naszej populacji porównywalne i szansa wybrania idiotki jest taka sama, jak wybrania idioty? Akurat w Łodzi urzędniczka magistracka naplotła tyle głupot, że nie powstydziłby się tego ani Macierewicz, ani tym bardziej były antykorupcjonista Kamiński. A o co poszło? W zrujnowanym domu bez możliwości ogrzewania pozostawiono jedynie leciwe małżeństwo, a pozostałych lokatorów przeniesiono do przyzwoitych mieszkań socjalnych. Pozostawiono ich tylko dlatego, że w odróżnieniu od tych przeniesionych, jako jedyni płacili solidnie czynsz. Gdy za to w majestacie prawa zostali ukarani, płacić przestali. I wówczas owa inteligentna inaczej urzędniczka z przekonaniem bredziła o działaniu owych staruszków na szkodę magistratu, gdyż w ten sposób wymuszają oni bandycko na przenajświętszym magistracie przydział mieszkania socjalnego. Zgroza! O pomstę do nieba woła takie bezprawie! I nawet do głowy jej nie przyszło, że robi z siebie patentowaną idiotkę.

   Z kolei prawa i sprawiedliwa posłanka, przyboczna Lecha Kaczyńskiego, Jakubiak zamierzała błysnąć medialnie wiedzą i huknęła takim odkryciem, że ręce opadają szeleszcząc. Chociaż z daleka wygląda na mądrą, która nawet czytać prawą ręką potrafi. Otóż stwierdziła ona, że żona Sikorskiego, o bardzo polsko brzmiącym nazwisku Apelbaum, jest znakomitością intelektualną, która napisała „Archipelag Gułag”. Jest to mniej więcej taka prawda jak to, że obwodnica jest tym samym co okrężnica, a moja teściowa gołąbkiem pokoju i primabaleriną.

   Pewna urzędniczka Ministerstwa Finansów pozwoliła sobie na taką interpretację prawa fiskalnego, jak w słynnym „Paragrafie 22” Hellera. Mówiła jak w kościele, tak że nikt nie rozumiał. Otóż okazuje się, że każdy kto skorzystał ze szczepionki przeciwko świńskiej grypie, zafundowanej przez pracodawcę, musi fiskusowi odpalić 18 bądź 32 procent wartości tej szczepionki. Jest to bowiem przychód, chociaż wkłuty, a nie portfelowy. Nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że pracodawca nie płacił za te szczepionki kierowany względami altruistycznymi lecz egoistycznymi. On po prostu chce mieć zdrowych pracowników, którzy będą efektywnie na niego tyrać. Cała sprawa rozbija się o to, że takich szczepień nie nakazuje prawo, a więc musi to być przychód do opodatkowania, chociaż prawnicy twierdzą, że tyle w tym prawdy ile w cud diecie, przy której potrzebny cud aby schudnąć.

   Aż strach pomyśleć o problemie szerzej. A jeśli ten pracodawca, ciągle kierowany względami egoistycznymi, zechce nam zafundować pakiet medyczny albo możliwość korzystania z basenu, albo nie daj Bóg pojeżdżenie dla relaksu na jakiejś chabecie? Tak po prostu, abyśmy byli jeszcze wydajniejszymi pracownikami? Pewnie lepiej z tego od razu zrezygnować. No dobrze! Ale co sobie pomyśli ów pracodawca? Pewnie że olewamy jego robotę. A jeśli w ramach promocji kupujemy pojemnik soku, do którego producent dodaje nam ćwiartkę pojemności za darmo? Chyba lepiej od razu w sklepie tę ćwiartkę wylać, zamiast traktować jako przychód. Przecież prawo nie nakazuje dolewania nam owej ćwiartki. A jeśli u dentysty będzie promocja i każdemu kto wyrywa zęba wyrwą drugiego gratis, nawet zdrowego? To jaki to będzie przychód do opodatkowania? Idąc dalej, trzeba jakoś fiskalnie  potraktować Burka obdarowanego przez zaprzyjaźnionego rzeźnika smakowitą kością. Czyj to przychód, kundla czy właściciela? Zresztą ten przychód i tak szybko zamieni się w odchód. Zatem jeśli kundla, to jak on ma ten przychód rozliczyć? Szczekaniem codziennie w Anioł Pański na cześć ministra finansów, czy merdającą lambadą w intencji zdrowia psychicznego w ministerstwie i króliczej płodności w tworzeniu dalszych idiotyzmów fiskalnych? Przecież trzeba koniecznie coś wymyślić, gdyż naród coraz mniej pije wykazując się tym samym aspołeczną postawą, rodzącą dziurę budżetową. Każda niewypita półlitrówka, to ubytek kilkunastu złotych w narodowej kasie. I z czego rząd ma pokrywać koszty utrzymania naszych dzielnych wojaków bijących się w amerykańskiej wojnie? Chociaż ostatnio nieco bilans poprawiła top modelka Felicjańska, która już nie mogła się powstydzić dmuchniętego wyniku promilowego. Prawie 2,5! Zresztą inaczej nie uradowałaby warsztatów samochodowych rozwalając na cacy coś ze trzy auta. Nadaje się do parytetu, jak Łyżwiński na kłusownika seksualnego.

Roman Małek

piątek, 26 lutego 2010

Pędzący Królik

Ciastowe – wigilijne wolne od pracy dla czynnych zawodowo pań. Tych niepracujących, Broń Boże, u jakiegoś kapitalisty, który z natury aż tak pobożny nie jest! Raczej w instytucjach i urzędach. Panie wówczas powinny lepić na potęgę uszka, pierogi i pichcić świąteczne słodkości, aby narodziny dzieciątka można było czcić przy obfitości biesiadnego stołu. Teraz z ciastowego zaczęli korzystać i panowie. Czyżby podjęli się produkcji w czynie społecznym pierogów bryzganych, albo, niczym poseł Kłopotek, mordowania karpia? Za realsocjalizmu także namiastka ciastowego funkcjonowała. Paniom odpuszczano, ale dopiero od południa, a panowie w tym czasie już w komfortowych warunkach tworzyli stosowny gastronomiczny podkład pod wigilijnego karpia w galarecie.

Miasta stanęły w korkach! – Ogłosił Polsat w „Wydarzeniach”. Wyjrzałem przez okno i upewniłem się, że mój Rzeszów istotnie stoi na swoim miejscu, ale żadnego korka nie dostrzegłem. Myślałem, że podprowadzili ten korek antygorzelnicy Sikory, ale nic z tego. Miasto stało bez korka, ale za to w korkach stały samochody. Może ci z Polsatu widzieli gdzieś jadące miasta, albo przynajmniej ruchome, jak pustynne piaski. Nauka czukocka jednak nie zna takich przypadków. A szkoda! Chciałbym, aby po takim staniu na swoim miejscu,  Rzeszów ruszył i pojechał w lutym do takiego, powiedzmy, Acapulco albo na Hawaje. A gdyby jeszcze pojechała tam chłodziarka z piwem i upieczonym, świętej pamięci prosiakiem, pełnia szczęścia!

Ocieplanie wizerunku – to zadanie, którego podjęli się przyprezydenccy kanceliści w stosunku do swojego pryncypała na okoliczność zbliżających się wyborów. Świadczy to niezbicie, że ów wizerunek uprzednio został zmrożony, albo przynajmniej schłodzony, niczym dobra wódka. Wcale nie chodzi w tym przedsięwzięciu o izolacyjne okładanie tegoż wizerunku styropianem, gdyż według prezydenta Wałęsy ten materiał obecnemu lokatorowi Pałacu Namiestnikowskiego doktrynalnie nie przysługuje. Rzecz cała sprowadza się do takiego opakowania tego wizerunku, aby szanowny obywatel Dżeki Marchewa, nawet przy okazjonalnym obcowaniu z nim, mógł przeżywać ekstatyczne uwielbienie, albo przynajmniej odczuwać lanie balsamu na jego „skrwawnięte serce”. Tu sam efekt cieplarniany z gazami nie wystarczy! Dlatego z odsieczą pospieszyła niezmordowana Doda i publicznie obdarzyła prezydenta ciumaskami. Widać było, że prezydent odczuł to, ale wizerunek sondażowy ani ciut, ciut. No, chyba że Dody.

Pędzący królik – niezwykle modne aktualnie określenie, które zawiera niezmierzoną pojemność politycznych treści. Od jądra zainteresowania centralnych antykorupcjonistów, przez przekaz ministerialnego zaświadczenia lekarskiego, po live motyw hazardowych komisarzy śledczych. Jako nazwa kawiarni jest przewrotnie sympatyczna. W naszym kraju nikt pewnie nie widział pędzącego królika. Przecież ta gadzina od urodzenia skazana jest na życie za kratkami aż do niechybnej acz gwałtownej śmierci i na wolności nawet porządnie kicać nie potrafi, a co dopiero pędzić z wiatrem w uszach, jako ten zając. Jednak do naszej rzeczywistości politycznej pasuje jak ulał. Rząd na każdym kroku pokrzykuje – pędzimy, niczym ten królik! A autostrady langsam ślimakiem, emerytury stoją, a ochrona zdrowia leży. A co, pokrzyczeć nie wolno? Przecież powszechnie wiadomo, że nie chodzi o to, aby królika złapać, ale o to, aby go gonić.

Popierdujący borsuk. – Taka metafora zrodziła się posłowi Palikotowi w literackiej syntezie osobowości Jarosława Kaczyńskiego. Niektóre cechy tego sympatycznego zwierzęcia może i pasują, chociażby wierzch szary i nieprzesadny wzrost. Reszta już nijak nie pasuje. Jaźwiec z czarnymi pręgami, uwielbiający nocne życie i wyjątkowo spokojnie usposobiony do otoczenia z prezesem nie może mieć nic wspólnego. W dodatku borsuk ma wyjątkowo dobrą przemianę materii i w odróżnieniu od goryla, konia i cioci Zuli nie popierduje. Dlatego po staropolsku nie można go nazwać popardą, popardowskim, ani pardlem. Sądzę, że poseł Palikot wyrządził takim porównaniem ogromną krzywdę przysypiającemu zimą borsukowi. Gdyby dowiedział się on o zapisaniu go do PiS-u bez wątpienia spałby w swojej norze do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

Wejść w posiadanie wiedzy – według komisyjnie śledczego posła Karpiniuka - mógł  Wassermann w kwestii hazardowej afery. Od razu rodzi się pytanie, jak ten Wassermann wchodził  w to posiadanie? Krokiem defiladowym, uprzednio wykąpany w wannie, czy tylko w gumofilcach? I czy ostatecznie posiadł ją czy tylko wchodził? Poza tym nie wiadomo ile to jego posiadanie w tej wiedzy trwało i czy było wygodne - w fotelu, czy tylko na drągu? W dodatku liczy się skutek takiego posiadu na wiedzy. Dajmy na to, Jagienka z „Krzyżaków” swoimi nizinnymi walorami z kopy indywidualnych orzechów potrafiła pojedynczym posiadem jednomyślność wyzwolić. A u Wassermanna plusy z minusami ciągle pieprzą się. Strach pozytywnie wyrażać się o nim. Gdyby tak wszyscy musieli w to posiadanie wchodzić, to kogo, do cholery, mieliby uczyć nauczyciele zwykłej poprawności językowej i czegokolwiek pożyteczniejszego od posiadu w komisjach sejmowych? Poza tym ogromnego znaczenia nabiera umiejętność wychodzenia z takiego wejścia w posiadanie.

Roman Małek

Triumwirat

   Trzej burmistrzowie (Boh trojcu lubit), po jednym z Boguchwały, Głogowa i Tyczyna założyli triumwirat i rozpoczęli bój o odzyskanie utraconych uprzednio latyfundiów, które zdobywczo najechał im prezydent Ferenc. Jeśli ktoś uważa, że jest to motyw kabaretowy, jest w błędzie. Oni to robią poważnie, a nie dla jaj. Uznali, że skoro indywidualnie nie dali rady, to może w kupie im się poszczęści, bo ponoć w kupie siła tkwi okrutna. Ten z Boguchwały wyśnił sobie nawet, że powinno mu się udać skubnąć nieco z tej części Rzeszowa, która należała ongiś do włości w Świlczy. Realizmu w tym tyle, co w cud diecie. Jest z nim w tych ościennych miastach tak, jak z barokiem rumuńskim. Niby gdzieś był, ale nikt go nie widział.

Roman Małek

Ocieplenie Klimatu

   Na takie zjawisko istnieją w Rzeszowie niezbite dowody. Otóż gdy tylko pojawiło się większe zakłócenie w tym ocieplaniu poprzez wystąpienie solidnych mrozów, mankamenty natury pospieszyły eliminować władze miejskie. W ruchliwych punktach miasta ustawiono, znane ze stanu wojennego, koksiaki, które wprawdzie nie emitują ciepła rodzinnego, ale można przy nich nieco ogrzać zziębnięte członki i wszystko ciało. O dziwo, wszystkie czynne i żadnego jeszcze nie podprowadzili dla spieniężenia niezmordowanie zdolni złomiarze, jako najsprawniej działający mechanizm miejskiego recyklingu.

Roman Małek

PiS Szuka Ferenca!

   Na przedwyborcze parcie na rzeszowski ratusz cierpi każde, nawet egzotyczne ugrupowanie, a co dopiero prawi i sprawiedliwi, których ponoć w Rzeszowie co niemiara. Aby taki zamysł zrealizować i zasiąść jesienią w prezydenckim fotelu, wpierw trzeba wygrać z Ferencem, gdyż wcześniejsze próby umoczenia go przez CBA i nie tylko, zdały się psu na budę. Trwa zatem gorączkowe poszukiwanie stosownego kandydata. Popasająca niedawno w naszym mieście posłanka Gęsicka zdefiniowała go precyzyjnie. I tu prawdziwa bomba! Nawet mało uważny czytelnik owej definicji musi stwierdzić, że PiS po prostu szuka Tadeusza Ferenca, chociaż jeszcze o tym nie wie. Skoro wiadomo, że nie da się go sklonować na podobieństwo prezesa Kaczyńskiego, ani tym bardziej posła Szlachty, a nawet byłego europosła Janowskiego, to może lepiej od razu zapisać ich do prezydenckiego ugrupowania Rozwój Rzeszowa? Wówczas mogą mieć jakieś szanse.

Roman Małek

Podatkowy Smród

   No i po wielkich nieszczęściach szalonych krów, ptasich i świńskich plagach, kaczej prezydenturze, biegunce Kaśki zza rzeki i tsunami pod Bełchatowem znowu zaczęli straszyć nas tak zwanym efektem cieplarnianym. Od parunastu lat pojawia cyklicznie straszak topienia Bangladeszu, Wenecji, Holandii, połowy Egiptu i Amazonii. Nam tylko topią Żuławy i Świnoujście z połową Szczecina. Dobrzy ludzie. A cały problem tkwi w pieniądzach. Ten wydumany efekt cieplarniany polega z grubsza na bezszmerowym obłożeniu zacnych obywateli kolejnym podatkiem w taki sposób, że powinni oni czuć się jeszcze ratowani przez drapichrustów od wszelakiego nieszczęścia. To już jest wyższa szkoła jazdy. Potwierdzili to hakerzy, którzy powłamywali się do różnych baz danych, różnych ważnych instytucji o charakterze globalnym. Wyszło z tego, że te dęte teorie cieplarniane są warte tyle ile recepty na polską praworządność według białostockiego Kononowicza w sweterku, redaktora Ziemkiewicza, niezmordowanego porucznika Lukasa i byłego zioberkowego ministra.

   Przyroda rządzi się swoimi prawami i jest w miarę odporna na głupotę człowieka i jego nie tylko teoretyczny debilizm. Wszystko w niej posiada sensowny rytm okresowy, który sprawdził się w ponadczasowym wymiarze. Doba ma swój rytm, rok również, dłuższe okresy czasowe także. W każdym milionie lat było przynajmniej 10 okresów zlodowacenia i tyleż samo ocieplenia. W plejstocenie mieliśmy nad Rzeszowem grubo ponad kilometrową warstwę lodu. I co? Zmalały ruchy górotwórcze i pojawił się neandertalczyk, ale żadnego nieszczęścia nie było. Około tysięcznego roku z kolei nastąpiło w Europie bardzo duże ocieplenie, określane przez klimatologów średniowiecznym. Trudno to sobie wyobrazić, ale na terenie obecnej Warmii i Mazur rosła znakomicie winna latorośl, którą bardzo cenili sobie sprowadzeni później przez Konrada Mazowieckiego Krzyżacy. Co to miało wspólnego z efektem cieplarnianym? A mniej więcej tyle, ile doktor Rydzyk z miłosierdziem i moherowo objawioną prawdą. Następnie znowu tak ochłodziło się, że w XVII wieku na Bałtyku zimą budowano sezonowe zajazdy na lodzie dla podróżujących do nas ze Szwecji. Dziwnie nikt nie narzekał i całe zjawisko wszyscy traktowali jako coś najnormalniejszego.

   Wszystko to jest zależne od niepodlegającej głupocie człowieka aktywności wulkanicznej oraz aktywności Słońca i związanej z tym interakcji między wiatrem słonecznym, promieniowaniem kosmicznym a procesami atmosferycznymi. I tego nie da się zmienić nawet najbardziej unaukowionymi idiotyzmami cieplarnianymi. Cała ta dęta frazeologia ma swój sens, ale tylko w tym względzie, że w konsekwencji prowadzi do oczyszczenia atmosfery. Oddech będzie zdrowszy, no i grzyby prawdziwe urosną.

    Nie można ludzi straszyć wydumanymi bzdurami, typu  gazy cieplarniane po to, aby oskubać ich w kolejnym przestraszonym podatku. Jeśli Unia Europejska uważa, że oprócz wyciągnięcia forsy z kieszeni podatników, cokolwiek osiągnie w tej kwestii, to znaczy, że nie wyszła zbyt do przodu od mentalności wspomnianego wyż neandertalczyka. Dlaczego? A z tego prostego powodu, że cała Europa emituje tych gazów cieplarnianych tyle, że nie wystarczy to na połowę amerykańskich, trzecią część hinduskich i piątą część chińskich i rosyjskich. A te akurat kraje nie mają najmniejszego zamiaru wprowadzać drastycznych ograniczeń w tej kwestii i najnormalniej olewają niby szczytne intencje kombinatorów europejskich. Dlatego wszystkie te dęte konferencje cieplarniane są dla mnie tyle warte ile dobra kolacja w solidnym burdelu. Chociaż ostatnio zaimponował mi nasz premier, który za trzydzieści parę milionów euro sprzedał Hiszpanom limit smrodzenia dwutlenkiem węgla naszej niebiańskiej atmosfery europejskiej. Jestem za opylaniem zdecydowanie więcej tego smrodliwego towaru. Dołożyłbym jeszcze w ramach promocji prezesa prawego i sprawiedliwego oraz boską Szczypińską, niezrównaną Nelly i rzeszowskiego konserwatora zabytków Juchę.

   Skoro energia jest niezbędnym nośnikiem cywilizacji, to należy ją wytwarzać. Wiatraki i zapora solińska tego nie są w stanie załatwić. Będzie to ciągle margines. Pozostają podstawowe źródła wytwarzania tej energii. Natura sobie z konsekwencjami takiego działania poradzi bez potrzeby odwoływania się do unijnej głupoty. Tenże dwutlenek węgla jest również niezbędny w przyrodzie, gdyż cała planetarna zielenina bez niego nie może obejść się. No, może bez ilościowej przesady. Największym trucicielem w tym względzie jest człowiek. Z pewnością nikt tego nie powiedział statystycznemu Kowalskiemu, ale prawda jest taka, że ludzie wydzielają zdecydowanie więcej dwutlenku węgla, aniżeli wszystkie samochody całego świata wzięte do kupy. Jaki stąd wniosek? Zmniejszyć liczebność trucicieli. Proponuję zacząć od tych z Brukseli i Narodowego Funduszu Zdrowia.

Roman Małek

Kolejką W III Kadencję

   Prezydent Tadeusz Ferenc bodajże od dwóch lat kombinuje jak w Rzeszowie zbudować kolejkę nadziemną, która upłynniłaby komunikację miejską. Zaczął od przymierzania kolejki gondolowej, a skończył na jednoszynowej. Awantur opozycyjnych mędrców od wszystkiego miał z tym co niemiara, zwłaszcza z sesyjnej ambony. Czasem aż chciało się skorzystać z zawołania – baranku boży, co sesja to gorzej! Jeden z radnych rozśmieszał mnie do łez, bo ciągle chciał budować w Rzeszowie metro albo tramwaj. To ja już wolę córkę tego, co tramwaje jego. Następnemu kolejka zgrzytała w estetycznym wyrazie ogólnym urbanistycznej zwartości miasta. Kolejny, komunikacyjną szczęśliwość miejską upatrywał w wielopoziomowych rozwiązaniach drogowych. Nie pomagało tłumaczenie, że ta kolejka jest tylko jednym z elementów całego przygotowywanego programu komunikacyjnego. Jednak wbrew tym awanturom z początkiem lutego pojawiła się już planistyczna wizja tej kolejki. Wygląda na spójną i logiczną, a docelowo będzie czymś w rodzaju kolejkowego „koła” bis i turystycznej atrakcji. Pewnie przed jesiennymi wyborami projekt zostanie klepnięty unijnie i rozpocznie się przetargowy cyrk.

   Do tego czasu już musi pojawić się jakaś wyborcza konkurencja Ferenca, chociaż jest budowana wyjątkowo rachitycznie, bo we wszelkich sondażach rzeszowianie przyznają mu miażdżący prymat za tak zwany całokształt. Według nich ma najlepszą instrukcję obsługi miasta i ich samych. Z przedwyborczym ogniem politycznym przybyła niedawno do Rzeszowa posłanka przykaczyńska, Gęsicka. Ujawniła w czasie popasu u nas, że prawy i sprawiedliwy kandydat na przyszłego wodza naszego miasta musi odpowiadać następującym wymogom zgodnym z ich wzorcem metrycznym: posiadać determinację w dążeniu do rozwoju miasta w jego metropolitalnej wizji, znakomicie znać jego możliwości i potrzeby, posiadać dużą skuteczność w zdobywaniu dla niego środków rozwojowych, cechować się charyzmatyczną osobowością i zdolnością komunikowania się z mieszkańcami. Szanowna posłanko! Wy po prostu szukacie Ferenca, chociaż jeszcze o tym nie wiecie. We własnych szeregach nawet z tuzinem świec takiego nie znajdziecie.

Roman Małek

Pasmo Sukcesów

   Nasza władza państwowa odnotowała w minionym miesiącu trzy spektakularne sukcesy, które mogą położyć śmiechem najbardziej odpornego człowieka. Działają one na naszych polityków niczym drink Bonda – powodują wstrząśnięcie i niezmieszanie. Wpierw niemal orgazmu politycznego doznali nasi, gdy NATO wreszcie uwzględniło ich starania o stworzenie koncepcji obrony wschodnich rubieży układu. A gdzie komiczny efekt? Otóż w tym, że plan zakłada najazd na świętą ziemię naszych praojców przez mocarną Białoruś. A dlaczego nie królestwo Ubu, albo Oz? Ten najazd bez żadnego planu ani sił sprzymierzonych pewnie zdołałby odeprzeć pułk średnio wyszkolonych ochroniarzy wsparty dwoma zmobilizowanymi kołami myśliwych strzelbogrzmotów, Czterema Pancernymi z Szarikiem nawet bez starszyny Czernousowa i kapralem Frankiem Dolatem. Ten sukces dyplomatyczny porównywalny jest tylko z odsieczą prezydenta w Gruzji.

   Nasza dzielna i humanitarna władza wysłała cały rządowy samolot ratowników na Haiti. Pomijam już przepychankę na lotnisku wynikłą z nieznajomości prostego działania matematycznego, jakim jest dodawanie. Po naszemu, źle podsumowano słupki i dlatego część ratowników nie poleciała, bo nie zmieściła się w samolocie. Cała akcja była słuszna ze wszech miar, tyle tylko, że spóźniona do tego stopnia, iż nasi już nie mieli szans nikogo tam uratować. Ot, pogrzebali sobie trochę w rumowisku. I jak tu nie gratulować błyskawicznego refleksu szachisty!

   Trzecie zdarzenie to już sfera czarnego humoru, nie tylko politycznego. Zupełnie poważnie naszego premiera zaprosił premier Putin na wspólną uroczystość w Katyniu. Rzecz dotychczas bezprecedensowa i ze względów historycznych pożądana. Dlatego premier zaproszenie przyjął. I tutaj powaga skończyła się, a zaczął kabaret. Prezydent swojego prezesa orzekł wszem i wobec, że on jest ważniejszy i w tej uroczystości również udział wziąć musi, jak musiał Waryński do kraju. Wprawdzie żadnego zaproszenia nie ma, ale postara się o wizę, którą powinien bez szemrania dostać. Nie znam przypadku, aby na oficjalną uroczystość głowa jakiegoś państwa jechała turystycznie i bez zaproszenia. To nie imieniny u cioci Zuli, ani pępkowe u stryja Barabuchy. Nawet na wesele w Porażu chodzi się na podstawie zaproszenia, a takich, którzy próbują zabalować bez niego, określa się tam mało chwalebnym mianem gości na krzywy ryj. Znowu cywilizowany świat może mieć uciechę jak przy brukselskiej wojnie stołkowej.   

Roman Małek

piątek, 29 stycznia 2010

Którędy Na Lewo ?

   Pod koniec minionego roku w Rzeszowie przebywała prof. filozofii Uniwersytetu Warszawskiego Maria Szyszkowska. Na spotkanie z tą niezwykle interesującą postacią polskiej lewicowej myśli filozoficznej przybyła spora grupa ludzi z różnych orientacji politycznych. Z pewnością warto było. Pani profesor bez zbędnej egzaltacji w komunikatywny sposób sformułowała własną, niezwykle konsekwentną, diagnozę życia politycznego w Polsce oraz roli, a zwłaszcza słabości, lewicy polskiej. Wykazała, że tak modny w świecie liberalizm światopoglądowy, kulturowy i obyczajowy nie ma nic wspólnego z neoliberalizmem ekonomicznym, który jest elementem tworzenia nierówności społecznej, na której zbudowano kapitalizm. Między kapitalizmem i demokracją istnieje sprzeczność, gdyż dominacja kapitału wyklucza demokratyczną równość. Uważa za wielki błąd odejście politycznych reprezentantów lewicy od lewicowości na rzecz właśnie neoliberalizmu, głównie ze względu na chęć zachowania stanowisk. Wystarczy chociażby przytoczyć reakcje lewicowych rektorów wyższych szkół prywatnych, którzy dla świętego spokoju zatrudniają u siebie kapelanów.

   Ugrupowania lewicowe popełniły po transformacji cały szereg niewybaczalnych błędów, do których zaliczyła między innymi:

- wykazywanie wstydliwości za czasy PRL, próby odcinania się od nich,

- bezkarne tolerowanie kłamliwych opinii o tym okresie,

- nieznajomość prostych sprzeczności ideowych i wynikający stąd relatywizm ideowy,

- dopuszczenie do takich przemian, w których człowiek przestaje być wartością nadrzędną,

- doprowadzenie na lewicy do sztucznego konfliktu pokoleń, który nie istnieje. Jeśli istnieje jakiś konflikt, to raczej konflikt wrażliwości, społecznych preferencji i doświadczeń, który nie przebiega wzdłuż granicy wieku,

- pozwolenie na sprowadzenie lewicy do głębokiej defensywy,

- bezsensowne wybieranie zużytych przywódców, którzy wiele lewicy zaszkodzili (Kwaśniewski, Olejniczak),

- dopuszczenie do tego, że Polska stała się jednoświatopoglądowa,

- stworzenie na złych zasadach młodzieżówki SLD, która jest zupełnie bezideowa, a celem aktywności w niej są wyłącznie kariery polityczne. Jest to konsekwencja zapełniania świadomości młodzieży pseudo wartościami. Po to między innymi wyrzucono z programów kształcenia filozofię na rzecz socjologii, czyli zastąpiono naukę myślenia opisem.

   Sporo uwagi profesor Szyszkowska poświęciła licznym paradoksom naszej współczesnej rzeczywistości politycznej i społecznej. Gdyby dotyczyły one jedynie sfery ideowych sporów, byłoby znakomicie. Jednakże odbijają się dotkliwie także na sferze socjalnej i wolnościowej. Pozwoliła sobie wyakcentować niektóre z tych paradoksów, zaliczając do nich również:

- stworzenie przez prawicę z socjalisty Piłsudskiego swojego idola politycznego,

- deklarowanie zasad wieloświatopoglądowych przy równoczesnym ukształtowaniu państwa tak jednoświatopoglądowego, jakim Polska jeszcze nigdy nie była. Katechezę wprowadzono już nawet do przedszkoli,

- dominacja ideologii prawicowej w środowisku wiejskim tam, gdzie reforma rolna stworzyła wiejskiej biedocie warunki bytowania,

- prawica stała się bardziej ideowa aniżeli lewica,

- lewicowych pisarzy było wielekroć więcej w okresie dwudziestolecia międzywojennego, aniżeli obecnie,

- w warunkach ciągle rosnącego znaczenia mediów lewica sama pozbyła się ich i nic nie robi, aby takie mieć. To już nie jest błędem, ale głupotą,

- próby budowania wizerunku lewicowego Kościoła,

- wstydliwe zawieranie koalicji sejmowych nawet, gdy dotyczą spraw programowych lewicy,

- pozbawienie bezrobotnych przez rząd lewicowy zasiłków, czego nie ma w żadnym kraju starej Unii.

   Było to jedno z nielicznych niezwykle interesujących spotkań, w których miałem sposobność uczestniczyć w ostatnich latach.

Roman Małek 

I Jak Tu Nie Pić!

   Pierwsza grudniowa sesja po części utonęła gdzieś między rzeczywistością, wyobrażeniami, a literacką fikcją i brakiem realizmu. Polityczne popłuczyny urastały do rangi opatrznościowej wizji, a pragmatyczne propozycje do apokaliptycznych plag. A dotyczyło to projektu uchwały o zwiększeniu w mieście limitu punktów handlujących gorzałą. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że niektórzy musieli empirycznie sprawdzić eksperyment Noego, ponieważ z takim znawstwem mówili o zgubności picia, jakby wiedzieli o czym mówią. A ta zgubność według moich doświadczeń pojawia się dopiero w warunkach wystąpienia znamion grzechu głównego, zdefiniowanego w katechizmie jako nieumiarkowanie w piciu. Chociaż ten katechizm za gorsze uznaje nieumiarkowanie w jedzeniu, to jednak nikt sklepów spożywczych nie limituje w naszym katolickim kraju. Niektórzy radni wzięli taki rozpęd, że mogli nawet unieważnić obowiązującą ustawę sejmową, gdyby nie czujność prezydenckiej strażniczki porządku prawnego, która ten impet nieco zamortyzowała. Cała zabawa przeniosła się na kolejną sesję, w czasie której tradycyjnie wystąpili antygorzelnicy Sikory. Najbardziej zaimponował mi radny Kultys, który dopatrzył się u owych antygorzelników przejawów heroicznego profesjonalizmu. Albo jest wielkim jajcarzem, albo wystąpiły u niego jakieś zakłócenia ewolucyjne. Zlepek bzdurnych komunałów i głupoty na patyku, to profesjonalizm? Żal mi było bardzo radnego Pytlaka ze Zwięczycy, który zwierzył się zebranym ze swojej niedoli, gdyż dla napicia się piwa musiał onegdaj drałować aż 8 km. Przecież nie musiał zasuwać aż do Tyczyna. Wystarczyło do Wisielca przy Dąbrowskiego. Ale cała para nie poszła w gwizdek. U ruskich gorzała podrożała drugie tyle i na nasze flaszka kosztuje już 8 zł.

   Ostatnia grudniowa sesja rozpoczęła się jednak bombkowo. Magistracki dyrektor Tadeusz Szylar wtaszczył kosz pełen owych bombek, które aktywni mieszczanie nafaszerowali życzeniami i powiesili na rynkowej choince. Trzy losowo wybrane obiecał prezydent spełnić, niczym złota rybka. Przyniesiono stosowne ustrojstwo do tłuczenia w postaci tacy i młotka. Męczyli się z tymi kulistymi dmuchańcami szklanymi: przewodniczący Fijołek, wiceprezydenci Ustrobiński i Wolicki oraz Marta Niewczas. A wystarczyło zatrudnić Jagienkę z „Krzyżaków”. Za jednym posiadem cały kosz zamieniłaby w miazgę. W bombkach były dwa zbuki, czyli bez farszu. Życzeniotwórcy jednak nie błysnęli pomysłowością, od której prezydenta rozbolałaby głowa.

   Radni nadali nazwy ulicom w Budziwoju i części Miłocina, włączanych od 1 stycznia do Rzeszowa. Tym razem te nazwy są na ogół językowo poprawne, czyli wyrażone w formie dzierżawczej. Z dwoma wyjątkami, przy czym jeden wywołał nawet polemikę, gdyż na błędne konstrukcje z wzgórzami w treści zgłasza swój monopol Przybyszówka. Chodziło o propozycję nazwy ul. Pogodne Wzgórze. Podobne, w błędnej wersji, istnieją już w Przybyszówce, jak chociażby ul. Janiowe Wzgórze. I jedno i drugie określenie nazywa jakiś obszar związany z ulicą, która albo do niego prowadzi, albo przez niego przebiega. Nie powinna zatem mieć takiej samej nazwy fizjograficznej wyrażonej w mianowniku, tylko podrzędną formę dzierżawczą - ul. Janiowego Wzgórza, albo Pogodnego Wzgórza. Gdyby było inaczej to dla przykładu nazwy ulic: Targowa, Zamkowa, Ogrodowa, Strzelnicza, Staromiejska, Załęska, Słocińska i Podgórska musiałyby brzmieć odpowiednio: Targ, Zamek, Ogrody, Strzelnica, Staromieście, Załęże, Słocina i Podgórze. Ucho więdnie! Ale tym razem postęp jest wyraźny. Nie było nawet próby nazywania ulic imieniem kogoś, kto dla miasta zasłużył się jedynie tym, że dał się gdzieś zastrzelić.

   Prawdziwa burza, tym razem nie w kieliszku, ale w wiadrze paliwa wybuchła przy okazji podwyższenia taryf za przewozy MPK. Prawi i sprawiedliwi postawili na sesyjnej ambonie prezesa Krygowskiego, kierującego tą firma od kilku miesięcy i walili w niego za wszystkie krzywdy Polaków w całym tysiącleciu. Bój poszedł o kondycję ekonomiczną i organizacyjną MPK, objęcie ulgami także uczniów szkół policealnych oraz ceny biletów. Nie ma większego sensu komentowanie niezgłębionej mądrości prawoskrętnych dyskutantów. Zobrazuję to jednym charakterystycznym przykładem. Radny Kultys huknął w pewnym momencie taką argumentacją, że utrzymać powagi nijak nie dało rady. W swojej analitycznej logice doszedł do takiej tezy, że ceny biletów należało podnosić corocznie, powiedzmy, o trzy procent, a nie jednorazowo o 10. W dodatku stwierdził, że byłoby to bardzo korzystne dla rzeszowian. Nie wiem kto uczył go matematyki, ale na pewno powinien oddać pieniądze pobrane za nauczanie. Jeśli ceny powiedzmy trzy lata temu podniesiono by o 3 proc., 2 lata wstecz o następne 3, a w tym roku podniesiono o następne 3, to jakim cudem ludzie zapłaciliby mniej? Zapłaciliby drugie tyle! I z tego mieli cieszyć się? Panie radny. Są dwa sposoby obcinania ogona psu. Albo jednym cięciem, albo kilkoma po kawałku. Nie wiem jak pan, ale psy wolą zdecydowanie ten pierwszy sposób. No tak, ale pan przecież nie ma ogona!

   Wypada jednak zakończyć trochę optymistycznie. Otóż badania kogoś tam wykazały, że 60 procent rodaków optymistycznie patrzy w 2010 rok. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że pozostałe 40 procent albo należy do PiS, albo nie ma na pół litra.

Roman Małek