piątek, 26 lutego 2010

Pędzący Królik

Ciastowe – wigilijne wolne od pracy dla czynnych zawodowo pań. Tych niepracujących, Broń Boże, u jakiegoś kapitalisty, który z natury aż tak pobożny nie jest! Raczej w instytucjach i urzędach. Panie wówczas powinny lepić na potęgę uszka, pierogi i pichcić świąteczne słodkości, aby narodziny dzieciątka można było czcić przy obfitości biesiadnego stołu. Teraz z ciastowego zaczęli korzystać i panowie. Czyżby podjęli się produkcji w czynie społecznym pierogów bryzganych, albo, niczym poseł Kłopotek, mordowania karpia? Za realsocjalizmu także namiastka ciastowego funkcjonowała. Paniom odpuszczano, ale dopiero od południa, a panowie w tym czasie już w komfortowych warunkach tworzyli stosowny gastronomiczny podkład pod wigilijnego karpia w galarecie.

Miasta stanęły w korkach! – Ogłosił Polsat w „Wydarzeniach”. Wyjrzałem przez okno i upewniłem się, że mój Rzeszów istotnie stoi na swoim miejscu, ale żadnego korka nie dostrzegłem. Myślałem, że podprowadzili ten korek antygorzelnicy Sikory, ale nic z tego. Miasto stało bez korka, ale za to w korkach stały samochody. Może ci z Polsatu widzieli gdzieś jadące miasta, albo przynajmniej ruchome, jak pustynne piaski. Nauka czukocka jednak nie zna takich przypadków. A szkoda! Chciałbym, aby po takim staniu na swoim miejscu,  Rzeszów ruszył i pojechał w lutym do takiego, powiedzmy, Acapulco albo na Hawaje. A gdyby jeszcze pojechała tam chłodziarka z piwem i upieczonym, świętej pamięci prosiakiem, pełnia szczęścia!

Ocieplanie wizerunku – to zadanie, którego podjęli się przyprezydenccy kanceliści w stosunku do swojego pryncypała na okoliczność zbliżających się wyborów. Świadczy to niezbicie, że ów wizerunek uprzednio został zmrożony, albo przynajmniej schłodzony, niczym dobra wódka. Wcale nie chodzi w tym przedsięwzięciu o izolacyjne okładanie tegoż wizerunku styropianem, gdyż według prezydenta Wałęsy ten materiał obecnemu lokatorowi Pałacu Namiestnikowskiego doktrynalnie nie przysługuje. Rzecz cała sprowadza się do takiego opakowania tego wizerunku, aby szanowny obywatel Dżeki Marchewa, nawet przy okazjonalnym obcowaniu z nim, mógł przeżywać ekstatyczne uwielbienie, albo przynajmniej odczuwać lanie balsamu na jego „skrwawnięte serce”. Tu sam efekt cieplarniany z gazami nie wystarczy! Dlatego z odsieczą pospieszyła niezmordowana Doda i publicznie obdarzyła prezydenta ciumaskami. Widać było, że prezydent odczuł to, ale wizerunek sondażowy ani ciut, ciut. No, chyba że Dody.

Pędzący królik – niezwykle modne aktualnie określenie, które zawiera niezmierzoną pojemność politycznych treści. Od jądra zainteresowania centralnych antykorupcjonistów, przez przekaz ministerialnego zaświadczenia lekarskiego, po live motyw hazardowych komisarzy śledczych. Jako nazwa kawiarni jest przewrotnie sympatyczna. W naszym kraju nikt pewnie nie widział pędzącego królika. Przecież ta gadzina od urodzenia skazana jest na życie za kratkami aż do niechybnej acz gwałtownej śmierci i na wolności nawet porządnie kicać nie potrafi, a co dopiero pędzić z wiatrem w uszach, jako ten zając. Jednak do naszej rzeczywistości politycznej pasuje jak ulał. Rząd na każdym kroku pokrzykuje – pędzimy, niczym ten królik! A autostrady langsam ślimakiem, emerytury stoją, a ochrona zdrowia leży. A co, pokrzyczeć nie wolno? Przecież powszechnie wiadomo, że nie chodzi o to, aby królika złapać, ale o to, aby go gonić.

Popierdujący borsuk. – Taka metafora zrodziła się posłowi Palikotowi w literackiej syntezie osobowości Jarosława Kaczyńskiego. Niektóre cechy tego sympatycznego zwierzęcia może i pasują, chociażby wierzch szary i nieprzesadny wzrost. Reszta już nijak nie pasuje. Jaźwiec z czarnymi pręgami, uwielbiający nocne życie i wyjątkowo spokojnie usposobiony do otoczenia z prezesem nie może mieć nic wspólnego. W dodatku borsuk ma wyjątkowo dobrą przemianę materii i w odróżnieniu od goryla, konia i cioci Zuli nie popierduje. Dlatego po staropolsku nie można go nazwać popardą, popardowskim, ani pardlem. Sądzę, że poseł Palikot wyrządził takim porównaniem ogromną krzywdę przysypiającemu zimą borsukowi. Gdyby dowiedział się on o zapisaniu go do PiS-u bez wątpienia spałby w swojej norze do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

Wejść w posiadanie wiedzy – według komisyjnie śledczego posła Karpiniuka - mógł  Wassermann w kwestii hazardowej afery. Od razu rodzi się pytanie, jak ten Wassermann wchodził  w to posiadanie? Krokiem defiladowym, uprzednio wykąpany w wannie, czy tylko w gumofilcach? I czy ostatecznie posiadł ją czy tylko wchodził? Poza tym nie wiadomo ile to jego posiadanie w tej wiedzy trwało i czy było wygodne - w fotelu, czy tylko na drągu? W dodatku liczy się skutek takiego posiadu na wiedzy. Dajmy na to, Jagienka z „Krzyżaków” swoimi nizinnymi walorami z kopy indywidualnych orzechów potrafiła pojedynczym posiadem jednomyślność wyzwolić. A u Wassermanna plusy z minusami ciągle pieprzą się. Strach pozytywnie wyrażać się o nim. Gdyby tak wszyscy musieli w to posiadanie wchodzić, to kogo, do cholery, mieliby uczyć nauczyciele zwykłej poprawności językowej i czegokolwiek pożyteczniejszego od posiadu w komisjach sejmowych? Poza tym ogromnego znaczenia nabiera umiejętność wychodzenia z takiego wejścia w posiadanie.

Roman Małek

Brak komentarzy: