czwartek, 15 stycznia 2009

Ale afera!

W naszej telewizji publicznej mającej rzekomo do spełnienia jakąś misję i dlatego zarządzanej przez samych misjonarzy, w listopadzie można było do woli podziwiać przynajmniej czterech bohaterów ratujących świat i cenne jego wartości. Był to niezmordowany James Bond, mówiący po niemiecku Winnetou, szczekający pies Cywil i prezydent Najjaśniejszej. Było również wesoło u sejmowych śledczych tropiących polityczne naciskanie. Ale jeśli ktoś pomyślał, że tylko stolicę mamy ucieszną, to srodze myli się.

Zgodnie ze stalinowską zasadą, że towarzyszom należy ufać, ale metodycznie ich sprawdzać, Kaczyńscy powołali bodajże osiemdziesiątą instytucję sprawdzającą podejrzanych obywateli  naszego wesołego postsocjalistycznego baraku. Centralne Biuro Antykorupcyjne. Duże pieniądze do wytropienia, paskudne odruchy skorumpowanej władzy, afery, że stodoła mała, zgnilizna ekonomiczna. Słowem, wszelką sodomię i gomorię władzy, gospodarki oraz antypisowskiej myśli, miała zwalczać najmłodsza instytucja prezesa Kaczyńskiego. Na czele postawił on, w randze ministra, pożal się Boże, niezmordowanego wszechpolaka, Mariusza Kamińskiego. Nie nauka, lecz chęć szczera! Jeśli Kamiński zna się na korupcji, to moja teściowa zna się na plamach na Słońcu i proszę jej stworzyć jakąś instytucję do antykorupcji w takich sprawach. Nie zna się na tym, jak Kamiński, ale co to ma za znaczenie?

Poza nagłaśnianą infantylnie drobnicą ta agencja niczego wielce korupcyjnego jakoś nie dostrzegła. Dlatego zdumiała mnie prasowa informacja firmowana przez tę zacną, hojnie przez nas opłacaną instytucję, poniewierającą bez elementarnych zahamowań, samorządowych władców Łańcuta. Opublikowanie ich zdjęć bez sądowego wyroku w taki sposób, jakby byli pospolitymi bandytami, to już nie głupota. To zwykłe społeczne szkodnictwo! Agencja nie została powołana do sprawdzania deklaracji podatkowych! Nie została powołana do osądzania czegokolwiek. Nie została powołana do wyręczania żadnych innych organów kontrolnych. Oni mają ścigać bandytów gospodarczych, czyli aferzystów, a nie niczego niewinnych samorządowców. Korupcja nie tkwi w oświadczeniach lecz w rzeczywistości poza dokumentalnej. Od deklaracji jest urząd skarbowy i parę innych instytucji. CBA jest od KORUPCJI. Może szef nie zna definicji tego słowa – polecam słownik języka polskiego prof. Doroszewskiego, prof. Skorupki i paru innych, równie ważnych autorów. Jeśli tego nie starczy, proponuję „Słownik etymologiczny’ A. Brucknera. Każda inna definicja trąci głupotą.

Doktor Gardziel nie bez powodu upiera się przy tezie, że skoro nie ma realnych powodów działania instytucji, to należy stworzyć substytut uzasadniający jej istnienie. Akcje rzeszowskiego CBA ewidentnie to obrazują. Posiadająca rozsądek prokuratura uwaliła całą tę idiotyczną konstrukcję antykorupcjonistów wymierzoną w Bogu ducha winnych samorządowców Łańcuta. Szczerze im współczuję. Tego błota miotanego w ich stronę bez umiaru musiało przecież trochę przylgnąć. Ale niczym nie zrażeni antykorupcjoniści zaczęli już następną, nie mniej zabawną akcję. Po bezprecedensowym sukcesie prezydenta Rzeszowa w plebiscycie obywateli należało jakoś trochę wystudzić obywatelski entuzjazm. Przyszli zatem do rzeszowskiego ratusza i podobnie mędzą. Grzebią w ferencowskich kwitach, jak w ulęgałkach i wąchają jego deklaracje podatkowe. Nie opublikowali jeszcze gończego listu, ale inwencja twórcza cwikierowców jest nieprzewidywalna. No, bo jeśli Ferenc pomyliłby się w oświadczeniu podatkowym na swoją  niekorzyść nawet o 2 złote, to znaczy, że ukrył korupcję na 10 milionów. Niemożliwe? Jak najbardziej możliwe. Znam taki przypadek, tylko kwoty były inne. I czasy również.


Roman Małek

Brak komentarzy: