No i po wielkich nieszczęściach szalonych krów, ptasich i świńskich plagach, kaczej prezydenturze, biegunce Kaśki zza rzeki i tsunami pod Bełchatowem znowu zaczęli straszyć nas tak zwanym efektem cieplarnianym. Od parunastu lat pojawia cyklicznie straszak topienia Bangladeszu, Wenecji, Holandii, połowy Egiptu i Amazonii. Nam tylko topią Żuławy i Świnoujście z połową Szczecina. Dobrzy ludzie. A cały problem tkwi w pieniądzach. Ten wydumany efekt cieplarniany polega z grubsza na bezszmerowym obłożeniu zacnych obywateli kolejnym podatkiem w taki sposób, że powinni oni czuć się jeszcze ratowani przez drapichrustów od wszelakiego nieszczęścia. To już jest wyższa szkoła jazdy. Potwierdzili to hakerzy, którzy powłamywali się do różnych baz danych, różnych ważnych instytucji o charakterze globalnym. Wyszło z tego, że te dęte teorie cieplarniane są warte tyle ile recepty na polską praworządność według białostockiego Kononowicza w sweterku, redaktora Ziemkiewicza, niezmordowanego porucznika Lukasa i byłego zioberkowego ministra.
Przyroda rządzi się swoimi prawami i jest w miarę odporna na głupotę człowieka i jego nie tylko teoretyczny debilizm. Wszystko w niej posiada sensowny rytm okresowy, który sprawdził się w ponadczasowym wymiarze. Doba ma swój rytm, rok również, dłuższe okresy czasowe także. W każdym milionie lat było przynajmniej 10 okresów zlodowacenia i tyleż samo ocieplenia. W plejstocenie mieliśmy nad Rzeszowem grubo ponad kilometrową warstwę lodu. I co? Zmalały ruchy górotwórcze i pojawił się neandertalczyk, ale żadnego nieszczęścia nie było. Około tysięcznego roku z kolei nastąpiło w Europie bardzo duże ocieplenie, określane przez klimatologów średniowiecznym. Trudno to sobie wyobrazić, ale na terenie obecnej Warmii i Mazur rosła znakomicie winna latorośl, którą bardzo cenili sobie sprowadzeni później przez Konrada Mazowieckiego Krzyżacy. Co to miało wspólnego z efektem cieplarnianym? A mniej więcej tyle, ile doktor Rydzyk z miłosierdziem i moherowo objawioną prawdą. Następnie znowu tak ochłodziło się, że w XVII wieku na Bałtyku zimą budowano sezonowe zajazdy na lodzie dla podróżujących do nas ze Szwecji. Dziwnie nikt nie narzekał i całe zjawisko wszyscy traktowali jako coś najnormalniejszego.
Wszystko to jest zależne od niepodlegającej głupocie człowieka aktywności wulkanicznej oraz aktywności Słońca i związanej z tym interakcji między wiatrem słonecznym, promieniowaniem kosmicznym a procesami atmosferycznymi. I tego nie da się zmienić nawet najbardziej unaukowionymi idiotyzmami cieplarnianymi. Cała ta dęta frazeologia ma swój sens, ale tylko w tym względzie, że w konsekwencji prowadzi do oczyszczenia atmosfery. Oddech będzie zdrowszy, no i grzyby prawdziwe urosną.
Nie można ludzi straszyć wydumanymi bzdurami, typu gazy cieplarniane po to, aby oskubać ich w kolejnym przestraszonym podatku. Jeśli Unia Europejska uważa, że oprócz wyciągnięcia forsy z kieszeni podatników, cokolwiek osiągnie w tej kwestii, to znaczy, że nie wyszła zbyt do przodu od mentalności wspomnianego wyż neandertalczyka. Dlaczego? A z tego prostego powodu, że cała Europa emituje tych gazów cieplarnianych tyle, że nie wystarczy to na połowę amerykańskich, trzecią część hinduskich i piątą część chińskich i rosyjskich. A te akurat kraje nie mają najmniejszego zamiaru wprowadzać drastycznych ograniczeń w tej kwestii i najnormalniej olewają niby szczytne intencje kombinatorów europejskich. Dlatego wszystkie te dęte konferencje cieplarniane są dla mnie tyle warte ile dobra kolacja w solidnym burdelu. Chociaż ostatnio zaimponował mi nasz premier, który za trzydzieści parę milionów euro sprzedał Hiszpanom limit smrodzenia dwutlenkiem węgla naszej niebiańskiej atmosfery europejskiej. Jestem za opylaniem zdecydowanie więcej tego smrodliwego towaru. Dołożyłbym jeszcze w ramach promocji prezesa prawego i sprawiedliwego oraz boską Szczypińską, niezrównaną Nelly i rzeszowskiego konserwatora zabytków Juchę.
Skoro energia jest niezbędnym nośnikiem cywilizacji, to należy ją wytwarzać. Wiatraki i zapora solińska tego nie są w stanie załatwić. Będzie to ciągle margines. Pozostają podstawowe źródła wytwarzania tej energii. Natura sobie z konsekwencjami takiego działania poradzi bez potrzeby odwoływania się do unijnej głupoty. Tenże dwutlenek węgla jest również niezbędny w przyrodzie, gdyż cała planetarna zielenina bez niego nie może obejść się. No, może bez ilościowej przesady. Największym trucicielem w tym względzie jest człowiek. Z pewnością nikt tego nie powiedział statystycznemu Kowalskiemu, ale prawda jest taka, że ludzie wydzielają zdecydowanie więcej dwutlenku węgla, aniżeli wszystkie samochody całego świata wzięte do kupy. Jaki stąd wniosek? Zmniejszyć liczebność trucicieli. Proponuję zacząć od tych z Brukseli i Narodowego Funduszu Zdrowia.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz