czwartek, 13 listopada 2008

Strategia bobasa

Nasza rzeczywistość medialna błyszczy politycznymi brudami niczym szwejkowska piwiarnia z portretem Najjaśniejszego Pana upstrzonego przez muchy. Pojawiają się nowe zawołania, albo dotychczas znanym nadaje się nowe znaczenia. Mądrości od tego nie przybywa, ale zabawy i owszem. Do głowy nie przyszłoby mi, że z alimentów można zrobić polityczny kabaret we własnym sosie. A czy ktoś wpadłby na pomysł nazwania, uświęconych wallenrodowskim rodowodem dążeń stoczniowców, kretynizmem? A jednak!

Alimenty – polityczny oręż wśród prominentów PiS. Prezes Kaczyński, który na razie ojcuje tylko kotu, partii i ojczyźnie, poczuł się okropnie zniesmaczony etycznie chęcią zmniejszenia alimentów przez dziecioroba Dorna, do niedawna umiłowanego trzeciego bliźniaka, pomimo że ten preferował suki, a nie koty. Ten etyczny dyskomfort wyartykułował telewizyjnie również chrześcijański, jak najbardziej, etyk Gosiewski. Prawie łzy lał nad sierocą dolą pacholąt Dorna. Jego na wskroś chrześcijańskie serce krwawiło z tego powodu niemiłosiernie, chociaż przecież niedawno tenże Dorn ochrzcił się po bożemu. Na drugi dzień matka dziecka Gosiewskiego obwieściła, że onże zdecydowanie olewa swoje ojcowskie powinności alimentacyjne i że będzie w tej sprawie tłumaczył się w sądzie. Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział… chciałoby się rzec za wieszczem. A tak w ogóle, to ciekawie w tej chadeckiej partii pojmują małżeńską wierność i przysięgi przed ołtarzem, że nie opuszczę cię aż do śmierci…Dotyczy to również wierności w innych sferach.

Autoretoryk – zdaniem Poniedzielskiego, to wcale nie chwalca auta, ale chwalca siebie. Taka refleksja spadła na niego niespodziewanie, gdy doznawał intelektualnej rozkoszy zgłębiania płycizny w oracji prezesa nad prezesami. Smutny ten Poniedzielski stał się jeszcze bardziej, gdy uświadomił sobie znaczenie kota w polityce. Że Ania Żebrowska miała kota na punkcie kota, to było nawet urocze. Ale żeby mieć kota na swoim własnym punkcie? Tak potrafi tylko prezes. No, może jeszcze jego duplikat.

Kretynizm – według związkowców stoczniowych jest to chęć istnienia przez innych stoczniowców. Mogą za nasze wielomiliardowe pieniądze i unijną łaskawość istnieć tylko jedni, ale inni już nie. Najbardziej na ten temat gardłują ci z KOLEBKI wszelkiego robotniczego dobra, miłosierdzia i solidarności, czyli gdańscy, dziedziczący najważniejszy w Polsce płot i ogromne długi, które powinniśmy bez szemrania spłacać my i Unia. Słownik definiuje kretynizm jako chorobę wrodzoną spowodowaną niedoczynnością lub brakiem tarczycy, powodującą matołectwo. Po kim mogli stoczniowcy tę paskudną przypadłość odziedziczyć? Po budującym Gdynię Kwiatkowskim, łożącym ogromne pieniądze na stocznie PRL czy po kolebce?

Strategia bobasa – reakcja prezesa i jego duplikatu na poczynania dyplomatyczne ministra Sikorskiego. Polega ona z grubsza na poryczeniu w kącie w nadziei, że ktoś to usłyszy i użali się nad mizerią losu pobekującego szczyla. Piękna figura stylistyczna, chociaż z drobnymi zastrzeżeniami. Co do bobasa całkowita zgoda. I postura i mentalność adekwatna. Natomiast strategia już jest pojęciem jakby z innej bajki. Chociaż mizernego wzrostu Napoleon coś o strategii wiedział. Ale prezes? No, ale nie nauka lecz chęć szczera czyni z ciebie… prezesa. Że rymu nie ma? Gdy wazeliny ubędzie, to i rym będzie.

Tych dwóch – wymyślony przez marszałka Komorowskiego synonim dla kaczych bliźniaków. Tych dwóch, to mniej więcej tak, jak Komorowski z tych Komorowskich, a Niesiołowski z tych Niesiołowskich. Chociaż w Malawie mają nieco inne, bardziej czytelne odniesienia. Należy jednak uważać, bo może okazać się, że tych dwóch, to jak innych trzech. Za marszałkowania Dorna już to przerabialiśmy. I co będzie jeśli za trzeciego zacznie robić ojciec, za przeproszeniem, dyrektor? Póki co dwuwiersz tuskowego wieszcza, marszałka Komorowskiego – Lech Wałęsa zuch / starczy na tych dwóch – brzmi mobilnie i optymistycznie.

Wartość bezwartościowa – tak w ocenie Urzędu Marszałkowskiego została zdefiniowana krytyka nieskuteczności urzędniczych poczynań w sprawie lotniska. To mniej więcej to samo, co idea bezideowa, płeć bezpłciowa czy wódka bezalkoholowa. To kwestia gustu, ale ja wolę czytelną ideę, wyrazistą płeć piękną i wódkę z gradusami. Zapewne nie odbiegam od ogólnej normy, oczywiście z wyłączeniem inaczej wartościującej marszałkowskiej zwierzchności. Dla mnie ten zacny urząd jest już sam w swojej wartości bezwartościowy. No, chyba że podliczymy nasze koszty jego utrzymania, to wówczas będzie jego wartość niebotycznie wysoka. Słyszałem ostatnio, że jeszcze nieukończony pałac marszałkowski jest już za mały dla urzędniczych ambicji. Słusznie! Budować czym prędzej drugi, najlepiej w Pysznicy.

wrzesień,
Roman Małek

Brak komentarzy: