I znowu mamy w telewizji, za przeproszeniem, publicznej widowisko jak na pogrzebie cygańskim. Jedni płaczą, inni klaszczą, a łyse konie żwawo ciągną furę z trumną. Publiczna to ona staje się dlatego, że od jakiegoś czasu panuje w niej coraz większy burdel, w którym tylko nieciężkich obyczajów pensjonariusze zmieniają się, ale firma nie. Ani trochę! Tylko pyszczą wszędzie, że niewdzięczne ludziska nie chcą płacić abonamentu. A niby za co? Za oglądanie cyferblatu Wildsteina, Pospieszalskiego i coraz głupszych seriali? Jedyne co w niej godne uwagi, to wznowienia produkcji z lat 70. i 80. Ale ileż razy można oglądać Dyzmę, Samych swoich i Czterdziestolatka? Kiedyś do głowy by mi nie przyszło, że na tym zapyziałym tle za prawdziwą gwiazdę będzie robił kowboj Cejrowski. Ale taka jest realna rzeczywistość. Sejm już kolejny raz podchodzi do nowelizacji ustawy o mediach publicznych i po raz kolejny nieskutecznie, bo prezydent chce ugrać dla bliźniaka prezesa jakąś medialną synekurę. Wpierw pismani pozwolili na stołku prezesowym powygłupiać się Wildsteinowi. Później postawili na renesansowego specjalistę od wszystkiego, czyli Urbańskiego. Też nawygłupiał się trochę. Aż ni z gruszki ni z pietruszki cały zarząd Urbańskiego poszedł na hak i zawisł. Do stolca dorwał się faszyzujący wszechpolak, w dodatku z giertychowskim zadęciem i ten dopiero zaczął w publicznej farfalić jak się patrzy. Powywalał kogo chciał, pozatrudniał uzdolnioną zadymiarsko brać wszechpolską, z którą pozawierał takie umowy, że same odprawy wystarczą im na przyzwoite życie. Telewizja publiczna zaczyna coraz bardziej przypominać agencję towarzyską. W efekcie wtrącił się w tę całą zabawę minister skarbu, jako właściciel całego majdanu i mamy znowu dwóch prezesów, czyli tak naprawdę żadnego. Premier kryguje się jak panienka i niby nie chce ingerować, bo na bałagan nie ma mądrych, a tu karuzela zasuwa w coraz bardziej pijanym widzie. Prezes Farfał wywalił biura konkurencji, czyli Bochenka i Siwka z Woronicza na banicję przy Powstańców Warszawy. Od razu rozpoczęła się jak za Urbańskiego zabawa z włóczeniem po sądach. Prostą i oczywistą kwestię znowu rozstrzygnie sąd, bo idiotyczną rzeczywistość medialną zafundowali nam za nasze pieniądze niedouczeni politycy z ambicjonalnym przerostem chcieć, a niedoborem umieć. A cała generacja starszych dziennikarzy z rozrzewnieniem wspomina czasy Szczepańskiego i Kwiatkowskiego. Okazuje się, że aktualnie nawet wierzący z wierzącym nie jest w stanie dogadać się o cenę sumienia. A w Rzeszowie telewizją kieruje wybitny specjalista, ale od zadymiania a nie telewizyjnej roboty. Widocznie potrafi nieźle farfalić.
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz