Pojawia się jednak coraz więcej publikacji, które ten posągowy, lakierowany i stąd nieprawdziwy wizerunek przywracają do właściwego wymiaru. Taką publikacją jest niewątpliwie „Egzekutor” Stefana Dąmbskiego. Lektura szokująca w swojej wymowie. Widać, że autora bezmiar zła, którego dotknął uwierał w powojennym życiu, a z pewnością i przerażał. Dlatego dokonał swoistej wiwisekcji.
Jako 17-latek z Dylągówki wstąpił w 1942 roku do oddziału AK, gdzie zajął się likwidacją Niemców i konfidentów. Po wojnie kontynuował działalność konspiracyjną. Wyroki zapadały z niezwykłą łatwością i z taką samą łatwością ówczesny egzekutor Dąmbski je wykonywał. Nie miało najmniejszego znaczenia to, czy strzelał do kogoś nieznajomego czy własnego przyjaciela. Dla niego istotniejsze były takie kwestie, jak wybór broni oraz to, gdzie strzelić, aniżeli jakieś rozterki natury moralnej. O skali psychicznego spustoszenia może świadczyć beznamiętność jego relacji. O egzekucji opowiada tak, jakby relacjonował wyprawę na ryby. „Strzelałem do ludzi jak do tarczy ćwiczebnej”, „lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed egzekucją, krew tryskającą z rozwalonej głowy”. Jedyną refleksją w czasie strzelenia do głowy swojej ofierze jest konstatacja, że parabelka idealnie pasuje do ręki. Ileż radości sprawiło mu wbicie gwoździa w głowę śpiącego starszyny armii radzieckiej, który przecież nic mu nie zawinił. Skoro dowódcy posyłali na takie akcje swoich podwładnych „z Bogiem”, to który z tych bogów szedł z Dąbskim?
Najbardziej tragiczne i nieludzko obrzydliwe są egzekucje wykonywane już po wojnie. Wielka trójka podzieliła w Jałcie i Poczdamie powojenną Europę i żadne podziemie nie było w stanie tego zmienić, choćby było najbardziej niepodległościowe. Mogło jedynie przysporzyć nieszczęść i ludzkiej niedoli. Z jakąż łatwością podziemie to ferowało wyroki! Padali od kul takich egzekutorów jak Dąmbski, stróże porządku publicznego, przedstawiciele nowej władzy, a nawet tylko inaczej myślący Polacy. Racja wówczas była jedna, jedyna. Pojawienie się innej było równoznaczne ze śmiercią. Jakaż to granica słuszności i obrony interesu narodowego ją wyznaczała, skoro jej przebieg i rację stanu określał dowódca oddziału?
Bezsens wykonywanych po wojnie wyroków obrazuje chociażby prawdziwe polowanie na rodzinę zwykłych złodziejaszków wiejskich. Nikt nie przejmował się takimi drobiazgami jak zwykła pomyłka w czasie egzekucji, w wyniku której ginęli całkowicie niewinni ludzie. Jeszcze brzydszą kartę tego okrucieństwa opisuje Dąmbski w egzekucyjnych wyprawach do wiosek częściowo zamieszkałych przez Ukraińców. Mordowano w okrutny sposób Bogu ducha winnych ludzi, nie wyłączają dzieci. I gdzież tu jakaś logika? W ten sposób zamierzano pacyfikować nacjonalistyczne nastroje ludności ukraińskiej?
Nie dziwię się, że ta wspomnieniowa książka spotkała się z obrzydzeniem u kombatantów AK. Burzy bowiem wyidealizowany wizerunek rycerskich szeregów tej organizacji. Próbują nawet kwestionować istnienie egzekutora Dąmbskiego. Właściwy wymiar tej wspomnieniowej relacji przywraca dopiero zrównoważona, wyprana z emocji recenzja znawcy i badacza niepodległościowego podziemia, historyka Ostasza. Przecież taka właśnie była również rzeczywistość realnie działającego podziemia.
Mnie zdumiewa jednak inne zjawisko. Egzekutor Dąmbski przejdzie do historii jako autor niezwykłej, szokującej, okrutnej książki o spustoszeniu jakie poczyniła w psychice młodego człowieka wojna i idea bezmyślnego patriotyzmu, upoważniającego do zabijania. A przecież najlepiej potrafił beznamiętnie zabijać. Ale tutaj spece od polityki historycznej zadbają o to, aby takich postaci nie było w świadomości historycznej. Czy to nie chichot historii?
Stefan Dąmbski, „Egzekutor”, Fundacja Ośrodka Karta, 2010.
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz