Ostatnia przed kanikułą sesja radziecka mogła podobać się nawet wybrednemu obserwatorowi. Była elegancja, były przepychanki i było do śmiechu. No i była frekwencja! Zaczęło się już przy zatwierdzaniu porządku obrad. W imieniu bardzo prawej i sprawiedliwej strony radny Kiczek udzielił dosyć ostrej reprymendy przewodniczącemu Konradowi Fijołkowi za nieumieszczenie w porządku obrad debaty nad warunkami budowy stacji telefonii komórkowej w Rzeszowie. Grzmiał, że taki projekt złożył w biurze rady 7 dni temu i dlatego zaniechanie przewodniczącego stanowi złamanie regulaminu. Od razu głos zabrał przewodniczący Komisji Statutowej Andrzej Dec i podjął się trudnej roli bezpłatnej edukacji niedouczonego statutowo Jacka Kiczka. Wyłożył mu w bardzo komunikatywnej formie, że 7-dniowy termin przysługuje prezydentowi. Skoro, póki co, nie jest on jeszcze prezydentem, to obliguje go 10-dniowy termin. Myślałem, że po dżentelmeńsku radny przeprosi przewodniczącego. Ale widocznie na jego partyjnych konwentyklach nie uczą zasad porządnej kindersztuby.
Sporo zbędnych emocji wywołał projekt uchwały o powołaniu w Rzeszowie Miejskiego Zakładu Transportu, nowej jednostki, która zajęłaby się organizacją i kontrolą funkcjonowania komunikacji miejskiej. Pomimo, że ten problem młócono wielokrotnie i wszechstronnie na posiedzeniach stosownych komisji, obecność mediów spowodowała oracyjne popisy stałych niedowartościowanych harcowników. I znowu wymłócono furę nikomu niepotrzebnej słomy tylko po to, aby niektórym radnym ulżyło. Przecież o wiele przyjemniej w kwestii ulżenia iść na piwo w dobrym towarzystwie. Dyrektor Bęben, od unijnego grosiwa, musiała znowu tłumaczyć, że skorzystanie z tych środków wiąże się z przetargową procedurą na transport miejski. Wiceprezydent Ustrobiński zaś cierpliwie wyjaśniał, iż Rzeszów jest ostatnim miastem w Polsce, który ma tak przestarzałą i niewydolną organizację komunikacji miejskiej. W konsekwencji przytłaczającą większością MZK w Rzeszowie został powołany.
Wesoło zrobiło się przy uchwalaniu przekazania przez miasto rocznej doli na rzecz Związku Gmin Wisłok. Wszyscy próbowali dociec, czegóż korzystnego dla miasta to stowarzyszenie dokonało? Wychwalano pod niebiosa szczytne zamierzenia statutowe, które dotychczas pozostają jednak w sferze pobożnych życzeń. Poza wygłaszaniem stosownych bożodopomożeniowych frazesów naczalstwo tego związku niczego praktycznego nie zrealizowało. Jednym z podstawowych zadań stowarzyszenia jest oczyszczenie dorzecza Wisłoka. A gołym okiem widać, że śmieci wody nadal niosą, a nawet płynie ich jakby więcej. Pomimo uzasadnionego sceptycyzmu, finansową dolę uchwalono w nadziei, że Duch Święty być może twórczo natchnie stowarzyszenie i miasto uzyska odczuwalnie dobrodziejstwo jego działalności.
Jeśli pojawia w obradach sesyjnych jakaś kwestia związana z aktywnością biznesową Ryszarda Podkulskiego, kilku prawych i sprawiedliwych radnych przeżywa prometejskie męki i stara się uwalić wszystko co się da i czego nie da się z proponowanych uchwał. Tak było i tym razem, gdy pojawił się problem planu przestrzennego zagospodarowania rejonu ulic Słowackiego i Dymnickiego. Niczym ten jedyny pozytywny bohater na skale, wystąpił radny Kiczek. Nie podobało mu się w galerii „Rzeszów” wszystko, a bardzo podobało mu się bajoro, które w tym miejscu było wcześniej. Mówił o jakichś ciągach pieszo-jezdnych, których nie ma i o braku chodnika od ul. Dymnickiego. Nie podoba mu się zjazd na teren prywatny i dach na galerii, który nie nawiązuje do staromiejskiej zabudowy. Zdumiewa tylko to, że jego estetyczne upodobania działają selektywnie. Idiotyczne ogrodzenie pomieszczonego obok IPN oraz forma jego budynku łącznie z dachem już podoba mu się, jak najbardziej, chociaż ma tyle wspólnego ze staromiejską zabudową, a nawet prawdziwą architekturą, co szanowny obywatel Dżeki Marchewa z lwem salonowym. Próbował snuć przypuszczenia o ohydnym widoku galerii z lotu ptaka. Sądzę, że przy takim estetycznym nastawieniu może lepiej pozostać przy widoku z perspektywy charta.
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz