Inniejsze – urokliwa i wielce oryginalna próba stopniowania zaimka przymiotnego, zastosowana w telewizyjnej pyskówce o sejmowych komisjach śledczych, bodajże przez posła Brudzińskiego. Według niego PO ma inniejsze poczucie sprawiedliwości od przyzwoitego. Zatem logicznie rozumując poszczególne stopnie powinny brzmieć: inne, inniejsze, najinniejsze. A przez analogię kolejny zaimek przymiotny - taki - ma zapewne stopnie takszy i najtakszy. Fakt, że ten rodzaj zaimka zastępuje przymiotnik nie świadczy o tym, że podlega takim samym zasadom gramatycznym. Inny zatem, to językowo nie to samo, co: ładny, porąbany, nudny i durny. Świat polityki byłby zdecydowanie nudniejszy, gdyby nie inniejszy Brudziński, najinniejsza i boska Szczypińska czy takszy Kultys, a nawet najtakszy Macierewicz.
Lawstorant – według Kasi Zielińskiej to aktor grający w tragicznych romansach, czyli dla przykładu rolę ordynata Michorowskiego, albo Olivera od Segala. Właśnie tytuł jego powieści i nakręconego na tej podstawie filmu „Love Story”, stanowi źródłosłów tego urokliwego neologizmu. Rolę takiego lawstoranta gra na naszej scenie politycznej maryjny Rokita. Otóż zupełnie po trzeźwemu stanął on w obronie, zagrożonego w samolocie Lufthansy pomięciem, kapelusza ślubnej Nelly, niczym ten Zawisza Czarny pod Grunwaldem. Nieznający się na zawiłościach miłosnych lawstoranta Rokity Niemcy przydusili go do gleby, skuli, posadzili w kozie i czyn heroiczny wycenili na 3 000 euro grzywny. Biednego, niczym dziad przycmentarny, niedoszłego premiera z Krakowa na to nie stać i dlatego musi unikać terytorium Niemiec, łącznie z ambasadami, ponieważ szwabskie ponuraki puściły za naszym lawstorantem całkiem zgrabny list gończy.
Picer – to w Rzeszowie najbardziej ostatnio w okiennych ogłoszeniach poszukiwany fachman gastronomiczny. Czasem pisany w formie pizzer, co nie zmienia fonetycznego wyrazu. W naszej potocznej tradycji językowej pojęcie picer oznacza blagiera, lakiernika rzeczywistości, kogoś nijak nietrzymającego elementarnych standardów prawdomówności. Dlatego trudno dziwić się uciesznym komentarzom tych, którzy takie ogłoszenia kontemplują. Ponieważ ani pizza, ani jej wytwórcy nie mają z naszą kulturą nic wspólnego, to może należało fachmanów od ich wypiekania nieco inaczej nazwać. Skoro niemieckiego millera potrafiliśmy zastąpić młynarzem, to dlaczego włoskiego pizzera nie mógł zastąpić jakiś rodzimy plackarz paprany? Dopóki picer będzie pichcił jakieś kulinarne barachło, dopóty ja wolę jadać swojskie naleśniki wysmażane nawet przez teściową. A picer niechaj sobie co chce i jak chce picuje, byle by nie w mojej kuchni.
Skarlenie prezydentury – zjawisko, z którym do ostatniego wyborcy walczył będzie Tomasz Nałęcz, kandydat demokratów do Pałacu Namiestnikowskiego. Zastrzega się, że nie chodzi mu bynajmniej o pionowe gabaryty prezydenta, noszącego czapkę zdecydowanie za blisko butów, lecz walory urzędu, który spaprał obecny lokator pałacu, zaś tuskowi platformersi chcą sprowadzić do rangi prezydenta federacji gry w cymbergaja. Zatem marszałek Nałęcz musi patriotycznie robić wszystko, aby przyszły prezydent mógł robić dobre wrażenie i być wodzem wszystkich Polaków, a nie wyłącznie poddanych prezesa. Czyli być też prezydentem doktora Rydzyka, Macierewicza, Grzegorza Piotrowskiego, sweterkowego Kononowicza spod Białegostoku i Kaśki zza rzeki. No, może jeszcze młodszego Kotuli.
Szczuroślepiec – to jakiś stwór znany posłowi Niesiołowskiemu, wybitnemu uczonemu od much i posłowi od posłowania. Dziwnie kojarzy mu się z aktualnym wodzem SLD, Napieralskim. Ani Darwin, ani szanowny obywatel Dżeki Marchewa nie znają takiego zwierza. Jako fan posła boleję nad mizerią semantyczną fikcyjnego wynalazku ze sfery fauny. Szczur jest bowiem wyjątkowo inteligentnym i mobilnym stworzeniem, docenianym nie tylko w kulturze chińskiej. Nawet ślepy, radzi sobie lepiej, aniżeli nasz rząd, Sejm, poseł Niesiołowski i chory fundusz od zdrowia. Niektórzy twierdzą, że szczur jest w stanie przeżyć nawet bombę atomową, przejażdżkę łódzką karetką pogotowia i przemówienie doktora Rydzyka.
Uniwersytutka – interesujący zrost uniwersytetu i prostytutki. Określa studentkę ochoczo pobierającą stosowne nauki, której ukochana ojczyzna poskąpiła świadczeń socjalnych. Życie nie znosi próżni, zatem obowiązki opiekuńcze przejęli sponsorzy, którzy w zamian dowartościowują się bardziej walorami urody, aniżeli intelektu obiektów swojego sponsoringu. Rozwiązanie idealne! Państwo oszczędza na stypendiach, a nowobogaccy na ryzyku burdelowego mordobicia ze strony jakiegoś zadresionego alfonsa. Im sponsoring łaskawszy, tym studencki entuzjazm większy, że o bezgranicznym podziwie dla męskich przymiotów nie wspomnę. Cały system ma jednak zasadniczą wadę. Część studentek dysponuje urodą porównywalną z posłanką Szczypińską, redaktorką Romaszewską i niżej. Niestety, te mogą liczyć tylko na państwo, bądź brata Alberta. Tempus fugit!
Walka agrarna – to według posła Kalisza bój, który toczy agrarysta Kaczyński z agrarystą Tuskiem o prezydencki zydel. Myślałem, że chodzi mu o doktrynę agrarną, ale byłem w błędzie. Wyszło na to, że ten cały agraryzm ogranicza się do kawałka gleby, o którą jeden drugiego chce prasnąć. I słusznie, ponieważ trzaśnięty o glebę może utracić boską urodę i wdzięk, niezbędne w tegorocznym konkursie jak oni śpiewają, czyli wyborczym referendum.
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz