czwartek, 13 listopada 2008

Rżnięcie głupa

Nasze wesołe z natury władze nie dają zapomnieć o sobie światu. I słusznie! Jeszcze ten świat pomyślałby sobie, że spoważnieliśmy. Zaczęliby wówczas poważnie nas traktować i kto ten ciężar mógłby udźwignąć? Bliźniacy? Pawlak? Drzewiecki? A może Kurski ze Szczypińską? Sama myśl już jest ucieszna. Wszystkie bez wyjątku ekipy rządzące napompowały w nasze stocznie ciężkie miliardy naszych podatków tylko po to, aby stoczniowcy mogli godnie żyć. Los pracowników kilku tysięcy padających zakładów, z kilkoma milionami zatrudnionych, nie wywołał nawet drobnej bruzdy na zamyślonym czole któregoś z władców. No, ale w PGR czy Rzeszowskich Zakładach Mięsnych nie było żadnej kolebki. Ba, nie było nawet przyzwoitego płotu do skakania. Te ciężkie miliardy naszych pieniędzy poszły w błoto, ponieważ żadnemu rządzącemu nie przyszło do głowy, że tego interesu należałoby jakoś przypilnować. Za to Kowalskiego będą chcieli sadzać do paki za popełnienie błędu na dwa złote w rozliczeniu podatkowym. Ale tu jest Kowalski, a nie kolebka! Stoczniowcy tak przyzwyczaili się do manifestowania w Warszawie na każdy temat, że popieprzyła im się ta stolica z Brukselą. Uważali, że dobrze oflagowana, zwłaszcza solidarycą, brukselska ekskursja z trąbami i porykiwaniem zrobi na unijnych urzędnikach takie samo wrażenie, jak na Millerze i Tusku. Zdumieli się niepomiernie, gdy okazało się, że Bruksela „Solidarność” ceni, ale wyłącznie jako zjawisko historyczne, godne akademii, a nie pojęcie ekonomiczne. Uważa bowiem, że gospodarka ma tyle wspólnego ze styropianem i etosem, co wąsy Putry z wąsami Piłsudskiego. Tylko pozornie pasują. W dodatku stoczniowcy zaczęli wzajemnie wygryzać się, aby tylko utrzymać się na powierzchni. Ci z kolebki chcieli nawet manifestować w Brukseli, aby tych z Gdyni nie ratować, bo są trefni i jacyś tacy jakby mało rezolutni i etosowi.

Trzeci już z kolei rząd nie jest w stanie sformułować sensownego programu naprawczego dla naszych stoczni. Każdy widzi tylko możliwość dalszego marnowania naszych podatków, aby uzyskać święty spokój. I stało się! Unijna komisarz powiedziała i zawnioskowała to, co nasi powinni już dziesięć lat temu. I minister Grad i stoczniowcy i cała manifestacyjna logika obudziła się z ręką w nocniku. Można za Grekiem Zorbą rzec, katastrofa! Ale czy widziałeś kiedyś tak piękną katastrofę? W dodatku na własne życzenie, ta tworzona przez PRL potęga stoczniowa, popłynie kilem do góry. Tylko dlatego, że nie było chętnego do poważnych i konsekwentnych rozmów ze stoczniowcami, bez kołysania kolebki i tłumnego porykiwania.

Nie wiem dlaczego, ale od czasów Kwaśniewskiego żadnej ekipie nie udało się mianować rozgarniętego w miarę ministra od sportu. Na tym bezbarwnym tle nieudaczników pani Jakubiak jawi się jak wyjątkowej jasności gwiazda. To, że premierowy bliźniak wynalazł Lipca, nie dziwota. Taki wybierający, jak i wybrany. Chociaż Lipiec przy wielkim edukatorze Giertychu i tak mógł robić za orła. Tenże Lipiec w jakimś swoim widzie postanowił naprawiać nadgryzioną urodę rodzimego balona kopanego w taki sposób, że postanowił pokazać to, czego nie miał, czyli władzę nad tymże balonem. Natupał, napodpisywał durnych zarządzeń, naopowiadał głupot, aż w końcu go skuli i posadzili w pierdlu. W dodatku to wszystko europejskie władze od tego balona kazały naszym władcom odszczekać. I ci szczekali. Nastał Drzewiecki i znowu zrobił wojnę tuż przed wyborami w PZPN. Co zyskał? Smród, śmiech i najmniejszego pożytku. Sprowokował sytuację będącą klasycznym dylematem konstrukcyjnym zbieżnym. To znaczy, że obojętnie jakie rozwiązanie nastąpi, będzie ono złe. Dlaczego? To proste. Jeśli Drzewiecki uprze się przy swoim komisarzu i zawieszeniu władz PZPN, naszych kopaczy europejskie władze balonowe karnie wywalą z rozgrywek eliminacyjnych, a w dalszej perspektywie pozbawią nas organizacji Euro 2012. Jeśli minister wycofa się, śmiechu będzie co niemiara i pewnie nikt poważnie nie będzie go już traktował, podobnie jak i naszych deklaracji rządowych. Chyba, że nasz rząd nie widzi realnych możliwości podołania wymogom stawianym organizatorom mistrzostw Europy i w ten idiotyczny sposób chce się od tego wyłgać, polecając Drzewieckiemu rżnięcie głupa ku uciesze cywilizowanego świata. Już byliśmy i błaznem i papugą narodów, ale głupa jeszcze nie rżnęliśmy. Może nadeszła pora?

październik,
Roman Małek

Brak komentarzy: