piątek, 26 lutego 2010

Pasmo Sukcesów

   Nasza władza państwowa odnotowała w minionym miesiącu trzy spektakularne sukcesy, które mogą położyć śmiechem najbardziej odpornego człowieka. Działają one na naszych polityków niczym drink Bonda – powodują wstrząśnięcie i niezmieszanie. Wpierw niemal orgazmu politycznego doznali nasi, gdy NATO wreszcie uwzględniło ich starania o stworzenie koncepcji obrony wschodnich rubieży układu. A gdzie komiczny efekt? Otóż w tym, że plan zakłada najazd na świętą ziemię naszych praojców przez mocarną Białoruś. A dlaczego nie królestwo Ubu, albo Oz? Ten najazd bez żadnego planu ani sił sprzymierzonych pewnie zdołałby odeprzeć pułk średnio wyszkolonych ochroniarzy wsparty dwoma zmobilizowanymi kołami myśliwych strzelbogrzmotów, Czterema Pancernymi z Szarikiem nawet bez starszyny Czernousowa i kapralem Frankiem Dolatem. Ten sukces dyplomatyczny porównywalny jest tylko z odsieczą prezydenta w Gruzji.

   Nasza dzielna i humanitarna władza wysłała cały rządowy samolot ratowników na Haiti. Pomijam już przepychankę na lotnisku wynikłą z nieznajomości prostego działania matematycznego, jakim jest dodawanie. Po naszemu, źle podsumowano słupki i dlatego część ratowników nie poleciała, bo nie zmieściła się w samolocie. Cała akcja była słuszna ze wszech miar, tyle tylko, że spóźniona do tego stopnia, iż nasi już nie mieli szans nikogo tam uratować. Ot, pogrzebali sobie trochę w rumowisku. I jak tu nie gratulować błyskawicznego refleksu szachisty!

   Trzecie zdarzenie to już sfera czarnego humoru, nie tylko politycznego. Zupełnie poważnie naszego premiera zaprosił premier Putin na wspólną uroczystość w Katyniu. Rzecz dotychczas bezprecedensowa i ze względów historycznych pożądana. Dlatego premier zaproszenie przyjął. I tutaj powaga skończyła się, a zaczął kabaret. Prezydent swojego prezesa orzekł wszem i wobec, że on jest ważniejszy i w tej uroczystości również udział wziąć musi, jak musiał Waryński do kraju. Wprawdzie żadnego zaproszenia nie ma, ale postara się o wizę, którą powinien bez szemrania dostać. Nie znam przypadku, aby na oficjalną uroczystość głowa jakiegoś państwa jechała turystycznie i bez zaproszenia. To nie imieniny u cioci Zuli, ani pępkowe u stryja Barabuchy. Nawet na wesele w Porażu chodzi się na podstawie zaproszenia, a takich, którzy próbują zabalować bez niego, określa się tam mało chwalebnym mianem gości na krzywy ryj. Znowu cywilizowany świat może mieć uciechę jak przy brukselskiej wojnie stołkowej.   

Roman Małek

Brak komentarzy: