W Paryżu Polacy zawsze znacząco wpisywali się w historię miasta i Francji. Chociażby w rzeczywistość monarchistyczną, rewolucyjną, napoleońską i artystyczną. Ale żaden z nich nie postawił na głowie obyczajowych, kulturowych i religijnych kanonów. A Maria tego dokonała i to w jakim stylu! Jako pierwsza kobieta celująco zdała egzaminy wstępne i została przyjęta na fizykę i chemię w paryskiej Sorbonie. Wkrótce zdominowała swoje studenckie środowisko, nie miała sobie równych. Poznała Piotra Curie, który nie zamierzał żenić się, lecz poświęcić wyłącznie nauce. I co? Oświadczył się, nie widział świata poza Marią! Ślub odbył się w merostwie, bez żadnej powtórki kościelnej. Zgroza, kto to widział! U Skłodowskich pod ruskim zaborem zawrzało i ho, ho, ho, albo i dłużej Piotr nie był traktowany jako jej mąż, a parafialny klecha ponoć grzmiał o powrocie Sodomy i Gomory. Jak to, bez pokropku przy ołtarzu? Ale paryscy uczeni takie obiekcje olewali, ślub obyczajnie uhonorowali, zrobili ściepę i w prezencie ślubnym młodzi dostali nawet dwa welocypedy. Żaden z biografów do końca ich małżeństwa nie był w stanie znaleźć nawet drobnej rysy.
Szowinistyczny świat męskiej dotychczas nauki nie mógł zdzierżyć konkurencji niezwykłego umysłu drobnej, skromnie noszącej się kobiety, trochę kokieteryjnej, świetnie władającej kilkoma językami, która w dodatku rewolucjonizowała naukę, tworzyła zupełnie nową epokę. W gruzach legła teza o niezmienności pierwiastków, udowodniła rozpad atomu połączony z wydzielaniem energii, stworzyła podstawy atomistyki. Dostała katedrę na Sorbonie i prawie nominację do Francuskiej Akademii Nauk. Tego było już za wiele! Rozpoczęła się bezprzykładna nagonka na naszą noblistkę. Czegóż jej nie insynuowano! Rozbijanie małżeństwa, żydowskie koneksje, naukowe blamaże, podszywanie się pod dorobek uczonych panów, a nawet plamienie honoru nauki francuskiej. Czyli wszystko, mniej więcej, jak w antyferencowskiej kampanii wyborczej w Rzeszowie. W tym czasie jednak dostała drugą Nagrodę Nobla, tym razem samodzielnie z chemii za odkrycie radu. Odradzali jej wyjazd po jej odbiór, aby uniknąć ewentualnego skandalu. Ale nie z Marią takie numery! Pojechała, wróciła w glorii. Solidnie sponiewierała nie tylko paryskich pismaków, których zmusiła do przepraszania i stosownego szacunku. A były to czasy, kiedy kobiety nie miały nawet praw wyborczych, że o jakimś takim wynalazku jak równouprawnienie nie wspomnę. Ale nasza rodaczka znała swoją wartość i nie zamierzała ustępować kołtunerii, bigoterii, głupocie i zwykłej zawiści. Wymusiła szacunek swoimi naukowymi dokonaniami i niezwykłą stanowczością.
Całkowicie zaskoczyła, nie tylko Francuzów, ale i cały wówczas cywilizowany świat swoją filantropią w czasie I wojny światowej. Otóż, z determinacją zorganizowała całą jednostkę radiologicznych pojazdów militarnych, które we frontowych lazaretach miały wartość bezcenną. Wówczas dopiero narodziła się legenda Marii Skłodowskiej-Curie. Stała się symbolem bezinteresownego dobrodziejstwa dokonań naukowych dla egzystencjalnej kondycji zagrożonego człowieka. Dla wszelkiej maści feministek, sufrażystek i czego kto chce stała się symbolem, niekwestionowaną wartością kobiecych możliwości. Gdzie tylko pojawiła się, budziła podziw i zdumienie, że taka skromna, drobna kobieta w czerni, będąca naukową potęgą nie jest jakimś kobietonem w spodniach lecz byłą żoną, matką dwóch córek, a równocześnie ciepłą i nieco filuterną istotą. Szkoda, że w obiegowej świadomości utrwalono jej nieprawdziwą, sztuczną wersję posągową. To była kobieta z krwi i kości, znająca swoją wartość i nie lękająca się żadnej przeciwności losu.
Już w latach dwudziestych minionego stulecia nie musiała o nic walczyć, ani zabiegać. U jej stóp leżał nie tylko naukowy żywioł, leżał Paryż, Francja i cały mocarny świat. O przyjaźń z nią zabiegali wszyscy wielcy artyści, uczeni i politycy. Nigdy nie ograniczała nikomu możliwości korzystania ze swoich odkryć naukowych. Gdyby tylko chciała je opatentować, pewnie fortuna Rockefellera byłaby przy jej fortunie tylko mizerną namiastką. Ale to dla niej nie miało żadnego znaczenia. I za to ówczesny świat niemal oszalał na jej punkcie. Maria Skłodowska zdołała przeorać skostniałą, kołtuńską i klerykalną rzeczywistość fin de sieclu, nie zatracając niczego ze swojej kokieteryjnej kobiecości, swobody i niezależności. Potrafiła bezwzględnie i do końca realizować swoje naukowe i życiowe pasje. Wolę taką naszą rodaczkę, aniżeli zimny posąg. A inny geniusz jej epoki, Albert Einstein uznał ją za jedyną osobę, spośród tych, które znał, której nie zdemoralizowała sława. Kto jak kto, ale on wiedział, co mówi!
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz