Miniony miesiąc miał swoich bohaterów, wśród których na plan pierwszy wybijał się premier oraz IPN. Tradycyjni harcownicy polityczni jakby nieco spokornieli, a może chwilowo tylko utracili wenę twórczą. Wszystko jeszcze przed nimi. Z pewnością te niedostatki nadrobią. Wszak rozpocznie się kampania do europarlamentu!
Burżuj dwuznaczny – skonstruowany wspólnymi siłami premiera i Ryszarda Kalisza związek frazeologiczny, który w wolnym tłumaczeniu na język ludzki znaczy, że każdy parlamentarzysta posiadający, oprócz żaru wewnętrznego i posłannictwa, cokolwiek wartościowego nie odpowiada standardom etycznym premiera Tuska. Ideałem kandydata na tegoż parlamentarzystę, czymś w rodzaju wzorca metrycznego, byłby bezrobotny bez prawa do zasiłku, mieszkający pod mostem, albo u Brata Alberta, stołownik albertowskiej garkuchni, najlepiej pozbawiony jakiejkolwiek rodziny, nie daj Boże, sytuowanej. W przeciwnym przypadku delikwent kwalifikuje się na burżuja dwuznacznego. No, bo jednoznaczny, to brzmi kiepsko.
Dekagiebizacja – proces dokonany w tym roku na ukraińskich uczelniach, który triumfalnie odtrąbił prezydent Juszczenko. Polegał on na wycofaniu agentów służb specjalnych ze szkół wyższych. Nie wiem, jak to się stało, że agentów KGB Ukraina tolerowała u siebie przez 18 lat. Przecież to służby rosyjskie! Później okazało się, że prezydentowi chodzi o ukraińskich agentów służb specjalnych, które nazywają się SBU. Ale esbeuizacja brzmiałaby fatalnie, bo zaświadczałaby, iż nawet pomarańczowa rewolucja nie wyeliminowała starych radzieckich nawyków. Dekagiebizacją próbował ukraiński wódz zwalić całą winę na ruskich. Skąd my to znamy?
Donaldówka – zmontowane przez zdolnych związkowców ze stalowowolskiej zbrojeniówki ustrojstwo przypominające moździerz, a robiące tyle huku co kompania teściowych. Z tak przysposobioną maszynerią pojechali do stolicy pod okna premiera Tuska. Pierdyknęli sobie z tej rury parę razy, traktując ją jako budzik dla premiera, który jakby nieco zdrzemnął się i nie zauważył nadciągającego kryzysu. Od razu wszczęte zostało rurowe śledztwo. Z pewnością chodzi o podjęcie starań w urzędzie patentowym o zastrzeżenie sobie praw autorskich wynalazku. Jeszcze zaczną z tej maszynerii rąbać po wiejskich zabawach strażackich i w ten sposób deprecjonować dostojny urząd premiera.
Kret partyjny – niezidentyfikowane stworzenie, które ryje podziemne dziury na wypielęgnowanym poletku politycznym Polskiego Stronnictwa Ludowego. Tenże kret perfidnie wykopuje legislacyjne latorośle partii i po spekulacyjnych cenach politycznych opyla je koalicyjnej konkurencji, która następnie te cudowne sadzonki obnosi po całej scenie politycznej. Mało tego! Twierdzi, że to badziewie wyrosło wyłącznie na ich lessowym czarnoziemie oranym przez platformerskich traktorzystów. Koniczynowy Kłopotek mówi o tym tak, jakby w to wierzył. Marszałek Niesiołowski zaś puka się w głowę tak, jakby wiedział co robi. No i zabawa trwa. Wicepremier Pawlak skrytykował kilka głupot rządowych i jego człowiek dokopał wyborczo kandydatowi premiera na prezydenta Olsztyna, a premier z wdzięczności rąbnął w niego świeżo odkrytymi standardami etycznymi. Medialne umizgi trwają, a wtajemniczeni twierdzą, że w koalicji iskrzy, jak na elektrycznym szmerglu.
Paranoicy – według Lecha Wałęsy to strażnicy ipeenowskiego śmietnika historii, którzy nie wiadomo dlaczego zostali zaliczeni do struktur państwa. Marszałek Niesiołowski dorzuca do tego jeszcze określenie całego zachodzącego tam procesu, jako szambo. Coś w tym musi być, gdyż paranoik cechuje się logicznie usystematyzowanymi urojeniami. A w IPN te urojenia są rzeczywiście usystematyzowane. Chociaż krakowski wynalazek w postaci historyka Zyzaka nie ma ani logiki, ani systemu. Jest czymś w rodzaju skrzyżowania Macierewicza z koniem Kozietulskiego.
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz