wtorek, 27 kwietnia 2010

Duraczenie Celebrytek

Boczne plusy ujemne – dostrzegł w tuskowym wice, czyli Pawlaku, niezmordowany szlifierz finezji językowej Lech Wałęsa. Mój dziadek z przekonaniem twierdził, że każdy wice jest od opowiadania wiców, bo od rządzenia jest szef. Lech Wałęsa jednak, jak na rasowego elektryka przystało, widzi u wicetuska plusy ujemne, bo gdyby były dodatnie, to odpychałyby się niczym dwa heteroseksualne samce. To dla mnie jest jasne, jak pisowska droga ku świetlanej przyszłości. Nie wiem tylko dlaczego te ujemne plusy są boczne. Na boku robione, a może komuś bokiem wyszły, albo mają boczny napęd? Po głębszym namyśle podjąłem podejrzenie graniczące z pewnością, że musi chodzić o to, że wicetusk zdobywał je  podczas skoków w bok.

Castingiem na bliźniaka – nazywa prawybory w PO były trzeci bliźniak Ludwik Dorn. Ten wyprowadzany do Sejmu i na spacer przez sukę Sabę. Czar bliźniaczej polityki musi jednak mieć moc większą aniżeli bimber z Harty. Jednego bliźniaka meldującego prezesowi ma zastąpić drugi przyszywany, lecz równie karnie i regulaminowo meldujący, też prezesowi. Ale po jaką cholerę nam te bliźniaki? W historii tylko jedna para dokonała czegoś naprawdę konstruktywnego – Romulus i Remus. Założyli ponoć Rzym, broniony skutecznie przez Berlusconiego, Ciciolinę i gęsi. Zaś w Polsce po Jacku i Placku z Zapiecka pozytywną energię emitują jedynie Golcowie. Posłuchać można, ponucić biesiadnie też. A z bliźniakiem z Pałacu Namiestnikowskiego nijak się nie da.

Celebrytki – w żadnym przypadku nie są siostrami zakonnymi, jak dla przykładu: adoratorki, orionistki, pasjonistki, szarytki czy westiarki. Nie mają także nic wspólnego z uroczystym zachowaniem, celebrowaniem mszy ani zwyczajów. Podobnie jak męscy celebryci, celebrytki są znane wyłącznie z tego, że są znane. Mają takie parcie na szkło, że pełno ich w mediach. Potrafią utrzymać to zainteresowanie medialne, chociaż nie są żadnymi gwiazdami, idolami ani autorytetami. Jeśli spada zainteresowanie nimi, to zawsze potrafią wymyślić taki idiotyzm bądź skandal, że znowu są na fali. Wielkim przedwojennym celebrytą był Wieniawa Długoszowski, który potrafił na koniu wjechać do Adrii, albo wracać z knajpy trzema dorożkami – w pierwszej jego czapka, w drugiej szabla, a w trzeciej on sam z dwoma damami. I cała Polska miała o czym deliberować. Aktualnie głośnymi celebrytkami są Doda i posłanka Nelly. Brzydszą połowę społeczeństwa godnie reprezentują poseł Palikot wespół z doktorem Rydzykiem. W Radzie Miasta zaś za celebrytę z powodzeniem robi radny Kultys.

Duraczenie – to według Szpotańskiego technika komunikowania się premiera Tuska z elektoratem. Polega z grubsza na demagogii tak ubranej w umizgi, że pozwala na zrobienie ze słuchaczy duraków, w dodatku jeszcze zadowolonych. Czyli powoduje nieuchronne buraczenie elektoratu. Pojęcie utworzone przez analogię. Skoro od duraka może być duraczenie, to od buraka buraczenie także. Technika ta jest zakaźna. Ostatnio uległ groźnemu zainfekowaniu duraczeniem kandydat na kandydata na swojego bliźniaka Sikorski, mąż pani Appelbaum.

Produkt – to jest właśnie to, co bank wymyślił dla oskubania swojego klienta, ponieważ nie jest on tworzony z myślą o interesie tegoż klienta. Ależ znaleźli mi się producenci wytwarzający produkty! Ci bankierzy mają fantazję w tworzeniu bombastycznych nazw dla swojego złodziejstwa. Formę obsługi lokaty, czy rodzaj kredytu, to dla nich produkt. Cóż oni mogą wyprodukować oprócz bankrutów i kryzysu? No, i jeszcze niebotycznych premii dla swoich wodzów? W żaden sposób w ich rozumieniu nie może to być słownikowe „dobro powstałe w wyniku produkcji”. Chyba że dobro pojmowane jako profit banku. Z punktu widzenia klienta jest to najczęściej tak zgrabnie podana przynęta, aby zwykły zjadacz chleba dał się nabrać. Kiedyś mawiano przewrotnie o wątpliwej kwestii, że jest to tak pewne, jak w ruskim banku. Aktualnie przymiotnik „w ruskim” można wyrzucić, a ironiczna mądrość nic nie straci ze swojego sensu.

Robić robotę – to programowe zawołanie prezydenta Ferenca pod adresem magistrackich czynowników. Słusznie! Zamiast robić oko, dobre wrażenie, albo w spodnie, to już lepiej niechaj robią robotę, chociaż brzmi to tak, jakby mieli równać równinę. Kiedyś już spotkałem się z tym określeniem. Szemrane towarzystwo raczyło się w parku wykwintnym trunkiem marki wino siarkowe w kartonie, a biesiadny zapiewajło był pełen podziwu dla walorów tego boskiego napoju, który według niego skutecznie robił robotę. Zawołanie prezydenta, pomimo językowej niedoskonałości, działa również skutecznie.

Zaopiekować dziecko – zdołała Ludwika Wujec w „Polityce”. Czyli czasownik dokonany występujący wyłącznie z zaimkiem zwrotnym „się” potraktowała, jak czasownik bez tego zaimka, np.: zaorać (pole), zanotować (informację), zaobserwować (samolot), zakupić (piwo). Natomiast w tym przypadku zaopiekować można, ale wyłącznie - się dzieckiem. Różnica polega na tym, że tego typu czasownik dokonany z zaimkiem zwrotnym łączy się z rzeczownikiem w narzędniku, a nie bierniku. Można podobne do Ludwiki Wujec idiotyzmy tworzyć. Zanurzyć rzekę, zakrztusić wino, zaczytywać Sienkiewicza, zachwycić widok. A może lepiej zainteresować się polszczyzną, zamiast wstydzić czytelnika?

Roman Małek

Brak komentarzy: