Wcześniej też czepiali się co bardziej dynamicznych parlamentarzystów. Spec od balona kopanego, trener Wójcik, gdy za bardzo nie wychodziło z balonem, zaciągnął się do koniczynek i poszedł na ludowo tyrać w Sejmie. Pomiędzy mozołem intelektualnym nad projektem ustawy o normalizacji gabarytów wymion krów rasy polskiej, a projektem dopuszczalności kąta zakrzywienia strąka fasoli szparagowej mamut, poszedł na podwieczorek palnąć śniadanie wiedeńskie, czyli dwie setki do jednej szklanki. Do tego koreczek i piwo. I co, nie miał prawa zaduć halny i targnąć posłem, gdy próbował wsiadać do samochodu? Poseł miał niby iść piechotą albo wygłupiać się z taksówką? Nie po to przecież kupował solidną brykę z immunitetem. A taka lublinianka po KUL-u, Elżbieta Kruk, pchająca wówczas pod wielką szklaną górę nasze audio-wizualne media? Aby nie dostać zadyszki, ta drobnej postury odpowiedzialna niewiasta, musiała coś tam, coś tam kaczorków, albo czegoś tam, czegoś tam przewrócić po pchaniu pod tę cholerną gorę radia, a przed pchaniem telewizji. Każdy trzeźwo myślący rodak to wie i rozumie.
Te przykładowe przypadki wskazują jednak na brak elementarnej troski o zdrowie wybrańców. Bo to wszystko wynika z niedostatków edukacyjnych. Trzeba tu pełną garścią czerpać od naszych ukraińskich sąsiadów. Przecież wystarczy podarować parlamentarzystom uprzednio przetłumaczone epokowe dzieło gen. Wołodymira Biriukowa, szefa Krymskiego Instytutu Prawa w Odessie, czyli poradnik dla ukraińskich milicjantów jak pić wódkę. Może zaprezentuję parę tam zawartych praktycznych i sprawdzonych mądrości. Okazuje się, że picie kolorowej gorzały jest wykluczone. Plami ona bowiem mundur i świadomość. Kluczowe znaczenie ma również zakąskowe menu. Należy bezwzględnie wywalić z biesiadnego stołu ryby, żółty ser i mięsiwo. To wszystko sprzyja upijaniu się. Zakąszać należy wyłącznie specjałami przyrządzonymi z gotowanych ziemniaków, marynowanych grzybów i kapusty kiszonej. Coś w tym jest, bo przecież do tak zasobnego stołu raczej nikt bez przymusu nie zasiądzie. A co na kaca, czyli syndrom dnia drugiego? Żadna ogórczanka czy żur drapiący po piętach. Żadne klinowanie! Później powiedzieliby, że on nie umarł, tylko kliny go rozsadziły. Najlepsza jest gorzka czekolada i szklanka wody z 10 procentowym amoniakiem. Skoro to wszystko działa u ukraińskich milicjantów, to dlaczego nie miałoby zadziałać u naszych wybrańców narodu? No, może z tą zakąską coś nie za bardzo. Ale cel chwalebny!
Osobiście nie potępiam przyłapanych na opilstwie parlamentarzystów. Przecież reprezentują naród, a ten abstynencją raczej nie grzeszy. Wracający z Belgii znajomy z dumą pokazywał mi butelkę ichniej mocnej wódki. Etykieta zawierała ostrzeżenie, że dawką śmiertelną są 3, 5 promile zawartości alkoholu we krwi. Niżej informacja, że nie dotyczy to Polaków i Rosjan. Rzeczywiście. Prawdziwy powód do narodowej dumy! Ostatnio znowu odnotowano niewiarygodny wyczyn pewnego bezdomnego, śpiącego w półnegliżu na peronie dworca w Cieszynie przy 10-stopniowym mrozie. Miał 10,24 promili i przeżył, nawet bez odmrożeń. Ale jeszcze kilka lat wstecz mieliśmy lepszych zawodników. Pod Skierniewicami usiłujący jechać rowerem chłop miał 12,3 promili, a pewien mieszkaniec Nowego Miasta Lubawskiego po dojściu do siebie dwukrotnie uciekał z prosektorium, gdzie lokowano go, gdyż na skutek kompletnego opilstwa nie dawał żadnych oznak życia. Ale bezwzględny, udokumentowany rekord świata padł w 1995 roku we Wrocławiu, gdzie odnotowano aż 14,8 promili. I jak tu wierzyć nauce i opatrzności? Delikwent to przeżył, ale w niezbyt odległym czasie zmarł w wyniku urazów w wypadku drogowym, gdy był całkowicie trzeźwy. A nasz wielki noblista od „Chłopów”, Władysław Reymont, nie zdołał w 1924 roku pojechać po odbiór swojej nagrody, gdyż nie dał rady wytrzeźwieć i w rok później zmarł z opilstwa.
Przecież takich aż strach zapraszać na wesele. Jeden wypije tyle, ile połowa pozostałych! To już lepiej zapraszać parlamentarzystów. Na zdrowie!
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz