Jeśli ktoś twierdzi, że nasi sejmowi wybrańcy narodu obijają gruchy, to jest w błędzie. W czasie niespełna rocznego tyrania na rzecz zapanowania u nas powszechnej szczęśliwości społecznej, zajmowali się głównie kwestiami historycznymi. Zdołali wielopoziomowo nie tylko przegadać i po kilkakroć czytać każdy z ponad 40 projektów uchwał historycznych, ale nawet solidnie sobie politycznie naubliżać. Parlament wykazywał niezbicie bezsens utrzymywania instytutów historii PAN, a nawet katedr historii na uniwersytetach. Za nich wszystkich podjęli pracę posłowie, którzy zaczęli definiować zjawiska historyczne i ustalać historyczną prawdę na podstawie objawień. Na niewdzięczną robotę merytoryczną nad teraźniejszością czasu, rzecz jasna, nie starczało. Największe nasilenie tego mozołu przypadło na lipiec i wrzesień, bo w sierpniu panowało powszechne byczenie.
Sejm niemal krwią pluł z przepracowania w kwestii 17 września. Narodowe Centrum Kultury postanowiło iść z pomocą i zamówiło u najbardziej kompetentnego niemieckiego szansonisty utwór potępiający sowiecką agresję na Polskę. Należało iść za ciosem i zamówić u rosyjskiego Aleksandrowa protest song w kwestii agresji niemieckiej. Ot, tak dla równowagi. A nasz szansonista Kukiz bez zamówienia nutami napisał traktat dokumentalny o sowietach i już na początku dostał takie brawa, jakby kończył. Śpiewał to z tak mocnym wzrokiem jak żyleta, że niemal otwierał toporne sowieckie konserwy.
Wydawało mi się, że nasz bogobojny okrutnie parlament nie zaskoczy mnie już niczym. A jednak! Wielce pobożny nasz Sejm uchwalił cześć dla pamięci zmarłego 70 lat temu Witkacego! Taż ten Witkacy musi pękać ze śmiechu w nieustalonym grobie. Jest to znakomity ciąg dalszy niezwykle pokrętnej biografii tego genialnego twórcy, który nie daje się w żaden sposób zaszufladkować ani tym bardziej ująć w jakieś racjonalnie pojmowane prawidłowości. Żył jak chciał. Najczęściej pod prąd przyjętym kanonom. Tak też tworzył. Nie istniała dla niego żadna świętość, żadne tabu albo nienaruszalny autorytet. Istniała sztuka i chęć korzystania z uroków życia bez ograniczeń.
Dlaczego zdumiewa mnie ta uchwała? Witkacy przeczył swoim życiem niemal wszystkiemu co bliskie jest pobożnemu modelowi życia. Łamał wszystkie grzechy główne i nie tylko. Cała jego biografia jest świetnym materiałem na skandaliczny film obyczajowy z licznymi elementami sensacyjnymi i mrocznymi tajemnicami niemytych dusz oraz całym sztafażem jego monadyzmu biologicznego. Ochrzczony nie wiadomo dlaczego dopiero w szóstym roku życia. Ale warto było czekać, aby mieć za chrzestnych Helenę Modrzejewską i góralskiego Sabałę. Nauki pobierał niezbyt systematycznie i często wbrew intencjom rodzicielskim. Wieczny ekscentryk, birbant, niepoprawny kobieciarz i zwariowany skandalista nie stroniący od alkoholu i narkotyków, które traktował jako swoiste dopalacze twórcze i życiowe. W czasie I wojny ochotniczo wstąpił do carskiego Lejb-Gwardyjskiego Pułku Pawłowskiego, gdzie już jako oficer dowodził kompanią. W bitwie pod Witoneżem na Ukrainie walczył z Austriakami. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że w liniach austriackich walczyli legioniści Piłsudskiego. Niektórzy twierdzą, że brał udział w Rewolucji Październikowej i został nawet komisarzem politycznym.
Okres dwudziestolecia międzywojennego, to nie tylko prawdziwy rozkwit jego niezwykłego talentu, zwłaszcza dramatopisarskiego, ale także przejawów ekscentrycznego, niepoważnego i szalonego trybu życia. Przyjaciół nie szukał wśród uładzonego mimo wszystko świata krakowskiej bohemy. Trwałe przyjaźnie połączyły go zaś z Zofią Nałkowską, Witoldem Gombrowiczem i Bruno Schulzem. Nasz Sejm z pewnością takich koligacji nie pochwaliłby.
W czasach PRL nie był zbytnio hołubiony. Gdy jednak UNESCO ogłosiło rok 1985 Rokiem Witkacego, coś należało zrobić. I zrobiono, ale po polsku. Sprowadzono z Jeziora na Ukrainie doczesne szczątki artysty i pochowano z pompą, honorami, dętymi mowami na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Ale od razu podejrzewano, że to nie są zwłoki Witkacego. Na wniosek posłującego wówczas naszego kolegi redakcyjnego Stanisława Rusznicy komisja anatomów ekshumowała zwłoki i okazało się, że za Witkacego robi ukraińska kobieta. Ale artysta jako rasowy kobieciarz z pewnością nie miałby pretensji, bo była dosyć młoda. To mogło przydarzyć się tylko Witkacemu, który gdzieś tam w anonimowej mogile z pewnością chichra się z tej pośmiertnej przygody. A dlaczego to wszystko nie przeszkadzało pobożnemu Sejmowi w podjęciu tej uchwały? Według mnie są dwa istotne powody. Po pierwsze artysta popełnił tajemnicze samobójstwo w dzień po wkroczeniu sowietów, a po drugie najlepiej sprzedającą się w ostatnich miesiącach książką na sejmowym stoisku była pozycja o wyjątkowo pogłębionych treściach poznawczych, czyli zbiór przepisów domowego kiszenia ogórków. A tak naprawdę, to Witkacy zasługuje nie tylko na sejmową uchwałę.
Roman Małek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz