Po przerżniętych wyborach prezydenckich prezes Jarosław I Nadęty dał prawdziwą lekcję demokracji, przy której ta ateńska i brytyjska wysiadają. Każdy w jego partii ma prawo do własnego zdania pod warunkiem, że będzie ono toczka w toczkę zgodne ze zdaniem prezesa. Prawie jak stary Ford, który zostawiał klientom prawo wyboru koloru produkowanego przez siebie samochodu, byleby był czarny. Zabronił swoim wyznawcom nazywać Komorowskiego prezydentem i żaden nawet nie zająknął się w tej kwestii. Orzekł, że krzyż na Krakowskim Przedmieściu ma stać, bo naród, czyli on tak chce, i stoi. W dodatku pilnowany przez inny kilkunastoosobowy naród wymagający pilnego leczenia. Nawet abp Józef Michalik nie chce go ruszyć, gdyż nie poczuwa się do roli totumfackiego i tego krzyżowego mebla wyparł się jak należy. Czytał jednak Fredrę! Sam prezes zaczął szybko modelować swój nadszarpnięty w czasie kampanii wizerunek napoleońskiej głowy. Skoro nie musi chwytać się brzytwy, jak twierdzi przyboczny Kuchciński, to widocznie brzytwa chwyta się jego, bo zaczął metodycznie rozpieprzać swój polityczny gołębnik, czyli dołować tych, którzy wysmażyli mu łagodny i przyjazny wizerunek. Paskudnie czuje się z nim, a więc postanowił pozbyć się wszystkiego, co szkodzi jego wizerunkowi zamordysty. Nawet Migalskiego wyrzucił z niczego, ponieważ tylko tyle może. Swojego świętej pamięci brata męczennika mianował prawdziwym Wałęsą i Piłsudskim naszych czasów, a co! Wszyscy w PiS w to święcie wierzą. Wtajemniczeni twierdzą, że polecił Macierewiczowi, oprócz zespołu pieśni i tańca, powołać w Sejmie zespół do zbadania zbrodni wyborczej. Śledczym zespołu ma być prawdomówny niczym Pinokio Ziobro, prokuratorem cherubin Brudziński, a niedorzecznikiem prasowym rajdowiec Kurski. Naród to kupi. Ten spod krzyża i boska Szczypińska też. Czyżby w PiS coś pękało?
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz