czwartek, 18 marca 2010

Prezydentowie i Schetynescu

Dwutysięczny dziesiąty – ten rok mamy aktualnie według polszczyzny prezentowanej powszechnie przez nasze elyty polityczne. Gdyby nasi wybrańcy nie przysypiali na lekcjach polskiego, albo nie wagarowali waląc wtedy kamieniami w szkołę, to rozróżnialiby liczebniki i znali nieskomplikowane tajniki ich deklinacji. Panie prezesie, panie ministrze! Liczebniki porządkowe od jeden do stu oraz większe jednoczłonowe odmieniają się jednorodnie jak przymiotniki, zatem mianownik liczby pojedynczej winien brzmieć np.: drugi, czternasty, czterdziesty czwarty, setny, dwutysięczny. Ale już u pozostałych liczebników porządkowych odmianie podlegają wyłącznie człony końcowe, te do stu. Czyli w tymże mianowniku winny one brzmieć, np.: dziewięćset sześćdziesiąty szósty, tysiąc czterysta dziesiąty i właśnie dwa tysiące dziesiąty. Gdyby zastosować pobraną na wagarach mądrość językową elyt, to bitwa pod Grunwaldem powinna być stoczona w tysięcznym czterechsetnym dziesiątym, a tytuł słynnej powieści G. Orwella należałoby czytać - rok tysięczny dziewięćsetny osiemdziesiąty czwarty. Jeśli z pozostałymi przedmiotami było w szkole u naszych władców podobnie, to ja czarno widzę.

Galerianki – to bynajmniej nie jakiś nowy zakon żeński założony przez św. Galerię, lecz nowe zjawisko obyczajowe przywleczone do naszego nad wyraz cnotliwego kraju wraz z wielkoświatowym blichtrem galerii handlowych. W nich właśnie rodzime gimnazjalistki, zamiast zapewniać odpowiedni poziom frekwencji na lekcjach, oferują zasobnie prezentującym się panom seks za galeriowe zakupy. Problem wcale nie dotyczy głównie rodzin patologicznych. Chętnych na taki geszeft żonkosiów jakoś nie brakuje. Pewnie ze względu na rozpowszechnioną prawdę, że wyrzutów sumienia za zdradę nie ma po udanym seksie tylko po złym. Coś tu jednak z respektem dla wartości chrześcijańskich musi szwankować.

Jest cztery afer – oczywiście w naszym obecnym rządzie, diagnozują zgodnie prawi i sprawiedliwi śledczy komisarze sejmowi. Nie wnikam w technikę liczenia lecz kształt wypowiedzi. Trzy wyrazy i dwa rażące błędy językowe, za które już w gimnazjum przysługuje pała, jak krowie miedza. No, ale moherowy elektorat kształcony na kantyczkach jest mało dbały o takie duperele. To zdanie złożone z czasownika, liczebnika i rzeczownika rodzaju żeńskiego podlega rygorystycznym zasadom językowym, które narzuca wielkość liczebnika głównego i rodzaj żeński. Zatem zdanie w zależności od liczebnika winno brzmieć: jest jedna afera, są dwie, trzy i cztery afery ale jest pięć, dziesięć i sto afer. Fakt, że niezrównana Nelly twierdzi, iż jej podobają się wszystkie mężczyzny, nie może usprawiedliwiać tego, że niektóre mężczyzny wiedzą, że jest cztery afer.   

Mieć miętę – to według kancelisty Nowaka, z tych Nowaków od premiera, znaczy czuć coś do kogoś. Chociaż w poprawnej wersji tego porzekadła ludowego tę miętę właśnie czuje się do kogoś. Ale Nowak uważa, że tę miętę ma do niego posłanka śledcza Kempa. Jeśli ją ma, to musi ją gdzieś nosić do tego Nowaka tak, aby on mógł z daleka tę miętę widzieć. No i gdzie tu pożądana intymność? Jak mawiał poczciwy Sztaudynger – miłość nie znosi doboszy, rozgłos ją płoszy. A skoro już posłanka tak poświęca się z tą miętą, to może i biust przeinstalowała sobie na plecy, aby Nowakowi wygodniej było tańczyć i nie musiał jej tanecznie obracać, rezerwując potencję energetyczną na bardziej użyteczne przedsięwzięcia?

Prezydentowie – tak w rzeczownikowym wołaczu liczby mnogiej perorował sesyjnie nowy budziwojski radnik, Grzegorz Jacek. Staropolszczyzna podobne formy językowe odnotowuje, ale radnego Jacka o stylistyczną archaizację swojej wypowiedzi raczej nie posądzam, zatem coś musiało mu zaciąć się w jego kanonach wrażliwości językowej. Panie radny! W ten sposób można przyjąć, że budziwojscy przedwojenni chłopowie, to nie byli jacyś ciulowie, tylko poważni ludziowie. Może Pikuś to jakoś zdzierży, ale pana polonistka już z pewnością nie. Osobiście nie dziwię się, bo radny Jacek z ogromną determinacją poniewierał poprawne nazwy ulic rekomendowane przez ludzi magistrackiego dyrektora Sebzdy. Widocznie wielki z niego językoznawca! Jak niektórzy prezydentowie! A sejmowa ustawa o ochronie języka ojczystego ciągle obowiązuje i to w niezmienionym kształcie.

Przymnożenie dochodu – oczywiście kasie magistrackiej, przytrafiło się radnemu Kultysowi w polemicznym ferworze. Przedrostek przy- w żaden sposób nie daje połączyć się z czasownikiem mnożyć. W znaczeniu zwiększenia lub uzupełnienia zasobu lub ilości łączyć się może, ale z innymi czasownikami, tworząc czasowniki pochodne typu przysporzyć, przydać. Mnożenie zaś jest zwielokrotnieniem jakiejś wielkości, a nie uzupełnieniem, zatem może ten czasownik łączyć się tylko z przedrostkiem po- tworząc wyraz pomnożyć. Pomylenie tych przedrostków można porównać z myleniem przyimków przez i bez. Czyż można iść bez most przez czapki? A u Kultysa pewnie można!  

Schetynescu – to efekt inwencji twórczej niezmordowanego posła Palikota w syntetycznym definiowaniu osobowości posła Schetyny. Do rdzenia jego nazwiska dolepił końcówkę rumuńskiego Słońca Karpat. Bo przecież nie mogło mu chodzić o podobieństwo do Eleny Ceausescu! Chociaż kto wie? Sądzę jednakże, iż kojarzenie posła Schetyny ze Słońcem Karpat jest sporą przesadą. Rumuński wódz bez trudu skutecznie poradziłby sobie nie tylko z pędzącym królikiem, antykorupcjonistą Kamińskim, ale i z popierdującym borsukiem, nawet sklonowanym. A taki Schetyna nie dał rady załatwić ani policjantom paliwa, ani sobie bez podsłuchowego telefonu. Słusznie premier pogonił go z rządu.

Roman Małek

Wiosna, Skąd Ja Ciebie Znam ?

   A w Rzeszowie ustępująca zima przysporzyła złych i dobrych doznań. Razem ze śniegiem stopniał nam asfalt na nieremontowanych ulicach, najładniej na: Rejtana, Podkarpackiej, Przemysłowej i Siemieńskiego. Nawet do wypadku mogło dojść. Kolega opowiadał, jak spokojnie jechał sobie tymi dziurami po Rejtana, a tu nagle asfalt! Znawcy jednak twierdzą, że dziur jest teraz zdecydowanie mniej. Pewnie mają rację. Przecież po kilka mniejszych połączyło się w większe, to musiało poprawić statystykę i samopoczucie. W wiosennie dobry humor może jednak wprawić podjęcie wreszcie prawomocnej decyzji o odmuleniu zalewu. Już ponad rok trwa awantura wokół odsmrodzenia zbiornika. Jego stan z każdym miesiącem pogarszał się, a ekologiczni obrońcy kosmatki i wędrownego ptactwa ze Śląska i Warszawy protestowali. Wiadomo przecież, że na Śląsku i w Warszawie ekologia stoi na wzorcowym poziomie, zatem postanowili uszczęśliwiać rzeszowian. Ci popaprańcy uznali, że zalew nie został wybudowany jako zbiornik wody pitnej dla miasta i teren rekreacyjny, lecz siedlisko kosmatki i ptactwa wędrownego i dlatego ma on smrodzić miastu do woli. Teraz mogą się tylko przykuć łańcuchami do tej kosmatki. Roboty ruszyły.

Roman Małek  

Dobre Wzorce

   Z wielkim rozrzewnieniem i nostalgią oglądałem wystąpienie prezesa Kaczyńskiego na kongresie prawych i sprawiedliwych w Poznaniu. Schyłkowy Gomułka w czystej, a nawet ulepszonej  postaci. Była płomienna retoryka, dalekowzroczna wizja, miejsce Polski wśród potęg świata, naście koma trzy, wrzód na zdrowym ciele, piach w tryby postępu, posłannictwo historyczne i niestrudzona chęć szczera. Jedynie plan miał, tyle że dziesięcioletni, a nie pięcioletni. W środku nawet zainicjował podjętą przez wyznawców litanię do świętego Jarosława w intencji zagłady nieczystych sił PO. W trakcie oracji zgromadzeni co rusz nagradzali bardziej soczyste frazy długimi, niemilknącymi owacjami i okrzykami. Ba, nawet wykonywali rytualne ćwiczenia gimnastyczne w konwencji powstań – siad. Gdy prezes dobił szczęśliwie do kresu swojej mowy, zapytał retorycznie – zwyciężymy? Wyznawcy również retorycznie odpowiedzieli – zwyciężymy! Wódz wówczas spojrzał wokoło, 1200 gardeł grzmiało. I jak tu nie wierzyć europosłowi Migalskiemu, że PiS jest partią i konserwatywną, i bardzo postępową? W dodatku twierdzi, że prezes i właśnie Migalski są frapująco interesującymi postaciami. Popatrzcie, a ten Migalski z daleka wygląda nawet na mądrego. Na kongresie były również wybory! I to jakie wybory, jak na Cyrankiewicza w PRL-u! Na Jarosława Kaczyńskiego niemal jednogłośnie wybrano Jarosława Kaczyńskiego. Żadna podróbka nie kandydowała. Czyli jak u starego Forda. Każdy może sobie wybrać dowolny kolor samochodu, byleby był czarny.

Roman Małek

Casting Na Bliźniaka

   Zaczęły się na dobre podchody i umizgi względem elektoratu przez chętnych do objęcia państwowej posady obrońcy żyrandola w Pałacu Namiestnikowskim, czyli w chałupie stojącej od zadniej strony pomnikowego konia księcia Pepi, postawionego w Warszawie. Całość medialnych fajerwerków w staraniach o tę robotę nazwano dla niepoznaki prezydencką kampanią wyborczą. No i poszły konie po betonie i jeszcze dalej. Rozumiem licytowanie się kandydatów walorami typu, który z nich ma większą halabardę, który spał na grubszym styropianie, albo który robi groźniejszą minę. Oczywiste jest pacykowanie wizerunku, rozciąganie uśmiechu, sumitowanie się w wartości, pielgrzymowanie, hakowanie, lanie pomyj na konkurencję. Ale tym razem platformersi dali czadu po amerykańsku. A co! Robią prawybory, czyli po naszemu casting na swojego bliźniaka. Miała rozgorzeć prawdziwa walka kandydatów na kandydata i co? Ledwie Sikorski powiedział, że źle dzieje się, gdy prezydent jest nie tylko niski, ale i mały i od razu wylądował na pokutnym dywanie Tuska. Partyjny celebryta Palikot, który nigdy nie cierpi na zatwardzenie talentu, próbował wcisnąć trochę ożywienia w ten marazm, z emocjami jak na rybach, i od razu prezes nakazał mu sto razy pisać poprawną sentencję. Te prawybory nie przypominają nawet porządnego wybierania prezesa straży, czy sołtysa w Jagielle. Ale medialny cel osiągają. Przecież chodzi o to, aby trąbiono o tym ile wlezie. Skoro nie potrafiliśmy porządnie zrobić ani transformacji, ani prywatyzacji, ani autostrad, a nawet kryzysu, to niby dlaczego miałyby wyjść prawybory?

Roman Małek  

Czas Kłusowników

   Dosyć głośno u nas ostatnio o uchwaleniu babskiego parytetu w polityce. Tylko po co ten parytet wprowadzać, skoro według rysownika Mleczki proporcje idiotów i idiotek są w naszej populacji porównywalne i szansa wybrania idiotki jest taka sama, jak wybrania idioty? Akurat w Łodzi urzędniczka magistracka naplotła tyle głupot, że nie powstydziłby się tego ani Macierewicz, ani tym bardziej były antykorupcjonista Kamiński. A o co poszło? W zrujnowanym domu bez możliwości ogrzewania pozostawiono jedynie leciwe małżeństwo, a pozostałych lokatorów przeniesiono do przyzwoitych mieszkań socjalnych. Pozostawiono ich tylko dlatego, że w odróżnieniu od tych przeniesionych, jako jedyni płacili solidnie czynsz. Gdy za to w majestacie prawa zostali ukarani, płacić przestali. I wówczas owa inteligentna inaczej urzędniczka z przekonaniem bredziła o działaniu owych staruszków na szkodę magistratu, gdyż w ten sposób wymuszają oni bandycko na przenajświętszym magistracie przydział mieszkania socjalnego. Zgroza! O pomstę do nieba woła takie bezprawie! I nawet do głowy jej nie przyszło, że robi z siebie patentowaną idiotkę.

   Z kolei prawa i sprawiedliwa posłanka, przyboczna Lecha Kaczyńskiego, Jakubiak zamierzała błysnąć medialnie wiedzą i huknęła takim odkryciem, że ręce opadają szeleszcząc. Chociaż z daleka wygląda na mądrą, która nawet czytać prawą ręką potrafi. Otóż stwierdziła ona, że żona Sikorskiego, o bardzo polsko brzmiącym nazwisku Apelbaum, jest znakomitością intelektualną, która napisała „Archipelag Gułag”. Jest to mniej więcej taka prawda jak to, że obwodnica jest tym samym co okrężnica, a moja teściowa gołąbkiem pokoju i primabaleriną.

   Pewna urzędniczka Ministerstwa Finansów pozwoliła sobie na taką interpretację prawa fiskalnego, jak w słynnym „Paragrafie 22” Hellera. Mówiła jak w kościele, tak że nikt nie rozumiał. Otóż okazuje się, że każdy kto skorzystał ze szczepionki przeciwko świńskiej grypie, zafundowanej przez pracodawcę, musi fiskusowi odpalić 18 bądź 32 procent wartości tej szczepionki. Jest to bowiem przychód, chociaż wkłuty, a nie portfelowy. Nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że pracodawca nie płacił za te szczepionki kierowany względami altruistycznymi lecz egoistycznymi. On po prostu chce mieć zdrowych pracowników, którzy będą efektywnie na niego tyrać. Cała sprawa rozbija się o to, że takich szczepień nie nakazuje prawo, a więc musi to być przychód do opodatkowania, chociaż prawnicy twierdzą, że tyle w tym prawdy ile w cud diecie, przy której potrzebny cud aby schudnąć.

   Aż strach pomyśleć o problemie szerzej. A jeśli ten pracodawca, ciągle kierowany względami egoistycznymi, zechce nam zafundować pakiet medyczny albo możliwość korzystania z basenu, albo nie daj Bóg pojeżdżenie dla relaksu na jakiejś chabecie? Tak po prostu, abyśmy byli jeszcze wydajniejszymi pracownikami? Pewnie lepiej z tego od razu zrezygnować. No dobrze! Ale co sobie pomyśli ów pracodawca? Pewnie że olewamy jego robotę. A jeśli w ramach promocji kupujemy pojemnik soku, do którego producent dodaje nam ćwiartkę pojemności za darmo? Chyba lepiej od razu w sklepie tę ćwiartkę wylać, zamiast traktować jako przychód. Przecież prawo nie nakazuje dolewania nam owej ćwiartki. A jeśli u dentysty będzie promocja i każdemu kto wyrywa zęba wyrwą drugiego gratis, nawet zdrowego? To jaki to będzie przychód do opodatkowania? Idąc dalej, trzeba jakoś fiskalnie  potraktować Burka obdarowanego przez zaprzyjaźnionego rzeźnika smakowitą kością. Czyj to przychód, kundla czy właściciela? Zresztą ten przychód i tak szybko zamieni się w odchód. Zatem jeśli kundla, to jak on ma ten przychód rozliczyć? Szczekaniem codziennie w Anioł Pański na cześć ministra finansów, czy merdającą lambadą w intencji zdrowia psychicznego w ministerstwie i króliczej płodności w tworzeniu dalszych idiotyzmów fiskalnych? Przecież trzeba koniecznie coś wymyślić, gdyż naród coraz mniej pije wykazując się tym samym aspołeczną postawą, rodzącą dziurę budżetową. Każda niewypita półlitrówka, to ubytek kilkunastu złotych w narodowej kasie. I z czego rząd ma pokrywać koszty utrzymania naszych dzielnych wojaków bijących się w amerykańskiej wojnie? Chociaż ostatnio nieco bilans poprawiła top modelka Felicjańska, która już nie mogła się powstydzić dmuchniętego wyniku promilowego. Prawie 2,5! Zresztą inaczej nie uradowałaby warsztatów samochodowych rozwalając na cacy coś ze trzy auta. Nadaje się do parytetu, jak Łyżwiński na kłusownika seksualnego.

Roman Małek