wtorek, 29 marca 2011

PRZESTRZEŃ OTWARTA

Mądrość skupiona w naszym nowym sejmiku wojewódzkim wprowadziła nas w nową epokę. Odcięła się od folklorystycznego symbolu Podkarpacia, za który kiedyś uznano ptaka klepaka i poszła w przestrzeń otwartą naznaczoną smugą pozostawioną na niebie przez odrzutowiec. Jeśli ona jest rzeczywiście otwarta, to i ten klepak w niej mógłby zmieścić się. Wówczas pan Rzońca nie musiałby popadać w depresję podpartą sentymentalnym smutkiem, gdyż nie wyobraża sobie na naszej uświęconej ziemi życia bez klepaka. Niestety, nie klepnęli mu tego. Że ta przestrzeń otwarta nic nie znaczy, też nie ma większego znaczenia. Każdy może sobie dośpiewać co chce i co umie. A jeśli nie umie, niech się nauczy, albo zapyta kogo trzeba. Może się w niej zmieścić i bratobójcza wojna o stołek dwóch teatralnych dyrektorów z lubością walących po sobie pacynami błota, bieszczadzka połonina, nowa autostrada, najwyższa technologia lotnicza, policealny Kuchciński, konstruktor spod Stalowej Woli, który zbudował rower do kradzieży drewna z lasu, wynalazca maszyny do odmawiania różańca, traktorzysta, który po pijaku zaorał sto metrów asfaltu i poseł Pupa. Chociaż nie wiem czy w takiej kolejności. Oby tylko to otwarcie nie prezentowało się, jak u pewnego polityka, który otwarty jest na wszystko, ale zamknięty na jakąkolwiek krytykę. Pewnie skończy się znowu na wielkim zadęciu, gdyż zapał i intencje bywają szczytne, a rzeczywistość wyjdzie jak zwykle. Trochę skrzekliwie, trochę kulawo. Ktoś tam za jakiś czas i tak zacznie wszystko od nowa. Nawet malowanie wizerunku.

Roman Małek

CHUCK, NA KOŃ!

Z okazji Dnia Mężczyzny, 10 marca, prezes I Ogromny skrzyknął pod Pałac Namiestnikowski całe swoje towarzystwo na moherowy dżihad przeciw wrażym pismakom, opluwającym święty gniew owej grupy towarzyskiej. Chociaż niektórzy twierdzą, że ta zabójcza regularność miesiączkowania prezesa ma podłoże czysto medyczne, a nie wojenno-polityczne. Nie nam to rozstrzygać. Zdumiewać nieco musi jednak fakt, że ci gorliwi, wielomiesięczni obrońcy krzyża smoleńskiego nawet nie zająknęli się, aby ten symbol broniony na Krakowskim Przedmieściu odwiedzić aktualnie w kościele św. Anny. Stoi tam sobie, nie niepokojony przez żaden prezesowy żywioł, niczym kościelny mebel, zgodnie z intencją abp Józefa Michalika. Trudno temu dziwić się, gdyż nie da się już pod nim przemawiać i palić ani pochodni, ani ognia jakiejś narodowej krucjaty. Nie zauważyłem na twarzach zgromadzonego ludu prezesowego żadnego modlitewnego skupienia, lecz coś zupełnie odmiennego, pasującego bardziej do bitewnego zgiełku. Chociaż modły zanoszono, jak najbardziej, i pieśni nabożne tudzież. Prezes wygłosił płomienny pean na cześć prawdy, którą rzekomo posiada. Pani Jakubiak zaś twierdzi, że skoro prezes posiada jakąś wiedzę, to ta wiedza powinna znaleźć się w pewnym organie. Nie sprecyzowała bliżej w którym i czyim organie.

Pewnie nie pisałbym o tym rutynowym i nudnym już zjawisku, gdyby nie pojawił się nowy, ucieszny akcent tej happeningowej celebry. Niejaki Dominik Taras, jajcarz warszawski, postanowił w tym samym czasie i w tym samym miejscu urządzić uroczyste obchody 71. rocznicy urodzin Chucka Norrisa, nota bene religijnego fundamentalisty i amerykańskiego ksenofoba. Zatem, gdy prezes walił natchnioną mowę do ludu Warszawy oraz księcia Poniatowskiego i jego konia, miał zapewnione nietuzinkowe tło akustyczne, gdyż pojawiły się „w tak pięknych okolicznościach przyrody” nowe środki wyrazu w postaci śpiewanego na półtorej setki gardeł „Sto lat” i zharmonizowanego gwizdu w trzech tonacjach. Całość nabrała artystycznej głębi i ekspresji. Chociaż z jakiegoś powodu należnego entuzjazmu na posągowym obliczu prezesa nie dostrzegłem. Pan Taras zapowiedział, że nie ustanie w swoich wysiłkach i będzie nadal wspierał prezesa w jego happeningowych upodobaniach. Na 10 kwietnia przyszykuje jeszcze okazalsze obchody 59. urodzin innego ekranowego mordobijcy amerykańskiego, Stevena Seagala. Może w tym jest metoda na głupotę i kołtunerię?

Roman Małek

CZAS KŁUSOWNIKÓW

Dosyć głośno u nas ostatnio o uchwaleniu babskiego parytetu w polityce. Tylko po co ten parytet wprowadzać, skoro według rysownika Mleczki proporcje idiotów i idiotek są w naszej populacji porównywalne i szansa wybrania idiotki jest taka sama, jak wybrania idioty? Akurat w Łodzi urzędniczka magistracka naplotła tyle głupot, że nie powstydziłby się tego ani Macierewicz, ani tym bardziej były antykorupcjonista Kamiński. A o co poszło? W zrujnowanym domu bez możliwości ogrzewania pozostawiono jedynie leciwe małżeństwo, a pozostałych lokatorów przeniesiono do przyzwoitych mieszkań socjalnych. Pozostawiono ich tylko dlatego, że w odróżnieniu od tych przeniesionych, jako jedyni płacili solidnie czynsz. Gdy za to w majestacie prawa zostali ukarani, płacić przestali. I wówczas owa inteligentna inaczej urzędniczka z przekonaniem bredziła o działaniu owych staruszków na szkodę magistratu, gdyż w ten sposób wymuszają oni bandycko na przenajświętszym magistracie przydział mieszkania socjalnego. Zgroza! O pomstę do nieba woła takie bezprawie! I nawet do głowy jej nie przyszło, że robi z siebie patentowaną idiotkę.

Z kolei prawa i sprawiedliwa posłanka, przyboczna Lecha Kaczyńskiego, Jakubiak zamierzała błysnąć medialnie wiedzą i huknęła takim odkryciem, że ręce opadają szeleszcząc. Chociaż z daleka wygląda na mądrą, która nawet czytać prawą ręką potrafi. Otóż stwierdziła ona, że żona Sikorskiego, o bardzo polsko brzmiącym nazwisku Apelbaum, jest znakomitością intelektualną, która napisała „Archipelag Gułag”. Jest to mniej więcej taka prawda jak to, że obwodnica jest tym samym co okrężnica, a moja teściowa gołąbkiem pokoju i primabaleriną.

Pewna urzędniczka Ministerstwa Finansów pozwoliła sobie na taką interpretację prawa fiskalnego, jak w słynnym „Paragrafie 22” Hellera. Mówiła jak w kościele, tak że nikt nie rozumiał. Otóż okazuje się, że każdy kto skorzystał ze szczepionki przeciwko świńskiej grypie, zafundowanej przez pracodawcę, musi fiskusowi odpalić 18 bądź 32 procent wartości tej szczepionki. Jest to bowiem przychód, chociaż wkłuty, a nie portfelowy. Nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że pracodawca nie płacił za te szczepionki kierowany względami altruistycznymi lecz egoistycznymi. On po prostu chce mieć zdrowych pracowników, którzy będą efektywnie na niego tyrać. Cała sprawa rozbija się o to, że takich szczepień nie nakazuje prawo, a więc musi to być przychód do opodatkowania, chociaż prawnicy twierdzą, że tyle w tym prawdy ile w cud diecie, przy której potrzebny cud aby schudnąć.

Aż strach pomyśleć o problemie szerzej. A jeśli ten pracodawca, ciągle kierowany względami egoistycznymi, zechce nam zafundować pakiet medyczny albo możliwość korzystania z basenu, albo nie daj Bóg pojeżdżenie dla relaksu na jakiejś chabecie? Tak po prostu, abyśmy byli jeszcze wydajniejszymi pracownikami? Pewnie lepiej z tego od razu zrezygnować. No dobrze! Ale co sobie pomyśli ów pracodawca? Pewnie że olewamy jego robotę. A jeśli w ramach promocji kupujemy pojemnik soku, do którego producent dodaje nam ćwiartkę pojemności za darmo? Chyba lepiej od razu w sklepie tę ćwiartkę wylać, zamiast traktować jako przychód. Przecież prawo nie nakazuje dolewania nam owej ćwiartki. A jeśli u dentysty będzie promocja i każdemu kto wyrywa zęba wyrwą drugiego gratis, nawet zdrowego? To jaki to będzie przychód do opodatkowania? Idąc dalej, trzeba jakoś fiskalnie potraktować Burka obdarowanego przez zaprzyjaźnionego rzeźnika smakowitą kością. Czyj to przychód, kundla czy właściciela? Zresztą ten przychód i tak szybko zamieni się w odchód. Zatem jeśli kundla, to jak on ma ten przychód rozliczyć? Szczekaniem codziennie w Anioł Pański na cześć ministra finansów, czy merdającą lambadą w intencji zdrowia psychicznego w ministerstwie i króliczej płodności w tworzeniu dalszych idiotyzmów fiskalnych? Przecież trzeba koniecznie coś wymyślić, gdyż naród coraz mniej pije wykazując się tym samym aspołeczną postawą, rodzącą dziurę budżetową. Każda niewypita półlitrówka, to ubytek kilkunastu złotych w narodowej kasie. I z czego rząd ma pokrywać koszty utrzymania naszych dzielnych wojaków bijących się w amerykańskiej wojnie? Chociaż ostatnio nieco bilans poprawiła top modelka Felicjańska, która już nie mogła się powstydzić dmuchniętego wyniku promilowego. Prawie 2,5! Zresztą inaczej nie uradowałaby warsztatów samochodowych rozwalając na cacy coś ze trzy auta. Nadaje się do parytetu, jak Łyżwiński na kłusownika seksualnego.

Roman Małek

OKRUCIEŃSTWO WOJNY

Nie wiem dlaczego, ale historyczne zjawiska zawsze u nas wywołują reakcje skrajne. A przecież w ocenach historycznych pożądane są obiektywizm, rozwaga i pozbawiony emocji umiar. Może polski temperament nie sprzyja temu? Chociaż z drugiej strony nie jesteśmy w tej przypadłości odosobnieni. Już Aleksander Wielki tworzył własną historię wielce zafałszowaną, którą udało mu się nawet upowszechnić. Po co ten dęty wstęp? Otóż zamierzam odnieść się do mitów związanych z funkcjonowaniem naszego tak zwanego podziemia niepodległościowego. W czasach PRL-u osądzano je skrajnie niesprawiedliwie, do jednego wora wrzucając autentyczne poświęcenie, bezprzykładny patriotyzm i zwykły bandytyzm polityczny oraz złodziejski. Po transformacji ustrojowej wahadło skrajnych osądów wychyliło się w odwrotną stronę, doprowadzając do wyniesienia na narodowe ołtarze wszystkiego, co z tym podziemiem wiązało się. Zatem również autentycznych patriotów, ludzi zagubionych w wojennej zawierusze i tych zwykłych bandytów politycznych. Znowu zawieszono na kołku realny, zobiektywizowany osąd. Doprowadzono nawet do upamiętnienia tak kontrowersyjnych postaci jak Kuraś na Podhalu, czy Łupaszko na Podlasiu. To tylko jątrzy.

Pojawia się jednak coraz więcej publikacji, które ten posągowy, lakierowany i stąd nieprawdziwy wizerunek przywracają do właściwego wymiaru. Taką publikacją jest niewątpliwie „Egzekutor” Stefana Dąmbskiego. Lektura szokująca w swojej wymowie. Widać, że autora bezmiar zła, którego dotknął uwierał w powojennym życiu, a z pewnością i przerażał. Dlatego dokonał swoistej wiwisekcji.

Jako 17-latek z Dylągówki wstąpił w 1942 roku do oddziału AK, gdzie zajął się likwidacją Niemców i konfidentów. Po wojnie kontynuował działalność konspiracyjną. Wyroki zapadały z niezwykłą łatwością i z taką samą łatwością ówczesny egzekutor Dąmbski je wykonywał. Nie miało najmniejszego znaczenia to, czy strzelał do kogoś nieznajomego czy własnego przyjaciela. Dla niego istotniejsze były takie kwestie, jak wybór broni oraz to, gdzie strzelić, aniżeli jakieś rozterki natury moralnej. O skali psychicznego spustoszenia może świadczyć beznamiętność jego relacji. O egzekucji opowiada tak, jakby relacjonował wyprawę na ryby. „Strzelałem do ludzi jak do tarczy ćwiczebnej”, „lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed egzekucją, krew tryskającą z rozwalonej głowy”. Jedyną refleksją w czasie strzelenia do głowy swojej ofierze jest konstatacja, że parabelka idealnie pasuje do ręki. Ileż radości sprawiło mu wbicie gwoździa w głowę śpiącego starszyny armii radzieckiej, który przecież nic mu nie zawinił. Skoro dowódcy posyłali na takie akcje swoich podwładnych „z Bogiem”, to który z tych bogów szedł z Dąbskim?

Najbardziej tragiczne i nieludzko obrzydliwe są egzekucje wykonywane już po wojnie. Wielka trójka podzieliła w Jałcie i Poczdamie powojenną Europę i żadne podziemie nie było w stanie tego zmienić, choćby było najbardziej niepodległościowe. Mogło jedynie przysporzyć nieszczęść i ludzkiej niedoli. Z jakąż łatwością podziemie to ferowało wyroki! Padali od kul takich egzekutorów jak Dąmbski, stróże porządku publicznego, przedstawiciele nowej władzy, a nawet tylko inaczej myślący Polacy. Racja wówczas była jedna, jedyna. Pojawienie się innej było równoznaczne ze śmiercią. Jakaż to granica słuszności i obrony interesu narodowego ją wyznaczała, skoro jej przebieg i rację stanu określał dowódca oddziału?

Bezsens wykonywanych po wojnie wyroków obrazuje chociażby prawdziwe polowanie na rodzinę zwykłych złodziejaszków wiejskich. Nikt nie przejmował się takimi drobiazgami jak zwykła pomyłka w czasie egzekucji, w wyniku której ginęli całkowicie niewinni ludzie. Jeszcze brzydszą kartę tego okrucieństwa opisuje Dąmbski w egzekucyjnych wyprawach do wiosek częściowo zamieszkałych przez Ukraińców. Mordowano w okrutny sposób Bogu ducha winnych ludzi, nie wyłączają dzieci. I gdzież tu jakaś logika? W ten sposób zamierzano pacyfikować nacjonalistyczne nastroje ludności ukraińskiej?

Nie dziwię się, że ta wspomnieniowa książka spotkała się z obrzydzeniem u kombatantów AK. Burzy bowiem wyidealizowany wizerunek rycerskich szeregów tej organizacji. Próbują nawet kwestionować istnienie egzekutora Dąmbskiego. Właściwy wymiar tej wspomnieniowej relacji przywraca dopiero zrównoważona, wyprana z emocji recenzja znawcy i badacza niepodległościowego podziemia, historyka Ostasza. Przecież taka właśnie była również rzeczywistość realnie działającego podziemia.

Mnie zdumiewa jednak inne zjawisko. Egzekutor Dąmbski przejdzie do historii jako autor niezwykłej, szokującej, okrutnej książki o spustoszeniu jakie poczyniła w psychice młodego człowieka wojna i idea bezmyślnego patriotyzmu, upoważniającego do zabijania. A przecież najlepiej potrafił beznamiętnie zabijać. Ale tutaj spece od polityki historycznej zadbają o to, aby takich postaci nie było w świadomości historycznej. Czy to nie chichot historii?

Stefan Dąmbski, „Egzekutor”, Fundacja Ośrodka Karta, 2010.

Roman Małek

NA ZDROWIE!

Ostatnio znowu zaczęli czepiać się posła Ludwika Dorna, postaci niezwykle zasłużonej dla suki Saby i literatury pisanej własnemu dorobkowi prokreacyjnemu. Gdy zaczął z sejmowej ambony ubolewać, że minister Klich nie ma tęgiej głowy, towarzystwo zaczęło się czemuś chichrać, tak jakby powątpiewało w posiadanie takowej przez posła Dorna. Niesłusznie! Poseł tęgą głowę ma, tylko sejmowa gastronomia serwuje nieświeżą zakąskę i chrzczoną gorzałę. Otóż poseł Dorn wybrał się tam onegdaj, aby dla wzmocnienia wydolności intelektu parlamentarnego, zapewne po ludzku walnąć na drugie śniadanie japończyka z lornetką, czyli śledzia po japońsku z dwoma pięćdziesiątkami. Nie zadziałało, bo chrzczone. Dlatego na dubleta zarządził kalekę z lunetą, mówiąc po ludzku setkę pod tatara z jednym jajem. I też nic. Cóż miał robić odpowiedzialny parlamentarzysta, tyrający dla powszechnej szczęśliwości narodu? Nie miał wyjścia, poszedł w kolory. Wówczas zadziałało, ale, niestety, przesadnie. W głowie nagromadziło mu się tyle tego intelektu parlamentarnego, że żadna szyja, nawet Pudzianowskiego, nie dałaby rady utrzymać tego w pionie. Taki to ciężar! Upierdliwe pismaki narobiły rabanu i teraz targają go za niewinność po jakichś sejmowych komisjach etyki. Za co, za to, że nieświeży był śledź i wódka słaba? A ponadto rozstrzygającym usprawiedliwieniem dla posła Dorna jest fakt, że zaczął znowu ściśle współdziałać z prezesem od kota. Czy możliwe jest to po trzeźwemu?

Wcześniej też czepiali się co bardziej dynamicznych parlamentarzystów. Spec od balona kopanego, trener Wójcik, gdy za bardzo nie wychodziło z balonem, zaciągnął się do koniczynek i poszedł na ludowo tyrać w Sejmie. Pomiędzy mozołem intelektualnym nad projektem ustawy o normalizacji gabarytów wymion krów rasy polskiej, a projektem dopuszczalności kąta zakrzywienia strąka fasoli szparagowej mamut, poszedł na podwieczorek palnąć śniadanie wiedeńskie, czyli dwie setki do jednej szklanki. Do tego koreczek i piwo. I co, nie miał prawa zaduć halny i targnąć posłem, gdy próbował wsiadać do samochodu? Poseł miał niby iść piechotą albo wygłupiać się z taksówką? Nie po to przecież kupował solidną brykę z immunitetem. A taka lublinianka po KUL-u, Elżbieta Kruk, pchająca wówczas pod wielką szklaną górę nasze audio-wizualne media? Aby nie dostać zadyszki, ta drobnej postury odpowiedzialna niewiasta, musiała coś tam, coś tam kaczorków, albo czegoś tam, czegoś tam przewrócić po pchaniu pod tę cholerną gorę radia, a przed pchaniem telewizji. Każdy trzeźwo myślący rodak to wie i rozumie.

Te przykładowe przypadki wskazują jednak na brak elementarnej troski o zdrowie wybrańców. Bo to wszystko wynika z niedostatków edukacyjnych. Trzeba tu pełną garścią czerpać od naszych ukraińskich sąsiadów. Przecież wystarczy podarować parlamentarzystom uprzednio przetłumaczone epokowe dzieło gen. Wołodymira Biriukowa, szefa Krymskiego Instytutu Prawa w Odessie, czyli poradnik dla ukraińskich milicjantów jak pić wódkę. Może zaprezentuję parę tam zawartych praktycznych i sprawdzonych mądrości. Okazuje się, że picie kolorowej gorzały jest wykluczone. Plami ona bowiem mundur i świadomość. Kluczowe znaczenie ma również zakąskowe menu. Należy bezwzględnie wywalić z biesiadnego stołu ryby, żółty ser i mięsiwo. To wszystko sprzyja upijaniu się. Zakąszać należy wyłącznie specjałami przyrządzonymi z gotowanych ziemniaków, marynowanych grzybów i kapusty kiszonej. Coś w tym jest, bo przecież do tak zasobnego stołu raczej nikt bez przymusu nie zasiądzie. A co na kaca, czyli syndrom dnia drugiego? Żadna ogórczanka czy żur drapiący po piętach. Żadne klinowanie! Później powiedzieliby, że on nie umarł, tylko kliny go rozsadziły. Najlepsza jest gorzka czekolada i szklanka wody z 10 procentowym amoniakiem. Skoro to wszystko działa u ukraińskich milicjantów, to dlaczego nie miałoby zadziałać u naszych wybrańców narodu? No, może z tą zakąską coś nie za bardzo. Ale cel chwalebny!

Osobiście nie potępiam przyłapanych na opilstwie parlamentarzystów. Przecież reprezentują naród, a ten abstynencją raczej nie grzeszy. Wracający z Belgii znajomy z dumą pokazywał mi butelkę ichniej mocnej wódki. Etykieta zawierała ostrzeżenie, że dawką śmiertelną są 3, 5 promile zawartości alkoholu we krwi. Niżej informacja, że nie dotyczy to Polaków i Rosjan. Rzeczywiście. Prawdziwy powód do narodowej dumy! Ostatnio znowu odnotowano niewiarygodny wyczyn pewnego bezdomnego, śpiącego w półnegliżu na peronie dworca w Cieszynie przy 10-stopniowym mrozie. Miał 10,24 promili i przeżył, nawet bez odmrożeń. Ale jeszcze kilka lat wstecz mieliśmy lepszych zawodników. Pod Skierniewicami usiłujący jechać rowerem chłop miał 12,3 promili, a pewien mieszkaniec Nowego Miasta Lubawskiego po dojściu do siebie dwukrotnie uciekał z prosektorium, gdzie lokowano go, gdyż na skutek kompletnego opilstwa nie dawał żadnych oznak życia. Ale bezwzględny, udokumentowany rekord świata padł w 1995 roku we Wrocławiu, gdzie odnotowano aż 14,8 promili. I jak tu wierzyć nauce i opatrzności? Delikwent to przeżył, ale w niezbyt odległym czasie zmarł w wyniku urazów w wypadku drogowym, gdy był całkowicie trzeźwy. A nasz wielki noblista od „Chłopów”, Władysław Reymont, nie zdołał w 1924 roku pojechać po odbiór swojej nagrody, gdyż nie dał rady wytrzeźwieć i w rok później zmarł z opilstwa.

Przecież takich aż strach zapraszać na wesele. Jeden wypije tyle, ile połowa pozostałych! To już lepiej zapraszać parlamentarzystów. Na zdrowie!

Roman Małek

TAKIEJ NIE BYŁO I NIE BĘDZIE

Nasz bogobojny Sejm znowu podjął uchwałę, że kopara mi aż tak rąbnęła o glebę, iż szanownemu obywatelowi Dżeki Marchewie pić się zechciało. Otóż okrzyknął on – nie Dżeki lecz Sejm - rok 2011 Rokiem Marii Curie-Skłodowskiej. Pomijam już fakt, że w polskiej tradycji językowej w dwuczłonowym nazwisku mężatki pierwszeństwo ma nazwisko panieńskie, zatem winno brzmieć Skłodowskiej-Curie. Zdumiewające jest to, że ani klęcznikowy PiS w dwóch osobach, ani strażacko sikający bogoojczyźnianym patriotyzmem PSL, ani nawet medialny ojczym radiomaryjny nie zaprotestowali, a powinni. Nie ze względu na rewolucyjny dorobek naukowy podwójnej noblistki, kobiety niezwykłej w każdej odsłonie jej ponadczasowego intelektu, lecz braku z jej strony należnego w ówczesnej epoce respektu dla tradycyjnej bogobojności społecznej i katolickiej. Klęcznikowy Sejm już raz coś takiego uchwalił w hołdzie wielkiemu zbereźnikowi Witkacemu, który nawet zza grobu zrobił sobie z naszej władzy modernistyczne jaja.

W Paryżu Polacy zawsze znacząco wpisywali się w historię miasta i Francji. Chociażby w rzeczywistość monarchistyczną, rewolucyjną, napoleońską i artystyczną. Ale żaden z nich nie postawił na głowie obyczajowych, kulturowych i religijnych kanonów. A Maria tego dokonała i to w jakim stylu! Jako pierwsza kobieta celująco zdała egzaminy wstępne i została przyjęta na fizykę i chemię w paryskiej Sorbonie. Wkrótce zdominowała swoje studenckie środowisko, nie miała sobie równych. Poznała Piotra Curie, który nie zamierzał żenić się, lecz poświęcić wyłącznie nauce. I co? Oświadczył się, nie widział świata poza Marią! Ślub odbył się w merostwie, bez żadnej powtórki kościelnej. Zgroza, kto to widział! U Skłodowskich pod ruskim zaborem zawrzało i ho, ho, ho, albo i dłużej Piotr nie był traktowany jako jej mąż, a parafialny klecha ponoć grzmiał o powrocie Sodomy i Gomory. Jak to, bez pokropku przy ołtarzu? Ale paryscy uczeni takie obiekcje olewali, ślub obyczajnie uhonorowali, zrobili ściepę i w prezencie ślubnym młodzi dostali nawet dwa welocypedy. Żaden z biografów do końca ich małżeństwa nie był w stanie znaleźć nawet drobnej rysy.

Szowinistyczny świat męskiej dotychczas nauki nie mógł zdzierżyć konkurencji niezwykłego umysłu drobnej, skromnie noszącej się kobiety, trochę kokieteryjnej, świetnie władającej kilkoma językami, która w dodatku rewolucjonizowała naukę, tworzyła zupełnie nową epokę. W gruzach legła teza o niezmienności pierwiastków, udowodniła rozpad atomu połączony z wydzielaniem energii, stworzyła podstawy atomistyki. Dostała katedrę na Sorbonie i prawie nominację do Francuskiej Akademii Nauk. Tego było już za wiele! Rozpoczęła się bezprzykładna nagonka na naszą noblistkę. Czegóż jej nie insynuowano! Rozbijanie małżeństwa, żydowskie koneksje, naukowe blamaże, podszywanie się pod dorobek uczonych panów, a nawet plamienie honoru nauki francuskiej. Czyli wszystko, mniej więcej, jak w antyferencowskiej kampanii wyborczej w Rzeszowie. W tym czasie jednak dostała drugą Nagrodę Nobla, tym razem samodzielnie z chemii za odkrycie radu. Odradzali jej wyjazd po jej odbiór, aby uniknąć ewentualnego skandalu. Ale nie z Marią takie numery! Pojechała, wróciła w glorii. Solidnie sponiewierała nie tylko paryskich pismaków, których zmusiła do przepraszania i stosownego szacunku. A były to czasy, kiedy kobiety nie miały nawet praw wyborczych, że o jakimś takim wynalazku jak równouprawnienie nie wspomnę. Ale nasza rodaczka znała swoją wartość i nie zamierzała ustępować kołtunerii, bigoterii, głupocie i zwykłej zawiści. Wymusiła szacunek swoimi naukowymi dokonaniami i niezwykłą stanowczością.

Całkowicie zaskoczyła, nie tylko Francuzów, ale i cały wówczas cywilizowany świat swoją filantropią w czasie I wojny światowej. Otóż, z determinacją zorganizowała całą jednostkę radiologicznych pojazdów militarnych, które we frontowych lazaretach miały wartość bezcenną. Wówczas dopiero narodziła się legenda Marii Skłodowskiej-Curie. Stała się symbolem bezinteresownego dobrodziejstwa dokonań naukowych dla egzystencjalnej kondycji zagrożonego człowieka. Dla wszelkiej maści feministek, sufrażystek i czego kto chce stała się symbolem, niekwestionowaną wartością kobiecych możliwości. Gdzie tylko pojawiła się, budziła podziw i zdumienie, że taka skromna, drobna kobieta w czerni, będąca naukową potęgą nie jest jakimś kobietonem w spodniach lecz byłą żoną, matką dwóch córek, a równocześnie ciepłą i nieco filuterną istotą. Szkoda, że w obiegowej świadomości utrwalono jej nieprawdziwą, sztuczną wersję posągową. To była kobieta z krwi i kości, znająca swoją wartość i nie lękająca się żadnej przeciwności losu.

Już w latach dwudziestych minionego stulecia nie musiała o nic walczyć, ani zabiegać. U jej stóp leżał nie tylko naukowy żywioł, leżał Paryż, Francja i cały mocarny świat. O przyjaźń z nią zabiegali wszyscy wielcy artyści, uczeni i politycy. Nigdy nie ograniczała nikomu możliwości korzystania ze swoich odkryć naukowych. Gdyby tylko chciała je opatentować, pewnie fortuna Rockefellera byłaby przy jej fortunie tylko mizerną namiastką. Ale to dla niej nie miało żadnego znaczenia. I za to ówczesny świat niemal oszalał na jej punkcie. Maria Skłodowska zdołała przeorać skostniałą, kołtuńską i klerykalną rzeczywistość fin de sieclu, nie zatracając niczego ze swojej kokieteryjnej kobiecości, swobody i niezależności. Potrafiła bezwzględnie i do końca realizować swoje naukowe i życiowe pasje. Wolę taką naszą rodaczkę, aniżeli zimny posąg. A inny geniusz jej epoki, Albert Einstein uznał ją za jedyną osobę, spośród tych, które znał, której nie zdemoralizowała sława. Kto jak kto, ale on wiedział, co mówi!

Roman Małek

HEROD MORDOWAŁ, ALE SWOJE

W bożonarodzeniowym świętowaniu natknąłem się po raz któryś z rzędu na motyw króla Heroda. Bez niego nie da przeżyć się narodzenia dzieciątka. Według ewangelisty św. Mateusza był to okrutny król żydowski, który nakazał wyciąć w pień wszystkie betlejemskie niemowlęta płci męskiej, bowiem zgodnie z wiedzą trzech monarchów nowonarodzony zbawiciel miałby zagrażać jego panowaniu. Święty Mateusz opowiedział jeszcze parę innych ciekawych sekwencji biblijnych, do których może kiedyś wrócę. Ale świątecznie pozostańmy przy królu Herodzie. Dla jasności – Herodzie Wielkim. Jest to postać historyczna i w dodatku niezwykle intrygująca. Okrutny był, ale nie tak jak chciał św. Mateusz.

Z datą jego urodzenia historycy mają niejakie kłopoty, ale pewni są, że dokonał żywota w 4. roku przed naszą erą, nie dożywszy siedemdziesiątki. Żydzi nienawidzili go odkąd tylko mogli z trzech powodów. Nie pochodził z dynastii judajskich władców, władzę nadali mu Rzymianie i był bezwzględny. Ale nie ma żadnych dowodów, że istotnie rozkazał wymordować betlejemskie niemowlęta męskie, bo już wtedy nie żył. Takie wydarzenie z pewnością nie miało miejsca. Natomiast historycy nie mają żadnych wątpliwości, że wymordował okrutnie kilku swoich synów i kilka żon. Topiono ich, zarzynano albo duszono sznurem, zaciskanym na szyi ofiary przez dwóch oprawców.

Nigdy nie zapomniano mu, że był synem Antypatra, który zaprzedał się Rzymowi i dzięki temu został ichnim namiestnikiem Judei. Bezgraniczna służalczość Heroda Markowi Antoniuszowi zaowocowała tym, że w konsekwencji został królem żydowskim. Żydzi go nigdy nie zaakceptowali, a sam Herod miał wybitny talent zrażania sobie podległego narodu, nawet wówczas gdy jego zamiary były Żydom przyjazne. Był dziwnym skrzyżowaniem wodza zafascynowanego potęgą imperium rzymskiego i orientalnego wizjonera. W dodatku, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, potrafił swoje wizje skutecznie materializować.

Wróćmy do źródeł jego potęgi. Tkwiły one w Rzymie. Tam miał swojego przyjaciela Marka Antoniusza i swoje władcze ambicje. Stamtąd płynęły nadania i władza. Gdy tylko w bitwie pod Akcjum Marek Antoniusz razem z ambicjami Kleopatry przegrał, Herod wybrał się z wiernopoddańczą pielgrzymką do zwycięskiego Oktawiana, przynosząc mu na tacy, z deklaracją lojalności, koronę żydowską i miecz do ścięcia swojej głowy. Dziś ocenilibyśmy taki gest jako działalność marketingową i pijarowską. W czasach starożytnych była to jednak rosyjska ruletka. Herod jakoś ją wygrał. Cesarz nie kazał skrócić go o głowę, jako przyjaciela swojego wroga, lecz uznał jego władcze żydowskie prawa. Pragmatyczny cesarz widocznie uznał, że lepszy jest skruszony wróg znienawidzony przez swój naród, aniżeli jakiś nowy, nieprzewidywalny władca.
Niezwykłe są również relacje Heroda Wielkiego z kobietami. Był tak zapalczywym i zawistnym małżonkiem, że piękną Marianne, wnuczkę najwyższego kapłana Hyrkona, w czasie swoich wypraw nie tylko polecał śledzić zaufanemu słudze, ale także zabić ją po ewentualnej swojej śmierci. Gdy wyszło to na jaw, sługę zasztyletowano a Marianne utopiono. Świadkiem w procesie innej zdrady którejś tam żony króla Heroda była jego siostra Salome. Postać w literaturze, historii i nawet zwykłym postrzeganiu świata, nieprzyzwoicie paskudna. Jak to Salome. Jak mogła w tym jej procederze pomóc matka Marianne?

Henryk VIII, w porównaniu z królem Herodem, wychodzi nieszczególnie, prawie na dobrotliwego władcę. Miał tylko sześć żon z takiego powodu, że nie rodziły mu syna, a on chciał mieć następcę. Herod Wielki miał dziesięć żon i mordował je i swoich synów w obawie przed ich możliwościami, on bezwzględnie robił politykę własnego jedynowładztwa żydowskiego. Mordował z paranoicznego strachu, że staną po stronie nienawidzących go Żydów, których był królem, dzierżymordą rzymskim. Niektórzy sądzą, że końcowe, niezwykle krwawe rządy Heroda Wielkiego wywołane były chorobą nerek, albo bardziej prawdopodobną gangreną Fouriera, czyli zgnilizną genitaliów.

Herod nie bez powodu przez historię został nazwany wielkim. Ani przed nim, ani po nim nikt w żydowskiej kulturze nie stworzył tak imponujących budowli. Każdy przyznaje, że coś takiego mógł stworzyć tylko genialny wizjoner przestrzeni. Napadli go we wczesnym okresie namiestnikowania Partowie (dzisiejsi Irańczycy) i musiał uciekać, aby nie przegrać. Z całym rodzinnym i narodowym majdanem czmychnął na wzgórze obok Jerozolimy, a później na Masadę, wzgórze nie do zdobycia, ale również bez wody nie do życia. Zostawił oblężoną swoją społeczność i podążył do Rzymu po waleczne legiony. Niewiele brakowało, aby oblężeni poddali się. Spadł jednak zbawienny deszcz i legiony rzymskie zdążyły. Na tym pierwszym wzgórzu Herod zbudował Herodium, niezwykły pałac królewski, który nawet w obecnej dobie uchodzi za architektonicznie niedościgniony ideał geometrycznych proporcji.

Tam, gdzie jego ludzi uratował zbawienny deszcz, zbudował podwójnie otoczoną twierdzę z takim systemem zbiorników wody, że kilkunastotysięczna załoga mogła bronić się całe lata. Masada z kolei jest do dziś niedoścignionym wzorcem fortalicji. Całego, misternego systemu gromadzenia wody nikt już nie powtórzył. Aby było śmieszniej, ta twierdza zbudowana przez Heroda z błogosławieństwem Rzymu, stała się po czterdziestu latach od jego śmierci symbolem bohaterskiej walki zdesperowanych Żydów przeciw imperium rzymskiemu. Ale ta niezwykła budowla istnieje do dziś i ciągle fascynuje architektonicznym kunsztem. Wystarczy chociażby przejść zachowanymi tam piwnicami i zobaczyć kamienne zbiorniki wody.

Obiecał Herod cesarzowi Oktawianowi, i wybudował mu, niezwykły port Cezareę. Do dziś spierają się znawcy przedmiotu o to, dlaczego tak znamienita budowla padła. Okazało się, że Herod przewidział w swym zamyśle wszystko z wyjątkiem niszczycielskiego tsunami. Po parędziesięciu latach misterna konstrukcja inżynierii portowej padła pod działaniem nieprzewidywalnych sił natury. Ale do dzisiaj zdumiewa swoimi rozwiązaniami inżynieryjnymi.
Zbudował również największą w ówczesnym świecie świątynię judaistyczną w Jerozolimie Zajmowała kilkanaście hektarów powierzchni. Pozostała do dziś jedynie okazała jej ściana. To właśnie jerozolimska Ściana Płaczu, jak na ironię, obiekt żydowskiego kultu. Zbudował tę świątynię znienawidzony przez Żydów Herod.

Padło imperium rzymskie, padły kolejne cywilizacje, ale budowle Heroda Wielkiego pozostały przynajmniej w ruinach. Chciał on zapewnić sobie pośmiertną dostojność. Nie wyszło. Według rzymskiego kronikarza Flawiusza, orszak żałobny króla Heroda Wielkiego był imponujący. Grobowiec zbudował sobie także królewski. Problem w tym, że po czterdziestu latach katafalk mu Żydzi potłukli, a doczesne szczątki gdzieś tam wywalili. Nie miało to jednak żadnego związku z wyimaginowaną przez św. Mateusza rzezią niewiniątek, a bardziej z jego tyranią w sprawowaniu rządów.

Niechaj jednak państwo ocenią, czy postać Heroda w szopce lub ludowym obyczaju musi akurat odpowiadać historycznej prawdzie? W taki sposób i sienkiewiczowski potop, i redutowy Ordon, i ksiądz Skorupka pod Ossowem nie wydolą. Mity są ludziom niezbędne jak i idee. A historyczna prawda? Niby cóż ona ma za znaczenie w zderzeniu realnym mitem? Herod pewnie nadal będzie te niewiniątka rżnął. I dobrze mu tak, przyszywanemu Jewrejowi!

Roman Małek

POMARZYĆ MOŻNA\

Wraz z transformacją ustrojową rozpoczęło się wylewanie kolejowego dziecka z kąpielą. Na fali prymitywnej koncepcji prywatyzowania wszystkiego dla zasady burzenia zastanych struktur gospodarczych, kolej pozostawiono do naturalnej śmierci, aby umrzyka później reanimować w imię świętego prawa własności prywatnej, albo podojenia państwowej kiesy. Nie inwestowano w żadną infrastrukturę kolejową, tabor ani w jakikolwiek postęp. Inwestowano w kolejową biurokrację, stołki i zewnętrzny blichtr. Później nastał kierowany z tylnego siedzenia premier Buzek, który podzielił państwową kolej na ponad dwadzieścia spółek, również państwowych. Oczywiście wszystkie z zarządami, radami nadzorczymi, związkami zawodowymi i kapelanami w miejsce partyjnych komitetów. Wszystko to zaczęło coraz więcej kosztować, zatem kolejowe usługi drożały, ponieważ nikomu nie przyszło do głowy, aby cokolwiek w zmurszałej strukturze poprawiać. Efekt był łatwy do przewidzenia. Już w latach dziewięćdziesiątych był widoczny gołym okiem. Zamarł trzyzmianowy ruch na towarowej rampie Staroniwy. Dziś wyładowuje się tam sporadycznie wagony z cementem z Ożarowa i tłuczniem do budowy dróg. Bez żadnego ryzyka można tam urządzić bazar, albo szemrany kinderbal. Zamarł niemal do zera ruch pasażerski na dworcach Rzeszów Staroniwa i Osiedle. Dworzec Główny nie obsługuje nawet 1/50 pasażerów z lat osiemdziesiątych.

Taki stan od razu rodzi pytania o przyczyny. Czyżby nasi rodacy z jakiegoś powodu zaczęli sabotować kolej? Nic podobnego, kolej sabotowała się sama, z własnej nieprzymuszonej woli. Skoro koszty przewozu towarów są na kolei wielokrotnie wyższe, aniżeli u przewoźników samochodowych, to kto przy zdrowych zmysłach będzie z nich korzystał? A przecież ten dział usług był kolejową potęgą! Skoro kolejowy bilet do Kolbuszowej jest dwukrotnie wyższy, a bus jedzie o połowę krócej, to tylko pod karabinową eskortą ktoś do tego pociągu wsiądzie. Do Przeworska bus jedzie w czasie porównywalnym z koleją, ale jest o jedną trzecią tańszy i w busie nie śmierdzi oraz nie telepie niemiłosiernie. Jeśli trafi się jakiś masochista, to może zafundować sobie kolejową przygodę do Jasła. Pojedzie sobie po lordowsku sam w składzie o jednym wagonie. Musi jednak być odporny na niemiłosierne telepanie i jazdę z maksymalną prędkością 30 km na godz. Taką prędkość rozwijał w XVIII wieku wynalazek Stevensona, ale bez takiego poniewierania człowiekiem podczas jazdy. I ta nieprzyjemność trwająca półtora raza dłużej jest drugie tyle droższa od busa. To gdzie tu jest jakaś logika konkurencyjna? Współczuć należy jedynie tym, którzy dojeżdżać muszą, a do międzymiastowych dróg mają daleko, natomiast przystanki kolejowe obok. Całość świetnie obrazuje udostępniona mi przez Józefa Gajdę ilustracja rozkładu jazdy do Jasła, kiedyś i obecnie. Właśnie w tamtym czasie w jedną stronę dobowo jechało prawie trzydzieści pociągów, najczęściej zatłoczonych, a dzisiaj dwa o jednym wagonie z konduktorem i sporadycznie pasażerem hobbystą.

Polityczne lobby krakowsko-lubelskie postanowiło doprowadzić do parcelacji województwa rzeszowskiego. Odbiło się to również na kolei. Najmłodsza linia kolejowa do Ocic przez Kolbuszowę zarosła badziewiem, a do stolicy kolejarze wożą nas właśnie przez Kraków i Lublin, pewnie na skróty. Coś zmieniło się dopiero po decyzji, że kopacze balona będą wykopywać mistrzostwo Europy w Polsce. Zaczęła się reanimacja kolei do Kolbuszowej, a następnie dalej z zamiarem wznowienia najkrótszego i szybkiego połączenia z Warszawą. Pewnie nie będzie to CGT, ale możliwe, że kiedyś za 3 godziny do stolicy dojedzie. Oby! Odpacykowano śmierdzący i rozpadający się budynek dworca głównego, a w jego holu można nawet podziwiać zasiatkowaną ceramikę artystyczną rzeszowskiego plastyka Jerzego Tarnawskiego. Gdyby tak jeszcze komuś zechciało się wyremontować perony, szczęśliwość kolejowych tubylców zbliżyłaby się do pełni. No i cała nikomu niepotrzebna zabudowa starej parowozowni może znajdzie jakiegoś pomysłodawcę, który zdoła ją z pożytkiem dla miasta ożywić. A na zaniedbanym budynku przy moście kolejowym może przestaną rosnąć na dachu brzozy samosiejki?

Nie chcę zniesmaczyć czytelników opisem stanu rzeszowskich dworców pod zawołaniem Staroniwa i Osiedle. Nawet najbardziej odpornych na destrukcję, marnotrawstwo, głupotę i gospodarcze idiotyzmy, może przytrafić to o reakcje wymiotne. Oczywiście, nie tylko kolejowe. Ciągle pozostają aktualne pytania o przyczyny i autorów. Retoryczne! Kolejarzowi z krwi i kości zadałem kiedyś, przy sposobności przygotowywania rozkładówki naszego miesięcznika z okazji 150-lecia kolei w Rzeszowie, pytanie – czy z tą koleją w Rzeszowie może być jeszcze gorzej? Odpowiedział filozoficznie z zastrzeżeniem anonimowości. Gdyby mogło być gorzej, to już by było. Czy coś można tu dodać? Panie Zbyszku, zdrowia życzę! Szkoda, że nie chcieli skorzystać z pana wiedzy. Wiedzieli gorzej, ale byli górą! W naszych dziejach, to żadna rewelacja.

Ale wreszcie coś drgnęło. Najbardziej budujące jest to, że podjęto poważne prace na linii kolejowej Kraków-Przemyśl. Naprawdę bowiem serce się kraje, gdy ze względu na fatalny stan torowiska jadące tędy pociągi osiągają mniejsze prędkości aniżeli cesarska kolej wiedeńska. Jakoś trudno mi sobie to wyobrazić, ale ponoć pociągi mają tu jeździć z prędkością do 160 km na godzinę i w dodatku będą, wygodne, pachnące, dobrze wyposażone i punktualne.

Sądząc po robotach na torowisku do Strażowa, a nawet Łańcuta wydaje się, że ktoś poszedł po rozum do głowy. Może jest to skuteczna reanimacja naszej kolei państwowej, czyli mojej i każdego innego pełnoprawnego obywatela? Rozpieprzyli to przecież także w naszym imieniu i ponoć dla naszego dobra! Ale bez unicestwienia idiotycznych struktur biurokratyczno-personalnych wydaje się to utopią. Chciałbym wierzyć nawet w utopię, w której ktoś kolejarsko mądry utopi około pięć tysięcy dobrych synekur z politycznego nadania, a zastąpi je fachmanami typu pana Zbyszka. Bezpartyjnego fanatyka, a przede wszystkim znawcę, nie tylko polskiego kolejnictwa. Ot, takie sobie, pasażerskie marzenie. Czy realne?

Roman Małek

poniedziałek, 4 października 2010

Świątynia na Boisku

Po raz kolejny, dzięki niespożytemu uporowi katedralnego księdza Maca, stanęła na sesji Rady Miasta Rzeszowa sprawa przekazania jego parafii za walutę watykańską, czyli Bóg zapłać, półhektarowej działki wykrojonej z boiska szkolnego przy al. Powstańców Warszawy. Determinacja księdza godna podziwu, bo w końcu skuteczna. Przy uchwalaniu tej darowizny pojawiały się zdumiewające sytuacje, niczym wyjęte z gombrowiczowskiego „Trans- Atlantyku”. Nie przekonywały informacje o sprzeciwie mieszkańców osiedla, którzy uważają, że świątyń ci u nas dostatek. Pojawiła się argumentacja, że pogłowie szkolnej dziatwy spadnie na Nowym Mieście o połowę i boisko będzie świecić pustkami, że teren jest zupełnie niepotrzebny dyrektorowi szkoły oraz jego dziatwie, że nie chodzi o budowę kościoła tylko kaplicy i tym podobne mądrości nadające się do kabaretu, a nie na poważną debatę radziecką. W końcu wysmażono kuriozalną uchwałę, przyjętą przez 14 radnych z 38-osobowego jej składu. W osiedlu zawrzało. Czarno to widzę. Ciekaw tylko jestem, po co rada tę żabę je? Bo niestrawność po takiej diecie jest tak pewna, jak amen w pacierzu. Szczęść Boże!

Roman Małek

Demokracja w Kaczolandzie

Po przerżniętych wyborach prezydenckich prezes Jarosław I Nadęty dał prawdziwą lekcję demokracji, przy której ta ateńska i brytyjska wysiadają. Każdy w jego partii ma prawo do własnego zdania pod warunkiem, że będzie ono toczka w toczkę zgodne ze zdaniem prezesa. Prawie jak stary Ford, który zostawiał klientom prawo wyboru koloru produkowanego przez siebie samochodu, byleby był czarny. Zabronił swoim wyznawcom nazywać Komorowskiego prezydentem i żaden nawet nie zająknął się w tej kwestii. Orzekł, że krzyż na Krakowskim Przedmieściu ma stać, bo naród, czyli on tak chce, i stoi. W dodatku pilnowany przez inny kilkunastoosobowy naród wymagający pilnego leczenia. Nawet abp Józef Michalik nie chce go ruszyć, gdyż nie poczuwa się do roli totumfackiego i tego krzyżowego mebla wyparł się jak należy. Czytał jednak Fredrę! Sam prezes zaczął szybko modelować swój nadszarpnięty w czasie kampanii wizerunek napoleońskiej głowy. Skoro nie musi chwytać się brzytwy, jak twierdzi przyboczny Kuchciński, to widocznie brzytwa chwyta się jego, bo zaczął metodycznie rozpieprzać swój polityczny gołębnik, czyli dołować tych, którzy wysmażyli mu łagodny i przyjazny wizerunek. Paskudnie czuje się z nim, a więc postanowił pozbyć się wszystkiego, co szkodzi jego wizerunkowi zamordysty. Nawet Migalskiego wyrzucił z niczego, ponieważ tylko tyle może. Swojego świętej pamięci brata męczennika mianował prawdziwym Wałęsą i Piłsudskim naszych czasów, a co! Wszyscy w PiS w to święcie wierzą. Wtajemniczeni twierdzą, że polecił Macierewiczowi, oprócz zespołu pieśni i tańca, powołać w Sejmie zespół do zbadania zbrodni wyborczej. Śledczym zespołu ma być prawdomówny niczym Pinokio Ziobro, prokuratorem cherubin Brudziński, a niedorzecznikiem prasowym rajdowiec Kurski. Naród to kupi. Ten spod krzyża i boska Szczypińska też. Czyżby w PiS coś pękało?

Roman Małek

Smutna Historia

Nasz strategiczny wielki brat zza kałuży, w przeddzień rocznicy ataku terrorystycznego na nowojorskie wieże i Pentagon, znowu wykazał się gorącym uczuciem do wiernego mniejszego brata, czyli do nas. Jakieś smerfy dokopały się w tej Ameryce do tajnego raportu FBI i puściły bąka do prestiżowej prasy, że w Polsce torturowano aresztowanego gdzieś w świecie wielbiciela Al Kaidy. Zresztą, nie po raz pierwszy. Jak wcześniej, tak i obecnie, dziwnym zbiegiem okoliczności ma to miejsce w momencie, gdy jankesi robią w portki przed kolejnym zagrożeniem terrorystycznym. Bez skrupułów zatem chowają się za plecy sojuszników, pokazując palcem niemniej wrednych ciemiężców poniewierających wyznawców Bin Ladena. Nic, tylko takiemu sojusznikowi dać buzi z wdzięczności. Ale jak to zrobić, skoro on ma nas, za przeproszeniem, w dupie? Niemożebne! Gdy zagrożenie nieco zelży dostaniemy na otarcie łez jakąś korwetę z I wojny światowej, albo kolejną baterię rakietowych atrap wystruganych z drewna, których nawet smerfy nie boją się.

Pewien amerykański Rydzyk z kolei, dla niepoznaki zwany Terry Jones, wymyślił radykalny sposób na wojujących wyznawców islamu, co może także odwrócić uwagę od nas. Chce publicznie spalić im Koran, pewnie sądząc, że pozbawi w ten sposób takich talibów sensu życia. Jak mawiał pewien czeski doktor, gdyby głupota umiała fruwać, to ów ichni Rydzyk powinien być gołębicą. Paleniem książek zajmowało się w dziejach wielu. Z podobnym skutkiem. Tylko ten, który spalił bibliotekę aleksandryjską wszedł do historii, ale ludzkiej głupoty. Później palili księgi heretyckie, często z autorami, ale skutek był odwrotny. Pewien wódz tysiącletniej Rzeszy kazał także palić księgi niearyjskie i cała ta Rzesza przetrwała raptem coś z dziesięć lat. I o czym to wszystko świadczy? Myślenie ma przyszłość i bardzo smutną historię.

Roman Małek

sobota, 25 września 2010

PROTEST!

Kościół Katolicki w Polsce zawsze cechowała arogancja, buta i niespożyta pazerność na dobra doczesne, chociaż owieczkom stawiał cele szczęśliwości w niesprawdzalnym raju niebiańskim, strasząc przy tym okrutnymi plagami każdego, który będzie ulegał blichtrowi bogactwa. Relatywizm wyjątkowo perfidny. Ta pazerność na dobra doczesne prawdziwej eksplozji doznała w czasie transformacji ustrojowej. Powołana niezgodnie z jakimkolwiek stanem prawnym Komisja Majątkowa przekazała w sposób kapturowy, niemal prawem kaduka nieruchomości wartości ponad 24 miliardy złotych, w dodatku w sposób śmierdzący korupcją i po zaniżonych cenach. Aktualnie toczy się w tej sprawie postępowanie karne, są pierwsze aresztowania. Wszystko wówczas, gdy zwykli zjadacze chleba musieli żyć w niedostatku ponosząc bandyckie skutki tej transformacji, w której rodzący się kapitalizm bardziej przypominał opryszka w kominiarce, aniżeli sprawiedliwego chrześcijanina z ludzka twarzą. Jak widać wyjątkowo szybko dostosowała się do tego cała hierarchia kościelna.

Przeżyliśmy i w Rzeszowie skutki tej pazerności. Chociażby jeszcze świeża sprawa oddania za czapkę gruszek parkingu obok Urzędu Wojewódzkiego wraz z pomnikiem, pomimo że kiedyś wredna władza PRL-owska sowicie za to zapłaciła. Dlatego zawrzało w mieście po wyjątkowo niekorzystnym przekazaniu proboszczowi Macowi z parafii katedralnej, znanemu miłośnikowi karcianego hazardu, części boiska sportowego Szkoły Podstawowej nr 23.pod budowę kaplicy. Potrzebna jest ona w tym miejscu jak wrzód na d… Odległość do kościoła z każdego miejsca osiedla nie przekracza 400 m. Czarni katedralni twierdzą, że w drodze do katedry giną ludzie, chociaż policja nie odnotowała ani jednego takiego przypadku. Rzekomo boisko w obecnym kształcie jest za duże, a mieszkańcy pragną tej kaplicy. Zatem do swoich cnót kler w Rzeszowie dorzucił jeszcze perfidne zakłamanie. Na osiedlu zawrzało i słusznie. Mieszkańcy zorganizowali się w akcji protestacyjnej, a wielebny karciany Mac wysmażył list odczytany z ambon, w którym oprócz steku kłamstw i bzdur, raczył straszyć paskudnymi skutkami tych, którzy są przeciw, bo uznał niezgodę na niczym nieuzasadnioną pazerność, za walkę z Bogiem. Od kiedy kawał boiska jest istotą boską? Tego nie wyjaśnił. Protest trwa. Z jakim skutkiem, zobaczymy.

Dlatego Podkarpacka RACJA PL nie może przejść koło tego obojętnie. Nie może być naszej zgody na zwykłą grabież mienia komunalnego, arogancję kleru wobec obywateli oraz lekceważenie elementarnych zasad sprawiedliwości społecznej. Nie może być zgody na zwykłe złodziejstwo społecznego dobra. Nie może być zgody na bezkarność i brak jakiegokolwiek umiaru w traktowaniu skarbu państwa jako własności kościelnej.

Zarząd Wojewódzki RACJI PL
W Rzeszowie


sobota, 18 września 2010

Zadyma

Zadyma wokół „krzyża kaczyńskiego” przeraża mnie ale jednocześnie napawa optymizmem. Dlaczego? Otóż po pierwsze ukazała słabość państwa w konfrontacji z terroryzmem katolickim. Garstka oszalałych na tle religijnym staruszków pokonała połączone służby porządkowe miejskie i państwowe. Ani straż miejska, ani policja nie były w stanie wyegzekwować prawa. Inną sprawą jest postawa natchnionej w duchu świętym prezydentki Warszawy. Gdyby wydała zdecydowane polecenia swoim funkcjonariuszom pewnie byłoby już po wszystkim. Ale przykościelna paniusia woli szastać milionami, będącymi własnością mieszkańców Warszawy niż narazić się katoterrorystom. Innym powodem do niepokoju jest łatwość, z jaką PiSuary potrafią porwać swoich fanatycznych zwolenników do łamania prawa. Pierwszy zadymiarz RP czyli J. Kaczyński nie zawahał się rzucić do boju swoich wiernych wyznawców i osiągnął sukces. Od kilku miesięcy jest na ustach i łamach mediów w Polsce ale nie tylko bo cały świat pokazuje naszą głupotę i niemoc. Cel tych działań jest oczywisty. Nie ważne jak o tobie mówią, dobrze czy źle, ważne żeby mówili. I mówi się ciągle o „wspaniałym’ prezydencie Kaczyńskim a przy okazji o jego nie mniej wspaniałym bracie. Tradycja nakazująca o zmarłych mówić dobrze lub wcale zamyka usta wszystkim krytykom, którzy powinni głośno krzyczeć jak żałosna i przynosząca wstyd Polsce była prezydentura L. Kaczyńskiego. A mówić o tym trzeba bo „pierwszy brat” i jego wierni poplecznicy wmawiają jak wspaniałym politykiem i mężem stanu, na skalę co najmniej europejską, był L. Kaczyński. I stąd bierze się idea wybudowania mu pomnika, na który w niczym sobie nie zasłużył. Gdyby nie tragiczna śmierć odszedłby z urzędu w niesławie i pozostałyby tylko żałosne wspomnienia. Pamiętajmy, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą a żeby tego uniknąć trzeba przypominać prawdę o „dokonaniach’ Kaczyńskich.


Ale cała ta żałosna farsa ma też swoje jasne strony. Pokazuje dowodnie jak słaby i podzielony jest polski episkopat. Biskupi już dawno utracili władzę nad sektą Rydzyka, o ile kiedykolwiek ją mieli. Niektórzy z nich, jak na przykład Głódź, próbują się podpiąć pod „Moherencję” ale to on jest im bardziej potrzebny niż oni jemu. Teraz wymknęli się spod kontroli biskupów „krzyżacy” za nic mający nakazy płynące z Miodowej. Oni są już przecież wyznawcami kaczokatolicyzmu. Na zewnątrz „czerwone berety” pokazują pozorną jedność i prężą zwiotczałe muskuły aby wywrzeć presję na zatrwożoną władzę. Wiedzą, że aby utrzymać dające bajeczne bogactwo przywileje muszą stanowić jedność, to w rzeczywistości ich wpływ na to co dzieje się w polskim kościele jest niewielki. Każdy z biskupów uprawia własne poletko, z którego chce wyciągnąć jak największe plony. Również coraz częściej odważniejsi wierni pokazują panom biskupom wała i robią co chcą za nic mając stanowisko kościoła w kwestii antykoncepcji, in vitro czy nawet tak potępianej aborcji.. Podobnie zachowuje się coraz więcej księży a głosy byłych duchownych, którzy mieli odwagę odejść z kościoła kat. nie pozostawiają złudzeń co do kondycji tej pasożytniczej organizacji. Kolos zaczyna się chwiać i jego upadek jest coraz bliższy a to musi cieszyć każdego racjonalnie myślącego. I tym optymistycznym akcentem wypada zakończyć ten tekst.

Krzysztof Tinc

środa, 18 sierpnia 2010

Rzeszów, dnia 17.08.2010 r.


Pani Katarzyna Hall
Minister Edukacji Narodowej


Szanowna Pani Minister!


W ostatnich latach w wielu krajach lawinowo narasta liczba ujawnionych przypadków pedofilii, których sprawcami są księża katoliccy. Również Polska nie jest wolna od tego typu przypadków, o czym świadczą coraz częściej zapadające w polskich sądach wyroki skazujące seksualnych przestępców w sutannach. Również tygodnik „Fakty i Mity” ujawnił w tym roku szokującą liczbę potwierdzonych przypadków seksualnego wykorzystywania dzieci przez księży. Przestępcy ci działają najczęściej jako wychowawcy i opiekunowie nieletnich, często niepełnosprawnych. Nie trzeba zapewne przypominać, jak liczna jest rzesza księży katechetów działających w polskich przedszkolach i szkołach, ale podkreślić należy, że wraz z powiększaniem ich grona, wzrasta wprost proporcjonalnie potencjalne zagrożenie z ich strony.


Mając na uwadze bezpieczeństwo dzieci przebywających pod opieką księży oraz postawienie uczciwych katechetów poza kręgiem podejrzeń, domagamy się, aby wszyscy księża nauczający w placówkach oświatowych przechodzili obowiązkowe badania, których celem będzie wykluczenie osób mających skłonności pedofilskie. Badania powinny być przeprowadzane przez niezależnych, oczywiście, od kościoła lekarzy psychiatrów, psychologów lub seksuologów. Procedury te nie będą naruszały dóbr osobistych księży, ponieważ profilaktyczne badania lekarskie stwierdzające przydatność pracownika do zajmowania określonego stanowiska, zgodnie z Kodeksem Pracy, są w Polsce obowiązkowe. Koszty tych badań ponosiłaby oczywiście kuria kierująca księdza do pracy w placówce dydaktycznej, opiekuńczej bądź wychowawczej.

My, członkowie RACJI Polskiej Lewicy powodowani troską o bezpieczeństwo polskich dzieci i kierujący się humanistycznymi wartościami praw człowieka, jesteśmy przekonani, że nasze żądania nie pozostaną bez echa. Domagamy się, aby Pani, jako osoba, dla której dobro dzieci – z racji pełnionego stanowiska – powinno być najwyższą wartością, stała na straży ich bezpieczeństwa.

Rada Wojewódzka
Racji Polskiej Lewicy

Przewodniczący
Andrzej Walas


List ten został wysłany do pani minister Katarzyny Hall w związku z nadchodzącym nowym rokiem szkolnym.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Dni Rzeszowa

W dniach 27-30 czerwca odbywały się "Dni Rzeszowa". W trakcie tych imprez, w dniu 29 czerwca razem z kolegami z Łodzi postawiliśmy na ulicy Kościuszki namiot reklamowy Faktów i Mitów oraz RACJI PL. Umiejscowiony był on blisko rzeszowskiego Ratusza, gdzie odbywały się główne imprezy artystyczne. Rozdawana była gazeta i ulotki FiM oraz ulotki RACJI. Zainteresowanie buło dość duże, a czasami wręcz zaskakujące. W trakcie tej imprezy przeprowadziliśmy kilka interesujących rozmów z ludźmi, których interesowało zarówno, to o czym pisze gazeta jak i działalność naszej organizacji. Uważam, że choć impreza trwała trochę za krótko, była udana i potrzebna.

AW









środa, 5 maja 2010

1 maja 2010 w Rzeszowie

W tym roku obchody Święta Pracy w dniu 1 Maja nie odbyły się tradycyjnie pod pomnikiem Walk Rewolucyjnych, ze względów znanych wszystkim rzeszowianom. Uroczystości odbyły się na placu Ofiar Getta przy pomniku Wdzięczności. W manifestacji uczestniczył pan Prezydent Miasta Tadeusz Ferenc oraz przedstawiciele wszystkich Partii Lewicowych, w tym RACJI PL, Związków Zawodowych i Stowarzyszeń. Po okolicznościowych przemówieniach i złożenia wieńców przy akompaniamencie orkiestry rzeszowskich kolejarzy, pochód przeszedł ulicami Śródmieścia pod pomnik Walk Rewolucyjnych, aby tam zamanifestować swoje poparcie w obronie pomnika. Tam też manifestację zakończono.


Andrzej Walas


Kliknij tutaj aby zobaczyć zdjęcia z obchodów 1-go maja 2010 w Rzeszowie.

wtorek, 4 maja 2010

W dniu 25.04.2010r. odbyło się zebranie sprawozdawczo-wyborcze Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa. W zebraniu tym uczestniczyli członkowie podkarpackiej RACJI PL: Zofia Walas, Joanna Ferfecka, Roman Małek i Andrzej Walas, którzy są również członkami Towarzystwa. Poza poruszanymi tematami dotyczącymi prac Towarzystwa, bardzo wiele czasu zajęła dyskusja w obronie pomnika Walk Rewolucyjnych, który został ogrodzony przez kościół Bernardynów. Utworzył się Komitet obrony pomnika, którego działania poparli członkowie RACJI i postanowili brać czynny udział w jego działaniu. W załączeniu przesyłam Apel Komitetu Obrony Pomnika do wszystkich, którym zależy na jego odzyskaniu.

Andrzej Walas





Ręce precz od Pomnika


Apel do władz Rzeszowa oraz rzeszowian

o

wspólny społeczny front w obronie

Pomnika Walk Rewolucyjnych


            Od 1974 roku własnością mieszkańców miasta jest pomnik Walk Rewolucyjnych. Dla znacznej części rzeszowian, zwłaszcza starszego pokolenia, jest on symbolem patriotyzmu i wyrazem hołdu dla naszych ojców i braci, którzy oddali życie za Ojczyznę – jej niepodległość i sprawiedliwy byt. Dla wszystkich nas jest niewątpliwie wizytówką miasta rozpoznawalną w całej Polsce, a także poza jej granicami. Monument, który powstał dzięki środkom z dobrowolnej zbiorki obywateli regionu, jest też niekonwencjonalnym skarbem sztuki pomnikowej. Wyszedł spod rąk artysty –  mistrza w tej dziedzinie.

            Pomnik, który, zdawało się, na trwałe wrósł w pejzaż miasta, stał się w ostatnich latach przedmiotem gorszącego spektaklu. Wskutek arbitralnej decyzji politycznej prawicowej Rady Miasta, okoliczny teren wraz z pomnikiem, stał się formalnie własnością Zakonu Bernardynów. Z chwilą rozpoczęcia przez Zakon, na wiosnę br., na przypomnikowym parkingu robót budowlanych, plac - wraz z największym rzeszowskim monumentem - szczelnie ogrodzono. Z tego też powodu, po raz pierwszy od 36 lat, w dzień majowego święta rzeszowianie nie mogą złożyć u jego stóp symbolicznej wiązanki kwiatów.

            Istnieją uzasadnione obawy, iż podjęta inwestycja, będzie pretekstem do ostatecznej próby likwidacji pomnika. Wszak wszystkie poprzednie spełzły na niczym, napotkawszy stanowczy odpór zdecydowanej większości mieszkańców miasta oraz kategoryczne NIE artykułowane przez opinię publiczną, choćby lokalne media.

            Wobec zaistniałej sytuacji, zwracamy się do władz miasta o jednoznaczną interwencję w obronie pomnika Walk Rewolucyjnych, pomnika, który dla wielu Polaków jawi się, jako drugi herb stolicy Podkarpacia.

            Dziękując rzeszowianom za dotychczasową postawę w obronie naszego pomnika, wzywamy wszystkich do czujności i nieustępliwości. Nie pozwólmy odebrać sobie naszej zbiorowej własności. Nie bądźmy bierni, gdy zubaża się naszą tożsamość. Nie pozwólmy osierocić naszego miasta. Rzeszów bez pomnika będzie niczym!


                                               Rzeszowscy seniorzy zebrani na uroczystym spotkaniu

                                               w przeddzień Święta 1 Maja


Rzeszów, dnia 23 kwietnia 2010  


środa, 28 kwietnia 2010

1-szy Maja

Zapraszam wszystkich do udziału w obchodach Święta Pracy, które odbędą się w dniu 1-Maja (sobota) w Rzeszowie o godz.10.00 pod pomnikiem na placu Ofiar Getta (dawniej Plac Zwycięstwa) przy ulicy Sobieskiego (dawniej 1-Maja).


Przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego RACJI PL

 Andrzej Walas

wtorek, 27 kwietnia 2010

Wspomnienie

W dniu 27 kwietnia 2010 mija 100-tna   rocznica  urodzin Władysława Kruczka,/zmarłego w

2003 roku w wieku 93 lat/ zasłużonego gospodarza ziemi rzeszowskiej i Rzeszowa/1956-

1970-1980/.

Urodził się w Zwięczycy pod Rzeszowem

w rodzinie wielodzietnej/ rolnika i kolejarza/(11+2)

W 2004r w plebiscycie "Supernowości" na rzeszowian wszechczasów /3 miejsce/.

Jego całe życie było poświęcone ziemi rzeszowskiej i Rzeszowowi.

Tu dorastał,walczył o pracę dla bezrobotnych, działał politycznie. To właśnie jego wielka

wrażliwość na niesprawiedliwość społeczną wprowadziła go na drogę polityki za którą 

wielokrotnie trafiał do więzienia sanacyjnego/5 lat/.

W II R.P.pozbawiony został też praw obywatelskich jak i prawa do służby wojskowej.

1939 rok to ucieczka na wschód , wiezienie NKWD w Kijowie, Lwów, obóz jeniecki,

1941/42 ucieczka do Polski, PPR, gestapo /bicie/,Oświęcim-Brzezinka nr obozowy

95722/tortury/,Oranienburg-Sachsenhausen/maltretowanie/,oswobodzenie przez Armię

Czerwoną ,i w końcu ....wolność,"nowa Polska".

Leczenie ran,chorób.......żona urodzona na Syberii/wnuczka powstańca styczniowego

1863r/,dzieci..wychowanie.

Tworzenie ,elektryfikacja,budowanie wyższych uczelni/m. inn.Politechniki/,szkół pod

hasłem,"1000 szkół na 1000 lecie",setek zakładów,tysięcy mieszkań dla ludzi ,rozwój całego

regionu, Bieszczad,budowa zapór wodnych ,lotniska, a i kościołów /np. w Zwięczycy/.

Kultura-Radio,TV,teatry, kina,festiwal polonijny,gazety,czasopisma /np. Prometej/

to tylko kilka kierunków i działań w których uczestniczył,wspomagał i którym poświęcił całe

życie.

Rok 2001 to wielka radość,ukoronowanie jego marzeń-Uniwersytet Rzeszowski.

Już młodzież nie będzie musiała jeździć daleko "po nauki " jak mawiał.

Był człowiekiem wyjątkowego spokoju .Każdego potrafił wysłuchać, 

przedyskutować jego problem, jeśli było to możliwe ,pomagał ,załatwiał, nigdy niczego nie

forsował na siłę.

Do każdej sytuacji podchodził z cechującym go spokojem. Słuchał rad mądrzejszych od siebie.                    

Rzeszowianie wiedzieli , że Kruczek do pracy chodzi  pieszo, prawie codziennie ktoś go

zaczepiał na ulicy, prosił o coś ,a on pomagał…..i pomagał.

Może wielu młodych ludzi nie wie o w/w, może napisalismy za dużo a może za mało.

Liczymy że  ludzie dobrej woli pamiętają , co zrobił Władysław Kruczek dla tej ziemi. Piszcie

więc o tym, co zbudował, gdzie ,kiedy i komu w czym pomógł, o faktach i datach, podawajcie

nazwiska, tel ,e- maile.

Czekamy na wasze pisemne ,e -mailowe opinie wysłane na adres e- mail

 wladyslaw@kruczekrzeszow.pl

strona  www.kruczekrzeszow.pl   w przygotowaniu.

Adres e mailowy oraz strona www jest /będzie pod wyłączną opieką jego syna

Włodzimierza. Wierzymy że na bazie waszych informacji powstanie kronika "dobrego

gospodarza regionu".

Syn Włodzimierz i córka Zosia będą też w dniu  100 -lecia urodzin ojca na cmentarzu w 

Rzeszowie - Zwięczycy 27 kwietnia 2010 /wtorek/w godz 16.00-19.00 by złożyć mu hołd , 

a także osobiście odebrać wasze opinie .

 

Cześć jego pamięci 

 

Przyjaciele, rodzina, syn i córka

Komuniści Obrodzili!

   Bardzo często życie współczesne bywa mocno zakorzenione w uwarunkowaniach historycznych. Zjawisko ze wszech miar pożądane i chwalebne, gdyż historia jest niewyobrażalnie bogatym źródłem wiedzy o ludzkim geniuszu i wielkości, przy równoważnym poziomie wiedzy o ludzkiej głupocie i nikczemności. Nic, tylko garściami czerpać z tej skarbnicy mądrości. Rzeczywistość jest jednak wielce przygnębiająca. Bowiem historia udowadnia nam również taką prawdę, że niczego nas nie nauczyła. W dodatku coraz częściej pojawia się idiotyczne zakłamywanie historii w imię obłędnych zasad polityki historycznej, używanej na ideologiczny obstalunek. Buduje się bzdurne mity. Te kłamstwa upowszechnia się tak, jakby rzetelną wiedzę historyczną powieszono na kołku. Spróbuję ją po swojemu odwieszać.

   W marcu obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet, kiedyś święto państwowe, z pewnością w sposób sztuczny i nawet karykaturalny obchodzone w czasach PRL-u. Ale uznawanie go przez niby poważnych ludzi za święto komunistyczne, to mniej więcej to samo, co posądzanie prałata Jankowskiego o umiłowanie Żydów i ubóstwa. Akurat z komunizmem to święto nie ma nic wspólnego! Zresztą pierwsze takie święto poświęcone specjalnie kobietom obchodzone było już w starożytnym imperium rzymskim, ale tam miało nieco inny sens.

    To współczesne zaś swoje korzenie ma w XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, a raczej jej skutkach. Kobiety podejmowały masowo pracę zawodową, ale były dyskryminowane pod każdym względem. Znakomicie opisał to nasz Reymont w „Ziemi obiecanej”. Postanowiły więc walczyć o równouprawnienie w pracy, płacy i prawach. Można zatem przyjąć, że zorganizowane dążenia kobiet w tym względzie wyrosły z bardzo szeroko pojętego ruchu lewicowego, ale nigdy komunistycznego. Jeśli ktoś nie rozróżnia tych pojęć niechaj zamilknie,  weźmie się poważnie do nauki, albo idzie do roboty w IPN. Żeby było jeszcze ciekawiej, ruch zrodził się w najbardziej kapitalistycznym kraju, czyli w Stanach Zjednoczonych.

   Wszystko rozpoczęło się w 1857 roku od dużego strajku kobiet zatrudnionych w nowojorskiej przędzalni bawełny. Chodziło im o skrócenia dnia pracy i zrównanie płac. Z czasem doszło żądanie praw wyborczych. Ten ruch kobiecy w USA konsolidował się i w konsekwencji pierwsze świąteczne obchody zorganizowano 20 lutego 1908 roku. Była to wielka demonstracja, jak na tamte czasy.

   Skąd zatem wzięło się w Europie? Przywiozły go osobiście Amerykanki, a nie Marks z Leninem i Różą Luksemburg. Przywiozły jako ideę na II Kongres Socjalistek w Kopenhadze w 1910 roku. Z pewnością taki Giertych o tym nie wie, ale ówcześni socjaliści wybrzydzali na ten pomysł niemiłosiernie. Jednak w tamtych czasach pozycja niemieckich socjalistów była bardzo mocna, a u nich z kolei babska część, to była potęga. A skoro niemiecka socjalistka Klara Zetkin – można powiedzieć baba z jajami - uparła się, to Międzynarodowy Dzień Kobiet został uchwalony i szlus. Już 19 marca następnego roku w Niemczech, Austrii, Danii i Szwecji w obchodach udział wzięło ponad milion nie tylko kobiet. A 19 marca wybrano nieprzypadkowo. W tym dniu wiarołomny król pruski w 1848 roku, przygwożdżony powstańczą groźbą, obiecał kobietom prawa wyborcze i te obietnice, niczym premier Tusk swoje, olał.

   Skąd z kolei wziął się dzień 8 marca? Też nie z pietruszki. Od daty rozpoczęcia rewolucji lutowej w Piotrogrodzie w 1917 roku. Właśnie w tym dniu krwawo stłumiono demonstrację kobiet pracujących w zakładach przemysłu tekstylnego, co później przerodziło się w rozruchy i nawet abdykację ostatniego cara. Jak na złość naszym historykom-chałupnikom, przeciwni tej demonstracji byli bolszewicy! Już od następnego roku dniem obchodów stał się 8 marca i tak jest do dziś. W naszym przykościelnym kraju przed wojną obchodów nie odnotowano. No, bo niby kto miał manifestować? Wasilewska i Zapolska przy wsparciu Dąbrowskiej? Taż armia Dulskich by ich nakryła moherami!

    W powojennej Polsce nadano obchodom Międzynarodowego Dnia Kobiet nadęty, koturnowy charakter. Ta oficjalna państwowo-zakładowa fasada, zaklęta w czerwony goździk i rajstopy, miała i drugą, niezwykle ludzką i ciepłą warstwę. Odświętnie strojne panie znosiły upichcone wcześniej smakołyki, niezwykle przymilni w tym dniu panowie taszczyli przedkartkowe lub już kartkowe dodatki i niskonakładowa impreza integracyjna rozwijała się niczym goździk w rajstopach. Często finalne integrowanie odbywało się już w przybytkach niezapomnianej państwowej gastronomii. A że czasem komuś zaszkodził nieświeży śledź? To zupełnie inna bajka.

    I cóż to wszystko mogło mieć wspólnego z komunizmem? Historycznie, praktycznie i obyczajowo tyle, ile białostocki Kononowicz ze światowym blichtrem. Pomimo to, z ogromną powagą i komunistycznym obrzydzeniem, już w 1993 roku demokratycznie zniesiono centralne obchody tego święta. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że ostatecznie z zestawu świąt państwowych wywaliła Międzynarodowy Dzień Kobiet premier Hanna Suchocka, formalnie kobieta. Niektórzy jednak twierdzą, że z tą kobiecością u niej, to jakoś nieszczególnie. Wszelkich obchodów, w odróżnieniu od wolnego świata, zaprzestano. Na jakiś czas.

    Spacerując po Rzeszowie 8 marca ad. 2010, ze zdumienia przecierałem oczy. Do głowy nigdy by mi nie przyszło, że w moim mieście mieszka aż tylu komunistów płci męskiej. Stali grzecznie przed kwiaciarniami w wielokrotnie zakręconych kolejkach, jak w czasach PRL-owskich za pomarańczami przed świętami, albo wigilijnym karpiem. Niektórzy nawet z rozbawieniem kupowali czerwone goździki. Dobiła mnie jednak telewizja. Za pierwszego komunistę na ekranie robił osobiście prezydent Kaczyński! Jednym naręczem kwiecia obdarował red. Wilman, a z jeszcze większym w objęciach i uśmiechem nr pięć życzył wszystkim paniom czego trzeba! Nic nie mówił o pobożnej Suchockiej. Koniec świata!

Roman Małek