sobota, 19 września 2009

Mocarstwo Sznurkiem Wiązane

Tym razem bardziej błyszczeli na nowatorskim językowo firmamencie dziennikarze i twórcy. Ale wbrew pozorom w polityce również nie zajadano się ogórkami lecz poszukiwano stosownych środków wyrazu, aby możliwie skutecznie dopiec antagonistom. Jednak najwięcej uwagi poświęcono skrobaniu rzepki we własnym zakresie, bez imprezowego i rocznicowego spoufalania się. Dużo było także nadymania się. No i lato obrodziło nam w ulęgałki, buraki oraz politycznych historyków.

Brudasy polityczne – to po popaprańcach naprawdę świeża konstrukcja językowa Lecha Wałęsy. Tak plastycznie określił on całą kamarylę, która otacza Kaczyńskich, cuzamen z otaczanymi. I zapewne wcale nie chodziło mu o niedostatki higieniczne, a wręcz przeciwnie. Musiał dopatrzeć się licznych plam na honorze, sumieniu i godności osobistej popapranych. Szczegółów jednak oszczędził. Ale należy mu z pewnością wierzyć na słowo, gdyż kiedyś kolaborował z tym towarzystwem na bardzo zażyłej płaszczyźnie. Po niemytym Murzynie Rydzyka – niemal językowa poezja! Dorobek twórczy Pana Lecha rośnie niemal tak, jak dorobek Dody pod biustonoszem.

Cześci – nie, tutaj nie ma błędu maszynowego. Nie chodzi bowiem o części tylko o dopełniacz liczby pojedynczej pojęcia cześć. Minister Grabarczyk czymś takim darzy szansonistkę skandaliczną, czyli Madonnę. Darzenie darzeniem, ale minister powinien jeszcze choć ociupinkę orientować się w zawiłościach gramatycznych ojczystej mowy i wiedzieć, że nie chce jej poskąpić należnej czci, a nie cześci, bo lud boży może nie znać się na żartach i zacznie robić sobie jaja z cześci ministerialnej! I co sobie wówczas pomyśli prezydent?

Mamrot – wysublimowany trunek, którym raczą się przysklepowi ławnicy w serialu „Rancho”, robiący za opinię publiczną, niczym chór mędrców w starogreckim teatrze. Spożywanie z gwinta tej boskiej ambrozji wymaga uprzedniego intensywnego treningu. W przeciwnym przypadku biesiadnik wysiada, przepraszam pada, już w przedbiegach. Wówczas i zdolny Chińczyk nie jest w stanie wymamrotać niczego, nawet po chińsku, a co dopiero po polsku! A taki Solejuk czy Pietrek potrafią! A Pietrek to i przebój wilkowyjski potrafi jeszcze skomponować. Mamrot, to za dobry trunek dla roztrenowanych i niewyrobionych politycznie.

Mocarstwo sznurkiem wiązane – tak pismak Piasecki określił stan naszej militarnej obecności na amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie. Pewien nielubiany przez piłsudczyków przedwojenny twórca określał ówczesne nasze mocarstwowe zapędy bardziej dosadnie, gdyż zwykł mawiać – boso, z gołą d… ale przy szabli i w ostrogach! Prowadzimy nie swoje wojny bez elementarnego zabezpieczenia technicznego i logistycznego. Każemy naszym oficerom i żołnierzom ginąć w amerykańskim interesie za czapkę gruszek, Bóg zapłać i transport zwłok do kraju. Za starą idiotyczną korwetę, zabytkowe herkulesy, salwę honorową i za szeroki uśmiech prezydenta USA. Spostrzeżenie Piaseckiego jest wyjątkowo trafne. Przedwojenne boso i golizna trwa, ale szabla i ostrogi istotnie trzymają się tylko na sznurkach.

Zakichany interes – tak z uśmiechem skonstatował koniczyna Żelichowski, odtrąbiony przez ministra Grada w duecie z premierem, sukces w stoczniowym geszefcie robionym z katarskimi handlarzami. Istotnie, kichanie nie należy do pożądanych skutków prowadzonego geszeftu. Pewnie kichalibyśmy i bez Kataru, gdyż handlowa mądrość nie jest najmocniejszą stroną naszego rządu, który wpuszczali w buraki i mniejsi od katarczyków. Słyszałem od swojego dziadka, że ponoć w Kłaju wymieniają katar na biegunkę, ale czy to coś pomoże? Chociaż przy biegunce nie cieknie z nosa, to przecież trzeba wykazywać się sporą szybkością reakcji i nie byle jakimi umiejętnościami manualnymi związanymi z błyskawicznym uwalnianiem się z przyodziewku. Niedostatki w tym względzie skutkują paskudnymi konsekwencjami sprzecznymi z czystością środowiska naturalnego. Jednak w interesach takie umiejętności mogą się sprawdzić.

Skok wylądowany – sportowy gadacz Snopek, tak skwitował popis, któregoś letnio skaczącego na Wielkiej Krokwi w Zakopcu boazera. Zgodnie z tą logiką onże skok musiał uprzednio zostać z pewnością najechany, następnie wyskoczony, później leciany i leciany, aby być wreszcie doleciany i wylądowany. Natomiast sam skoczek, który w skoku nie musiał brać udziału, poleciał dalej – może na piwo, albo do cioci Zuli na imieniny. Musiał ten Snopek przysypiać na lekcjach polskiego, albo nawet wagarować. Co gorsza w kiepskim, zbyt nienaumianym towarzystwie, które w dodatku było nienachciane do nauki. Ale to wcale nie przeszkadzało skoczkowi ładnie wylądować, nawet z telemarkiem, za co publiczność owacyjnie nagrodziła go.

Roman Małek

Brak komentarzy: