W sobotę, 4 października, odbyło się w Warszawie II Walne Zgromadzenie Kongresu Polskiej Lewicy. To bardzo cenna inicjatywa. Skonsolisowanie rozproszonej po niesławnej pamięci rządach Leszka Millera i jego następcy na stanowisku premiera Marka Belki powinno być w obecnej chwili najważniejszym celem całego środowiska lewicowego. Sądząc po frekwencji w wypełnionej po brzegi sali mogłoby się wydawać, że tak jest. Ale czy na pewno? Otóż nie! I najdobitniejszym tego przykładem była nieobecność na Zgromadzeniu Grzegorza Napieralskiego. Jak zwykle nie znalazł czasu na zaszczycenie swoją osobą tej, wydawać by się mogło, najważniejszej dla polskiej lewicy inicjatywy. Czyżby szef SLD uważał, że środowiska lewicowe to nie on i jego partia? Trudno się temu dziwić widząc ostatnie posunięcia SLD i sojusze, które zawiera. Innymi nieobecnymi byli szefowie ZNP - Sławomir Broniarz i OPZZ - Jan Guz. Wszyscy trzej wymienieni tłumaczyli swoją niebecność innymi ważnymi obowiązkami. A cóż w obecnej sytuacji lewicy może być ważniejszego od jej konsolidacji? Czy tych "ważnych obowiązków" nie można było przesunąć o kilka godzin? Wielu zebranych przyjechało do Warszawy z oddalonych o setki kilometrów miejscowości i to w większości na własny koszt.
Na Zgromadzeniu pojawiły się osoby, których obecność w tym gronie wydaje się co najmniej dziwna. Znalazł się wsród nich "ostry jak brzytwa" Józef Oleksy. Pewnie liczy na to, że znów uda mu się "załapać" do parlamentu. Co dziwne, jego obecność nie wywołała wśród zebranych żadnej negatywnej reakcji. Mało tego, został nawet specjalnie powitany przez prowadzącego obrady prof. Pawła Bożyka.
Bogdan Gorski, przewodniczący PPS, jako jedyny z zabierających głos napiętnował wywodzących się z SLD grabaży lewicy. Jak w trakcie tej wypowiedzi musiał czuć się zasiadający w prezydium, były sekretarz generalny SLD, Marek Dyduch, którego podstawowym obowiązkiem było strzeżenie linii programowej? Sądzę, że dobrze bo i on też potępiał w wystąpieniu swoich dawnych kolegów a zapewne z wrodzonej skromności pominął siebie.
Jaka przyszłość czeka KPL? Jakie są perspektywy rozwoju? Takie pytania zapewne zadawali sobie uczestnicy Zgromadzenia. Pora więc dać na nie odpowiedź. Moim zdaniem przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach. Średni wiek zebranych zapewne przekraczał 60 lat. Dominowali ludzie, którzy określani są mianem "sierot po PRL." Nie wiem czy na sali znalazło się kilkanaście osób poniżej 30 lat. Gdzie więc są ci młodzi, którzy powinni być przyszłością lewicy? Bez nich nie mamy szans na zaistnienie na scenie politycznej. Czy lewica zaniknie wraz z uczestnikami Zgromadzenia? Jeżeli lewica chce przetrwać musi znaleźć drogę do młodzieży. Do tych wszystkich, którzy chcą lepszego życia we własnym kraju a nie w Anglii, Niemczech czy Irlandii. Do nich powinna być skierowana linia programowa lewicy. To ludzi młodych trzeba wyrwać z marazmu i pokazać inną drogę niż ta, którą każą im iść katecheci. Drogę inną niż ta, na którą kieruje ich PiS i PO. I taki powinien być główny cel kampanii propagandowej KPL
Krzysztof Tinc







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz