piątek, 8 maja 2009

Co z tym majem ?

W pewnym takim sobie dzienniku lokalnym redaktorski nielot pozwolił sobie na robienie jaj ze Święta Pracy. Jeśli poprawiło mu to samopoczucie, to dobrze. Są różne upodobania. Jedni lubią perfumy, inni gdy im nogi śmierdzą. I Maja jest obchodzone od 1890 roku. Fakt, że w czasach PRL traktowano to święto z przesadną tromtadracją i nikomu niepotrzebną przesadą, nie usprawiedliwia lekceważącego traktowania go obecnie. Odebrałem to z niesmakiem jako oczywistą pogardę dla ludzi pracy. Odnoszę wrażenie, że w naszym kraju ludzie żyjący z pracy popadli w jakiś niebyt. Istnieją jedynie wyż  wzmiankowany redaktor, biznesmeni i posiadacze ziemscy. Z pewnością nawet bezrobotni, to biznesmeni i posiadacze, których na niekorzyść tych rzeczywistych przybywa, ponieważ światowy kryzys wyrzuca w strefę ubóstwa kolejne rzesze ludzi pozbawionych pracy.

Traktowanie 1 Maja, jako święta lewicy jest swoistym nieporozumieniem, wynikającym w dużej części z upartyjnienia obchodów w czasach PRL. Przecież zostało ono ustanowione dla konsolidacji ludzi pracy w obronie interesów pracowniczych i socjalnych. Organizacją manifestacji i innych form walki o swoje prawa zajmowały i zajmują się w świecie związki zawodowe. Wygląda na to, że w Rzeszowie ludziom pracy żyje się sielankowo i nie ma żadnych spraw do załatwienia, albo że taki gatunek tu nie występuje. Być może, iż związkowcy spod cyrylicy wolą za dużo nie myśleć, aby sobie nie wyrządzić krzywdy.

Nie pomógł nawet fakt, że od pewnego czasu w dniu tym czczony jest św. Józef Robotnik.

 Roman Małek

Służba milionom

   Dobiega końca kadencja Parlamentu Europejskiego. Cóż tam nasi wybrańcy, europejczycy pełną gębą, zdziałali? A, mniej więcej tyle samo, co w naszym rodzimym parlamencie. Niewielka część starała się robić coś sensownego, a większość obijała się, ośmieszała nas i plotła różne idiotyzmy. Niektórzy próbowali nawet je realizować, organizując Europie pod prąd jakieś akcje. W sumie kilku spośród 54 parlamentarzystów z mozołem starało się zbudować pozytywny wizerunek Polski po to, aby pozostała większość miała co spieprzyć. Ale jak można dziwić się temu, skoro z Ligi Polskich Rodzin wysłaliśmy tam starego Giertycha, który oficjalnie szczyci się tym, że wszystkie głosowania przerżnął z kretesem? Co mieli tam do powiedzenia ci, którzy językami sprawnie posługiwali się, ale wyłącznie tymi u butów, ponieważ nawet ojczysty niemiłosiernie kaleczą? Gdy na to nałożymy żałosny spór prezydencko-rządowy o użyczenie unijnego stołka do posiedzenia sobie w Brukseli, trudno dziwić się, że traktują nas tam trochę jak osiodłanego pawia z papugą. I w taki nieskomplikowany sposób nastał koniec już na samym początku naszej kolaboracji z Europą.

   Skoro wybory mają się odbyć, rozpoczęto pudrowanie i cukrowanie własnych kandydatów, szukając solidnego błota na innopartyjnych i gotując kampanijne hołubce, które zakończy gorączka wyborczej nocy z 7. na 8. czerwca. Oczywiście tę gorączkę przeżywać będą wyłącznie kandydaci i ich sponsorzy. Już na dzień dobry zgłoszono 20 komitetów wyborczych, w tym Związek Słowiański lansujący podlaskiego Marchołta grubego a sprośnego, czyli Krzysztofa Kononowicza, który wyróżnia się tym, że ma ładniejszy sweterek od Kurskiego i w dodatku jeszcze podlaską uszankę na zimę. Ażeby było weselej, ideowo przewodzi on partii Podlasie XXI wiek. Na taki pomysł nie wpadł by nawet Woody Allen. Komórkowy podział nastąpił w Samoobronie, gdyż zgłosiła się ona do wyborów w dwóch osobach prawnych.

   Później nastąpiła najtrudniejsza faza przedwyborcza, ustalanie list wyborczych. Chętnych bowiem do napisania podania do elektoratu o przyznanie mandatu ze względu na ciężką sytuację materialną rodziny, jest nadmiar, a mandatów w całej Polsce jedynie pięćdziesiąt. Ponadto wszyscy chcieliby pisać, niczym w Porażu, z pierwszego rzędu. Bój toczy się bowiem o nie byle co! Chodzi o zgarnięcie w ciągu 5 lat coś ponad 4 mln złociszy. Przy takiej gaży  nawet szóstka w totka bez solidnej kumulacji wysiada. I wtedy zaczęło się! Największe tornado przeszło przez zasłużony aktyw PiS, gdzie prezes demokratycznie wszystkich trzyma za mordę i preferuje zasadę starego H. Forda, który ogłaszał, że każdy ma prawo wybrać sobie kolor jego samochodu, byle był czarny. Kilku posłów z jego drużyny pierdyknęło mu drzwiami i poszło gdzie indziej. I tak radiomaryjna Anna Sobecka poszła do „Libertas”, nasz Mieczysław Janowski odkrył w sobie nagle powołanie małorolne, a Mojzesowicz po prostu poszedł sobie w kibini mater.

   Na Podkarpaciu transfer Janowskiego nie jest największym wydarzeniem. W spadochronowym zrzucie rąbnął o podkarpacką glebę związkowy geniusz z Kolbuszowej, niejaki Krzaklewski Marian i od razu trafił w jedynkę na liście PO. W zrzucie nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie to, że Platforma powstała kiedyś właśnie przeciw Krzaklewskiemu. Czy może być większa ironia politycznego losu? W sumie ofertę mamy bogatą. Wybierać będziemy ze stu kandydatów wpisanych na 10 list. Wśród spadochroniarzy znalazł się u nas również Daniel Pawłowiec już niegdyś mizernie posłujący z Sieradza. Ale jak na polityczny plankton przystało zostanie pożarty nawet przez zwykłe wyborcze uklejki, a co dopiero grubsze ryby.

   Teraz już tylko kampanijne słodzenie i lanie pomyj. Próbkę mieliśmy już na górze. Ku ogromnemu zdumieniu dowiedziałem się, że prezydent załatwił miliardy euro, balonowe mistrzostwa Europy, potęgę Gruzji i Konstytucję 3 Maja, natomiast rząd jedynie łzy, kryzys międzynarodowy i świńską grypę. Ze spotu wyborczego PiS wynika niezbicie, że jedynym Piłsudskim XXI wieku jest nasz prezydent, oczywiście zupełnie apolityczny. Czekam na ciąg dalszy. Będzie ciekawie. U nas na razie panuje względny spokój, mało ćwiczeń z plucia. Zdziwił mnie tylko 3 maja tłok z wieńcami przy Kościuszce. Kandydatów, oczywiście! A kandydat Andrzej Szlachta coś ze trzy razy obracał z wieńcem pod tego Kościuszkę. Przecież mógł sobie usprawnić robotę. Pójść raz i stanąć, a wcześniej zobowiązany umyślny donosił by mu wieńce z odpowiednią szarfą, po wyczytaniu przez spikera. Wówczas tylko by składał z ukłonem i wdziękiem. Ale wydaje mi się, że na Kościuszce nie zrobiło to większego wrażenia, pozostał nieporuszony.

Roman Małek

Kaczorki lepsze

    Jak to u nas w zwyczaju, przed każdymi wyborami nasi wybrańcy opluwają się solidnie, ku uciesze coraz bardziej rozsierdzonego i sfrustrowanego społeczeństwa, nękanego skutkami ich nieudolności. Te igrzyska zaczynają już być trochę nudne i prowadzą raczej do niezbyt optymistycznych refleksji. Jaśniejszą ich stroną jest jedynie nowatorstwo stosowanych form językowych. Zaświadcza to jednoznacznie, że moja rubryka może liczyć na ciągły dopływ nowiuteńkich rodzynków. Tak trzymać, panowie! 

Małpia wojna – kolejna faza wojny na górze, a ta góra już dawno urodziła mysz. Tym razem małpia wojna, ponieważ bogobojny elektorat małpeczką nazywa wódczanego kurdupla, zawierającego mniej niż przyzwoite pół basa kwalifikowanej gorzały. Osobiście bardziej odpowiada mi, będące również w językowym obiegu, refleksyjne określenie atroficznej butelki mianem – emerytka. Chodzi o to, że emeryta na taką mizerotę jedynie stać. Proponuję, na cześć naszego prezydenta, te najmniejsze 100-gramowe małpeczki nazwać kaczorkami. Pierońska batalia zaczęła się bowiem wówczas, gdy poseł Palikot próbował dociec medialnie po kiego grzyba, albo dla kogo, kancelaria prezydencka zafundowała 47 litrów emerytkowych pojemników z gorzałą. Zaś kanceliści prezydenta, zamiast odpowiedzieć, kto w takiej mizerii gustuje, niby w trosce o czystość rządowych obyczajów zapytali od vocem, kto z kolei wypił wino czerwone i białe (zwłaszcza to czerwone) zakupione przez gryzipiórków z kancelarii premiera, za jedyne 42 tysiące złotych. W moim odczuciu na pohybel należy się premierowi. Za poczynienie poważnego kroku w stronę wynarodowienia władzy wykonawczej. Upijać winem mogą się jacyś makaroniarze, albo inne żabojady, a nie nasi prawdziwi, narodowi katolicy i patrioci. Też coś! Taż to o pomstę do nieba woła! Nawet rozgrzeszenie nie przysługuje.

Podskakiwać do góry – odkrywcza semantycznie konstrukcja językowa posła Kurskiego. Otóż w ten sposób ujął tenże Kurski reakcję premiera Tuska na wieść, że prezydent Obama zaszczyci go przy okazji intelektualnej uczty serwowanej przez prezydenta PiS. To ewidentnie zaświadcza, że wśród prawych i sprawiedliwych istnieją jeszcze inne kierunki poskakiwania. Pewnie można podskakiwać również w dół, w bok, przed siebie oraz do tyłu. Uczeni w piśmie twierdzą, iż można zrobić skok w bok, ale nie podskok. Można również niechlubnie dać tyły, jak chociażby nasi pod Korsuniem czy Ujściem, ale podskakiwanie do tyłu przystoi wyłącznie ekwilibrystom i Kurskiemu. Natomiast w dół da się wskoczyć, ale podskoczyć nie sposób.

Polityczny clown – to nowy tytuł nadany marszałkowi Niesiołowskiemu przez misyjnie sfrustrowanego, narodowego ideologa o czysto polskim nazwisku, czyli niejakiego Wildsteina, dla niepoznaki Bronisława. Po nadaniu tego tytułu onże Wildstein nadął się niczym ten Krzaklewski w najlepszych czasach i demonstracyjnie wyszedł ze studia TV, niestety bez torebki. Wyraźnie rozbawiony marszałek uznał to określenie za komplement, a samo wyjście za zbawienną działalność proekologiczną, gdyż powietrze zdecydowanie oczyściło się i odczuwalnie zmniejszony został środowiskowy poziom politycznych toksyn.    

Renacjonalizacja – to podstawowy cel nowej partii o nazwie Naprzód Polsko, stworzonej na wzór Forza Italia Berlusconiego. Naprzód młodzieży świata… już było. Ale Grabowski i Zawisza, nawet z podmalowanym wąsem, za młodzieniaszków mogą tak robić, jak moja teściowa za muzę pieśni miłosnej. Podjęli kolaboracje z międzynarodówką o dźwięcznej nazwie Libertas i zamierzają w Parlamencie Europejskim zmobilizować zdrowe siły starego kontynentu do przywrócenia realnego socjalizmu pod tytułem Naprzód Polsko na czele z Zawiszą z wąsikiem i Grabowskim z grabiami. Grzebałem w różnych kwitach, ale o tej renacjonalizacji niewiele znalazłem. Może coś sensownego dopiszą naprzodowcy? Obaj pisali już przecież i bełkotali w różnych partiach o różnych idiotyzmach. A może w narodowym widzie pokiełbasił im się ten europejski parlament z grą w zechcyka, a może zwyczajnie króliki im na strychu pieprzą się?

Tom drogom – nowatorska fonetycznie forma preferowana z lubością przez prezesa Jarosława I Sprawiedliwego. Uwzględniając prawidłowości językowe można by to zrozumieć, jako skróconą wersję zdania – tom poświęcony polskim drogom. Kontekst wskazuje jednak na ewidentną cechę charakterystyczną dla niektórych gwar, polegającą na rozszczepieniu samogłosek nosowych. Widocznie tak jest w gwarze żoliborskiej. Nie sprawdzałem. Zatem prezes chciał powiedzieć – tą drogą. Aż strach pomyśleć, co było by, gdyby nasz premier zaczął swoje przemówienia haratać w dialekcie kaszubskim! A, tak przy sposobności, panie prezesie, zaimek „ta” ma w rodzimym języku swoje różne formy fleksyjne w bierniku i narzędniku liczby pojedynczej. Dlatego, z szacunku dla tych zasad językowych, należy oglądać tę krowę (a nie tom), ale zabawiać się z tą damą. Chyba, że woli pan akurat odwrotnie. Ale błąd i tak pozostanie.

Roman Małek

wtorek, 5 maja 2009

1 maja 2009

Utrwalonym obyczajem w przedpołudniowej porze świątecznego dnia pod rzeszowskim Pomnikiem Walk Rewolucyjnych zebrali się przedstawiciele lewicowych partii politycznych i związków zawodowych., aby zamanifestować solidarność z dążeniami ludzi pracy. W dobie sprokurowanego przez drapieżne banki kryzysu ekonomicznego i w konsekwencji gospodarczego, rosną szeregi bezrobotnych, poszerza się strefa socjalnej biedy. Coraz więcej ludzi zaczyna żyć poniżej minimum socjalnego. Kolejne załogi podkarpackich zakładów pracy są zagrożone masowymi zwolnieniami z pracy, a tym samym wypchnięciem na socjalny margines egzystencjalny.

Przeciwko takiej rzeczywistości, zgotowanej ludziom pracy przez nasze kłótliwe władze państwowe, zebrani pod pomnikiem zaprotestowali stanowczo. Te niepokoje i związane z nimi żądania, wyartykułowali lokalni przywódcy partyjni i związkowi: Tomasz Kamiński – poseł na Sejm, przewodniczący Rady Wojewódzkiej SLD, Leszek Cupryś – przewodniczący Forum Związków Zawodowych i Radosław Froń ze Zrzeszenia Studentów Polskich. Delegacje partyjne i związkowe złożyły pod pomnikiem okolicznościowe wieńce i wiązanki kwiatów. Wśród nich znalazła się delegacja licznie przybyłych członków podkarpackiej RACJI Polskiej Lewicy, z przewodniczącym Andrzejem Walasem na czele. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości, uczestnicy obchodów przeszli do ogrodów SLD, gdzie organizatorzy przygotowali plenerowy piknik.

Roman Małek



        

piątek, 24 kwietnia 2009

Pamiętajcie o ogrodach!

   W czasie przedwielkanocnej sesji Rady Miasta można było spodziewać się niezłych jaj, a nawet polemicznych pisanek, ponieważ powróciła do porządku dziennego kwestia oddanego onegdaj bernardynom parkingu wraz z Pomnikiem Walk Rewolucyjnych. Ojczulkowie na początku chcieli pomnik rozwalić i pewnie tak uczyniliby, gdyby nie koszty, których świętobliwi mężowie ponosić bardzo nie lubią. Preferują bowiem wyłącznie ruch pieniędzy w odwrotną stronę. Po przejęciu tej manny z magistrackiego nieba palcem w bucie na wspomnianej realności nie kiwnęli. Swoją aktywność ograniczyli do inkasowania od miasta comiesięcznego haraczu dzierżawnego za parking. Rada bowiem udzieliła im prawie pełnej bonifikaty przy sprzedaży terenu i od razu rozgrzeszyła klasztor z niezarobkowego powodu udzielenia bonifikaty. Czyli dostali od miasta krowę, której nawet doić nie chce się im i dlatego dojenie dla nich pozostawili miastu. 

   W ubiegłym roku intelektualnego olśnienia doznał z kolei marszałek województwa i wpisał na listę unijnych priorytetów rozbudowę zespołu klasztornego oraz budowę ogrodów i centrum religijno-kulturowego na placu przy pomniku. Aby nie zadusić kury znoszącej złote klasztorne jaja, pod ogrodami postanowiono zachować parking. Teraz klasztorny przeor miał nie lada materiał do przemyślenia, gdzie skubnąć konieczny wkład własny niezbędny do realizacji uduchowionej wizji marszałka. No i wymyślił. Przecież ma łebski i bogaty magistrat, któremu można wmówić, że powinien do swojej darowizny co nieco jeszcze dopłacić. Wyliczył sobie, że potrzebne 3,6 mln naszych złotych, to równowartość piętnastoletniej dzierżawy parkingu i zawinszował sobie takiej kwoty w trzech rocznych ratach po 1,2 mln każda. Czy widział ktoś lepszy bank? Kredyt bez odsetek i jeszcze spłacany w naturze? Jestem przekonany, że po realizacji zadania okaże się, że opłaty parkingowe bardzo wzrosły chociażby ze względu na zadaszenie, albo do Rady Miasta wpłynie wniosek o umorzenie zobowiązań ze względu na straty klasztoru poniesione w czasie siedemnastowiecznego najazdu Tatarów. W obu przypadkach argumentacja będzie prawdziwa i nie do zakwestionowania.

   Radni, zwłaszcza z lewej strony, mieli sporo wątpliwości. Dociekali czy nie dojdzie do zablokowania centrum miasta przy wywożeniu ogromnej ilości ziemi, czy ogrody będą dostępne dla wszystkich, czy tylko wybranych, czy nie będą stosowane opłaty, kto będzie ponosił duże koszty utrzymania ogrodu itp. W znacznej części zawisły one w powietrzu. W konsekwencji uchwałę zgodnie z intencją klasztorną przegłosowano. Przeciw było tylko ośmiu radnych: Grzegorz Budzik, Zdzisław Daraż, Kazimierz Greń, Adolf Gubernat, Jacek Lasota, Edmund Kalandyk, Jan Mazur, Beata Ratajczak. Kredytu udzielono. Nie wiem tylko jak przedstawia się aktualny stan kredytu zaufania u wyborców.

   Przy tej sposobności nie mogło zabraknąć dyskusji pomnikowej. Zdecydowana większość radnych postanowiła sensownie uporządkować ten problem i naprawić popełniony w 2006 roku ewidentny błąd. Przy zdecydowanym poparciu klubu radnych PO przeszedł wniosek radnych Rozwoju Rzeszowa o zobowiązaniu prezydenta do podjęcia skutecznych starań o odzyskanie od klasztoru niewielkiego kawałka parceli, na którym posadowiony jest pomnik. Wiąże się to przecież z koniecznością jego konserwacji, czy jakichkolwiek prac renowacyjnych, których bernardyni przeprowadzać nie będą, chociażby ze względów doktrynalnych. Rada Miasta taką uchwałę przyjęła. Może w ten sposób nastąpi wyłączenie Pomnika Walk Rewolucyjnych z budowli zespołu klasztornego oo. bernardynów. Przecież stanowi on wrzód na zdrowym ciele Prowincji Niepokalanego Poczęcia Zakonu Braci Mniejszych Św, Franciszka w Krakowie Konwentu oo. Bernardynów w Rzeszowie. A skoro wrzodu nie da się wyciąć, to najlepiej wywianować nim kogo trzeba.

   Całość tej deliberacji przebiegała w cywilizowanym tonie bez zbędnych fajerwerków słownych, bądź złośliwości z politycznym podtekstem. Koncepcja planistyczna samego ogrodu może się podobać. Mam tylko jeden dylemat. Jeśli projektowane żywopłotowe labirynty w ogrodzie wyrosną jak się patrzy, to jaką minę będzie miał podążający tędy do kościoła marszałek Rzońca, gdy tak zakręci się w tym labiryncie, iż wyjdzie wprost na Pomnik Walk Rewolucyjnych zamiast na ołtarz?

Roman Małek  

Ale nam dają!

   Amerykanie mają swoją wizję uszczęśliwiania świata, który dzielą na my i ta gorsza reszta. Tworzą modę jedzenia takiego paskudztwa, jak: hamburgery, hot dogi, fast foody i picia płynu do odkręcania zapieczonych śrub czyli coca coli. Światu dają kryzys i policyjny dozór, Afganistanowi i Irakowi swoją okupację, Europie dobre rady i walentynki, Rosji ciumaski, Chinom olimpiadę, Ameryce Płd. po demokracji, a Polsce złom militarny. No i nasze chłopaki bawiące się w Indian, cieszą się jak Franuś, który dostał od wuja korkowiec, chociaż był bez nabojów. Wpierw dostaliśmy pamiętający konflikt kubański i Chruszczowa okręt wojenny, który taniej było wysłać do Polski, aniżeli ciąć na żyletki. W dodatku jeszcze zarobili na serwisie i kazali doholować go do Zatoki Perskiej, gdzie na nasz koszt robił za amerykański lazaret i latrynę, gdyż do niczego innego nie nadawał się. Ale tuż przed prima aprilisowym jajcarstwem Wielki Brat zza wielkiej kałuży odpalił nam gratis aż pięć zabytków i to latających. Pierwszego na lotnisku w Powidzu witała armijna wierchowina, entuzjazm reprezentantów narodu i orkiestra wojskowa. Jedynie aura poznała się na tym geszefcie i rzęsiście zapłakała z niebios. Jedni mówią, że z rozpaczy, a inni, że ze śmiechu. Nie, nie są to bynajmniej pionierskie konstrukcje braci Wright. To latające za Ho Szi Mina nad Wietnamem samoloty transportowe herkules, które do tej pory jeszcze nie rąbnęły o ziemię! Przed wysłaniem do nas załatali dziury i pomalowali. Lecz powstał od razu polski problem prawny. Takimi zabytkami nasza zwycięska armia może latać za granicę, jeśli po pierwsze toto uda się poderwać z ziemi, a po drugie uzyska się zgodę na lot od  konserwatora zabytków. Procedura zatem jest prosta. Miesiąc przed odlotem herkulesa, powiedzmy z kalesonami i kapustą dla naszych wojaków w Afganistanie na pokładzie, dowódca od wojskowego latania występuje do konserwatora zabytków o zezwolenie na lot. Jeśli takowy konserwator uzna, że samolot doleci tam i z powrotem - zezwoli. Natomiast jeśli uzna, że nie doleci i może dojść do utraty zabytku - nie zezwoli. Jakież to genialne! W wyniku mądrości naszych konserwatorów od dziewictwa narodowego nie będzie katastrof herkulesowych! A strzelanie do takiego zabytku też żadnej chwały przeciwnikowi nie przysporzy. Da mu natomiast niepowtarzalną możliwość podziwiania w locie czegoś, co nie powinno w ogóle latać. A w Polsce lata! Ale tacy talibowie, dla przykładu, za nic mający walory historycznych pamiątek, jeszcze zaczną do naszych zabytków strzelać i co wtedy? A no, stracimy te kalesony, kapustę i bezcenne zabytki, zaś przy okazji potwierdzi się porzekadło starożytnych, że i Herkules d… kiedy ludzi kupa. Niczego jeszcze nie dali wielcy sojusznicy, oprócz możliwości bohaterskiego lania krwi za Amerykę w ich wojnach, naszym wojskom lądowym. Proponuję rozglądnąć się nieco po Ameryce. Może gdzieś w pokrzywach leżą u nich armaty z wojny secesyjnej. Wystarczy otrzepać je z robactwa, ochlapać ze szlaucha wodą i można słać do Polski. Radość będzie ogromna. Większa niż te armaty!

Bieda białej myszy.

Skoro już jestem przy zabytkach, to warto pociągnąć ten wątek. Natchniona myśl marszałka województwa o wpisaniu na listę priorytetów unijnych rozbudowy rzeszowskiego zespołu klasztornego oo. bernardynów z budową ogrodów obok oraz centrum religijno-kulturowego, na darowanym przez miasto w 2006 roku parkingu, zaczyna się materializować. Udział własny ojczulkom zafundował bogobojny i ofiarny magistrat za obiecywane gruszki na wierzbie i Bóg zapłać. Ale prawdziwego czadu klerykalnego dał Urząd Marszałkowski przy podziale środków na cele kulturalne. To, że poważne imprezy przewidzieli wesprzeć jałmużną złożoną z drobniaków, wynika z klerykalnych preferencji. Musieli przyoszczędzić na sfinansowanie renowacji zabytków. Jednak przyznali środki wyłącznie na 154 kościoły i klasztory oraz jedną cerkiew. W tym, oczywiście także dla oo. bernardynów. Ani jeden wniosek dotyczący obiektu świeckiego nie zasłużył nawet na kupno rolki papy do załatania dziur w dachu. Uzasadnienia lepiej nie przytaczać. Stwierdzenie, że fundusze kościelne są tak ubożuchne, że na nic nie pozwalają, a bogate samorządy same sobie poradzą, jest tego kwintesencją. Przedstawiciel zarządu mówił to w dodatku bardzo poważnie i był całkowicie trzeźwy. Amen!

Roman Małek 

Donaldówka

   Miniony miesiąc miał swoich bohaterów, wśród których na plan pierwszy wybijał się premier oraz IPN. Tradycyjni harcownicy polityczni jakby nieco spokornieli, a może chwilowo tylko utracili wenę twórczą. Wszystko jeszcze przed nimi. Z pewnością te niedostatki nadrobią. Wszak rozpocznie się kampania do europarlamentu!

Burżuj dwuznaczny – skonstruowany wspólnymi siłami premiera i Ryszarda Kalisza związek frazeologiczny, który w wolnym tłumaczeniu na język ludzki znaczy, że każdy parlamentarzysta posiadający, oprócz żaru wewnętrznego i posłannictwa, cokolwiek wartościowego nie odpowiada standardom etycznym premiera Tuska. Ideałem kandydata na tegoż parlamentarzystę, czymś w rodzaju wzorca metrycznego, byłby bezrobotny bez prawa do zasiłku, mieszkający pod mostem, albo u Brata Alberta, stołownik albertowskiej garkuchni, najlepiej pozbawiony jakiejkolwiek rodziny, nie daj Boże, sytuowanej. W przeciwnym przypadku delikwent kwalifikuje się na burżuja dwuznacznego. No, bo jednoznaczny, to brzmi kiepsko.  

Dekagiebizacja – proces dokonany w tym roku na ukraińskich uczelniach, który triumfalnie odtrąbił prezydent Juszczenko. Polegał on na wycofaniu agentów służb specjalnych ze szkół wyższych. Nie wiem, jak to się stało, że agentów KGB Ukraina tolerowała u siebie przez 18 lat. Przecież to służby rosyjskie! Później okazało się, że prezydentowi chodzi o ukraińskich agentów służb specjalnych, które nazywają się SBU. Ale esbeuizacja brzmiałaby fatalnie, bo zaświadczałaby, iż nawet pomarańczowa rewolucja nie wyeliminowała starych radzieckich nawyków. Dekagiebizacją próbował ukraiński wódz zwalić całą winę na ruskich. Skąd my to znamy? 

Donaldówka – zmontowane przez zdolnych związkowców ze stalowowolskiej zbrojeniówki ustrojstwo przypominające moździerz, a robiące tyle huku co kompania teściowych. Z tak przysposobioną maszynerią pojechali do stolicy pod okna premiera Tuska. Pierdyknęli sobie z tej rury parę razy, traktując ją jako budzik dla premiera, który jakby nieco zdrzemnął się i nie zauważył nadciągającego kryzysu. Od razu wszczęte zostało rurowe śledztwo. Z pewnością chodzi o podjęcie starań w urzędzie patentowym o zastrzeżenie sobie praw autorskich wynalazku. Jeszcze zaczną z tej maszynerii rąbać po wiejskich zabawach strażackich i w ten sposób deprecjonować dostojny urząd premiera.  

Kret partyjny – niezidentyfikowane stworzenie, które ryje podziemne dziury na wypielęgnowanym poletku politycznym Polskiego Stronnictwa Ludowego. Tenże kret perfidnie wykopuje legislacyjne latorośle partii i po spekulacyjnych cenach politycznych opyla je koalicyjnej konkurencji, która następnie te cudowne sadzonki obnosi po całej scenie politycznej. Mało tego! Twierdzi, że to badziewie wyrosło wyłącznie na ich lessowym czarnoziemie oranym przez platformerskich traktorzystów. Koniczynowy Kłopotek mówi o tym tak, jakby w to wierzył. Marszałek Niesiołowski zaś puka się w głowę tak, jakby wiedział co robi. No i zabawa trwa. Wicepremier Pawlak skrytykował kilka głupot rządowych i jego człowiek dokopał wyborczo kandydatowi premiera na prezydenta Olsztyna, a premier z wdzięczności rąbnął w niego świeżo odkrytymi standardami etycznymi. Medialne umizgi trwają, a wtajemniczeni twierdzą, że w koalicji iskrzy, jak na elektrycznym szmerglu.

Paranoicy – według Lecha Wałęsy to strażnicy ipeenowskiego śmietnika historii, którzy nie wiadomo dlaczego zostali zaliczeni do struktur państwa. Marszałek Niesiołowski dorzuca do tego jeszcze określenie całego zachodzącego tam procesu, jako szambo. Coś w tym musi być, gdyż paranoik cechuje się logicznie usystematyzowanymi urojeniami. A w IPN te urojenia są rzeczywiście usystematyzowane. Chociaż krakowski wynalazek w postaci historyka Zyzaka nie ma ani logiki, ani systemu. Jest czymś w rodzaju skrzyżowania Macierewicza z koniem Kozietulskiego.

Roman Małek

Marszałek z o.o.

   Bogobojny elektorat naszego województwa zafundował sobie ponad 2 lata temu prawy i sprawiedliwy sejmik wojewódzki i w konsekwencji takiż urząd marszałkowski. Podobnie było w kilku innych sejmikach, ale tam już ten problem został rozwiązany. Rządzą inni. Jedynie Podkarpacie zachowało sobie taki polityczny skansen w postaci urzędu marszałkowskiego. Z trudem ten urząd zdąża z niektórymi kwitami, co znacznie ogranicza nasze możliwości nie tylko unijne. Marszałek zaś zamiast biegania gdzie trzeba z potrzebami województwa i gałązką oliwną, biegał z oliwą do lania w ogniska zapalne. Z dużym talentem obnosił się ze swoimi służebnymi zaletami i krystalicznie czystymi intencjami wypranymi z jakichkolwiek politycznych i interesownych podtekstów. Wprawdzie nikt w to specjalnie nie wierzył, nawet partyjna kamaryla, ale interes kręcił się bez większych zakłóceń, potęgując samouwielbienie marszałka. Nawet chybione próby detronizacji przyjmował z wyrozumiałą wyniosłością i pobłażliwym lekceważeniem. Rozdymał swój biurokratyczny aparat do rozmiarów nieprzyzwoitych do tego stopnia, że jeszcze niezasiedlona, projektowana przez poprzednika,  nowa siedziba urzędu jest już za ciasna i urzędnicy chyba będą musieli urzędować przy piętrowych biurkach.

   Wszystkich prawych i sprawiedliwych w potrzebie potraktowano z miłosierdziem marksistowsko-chrześcijańskim, czyli obdarzono przyzwoitymi stołkami. Jeśli ich nie stało, od czego inwencja twórcza? Powstały nowe! W sumie coś z trzysta nowych stołków. Ale nie spotkałem nikogo, kto poza marszałkiem dostrzegł poprawę w urzędniczej sprawności. Tę personalną karuzelę jeszcze należało jakoś przepchnąć przez wymagane procedury konkursowe. I w to świetnie prosperujące towarzystwo w marcu brutalnie wtrąciła się policja, aresztując parę marszałkowskich urzędników pierwowo czinownikowo sorta, i na dzień dobry zarzuciła im paskudny korupcyjny garb. Później przesłuchano następnych z marszałkiem na czele. Niektórym postawiono także zarzuty. Marszałek stwierdził jednak, że całe te zarzuty to tańcujące michałki nadęte przez niekumatych policjantów. Fakt, antykorupcjoniści Kamińskiego żadnego smrodu nie wyczuli chociaż węch korupcyjny powinni mieć wyjątkowo wyczulony. Ale żeby policjanci aż tak chcieli się wygłupiać? Niewiarygodne! Najbardziej ucieszne było jednak stwierdzenie marszałka, że nie poczuwa się za ten stan do żadnej odpowiedzialności. Mamy zatem do czynienia z marszałkiem z ograniczoną odpowiedzialnością, albo, jak kto woli, z ograniczoną nieodpowiedzialnością. Zupełnie inaczej jest u Kaśki zza rzeki. Jeśli jej kozy wyrządzą szkodę w burakach Wojtka, to bez ociągania się za wyrządzoną szkodę buli osobiście Kaśka, a nie jej kozy, które z kolei za taki despekt oberwą od Kaśki wychowawczo lagą i zostaną uwiązane na łańcuchu. No, ale ani Kaśka, ani jej kozy nie należą do prawych i sprawiedliwych. Nie podlegają z tej przyczyny wyśrubowanym standardom etycznym obowiązującym w urzędzie. Dlatego marszałek dziarsko tkwi na swym stolcu niczym ten ułan na historycznej widecie, pomimo że siodło go w coś tam gniecie.

   Ażeby było jeszcze weselej, zarzuty postawiono od personam najbliższym współpracownikom marszałka, można rzec urzędnikom najwyższego marszałkowskiego zaufania, czyli pierwszym skrzypcom w jego orkiestrze. Chociaż z drugiej strony po cholerę skrzypce w orkiestrze dętej? Wystarczą dudy, trąba i bęben. Jeden najważniejszy orkiestrant ma nawet solidne przygotowanie policyjne, niezwykle przydatne, ale nie w urzędniczych procedurach. Nie wiem tylko, dlaczego niektórzy jego byli podwładni obdarzyli go epickim określeniem „Wódz Złamana Pała”. Widocznie w uznaniu tropicielskich dokonań w łowach na bizony, albo w innych podchodach. Marszałek, podziwiając urzędnicze talenty swoich podejrzanych, zlecił im odpowiedzialną fuchę kierowania ruchem biurek w nowym obiekcie. I słusznie! Przecież mogłoby dojść na źle kierowanym ciągu komunikacyjnym do czołowego zderzenia biurka marszałka z biurkiem sekretarki i w konsekwencji do biurkowego skandalu z  molestowaniem. Co by jednak o marszałku nie mówić, ale w umundurowaniu kopacza balona prezentuje się znakomicie. A te podskoki! Poezja! Chociaż w tym na zdjęciu w balon akurat głową nie trafił. Albo głowa za mała, albo balon jakiś jajowaty.

Roman Małek 

piątek, 27 marca 2009

Żona cesarza

   Prezes wszystkich prawych i sprawiedliwych na tym łez padole od lat powtarza, jak mantrę, że tylko jego pozytywni bohaterowie na skale są zdolni przeprowadzić z powodzeniem naszą nawę państwową przez mętne wody wzburzonej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Wszystko dlatego, że są krystalicznie czyści w intencjach i rękach oraz pozbawieni wszelkich niecnych skłonności i słabości. Są politycznie honorowi, nie biorą łapówek, a nawet nie jeżdżą po pijaku i nie biją osobistych żon. Znaczy to, że wszyscy kanceliści prezesa są jak żona cesarza, poza wszelkimi podejrzeniami. Życie  ukazuje jednak co rusz zupełnie inny wizerunek tych państwowych kryształów. Widać czarno na białym, że jeśli chodzi o żonę cesarza, to bliżej im do Messaliny, aniżeli oktawianowej Liwii. 

Potwierdzają to ostatnie aresztowania w naszym Urzędzie Marszałkowskim. Zastępcy dyrektora Kędzierskiego od konkursów kadrowych i obrotnej sekretarce postawiono zarzuty korupcyjne. Nie wiadomo dlaczego antykorupcjonistów Kamińskiego wyręczyli w tym policjanci. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że do odpowiedzialności za stan moralności urzędniczej ani ciut, ciut nie poczuwa się marszałek Cholewiński, de domo z włości pysznickiej. Uważa on ponadto, że ten przypadek jest przejawem głupoty urzędniczej. Wygląda na to, iż gdyby nie dali się złapać, byliby nadal urzędnikami mądrymi w prawości i sprawiedliwości i w dodatku honorowymi. Przy okazji powychodziło cały szereg innych zafajdanych przypadłości tego urzędu, jedynego już w Polsce rządzonego przez PiS. Zatrudnienie prowadzone na nepotycznych zasadach wzrosło w ostatnich latach o ponad 300 pracowników, natomiast poziom i jakość pracy, ani trochę. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że jest to przejaw demokracji. Według niego dyktatura władzy jest wówczas, gdy ta władza robi co chce, a obywatele nie mają prawa wtrącać się. Natomiast w demokracji obywatele mają prawo wtrącać się, a władza robi co chce. Sprawa jest ponoć rozwojowa. Ale skoro nadający się na sołtysa Zygmunt Cholewiński rozwinął się aż na marszałka, to okulałe nawyki urzędnicze rozdmuchanej rzeszy zatrudnionych podlegają także rozwojowi.

Roman Małek

niedziela, 22 marca 2009

Na zdrowie Pań!

   Międzynarodowy Dzień Kobiet! Cóż to jest? Historyczna cezura wyjścia kobiet z politycznego niebytu, pora eksplozji uwielbienia dla piękniejszej części społeczeństwa, czas męskich wędrówek z kwiecistym argumentem w ręku? Pewnie wszystkiego po trochu, ale nie dla wszystkich. Również i w tym roku przy okazji tego sympatycznego święta dali głos popaprani znawcy przedmiotu, którym albo powypadały już zęby mądrości, albo takowe nigdy nie wyrosły i pozostali na zasmarkanym etapie rozwoju intelektualnego i emocjonalnego. Otóż jest to dla nich paskudny wytwór komunistyczny. Nie wiem, gdzie oni w Polsce widzieli ten komunizm zamiast PRL-u, ale im wszystko kojarzy się, jak szeregowcowi Pietruszce chusteczka, a kurtykowcom z IPN Wałęsa. Aż dziw bierze, iż jeszcze nie napiętnowali wielu innych spraw związanych z paniami. Przecież koniecznie trzeba zlustrować negatywnie niejakiego towarzysza Adama zamieszkałego w Raju, który wybrał na sekretarza rajskiej podstawowej organizacji partyjnej towarzyszkę Ewę, agentkę KGB. Z inspiracji komunistów wydała mu polecenie partyjne, aby rąbnął pięć kilo rajskich jabłek najwyższego miczurinskogo sorta. Zgroza! Z tego powodu Macierewicz z Sakiewiczem muszą obejść się rajskim smakiem i walczyć z komuną, począwszy od stadium zygoty. A taka królowa Saby? Toż to przecież nikt inny, jak udająca dziewicę agentka Dzierżyńskiego, która po to przybyła z pół tysiącem innych  dziewic na dwór króla Salomona, aby podstępnie i kusząco wyciągnąć od niego skrywane tajemnice Starego Testamentu! I wreszcie komunistyczny agent Jan Sztaudynger też zasługuje na całopalenie za swoją agenturalną robotę w naszym katolickim narodzie. Ośmielił się zmienić podstępnie jedno z ważniejszych przykazań dekalogu i wywyższać ponad miarę znaczenie kobiety. Napisał bowiem ten komunistyczny lubieżnik – Nie będziesz miał cudzych bogów / prócz kobiecych nogów. 

Głupota nie powinna jednak przysłaniać nam oglądu świata realnego. Dlatego wszystkim znanym mi z bliska i oddalenia paniom życzę całorocznego doświadczania męskich hołdów i satysfakcjonującego spełnienia swojej urokliwej kobiecości. Natomiast wzmiankowanym wyżej znawcom z bożej łaski życzę zdrowia, bo na rozum za późno.

Roman Małek

Współczuję patronowi

   Prezes Kaczyński stanął w nowym tysiącleciu na czele zdrowych sił narodu i postanowił żarem wewnętrznym swojej nieskazitelnej partii wypalić wrzód politycznej chućpy panującej w publicznych mediach. Rzekomo były one zawłaszczane bandycko i w sposób bezprzykładny wykorzystywane do haniebnego obnażania tego w jego partii, co nie nadawało się do obnażania. Z kolei nie obnażano tam tego, co według prezesa, boskiej Szczypińskiej i Macierewicza należało obnażać. 

   Po wygranych wyborach kombinował, jak tu dorwać się do władzy medialnej, która podniosłaby nie tylko jego wizualny wzrost. Zafundował sobie przystawki giertychowsko-lepperowskie. One odpuściły mu w Sejmie, on im w mediach. Biedactwo uważało, że przystawki dadzą pożreć się z kretesem. Te jednak zbiesiły się po ziobrowaniu  sprawiedliwym i dutkaniu politycznym na strychu. Chłopaki skrzyknęły się i wzięły sprawę w swoje ręce, czyli zaczęły rządzić w mediach publicznych. Wpierw wywaliły na zbity pysk pisowskie filary z radia, a później podnóżek Lecha Kaczyńskiego z telewizji, za przeproszeniem, publicznej. Na nic zdały się lamenty Urbańskiego i spółki, lanie łez na medale Kaczyńskich i łażenie po sądach. Piotr Grzegorz Farfał z LPR, wybitny skinhead, neonazista i wszechpolak znamienity, rozpoczął wielkie sprzątanie w TVP wywalając wszystko, co kojarzy mu się źle. Czyli skutecznie dorwał się do telewizyjnego pilota na Woronicza. A kto ma w ręku pilota, ten ma władzę telewizyjną. Bez zbędnych ceregieli postanowił postawić na swoich niefachowców w terenie. Czyli wszystko zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, że nie zamierza zajmować się politycznymi rozgrywkami, lecz pchać na nowe boczne tory redakcyjny profesjonalizm. Wtajemniczeni twierdzą, że nawet patronowi medialnemu, świętemu Franciszkowi Salezemu, który widział już niejedno w swoim patronowaniu, kopara z wrażenia opadła, trzasnął w kąt swoim atrybutem, czyli otoczonym cierniową koroną sercem przeszytym strzałą i poszedł na ryby, gdy dowiedział się, że wodzem rzeszowskiej telewizji Farfał mianował górnika specjalizującego się w gazetkach ściennych.

   Skąd wziął się ten telewizyjny geniusz na trudne kryzysowe czasy? Z dobrego styropianowego rodowodu. Tadeusz Górczyk z jasielskiego cyrkułu, bo o nim mowa, ma solidne przygotowanie zawodowe. Tyle tylko, że zupełnie nieprzydatne w kierowaniu ośrodkiem telewizyjnym. Posłowanie, sekretarzowanie w jasielskiej radzie, czy dyrektorowanie w Zakładzie Obsługi Urzędu Wojewódzkiego ma tyle wspólnego ze znajomością organizowania pracy ośrodka telewizyjnego co grzybiarz z leśnikiem. Pochwalił się, że zaglądnął nawet w papiery personalne, ale jeszcze ich nie ogarnął, a musi. Ba, twierdzi, że ma nawet poglądy polityczne, ale ich za chińskiego boga nie ujawnił. Może to i lepiej, dla tych poglądów, oczywiście. Już raz, w maju 2007 roku, próbowano usadzić go na tym stołku, ale nieskutecznie, bo telewizyjne pismaki zrobiły taki raban, że władzy rura zmiękła. Teraz był więc kandydatem jakby lekko przeterminowanym, ale przeszedł gładko. Tylko Rada Nadzorcza zaczęła kręcić nosem, ale nie dlatego, że Górczyk tak  nadaje się na telewizyjnego bossa, jak moja teściowa na primabalerinę, ale dlatego, że kontrakt poprzednika wygasa w kwietniu i przesuwając termin zmiany wodza, będzie można nieco zaoszczędzić.

   W rzeszowskiej telewizji podniesiono oczywiście raban. Zakładowa „Solidarność” zdecydowanie całą sprawę oprotestowała. Szkoda tylko, że nie uświadamia sobie, że to nie czasy związkowych protestów w mediach. Związki mają tam aktualnie mniej więcej tyle do powiedzenia, co Żyd w czasie okupacji. Ale skoro inny renesansowy specjalista Zbigniew Sieczkoś może szefować Radzie Nadzorczej w Polskim Radiu, to dlaczego Górczyk nie może spróbować swoich górniczych talentów w telewizji? A nuż dokopie się do skarbnicy mądrości? Przecież obiecał niczym ten Farfał, że będzie robił wszystko, a nawet jeszcze więcej, aby nikogo nie zwalniać! Ot, taki sobie skromny przejaw demokratycznej praktyki w przesadnie demokratycznym kraju.

Roman Małek 

Zeszmalcowienie

   Pomimo że prezes Kaczyński ogłosił wszem i wobec koniec wojny PiS ze wszystkimi i przejście do elitarnego kręgu ludzi kulturalnych w obyciu, praktyka życia politycznego rozjechała się zdecydowanie z deklaracjami. Wszystko nadal toczy się ustalonym trybem, poza zmianą kilku twarzy pojawiających się w mediach. Te zużyte przeszły do trzeciego szeregu, a pojawiły się świeższe, chociaż nie mądrzejsze. Osobiście żal mi zabranego z ekranu konterfektu boskiej Szczypińskiej i zadowolonego kluskowca Gosiewskiego. No i kto teraz zbuduje metro i tramwaj we Włoszczowie? Tym razem jednak postanowiłem dowartościować językowe talenty innej opcji politycznej.

Chory debil – za to pieszczotliwe miano, nadane kumplowi ze styropianu, Lech Wałęsa został wyceniony przez sąd na ponad siedem tysięcy złotych grzywny z dodatkami. Pewna racja logiczna w tym jest. Gdyby bowiem Wałęsa rzucił samym debilem nie byłoby nieszczęścia. Przecież zdiagnozowałby wówczas Wyszkowskiego, jako kogoś zdolnego nauczyć się czytać, pisać i rachować oraz wykonywać nieskomplikowane prace, chociaż pozbawionego przez Bozię daru abstrakcyjnego myślenia. Ale taki niedostatek intelektualny nie należy przecież do rzadkości wśród rodzimych elyt. Panu prezydentowi zechciało się jednak kwiecistej polszczyzny i dorzucił przymiotnik chory. A ta zniewaga już krwi wymaga, gdyż onże Wyszkowski jest zdrów, jak bałtycka flądra, albo nawet morświn. Ponadto prezydent porównał go również do małpy z brzytwą. Gdyby chociaż skorzystał z mądrości Darwina i porównał do małpy bezogoniastej, stojącej w hierarchii bliżej człowieka, może także upiekłoby mu się. A tak, odbiorca tej nieprecyzyjnej metafory mógł krzywdząco uznać, że chodzi o jakiegoś pawiana i w dodatku z brzytwą. Taż obcinanie ogonów murowane!

Szkodnik państwowy – to nowy tytuł nadany przez Stefana Niesiołowskiego myszowatemu Macierewiczowi. Sądzę, że tytuł nadany trochę na wyrost. Że szkodnik, to każdy widzi. Ale żeby od razu państwowy? Fakt, że wszystko psuje wokół siebie, nawet powietrze, jeszcze nie świadczy o jego wpływie na losy państwa. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie traktuje go poważnie, zwłaszcza w istotnych kręgach politycznych. Jest on postrzegany jako znakomite ogniwo folkloru politycznego, w którym z wielkim powodzeniem odgrywa rolę normalnego inaczej. Wyuczył się udanie kilku formułek, które wygłasza niezależnie od zadanego tematu. To samo rzecze pytany o opinię na temat genialności prezesa, losu mnichów tybetańskich, jak i wpływu zaćmienia Słońca na ciąże mnogie u rogacizny.

Ubeckie gnioty – tak Lech Wałęsa wykwintnie ocenił wiekopomną twórczość IPN i relikwie, do których modlą się w tym śmietniku historii miłośnicy wszelkiej niedorzeczności historycznej. Niezawisły sąd przyznał prawomocnym orzeczeniem byłemu prezydentowi status pokrzywdzonego i wynikające stąd uprawnienia. Natomiast inkwizycja IPN napisała własny wyrok w tej sprawie i na tej podstawie odmawia Wałęsie dostępu do swoich kwitów. W każdym cywilizowanym kraju kurtykowcy byliby ścigani za łamanie prawa. U nas mają się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Za swoje bezprawie są premiowani. Funkcjonariusze dostali stosowne podwyżki, a IPN w Rzeszowie dodatkowy full wypas obiekt przy ul. Szopena. Urzędnicy miejscy, czy nawet marszałkowscy o takim standardzie mogą sobie tylko pomarzyć. Naprawdę warto zwiedzić przybytek IPN przy Szopena. Nie zdążyli jeszcze zbudować sobie płotu, aby firma mogła skutecznie chronić się przed entuzjazmem podatników. 

Zeszmalcowienie – według Kazimierza Kutza i kilku światlejszych obserwatorów naszej rajskiej rzeczywistości, to dominująca cecha życia państwowego. I wcale nie chodzi im o korupcję lecz o wszechobecne przejawy przeliczania wszystkiego na mamonę i wycenianie wszystkiego w wartościach ekonomicznych. Szmalcownik zawsze kojarzył się źle, ale aż tak źle, jak obecnie jeszcze nigdy. Cała frazeologia społeczna i polityczna została sprowadzona do nadętej fasady zbudowanej z kłamstw, obłudy, a w najlepszym przypadku zręcznie sprokurowanych półprawd. Przecież od głoszenia tych niestrawności już nawet orły na medalach władzy zaczynają rzygać. A z pozoru wydaje się, że nasi wybrańcy nie zgadzają się między sobą nawet co do tego, która jest godzina. Rzeczywista walka toczy się nie o rację stanu czy jakieś wartości abstrakcyjne, lecz najzwyczajniej o dostęp do potęgi pieniądza. A to jest już zeszmalcowieniem najwyższej klasy!

Roman Małek

czwartek, 15 stycznia 2009

Karły moralne

Grudzień zdominowany został przez świętowanie. Świętował lud Boży, samorządowcy i oczywiście politycy. Chociaż ci ostatni celebrowali też obrządki świąteczne politycznie, czyli zgodnie z chrześcijańską zasadą miłosierdzia i miłości bliźniego, nie szczędzili sobie różnych epitetów i przejawów świńskiej uprzejmości. Niektóre warto odnotować nie tylko z kronikarskiego obowiązku.

Areszt wydobywczy – stan prawny praktykowany aktualnie w Polsce. Nie kopią tam niczego sensownego. Z grubsza polega on na tym, że z powodu najgłupszego podejrzenia puszkuje się człowieka, aby skruszał i przyznał się do zarzucanych, acz niepopełnionych czynów. Celuje w tym Kraków. Tam nie udowadnia się winy lecz trzyma delikwenta dopóty, dopóki nie udowodni on swojej niewinności. No, ale z tego królewskiego grodu wywodzą się tacy mocarze prawa, jak Ziobro i Wassermann, a więc wzorce niedoścignione. Wystarczy w odpowiedniej celi usadzić nawet światowej sławy profesora, aby wykazać się rewolucyjną czujnością. Po paru miesiącach każą go wypuścić, gdyż cała konstrukcja okazała się bzdurą. I co? Nic! Dlatego w Europie dzierżymy niekwestionowany prym w głupocie prawnej. Trybunał Europejski w Strassburgu przyłożył naszemu państwu tylko w 2008 roku i tylko do końca listopada aż 90 wyroków za bezsensowne stosowanie takiego aresztu. Drugim z kolei krajem jest w tym względzie Rosja z mizernym wynikiem 9 wyroków. Ależ znowu dołożyliśmy ruskim, jak Szwedom pod Ujściem!

Karły moralne – czyli osobniki o takim niedorozwoju etycznym, że opluwają Lecha Wałęsę odżegnując go od czci i wiary. Zdaniem ministra Sikorskiego nie zasługują z tego powodu na poważne traktowanie, gdyż jest to przejaw kalectwa. Niedorozwój fizyczny rzuca się w oczy, ale już ten duchowy tylko da się usłyszeć lub przeczytać. I jeden i drugi jest prawdopodobnie skutkiem nieodpowiedzialnego potraktowania przez rodziców uświęconego aktu poczęcia, czyli poskąpienia przez nich materiału prokreacyjnego. Skutkuje to pojawieniem się na bożym padole prokreacyjnych bubli, wobec których nawet współczesna medycyna jest bezsilna. W starożytnej Grecji problem ten rozwiązywano radykalnie. Prokreacyjne buble zrzucano po urodzeniu ze skały. Chociaż nie tak dawno istniał taki jeden. Był to zapluty karzeł imperializmu, czyli Josip Broz Tito.

Obszczymur – to nie jest jakiś tam wszechpolak, tylko według europarlamentarzysty Czarneckiego, niejaki poseł Janusz Palikot, znany z niekonwencjonalnych zachowań i wypowiedzi, zwłaszcza pod adresem twórców zarżniętej już IV RP. Rozumiem, że europan zna semantyczną zawartość cytowanego określenia. Jeśli tak, to nie powinien tego pojęcia doklejać Palikotowi. Nie pasuje w żaden sposób! W polskiej kulturze językowej takiego określenia używa się w odniesieniu do szwendającego się kundla, bezdomnego lub gorzelnianego menela, bądź fatalnie wychowanego higienicznie pryszczatego smarka. Zatem panie Czarnecki jest to taka sama różnica, jak między piciem w Szczawnicy i szczaniem w piwnicy. Dla naszego wybrańca z europejskiej półki to wsio ryba. I znowu ujawniły się niedostatki edukacyjne i sięgający bruku poziom kultury politycznej.

Wesołe powstanie – to według premiera Powstanie Wielkopolskie. Pewnie dlatego, że było przeprowadzone zupełnie nie po polsku. W odróżnieniu od wszystkich pozostałych było znakomicie przygotowane i przeprowadzone oraz jedyne zwycięskie i sensowne. Pomimo że pod bronią znalazło się ponad 100 tys. uczestników bezbłędna organizacja pozwoliła uniknąć idiotycznych, niepotrzebnych acz bohatersko pięknych ofiar. Po raz pierwszy po 90 latach to powstanie pojechali wygrywać pospołu prezydent z premierem. Uważam, że gdyby obaj to powstanie przygotowywali i poprowadzili, skończyłoby się jak wszystkie inne. No, bo gdyby premier zarządził bojową szarżę, prezydent bez mrugnięcia okiem odtrąbiłby odwrót. Czyli wszystko odbyłoby się po polsku, a nie po wielkopolsku.

Wyprzedaż – nowe zjawisko występujące z wielkim natężeniem tuż po świętach. W marketach można kupić taniej. Również  wicepremier od gospodarki w tuskano-koniczynkowym rządzie, Waldemar Pawlak zachęcał do patriotycznego wykupu polskich towarów. Kiedyś nawet próbował jeździć cudownym wynalazkiem rodzimego przemysłu motoryzacyjnego, ale po trzeciej awarii, czyli po tygodniu przesiadł się z technicznego cudu na tandetną toyotę. Z kolei premier nie powielił pomysłu makaroniarza Berlusconiego, który swoim deputowanym zafundował prezenty za milion euro, ale tylko wytworzone we Włoszech. Zaś minister Sikorski ogłosił wyprzedaż prezydenckich pomysłów w sferze polityki zagranicznej, zwłaszcza Traktatu Lizbońskiego. Na tym tle niesprawiedliwie prezentuje się brak poświątecznego zrozumienia przez policję dla chęci skorzystania z wyprzedaży przez zmotoryzowanego biesiadnika. Gdy zabrakło gorzały ze zrozumiałych względów musiał pojechać na zakupy. A miał jedynie mizerne 4 promile i był zdecydowanie niedopity.


Roman Małek

Rambo w Gruzji

Zastanawiałem się przy noworocznym toaście, czy ten 2009 będzie obfitował w zdarzenia, z którymi będzie można sobie powirować na planie. Obawy były nieuzasadnione. W naszym najweselszym baraku współczesnej Europy może brakować wszystkiego, ale z pewnością nie chichotu historii i zwykłego śmiechu z błazenady naszych wybrańców, nadymających się niemiłosiernie przy najgłupszej okazji. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy zregenerować mięśni roześmianego brzucha po azjatyckiej ekskursji naszej głowy państwa, a już jedyna niezależna polska gazeta i jej równie niezależny redaktor Sakiewicz ogłosili, że laureatem jego nagrody św. Grzegorza I Wielkiego został prezydent Lech Kaczyński. To jeszcze takie specjalnie śmieszne nie było, chociaż prestiż tej nagrody plasuje się dużo dalej, aniżeli trzeciorzędne doktoraty honoris causa koreańskich czy mongolskich instytutów, bo gdzieś między pucharem prezesa straży pożarnej z Kłaja, a beczką piwa sołtysa Kierdziołka. Chociaż żyjący w VI wieku patron tej nagrody papież Grzegorz wsławił się wybudowaniem za własne pieniądze coś z siedmiu klasztorów oraz wymyśleniem gregorianek, czyli miesięcznego serialu mszalnego w intencji grzeszników. Cała niepowtarzalna i rozśmieszająca finezja zawarta jest w uzasadnieniu przyznania nagrody. Okazuje się, że cała frazeologia apologetów Kim Ir Sena, Mao Tse Tunga i Ceausescu jest wiecznie żywa, że z tych wzorców nadal korzystają wszelkiej maści wazeliniarze. Otóż Sakiewicz uznał niezwykły heroizm prezydenta wojażującego do Gruzji za moment poczęcia nowego symbolu godnego naszych czasów, czegoś w rodzaju wiktorii wiedeńskiej Sobieskiego. Maluje jego bohaterski konterfekt w czasie wiecu w Tbilisi, gdy 100 tys. uczestników spoglądało na niego z nadzieją niczym na swojego zbawiciela i męża opatrznościowego. A zdezorientowane tym dywizje ruskie wstrzymały szturm, ponieważ sołdaty myślały, że do Gruzji wpadł Rambo i będzie robił porządek. Musiały te dywizje narobić ze strachu w gacie i wycofać się. Dowody, że to wszystko prawda Sakiewicz trzyma w swoim sejfie, także jak najbardziej niezależnym nawet od ślusarza. Ta nagroda jest tak potrzebna jak rybie ręcznik, a „Gazeta Polska” i redaktor Sakiewicz są rzeczywiście niezależni, ale tylko od zdrowego rozsądku, prawdy i elementarnej logiki. Widać jednak, że zdecydowanie łatwiej jest pisać, aniżeli coś sensownego napisać.


Roman Małek

Ale afera!

W naszej telewizji publicznej mającej rzekomo do spełnienia jakąś misję i dlatego zarządzanej przez samych misjonarzy, w listopadzie można było do woli podziwiać przynajmniej czterech bohaterów ratujących świat i cenne jego wartości. Był to niezmordowany James Bond, mówiący po niemiecku Winnetou, szczekający pies Cywil i prezydent Najjaśniejszej. Było również wesoło u sejmowych śledczych tropiących polityczne naciskanie. Ale jeśli ktoś pomyślał, że tylko stolicę mamy ucieszną, to srodze myli się.

Zgodnie ze stalinowską zasadą, że towarzyszom należy ufać, ale metodycznie ich sprawdzać, Kaczyńscy powołali bodajże osiemdziesiątą instytucję sprawdzającą podejrzanych obywateli  naszego wesołego postsocjalistycznego baraku. Centralne Biuro Antykorupcyjne. Duże pieniądze do wytropienia, paskudne odruchy skorumpowanej władzy, afery, że stodoła mała, zgnilizna ekonomiczna. Słowem, wszelką sodomię i gomorię władzy, gospodarki oraz antypisowskiej myśli, miała zwalczać najmłodsza instytucja prezesa Kaczyńskiego. Na czele postawił on, w randze ministra, pożal się Boże, niezmordowanego wszechpolaka, Mariusza Kamińskiego. Nie nauka, lecz chęć szczera! Jeśli Kamiński zna się na korupcji, to moja teściowa zna się na plamach na Słońcu i proszę jej stworzyć jakąś instytucję do antykorupcji w takich sprawach. Nie zna się na tym, jak Kamiński, ale co to ma za znaczenie?

Poza nagłaśnianą infantylnie drobnicą ta agencja niczego wielce korupcyjnego jakoś nie dostrzegła. Dlatego zdumiała mnie prasowa informacja firmowana przez tę zacną, hojnie przez nas opłacaną instytucję, poniewierającą bez elementarnych zahamowań, samorządowych władców Łańcuta. Opublikowanie ich zdjęć bez sądowego wyroku w taki sposób, jakby byli pospolitymi bandytami, to już nie głupota. To zwykłe społeczne szkodnictwo! Agencja nie została powołana do sprawdzania deklaracji podatkowych! Nie została powołana do osądzania czegokolwiek. Nie została powołana do wyręczania żadnych innych organów kontrolnych. Oni mają ścigać bandytów gospodarczych, czyli aferzystów, a nie niczego niewinnych samorządowców. Korupcja nie tkwi w oświadczeniach lecz w rzeczywistości poza dokumentalnej. Od deklaracji jest urząd skarbowy i parę innych instytucji. CBA jest od KORUPCJI. Może szef nie zna definicji tego słowa – polecam słownik języka polskiego prof. Doroszewskiego, prof. Skorupki i paru innych, równie ważnych autorów. Jeśli tego nie starczy, proponuję „Słownik etymologiczny’ A. Brucknera. Każda inna definicja trąci głupotą.

Doktor Gardziel nie bez powodu upiera się przy tezie, że skoro nie ma realnych powodów działania instytucji, to należy stworzyć substytut uzasadniający jej istnienie. Akcje rzeszowskiego CBA ewidentnie to obrazują. Posiadająca rozsądek prokuratura uwaliła całą tę idiotyczną konstrukcję antykorupcjonistów wymierzoną w Bogu ducha winnych samorządowców Łańcuta. Szczerze im współczuję. Tego błota miotanego w ich stronę bez umiaru musiało przecież trochę przylgnąć. Ale niczym nie zrażeni antykorupcjoniści zaczęli już następną, nie mniej zabawną akcję. Po bezprecedensowym sukcesie prezydenta Rzeszowa w plebiscycie obywateli należało jakoś trochę wystudzić obywatelski entuzjazm. Przyszli zatem do rzeszowskiego ratusza i podobnie mędzą. Grzebią w ferencowskich kwitach, jak w ulęgałkach i wąchają jego deklaracje podatkowe. Nie opublikowali jeszcze gończego listu, ale inwencja twórcza cwikierowców jest nieprzewidywalna. No, bo jeśli Ferenc pomyliłby się w oświadczeniu podatkowym na swoją  niekorzyść nawet o 2 złote, to znaczy, że ukrył korupcję na 10 milionów. Niemożliwe? Jak najbardziej możliwe. Znam taki przypadek, tylko kwoty były inne. I czasy również.


Roman Małek

Mały piroman

Kiedyś Polskę peerelowską nazywano najweselszym barakiem ówczesnej Europy. Czym jest teraz? Jednoznacznej odpowiedzi z pewnością trudno udzielić. Jedno jest pewne. Tyle politycznego infantylizmu i robienia ze struktur państwa kabaretu jeszcze w naszej realpolitik nie było. Ta nasza dolegliwość ma ciągle zwyżkujące tendencje. Dlatego felietonistom wróżę długą karierę. Materiału w nadmiarze dostarczą nasi wybrańcy narodu. Tak im dopomóż Bóg!

Członek ukryty – a tym samym kłamca, to według niebiańskiego uosobienia prawa i sprawiedliwego obiektywizmu kaczego, czyli posła Kurskiego, nikt inny tylko ten podlec, czyli  były ichni  minister Kaczmarek. Poseł Kurski uważa, że jest kolosalna różnica pomiędzy kandydatem, a członkiem. Gdybym tak zawzięcie jak on zapieprzał za konwojem na kogutach pewnie też podobnie pomyślałbym sobie. Temu Kurskiemu musiało jednak oprócz tego jakieś UFO pierdyknąć w kiepełe. To znaczy, że niby kandydat jest krótszym członkiem i musi się kryć? Przed kim? Zapewne przed dłuższym członkiem. Panie pośle, gratuluję!

Głupek wiejski – tak finezyjny kunszt językowy potrafi rozwinąć jedynie wyjątkowo utalentowany lingwistycznie pismański poseł Brudziński. Uważa on zatem, że głupek wiejski jest większym głupkiem od mniejszego miejskiego albo osiedlowego. Na takie miano zasługuje zaś każdy, kto uważa połączony z patriotyczną biesiadą równie patriotyczny rocznicowy bal organizowany przez prezydenta za niewypał polityczny. Taki osąd to jawna niesprawiedliwość! Przecież nawet prezes Urbański wystąpił w muszce, a za primabalerinę robiła sama Szczypińska!

Mały piroman – tytuł nadany przez Leszka Millera prezydentowi Najjaśniejszej po jego gruzińskiej ekskursji. Że mały, to widać gołym okiem, ale żeby zaraz piroman? Przecież obacwaj prezydenci niczego nie wysadzali, tylko bawili się w podchody niczym rasowi pionierzy. Strzelali do nich z broni maszynowej z niespełna trzydziestu metrów i nie trafili patałachy nawet w auto, a co dopiero w pasażerów. Prezydent twierdzi, że byli to Ruscy, bo tylko oni tak potrafią drzeć mordę i kiepsko strzelać. Wszyscy pozostali żołnierze mówią wyłącznie szeptem i używają tylko terminologii parlamentarnej. Jacyś wrogowie ludu gruzińskiego podali, że tak utajniono przejazd prezydentów, iż  gruzińska rogacizna o tym nie wiedziała i stała na drodze z rozwartą z podziwu mordą, blokując przejazd całej dyskoteki władzy. Ale ze złości nie strzelała nawet spod ogona, ani wzrokiem. Prezes od bliźniaków z kolei ustalił nową definicję idioty. Otóż jest to taki osobnik, który nie widzi związku pomiędzy niepodległością Polski, a niepodległością Gruzji. I słusznie! Tak może twierdzić tylko ten, kto nie oglądał serialu „Czterej pancerni i pies”. Z jakim poświęceniem szablą wyzwalał nasz kraj Gruzin Grigorij każde dziecko widziało!


Potrafić coś tam, coś tam – może bez wątpienia tylko Elżbieta Kruk, wybitna kacza specjalistka medialna. Wszyscy słyszeli, że wyplatała banialuki jak mały Kazio po dużym piwie, ale partyjny kumpel Karski plótł jak większy Kazio po dwóch dużych piwach, gdyż z przekonaniem dowodził, że o pijaństwie jego koleżanki partyjnej gadają wyłącznie złośliwi plotkarze. Pan prezes zaś ogłosił światu własną diagnozę, że to wynik złego samopoczucia posłanki. A niby kto dobrze czułby się w takim towarzystwie partyjnym? A może po prostu najzwyklej gorzała była chrzczona lub podrabiana, albo nieświeży był śledź? Jednak fakt, iż pani Elżbieta potrafi coś tam, coś tam jest wystarczającą rekomendacją polityczną i zasługuje na niekłamany podziw najwyższego prezesa spośród najniższych.

Rdzawy kozik – narzędzie chirurgiczne, które dostrzegł w rękach obecnej sejmowej komisji śledczej profesor Nałęcz. Nie stać jej bowiem na trudną sztukę posługiwania się skalpelem. Nie dosyć, że operowanemu problemowi nie mogą zrobić tym kozikiem krzywdy, to jeszcze tak łaskoczą po brzuchu, że pół Polski skręca się ze śmiechu, a drugie pół puka się w czoło i zadaje retoryczne pytania. Panie profesorze, to nawet nie kozik, a tylko cyganek. Może i rdzawy o ile buraki rdzewieją. Taki skalpel, jaka komisja!

Życzę życzenia – tako napisał do nas, ze sporym poślizgiem, nasz wielki przyjaciel z okazji naszego jubileuszu. Miał rację! No, bo gdybyśmy zrozumieli, iż życzeń nam nie życzy, to co? Moglibyśmy mniemać, iż życzenia nam tylko poleca. Oczywiście, opatrzności bożej. Ale w redakcji dominuje logika miłosierdzia chrześcijańsko-marksistowskiego i dlatego pojąłem to jako ekumeniczny wkład autora w słowiańskie zbliżenie pokoleń.


Roman Małek

wtorek, 30 grudnia 2008

Skończył się czas zakupowych szaleństw więc pora na trochę refleksji. Optymizm Polaków wydaje się być niczym nie zmącony choć kryzys, który dotyka Europę zrzeszoną w Unii również u nas staje się coraz bardziej widoczny. Nie pomogą tu uspokajające zapewnienia premiera, że w zasadzie nic się nie dzieje, bo każdy, kto ma jakikolwiek związek z gospodarką wie jaka jest rzeczywistość. W wielu przedsiębiorstwach zaczynają się już problemy z brakiem zamówień czy choćby z przesuwaniem przez odbiorców terminów ich realizacji. Szczególnie jest to widoczne w branży motoryzacyjnej i szeroko pojętym budownictwie. I nie pomoże tu żadne zaklinanie rzeczywistości przez Tuska, Skrzypka czy innych prawicowych polityków. Udawanie, że problemu nie ma nie prowadzi do jego rozwiązania. Wszystkie kraje przygotowują się do ratowania własnych gospodarek a Polska żyje we własnej urojonej rzeczywistości wpatrzona      w betlejemską gwiazdkę. Cudu jednak nie będzie i jeżeli nie wrócimy szybko na ziemię, to przebudzenia może być bolesne.

Dziwić musi jednak bierność lewicy, a szczególnie SLD, który ma praktycznie niczym nie skrępowany dostęp do mediów. W tej sytuacji z tego środowiska powinna rozlegać się nieustanna krytyka bezczynności rządu, który lekceważy coraz bardziej widoczne symptomy kryzysu. Jeżeli lewica prześpi obecny okres, to wykorzysta to niewątpliwie PiS. Partia „braci mniejszych” doskonale sprawdza się w takich sytuacjach. Mogliśmy się wielokrotnie przekonać, że najskrajniejszy populizm to jej żywioł. I nie zdziwmy się, że wkrótce partia, której politycy zajmują czołowe miejsca wśród osób mających najmniejsze zaufanie społeczne zacznie przewodzić w sondażach. Tym bardziej, że będzie miała wsparcie prokuratury obsadzonej przez ludzi Ziobry, CBA, IPN i ambony będącej największą tubą propagandową. Nie dajmy się zwieść kłótniom PiS z moherencją Rydzykiem. W stosownej chwili Radyjo wesprze „pisuarów” bo nikt inny tak jak oni nie zadba o interesy kościoła kat.

Na koniec chciałbym się jeszcze odnieść do dyskusji jaka toczy się w środowisku RACJI po decyzji odrzucającej współpracę a SLD w wyborach do Parlamenty Europejskiego. Moim zdaniem jest to decyzja absolutnie słuszna i to z kilku powodów. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że wszystkie partie czy ugrupowania lewicowe jak również wszelkie powstające obecnie inicjatywy lewicowe uznają, że z SLD im nie po drodze. Powody tych decyzji są oczywiste. SLD lewicowy jest tylko z nazwy. Ostatecznego odejścia tego środowiska od ideałów lewicy dokonał rząd Millera ale początki tego procesu nastąpiły już w czasie pierwszej kadencji prezydentury A. Kwaśniewskiego, którego bardziej pociągały światowe salony i środowisko inteligenckiej, liberalnej Unii Wolności niż problemy popadającego w coraz większą biedę  „pospólstwa”. I tak pozostało do dziś. Panom Napieralskiemu i spółce bardziej pobadają się wnętrza pałacu prezydenckiego niż ideały lewicy.  I nie dajmy się zwieść temu, że od czasu do czasu wystąpią z jakąś inicjatywą próbującą ograniczyć wpływy kościoła kat. Wychodzi z tego tylko kupa śmiechu (z przewagą kupy) bo nie są w stanie zebrać odpowiedniego poparcia aby tej inicjatywie nadać bieg. Przeciwny temu jest inny „lewicowiec” i współpracownik Kwaśniewskiego Marek Borowski.

Należy zadać też pytanie, czy SLD zależy na współpracy ze środowiskami prawdziwej lewicy? Moim zdaniem – nie. A przynajmniej nic na to nie wskazuje. Wszelkie lewicowe inicjatywy jak choćby Kongres Porozumienia Lewicy przywódcy tej partii omijają szerokim łukiem.

To prawda, że rozdrobnione środowisko lewicowe niczego nie osiągnie ale nie można dążyć do współpracy z SLD za wszelką cenę. Cena ta może okazać się dla prawdziwej lewicy zbyt wysoka. Lepiej szukać innych dróg porozumienia niż łączyć się z politycznym trupem jakim wkrótce stanie się SLD.

Ale nie traćmy nadziei, że nadchodzący rok będzie dla nas lepszy od obecnego. Czego życzę wszystkim związanym z RACJĄ życzę

Krzysztof Tinc

piątek, 26 grudnia 2008

Lewica przy jednym stole

W okresie największej popularności lewicy, w 2001 roku, na listy SLD głosowało 31 proc. wyborców Podkarpacia. Dziś, przekroczenie minimalnego progu wyborczego 5 proc. wydaje się nie lada problemem.

Ta dramatyczna konstatacja skłoniło wreszcie lokalnych liderów poszczególnych partii i ugrupowań na podkarpackiej lewicy do podjęcia próby jednoczenia swych sił i działań. Na razie, na płaszczyźnie programu i dyskusji, w przyszłości - być może - również jednoczenia struktur organizacyjnych.

Potwierdzeniem takich dążeń było inauguracyjne zebranie Dyskusyjnego Klubu Lewicowej Myśli Politycznej w dniu 29 października 2008 roku. Przy jednym stole, w siedzibie RW SLD w Rzeszowie, zasiedli liderzy bądź przedstawiciele wojewódzkich ogniw SLD, Unii Pracy, SDPL, Unii Lewicy, Partii Racja, Polskiej Lewicy, Komunistycznej Partii Polski, Stowarzyszenia "Pokolenia", innych stowarzyszeń ludzi lewicy. Gościem tego historycznego spotkania, które prowadził Piotr Rybka, był przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski.

Dla celów dokumentacyjnych prezentujemy kilka wykonanych wówczas fotografii, autorstwa red. Józefa Gajdy.








czwartek, 13 listopada 2008

Bolączka na kryzys

Hitem minionego miesiąca była polityczna piaskownica, w której bawiło się dwóch bobasów, nadymających się co niemiara. To musiało podbić bębenek politycznego teatru i podbiło. Chichrali się z nas nawet na Białorusi i Wyspach Owczych. I o to zapewne chodziło. Przecież nie może być tak, że za granicą z Polaków znają tylko Jana Pawła II i Wałęsę.

Bolączka na kryzys – coś temu Brudzińskiemu króliki na strychu za bardzo się kochają. Nasłuchałem się już różnych wytworów utalentowanych lingwistycznie rodaków ale na to jeszcze żaden nie wpadł. Według Brudzińskiego na kryzys najlepsza jest bolączka! To na chorobę najlepsza musi być niemoc. Taką logiką posługując się można wiele spraw skutecznie załatwić. Jeśli na przykład okaże się, że z tarczy antyrakietowej wyjdą nici zawsze można u Ruskich kupić drut kolczasty na zasieki. Gdy ten Brudziński coś powie, to same refleksje, żadnej prozy. Najlepiej w kryzys kropnąć bolączką, albo Brudzińskim. Będzie po kryzysie.

Kórnik – miejsce starcia dwóch kogutów, czyli unijne zbiegowisko w Brukseli. Po wcześniejszej przepychance przy otwartej kurtynie i zabawie w piaskownicy, w której było dużo wzajemnego boczenia się i odbierania lotniczych zabawek, musiało dojść do starcia o stołek. Przyprezydency ministrowie wisieli nieskutecznie u klamki unijnej, a prezydent nawet dwa razy wygrał wyścig do krzesła z premierowymi ministrami. Walka kogutów odbywała się ku nieopisanej uciesze całego unijnego kórnika. Było o nas głośno.

Łajza – tym poetyckim określeniem obdarzyli posła PO Sławomira Nitrasa prezydent i przewodniczący rady ze Świnoujścia. Wyraz prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego w Świnoujściu przystoi, jak najbardziej. Przecież nie musi oznaczać włóczęgi, ale może turystę, troglodytę albo nawet wagabundę. Rządzący miastem duet wykazał się niezwykłą finezją wzorowaną na polocie Liroya i uroku Szczypińskiej. A myśl ich ma głębię jak w kałuży. Chociaż z drugiej strony ten poseł znowu taką chodzącą układnością też nie jest. Gnojem umie rzucić.

Skundlenie polityki – specjalista sejmowy bardziej od kabaretowych wygłupów, aniżeli przypisywanego mu usprawniania ukochanej biurokracji państwowej, poseł Palikot tak właśnie określił zjawisko wypisywania głupot w usprawiedliwieniach posłów PiS dla uratowania jedynych trzystu złotych diety. Poseł Kurski potwierdził kompetencje Palikota w kwestii definiowania skundlenia, ale miał co innego na myśli. Jak to Kurski. A przecież kundel, i żyje dłużej, i jest bardziej człowiekowi przyjazny od pitbula, jak z kolei określają niektórzy posła Kurskiego. Przecież bardziej adekwatne byłoby spitbulenie zamiast skundlenia. Kundle wszystkich krajów łączcie się! Nie będzie pitbul pluł wam w twarz i kundlęta wam pitbulił!

Rada starców – spokojny z natury i zrównoważony wojewoda Mirosław Karapyta tak określił Urząd Marszałkowski. Chodziło mu prawdopodobnie o ciągłe wymądrzanie się i pouczanie przez ten urząd wszystkich, jak zwyciężać w zeszłej wojnie. Natomiast efektów solidnej i sprawnej roboty jakoś nie widać. Pomimo pojawienia się możliwości skorzystania z dodatkowych pieniędzy na określone zadania inwestycyjne w województwie, wymaganej dokumentacji tenże urząd nie zdołał opracować. A jeśli zdoła, to w ostatniej chwili. Ba, ale jak to ma zrobić skoro nie może się ta rada starszych naradzić sama z sobą? Krasnoludki tego nie zrobią. Wodzowie tej rady starszych wiodą spory, który z nich ważniejszy, a urzędnicy swoje sympatie rozkładają na harcowników mniej więcej po równo. A może przydałby się jakiś solidny leśniczy, który wywaliłby to towarzystwo z leśniczówki i ogłosił koniec wojny?

ul. Aleja Wyzwolenia 6 – taki adres przeczytałem na autobusie PKS w ogłoszeniu o jakichś usługach tej zacnej firmy. Z wrażenia oniemiałem. Taka konstrukcja wskazuje, że patronem ulicy jest jakiś Wyzwoleń o imieniu Alej. No bo przecież gdyby chodziło o zwykłą aleję, czyli szeroką ulicę w mieście, to nie byłoby skrótu ul. Zastanawiałem się zatem czym ten Alej Wyzwoleń zasłużył się dla miasta lub kraju, skoro dostał taką okazałą arterię. Nie wymyśliłem niczego. Widocznie był on bardzo zasłużony, ale tylko dla PKS. Należałoby o to zapytać naczalstwo tej firmy. Wydaje mi się, że wystarczyłyby tylko korepetycje z polskiego i z tym Alejem daliby sobie spokój.


Roman Małek