Z okazji Dnia Mężczyzny, 10 marca, prezes I Ogromny skrzyknął pod Pałac Namiestnikowski całe swoje towarzystwo na moherowy dżihad przeciw wrażym pismakom, opluwającym święty gniew owej grupy towarzyskiej. Chociaż niektórzy twierdzą, że ta zabójcza regularność miesiączkowania prezesa ma podłoże czysto medyczne, a nie wojenno-polityczne. Nie nam to rozstrzygać. Zdumiewać nieco musi jednak fakt, że ci gorliwi, wielomiesięczni obrońcy krzyża smoleńskiego nawet nie zająknęli się, aby ten symbol broniony na Krakowskim Przedmieściu odwiedzić aktualnie w kościele św. Anny. Stoi tam sobie, nie niepokojony przez żaden prezesowy żywioł, niczym kościelny mebel, zgodnie z intencją abp Józefa Michalika. Trudno temu dziwić się, gdyż nie da się już pod nim przemawiać i palić ani pochodni, ani ognia jakiejś narodowej krucjaty. Nie zauważyłem na twarzach zgromadzonego ludu prezesowego żadnego modlitewnego skupienia, lecz coś zupełnie odmiennego, pasującego bardziej do bitewnego zgiełku. Chociaż modły zanoszono, jak najbardziej, i pieśni nabożne tudzież. Prezes wygłosił płomienny pean na cześć prawdy, którą rzekomo posiada. Pani Jakubiak zaś twierdzi, że skoro prezes posiada jakąś wiedzę, to ta wiedza powinna znaleźć się w pewnym organie. Nie sprecyzowała bliżej w którym i czyim organie.
Pewnie nie pisałbym o tym rutynowym i nudnym już zjawisku, gdyby nie pojawił się nowy, ucieszny akcent tej happeningowej celebry. Niejaki Dominik Taras, jajcarz warszawski, postanowił w tym samym czasie i w tym samym miejscu urządzić uroczyste obchody 71. rocznicy urodzin Chucka Norrisa, nota bene religijnego fundamentalisty i amerykańskiego ksenofoba. Zatem, gdy prezes walił natchnioną mowę do ludu Warszawy oraz księcia Poniatowskiego i jego konia, miał zapewnione nietuzinkowe tło akustyczne, gdyż pojawiły się „w tak pięknych okolicznościach przyrody” nowe środki wyrazu w postaci śpiewanego na półtorej setki gardeł „Sto lat” i zharmonizowanego gwizdu w trzech tonacjach. Całość nabrała artystycznej głębi i ekspresji. Chociaż z jakiegoś powodu należnego entuzjazmu na posągowym obliczu prezesa nie dostrzegłem. Pan Taras zapowiedział, że nie ustanie w swoich wysiłkach i będzie nadal wspierał prezesa w jego happeningowych upodobaniach. Na 10 kwietnia przyszykuje jeszcze okazalsze obchody 59. urodzin innego ekranowego mordobijcy amerykańskiego, Stevena Seagala. Może w tym jest metoda na głupotę i kołtunerię?
Roman Małek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz