czwartek, 13 listopada 2008

Spodnie Stalina

Powakacyjna sesja miejskich radników została zdominowana przez dwie kwestie. Każda na swój sposób ucieszna w przebiegu, chociaż wywołująca nieśmeszne refleksje. Inwencja twórcza radnych musi jednakowoż budzić respekt nawet najbardziej wybrednych wielbicieli kabaretowego kunsztu.

Wpierw pojawił się od lat cykliczny problem funkcjonowania rzeszowskiego MPK. Ta swoista kwadratura koła działa jak bumerang i zawsze kończy się tym samym, czyli niczym. Jednak w czasie ostatniej sesji było pewne novum. Otóż na sesyjną galerię przybyli komunikacyjni związkowcy z kamerą i dokumentowali z wykrzywionej, sufitowej perspektywy przebieg biletowej debaty. Chociaż tak naprawdę debata stoczyła się z biletowej na ocenną równię pochyłą. Prawa strona starała się sponiewierać prezydenta za jakąś tam „negocjacyjną słabość” w zmaganiach ze związkowcami MPK. W czasie poprzedniej debaty na ten temat mieli odmienną opinię. W dodatku nie podjęli nawet próby zdefiniowania tego zjawiska. Po prostu ograniczyli się do najbanalniejszej retoryki politycznej bez tworzenia wrażenia sensownego poszukiwania rozwiązania. Same obiegowe komunały o funkcjonowaniu komunikacji miejskiej wywołują już tradycyjnie uzasadnione rozbawienie obserwatorów. Jedno nie podlega dyskusji. Z problemem MPK należy coś sensownego i praktycznie efektywnego zrobić. Samo narzekanie tej kwestii nijak nie rozwiąże. Zaś zwiększanie dotacji miejskiej dla ratowania kondycji finansowej niereformowalnego przedsiębiorstwa jest działaniem Janosika po nowemu. Zabrać bogatym i biednym nie dać. Ponadto idiotyczne i puste hasło powiązania wzrostu cen biletów w wzrostem jakości usług, to mniej więcej to samo, co wymaganie od radnego Kultysta obywatelskiej mądrości i poszanowania zasad politycznej kindersztuby. Po niemal dwugodzinnym przelewaniu z pustego w próżne cała sprawa utknęła w punkcie wyjścia. Wszyscy zgodzili się, że z komunikacją nie jest dobrze. Skoro radni nie mieli pomysłu na wymyślenie komunikacyjnego prochu, problem zepchnęli do komisji. A tam niby kto zasiada? Jacyś mędrcy tego świata, czy ci sami radni? I wszystko jakoś kręci się!

Późniejsze obrady biegły już rutynowo, aż do czasu cudnej urody wystąpienia radnego Jacka Kiczka, jako żywo wyjętego z teatru absurdu. Otóż kropnął on taką inicjatywą, że najstarsi górale zgłupieli po baraniemu. Zaproponował uchwalenie przez Radę Miasta przytulenie do partnerskiego biustu Rzeszowa gruzińskiego miasta Gori. W dodatku wyglądał zupełnie trzeźwo. Domyślam się, że chodziło mu o święte oburzenie z powodu bombardowania rosyjskiego. Ale trafił, jak Amorem w teściową. Propozycja ta ma jednak urok niezwykły, jak na funkcjonariusza PiS. W Gori urodził się i spędził dzieciństwo nie byle kto, bo sam Józef Wisarionowicz Stalin. Do dziś w tym mieście jest niekwestionowanym bohaterem, niemal świętym mężem. Pomnik wielkiego Gruzina w Gori ma samych spodni Stalina coś z dziesięć metrów. Ponadto miasto ma znakomite muzeum i parę imion Wisarionowicza z różnych okazji. Wtajemniczeni twierdzą, że w tym mieście zamieszkuje liczna rodzina generalissimusa, która cieszy się wielką estymą pobratymców. Ma swoich przedstawicieli wśród najwyższych władz miejskich i nie tylko. Jeśli ta wyjątkowo ucieszna inicjatywa wesołka radzieckiego, Jacka Kiczka przyjmie się, to mam kilka propozycji programowych. Można w Rzeszowie utworzyć filię stalinowskiego muzeum z Gori, można zaprosić przedstawicieli rodziny wodza, zasiadających we władzach, na sesję panelową na temat wyższości kultury stalinowskiej nad kulturą kiczkowską, zorganizować sesję naukową na temat wyższości Jacka Kiczka nad mniejszością gruzińską w Abchazji, zakupić fajkę Stalina i kieliszek, z którego pił toast po podpisaniu układu Ribbentrop-Mołotow, wydać miejskim sumptem w skórze dzieła wybrane Józefa Stalina, w okrojonej wersji może być tylko jego wiekopomny traktat językoznawczy. Sam miłośnik Gori, radny Kiczek, powinien bez wahania kupić halabardę i pośpieszyć na odsiecz Gruzinom. Wprawdzie to nie to samo, co u hetmana Żółkiewskiego, ale zawsze coś. Ponadto jest jeszcze kilka innych miejscowości godnych inicjatywy radnika Kiczka. Swoje miejsce urodzenia mają także: inny Gruzin Ławrentij Beria, Feliks Dzierżyński, Kim Ir Sen, Mao Tse Tung, Idi Amin, Fidel Castro i paru innych. Zatem pole do poPiSu jak najbardziej spore. Nie wiem dlaczego dziwią się, że pijany traktorzysta zaorał 50 metrów drogi asfaltowej. Szczęść Boże, radny Kiczek, w tej orce!

wrzesień,
Roman Małek

Brak komentarzy: