środa, 24 marca 2010

Konwent Lewicy

   Z inicjatywy Zarządu Okręgowego SDPL i Zarządu Wojewódzkiego Stowarzyszenia „Pokolenia” w rzeszowskiej „Klubowej” 10 marca br. odbył swoje posiedzenie Podkarpacki Konwent Partii Lewicowych. Przybyli nań przedstawiciele działających na Podkarpaciu lewicowych ugrupowań politycznych oraz związków zawodowych, stowarzyszeń i organizacji o lewicowej orientacji. Jest to kolejna oddolna próba konsolidacji i wypracowania warunków do zgodnego politycznego współdziałania na gruncie tych celów programowych, które je łączą. Nie ma sensu oglądanie się na centralne kierownictwa partii lewicowych, gdyż skupiają się one na sporach wokół różnic programowych oraz wzajemnych animozjach personalnych. Praktyka dowiodła, że tylko zjednoczona lewica tworzyła realną siłę polityczną. Dlatego postanowiono lewicowe szeregi zewrzeć właśnie na szczeblu wojewódzkim, gdyż uznano, że pora skończyć z marnotrawieniem potencjału lewicowego na jałowe i destrukcyjne animozje. Pierwszym sprawdzianem skuteczności porozumienia i sprawności przyjętych rozwiązań organizacyjnych i programowych winny być zbliżające się wybory samorządowe i pośrednio prezydenckie.

   Wprowadzeniem do dyskusji były wystąpienia: Wiesława Buża – przewodniczącego Zarządu Okręgowego SDPL, Tomasza Kamińskiego – posła na Sejm, przewodniczącego Rady Wojewódzkiej SLD, Andrzeja Walasa – przewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego Racji PL, Leszka Wołoszyńskiego – przewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego Krajowej Partii Emerytów i Rencistów. Dyskusja potwierdziła celowość takiego porozumienia, którego od dawna oczekują lewicowcy bez względu na partyjne preferencje. Ubolewano nad mizerią socjalnej obrony ludzi skazywanych coraz powszechniej na egzystencjalny niedostatek i brak elementarnego bezpieczeństwa w sferze ochrony zdrowia, pracy, dostępu do oświaty. Uznano za konieczność utworzenie skonsolidowanej, czytelnej programowo, sprawnej organizacyjnie politycznej przeciwwagi dla sił prawicowych. Nie może być tak, aby istniał tylko wybór PiS czy PO, ponieważ obydwie te partie nie różnią się niczym poza zewnętrznym wizerunkiem. Pierwsza jest tylko bardziej awanturnicza i represyjna. Dlatego niezbędne jest stworzenie prawdziwej alternatywy lewicowej.

   Powołano zgodnie Federacyjną Radę Porozumienia Lewicy oraz Federacyjny Zespół Programowo-Organizacyjny. Konwent spełnił zatem swoją konstruktywną misję.

Roman Małek



czwartek, 18 marca 2010

Prezydentowie i Schetynescu

Dwutysięczny dziesiąty – ten rok mamy aktualnie według polszczyzny prezentowanej powszechnie przez nasze elyty polityczne. Gdyby nasi wybrańcy nie przysypiali na lekcjach polskiego, albo nie wagarowali waląc wtedy kamieniami w szkołę, to rozróżnialiby liczebniki i znali nieskomplikowane tajniki ich deklinacji. Panie prezesie, panie ministrze! Liczebniki porządkowe od jeden do stu oraz większe jednoczłonowe odmieniają się jednorodnie jak przymiotniki, zatem mianownik liczby pojedynczej winien brzmieć np.: drugi, czternasty, czterdziesty czwarty, setny, dwutysięczny. Ale już u pozostałych liczebników porządkowych odmianie podlegają wyłącznie człony końcowe, te do stu. Czyli w tymże mianowniku winny one brzmieć, np.: dziewięćset sześćdziesiąty szósty, tysiąc czterysta dziesiąty i właśnie dwa tysiące dziesiąty. Gdyby zastosować pobraną na wagarach mądrość językową elyt, to bitwa pod Grunwaldem powinna być stoczona w tysięcznym czterechsetnym dziesiątym, a tytuł słynnej powieści G. Orwella należałoby czytać - rok tysięczny dziewięćsetny osiemdziesiąty czwarty. Jeśli z pozostałymi przedmiotami było w szkole u naszych władców podobnie, to ja czarno widzę.

Galerianki – to bynajmniej nie jakiś nowy zakon żeński założony przez św. Galerię, lecz nowe zjawisko obyczajowe przywleczone do naszego nad wyraz cnotliwego kraju wraz z wielkoświatowym blichtrem galerii handlowych. W nich właśnie rodzime gimnazjalistki, zamiast zapewniać odpowiedni poziom frekwencji na lekcjach, oferują zasobnie prezentującym się panom seks za galeriowe zakupy. Problem wcale nie dotyczy głównie rodzin patologicznych. Chętnych na taki geszeft żonkosiów jakoś nie brakuje. Pewnie ze względu na rozpowszechnioną prawdę, że wyrzutów sumienia za zdradę nie ma po udanym seksie tylko po złym. Coś tu jednak z respektem dla wartości chrześcijańskich musi szwankować.

Jest cztery afer – oczywiście w naszym obecnym rządzie, diagnozują zgodnie prawi i sprawiedliwi śledczy komisarze sejmowi. Nie wnikam w technikę liczenia lecz kształt wypowiedzi. Trzy wyrazy i dwa rażące błędy językowe, za które już w gimnazjum przysługuje pała, jak krowie miedza. No, ale moherowy elektorat kształcony na kantyczkach jest mało dbały o takie duperele. To zdanie złożone z czasownika, liczebnika i rzeczownika rodzaju żeńskiego podlega rygorystycznym zasadom językowym, które narzuca wielkość liczebnika głównego i rodzaj żeński. Zatem zdanie w zależności od liczebnika winno brzmieć: jest jedna afera, są dwie, trzy i cztery afery ale jest pięć, dziesięć i sto afer. Fakt, że niezrównana Nelly twierdzi, iż jej podobają się wszystkie mężczyzny, nie może usprawiedliwiać tego, że niektóre mężczyzny wiedzą, że jest cztery afer.   

Mieć miętę – to według kancelisty Nowaka, z tych Nowaków od premiera, znaczy czuć coś do kogoś. Chociaż w poprawnej wersji tego porzekadła ludowego tę miętę właśnie czuje się do kogoś. Ale Nowak uważa, że tę miętę ma do niego posłanka śledcza Kempa. Jeśli ją ma, to musi ją gdzieś nosić do tego Nowaka tak, aby on mógł z daleka tę miętę widzieć. No i gdzie tu pożądana intymność? Jak mawiał poczciwy Sztaudynger – miłość nie znosi doboszy, rozgłos ją płoszy. A skoro już posłanka tak poświęca się z tą miętą, to może i biust przeinstalowała sobie na plecy, aby Nowakowi wygodniej było tańczyć i nie musiał jej tanecznie obracać, rezerwując potencję energetyczną na bardziej użyteczne przedsięwzięcia?

Prezydentowie – tak w rzeczownikowym wołaczu liczby mnogiej perorował sesyjnie nowy budziwojski radnik, Grzegorz Jacek. Staropolszczyzna podobne formy językowe odnotowuje, ale radnego Jacka o stylistyczną archaizację swojej wypowiedzi raczej nie posądzam, zatem coś musiało mu zaciąć się w jego kanonach wrażliwości językowej. Panie radny! W ten sposób można przyjąć, że budziwojscy przedwojenni chłopowie, to nie byli jacyś ciulowie, tylko poważni ludziowie. Może Pikuś to jakoś zdzierży, ale pana polonistka już z pewnością nie. Osobiście nie dziwię się, bo radny Jacek z ogromną determinacją poniewierał poprawne nazwy ulic rekomendowane przez ludzi magistrackiego dyrektora Sebzdy. Widocznie wielki z niego językoznawca! Jak niektórzy prezydentowie! A sejmowa ustawa o ochronie języka ojczystego ciągle obowiązuje i to w niezmienionym kształcie.

Przymnożenie dochodu – oczywiście kasie magistrackiej, przytrafiło się radnemu Kultysowi w polemicznym ferworze. Przedrostek przy- w żaden sposób nie daje połączyć się z czasownikiem mnożyć. W znaczeniu zwiększenia lub uzupełnienia zasobu lub ilości łączyć się może, ale z innymi czasownikami, tworząc czasowniki pochodne typu przysporzyć, przydać. Mnożenie zaś jest zwielokrotnieniem jakiejś wielkości, a nie uzupełnieniem, zatem może ten czasownik łączyć się tylko z przedrostkiem po- tworząc wyraz pomnożyć. Pomylenie tych przedrostków można porównać z myleniem przyimków przez i bez. Czyż można iść bez most przez czapki? A u Kultysa pewnie można!  

Schetynescu – to efekt inwencji twórczej niezmordowanego posła Palikota w syntetycznym definiowaniu osobowości posła Schetyny. Do rdzenia jego nazwiska dolepił końcówkę rumuńskiego Słońca Karpat. Bo przecież nie mogło mu chodzić o podobieństwo do Eleny Ceausescu! Chociaż kto wie? Sądzę jednakże, iż kojarzenie posła Schetyny ze Słońcem Karpat jest sporą przesadą. Rumuński wódz bez trudu skutecznie poradziłby sobie nie tylko z pędzącym królikiem, antykorupcjonistą Kamińskim, ale i z popierdującym borsukiem, nawet sklonowanym. A taki Schetyna nie dał rady załatwić ani policjantom paliwa, ani sobie bez podsłuchowego telefonu. Słusznie premier pogonił go z rządu.

Roman Małek

Wiosna, Skąd Ja Ciebie Znam ?

   A w Rzeszowie ustępująca zima przysporzyła złych i dobrych doznań. Razem ze śniegiem stopniał nam asfalt na nieremontowanych ulicach, najładniej na: Rejtana, Podkarpackiej, Przemysłowej i Siemieńskiego. Nawet do wypadku mogło dojść. Kolega opowiadał, jak spokojnie jechał sobie tymi dziurami po Rejtana, a tu nagle asfalt! Znawcy jednak twierdzą, że dziur jest teraz zdecydowanie mniej. Pewnie mają rację. Przecież po kilka mniejszych połączyło się w większe, to musiało poprawić statystykę i samopoczucie. W wiosennie dobry humor może jednak wprawić podjęcie wreszcie prawomocnej decyzji o odmuleniu zalewu. Już ponad rok trwa awantura wokół odsmrodzenia zbiornika. Jego stan z każdym miesiącem pogarszał się, a ekologiczni obrońcy kosmatki i wędrownego ptactwa ze Śląska i Warszawy protestowali. Wiadomo przecież, że na Śląsku i w Warszawie ekologia stoi na wzorcowym poziomie, zatem postanowili uszczęśliwiać rzeszowian. Ci popaprańcy uznali, że zalew nie został wybudowany jako zbiornik wody pitnej dla miasta i teren rekreacyjny, lecz siedlisko kosmatki i ptactwa wędrownego i dlatego ma on smrodzić miastu do woli. Teraz mogą się tylko przykuć łańcuchami do tej kosmatki. Roboty ruszyły.

Roman Małek  

Dobre Wzorce

   Z wielkim rozrzewnieniem i nostalgią oglądałem wystąpienie prezesa Kaczyńskiego na kongresie prawych i sprawiedliwych w Poznaniu. Schyłkowy Gomułka w czystej, a nawet ulepszonej  postaci. Była płomienna retoryka, dalekowzroczna wizja, miejsce Polski wśród potęg świata, naście koma trzy, wrzód na zdrowym ciele, piach w tryby postępu, posłannictwo historyczne i niestrudzona chęć szczera. Jedynie plan miał, tyle że dziesięcioletni, a nie pięcioletni. W środku nawet zainicjował podjętą przez wyznawców litanię do świętego Jarosława w intencji zagłady nieczystych sił PO. W trakcie oracji zgromadzeni co rusz nagradzali bardziej soczyste frazy długimi, niemilknącymi owacjami i okrzykami. Ba, nawet wykonywali rytualne ćwiczenia gimnastyczne w konwencji powstań – siad. Gdy prezes dobił szczęśliwie do kresu swojej mowy, zapytał retorycznie – zwyciężymy? Wyznawcy również retorycznie odpowiedzieli – zwyciężymy! Wódz wówczas spojrzał wokoło, 1200 gardeł grzmiało. I jak tu nie wierzyć europosłowi Migalskiemu, że PiS jest partią i konserwatywną, i bardzo postępową? W dodatku twierdzi, że prezes i właśnie Migalski są frapująco interesującymi postaciami. Popatrzcie, a ten Migalski z daleka wygląda nawet na mądrego. Na kongresie były również wybory! I to jakie wybory, jak na Cyrankiewicza w PRL-u! Na Jarosława Kaczyńskiego niemal jednogłośnie wybrano Jarosława Kaczyńskiego. Żadna podróbka nie kandydowała. Czyli jak u starego Forda. Każdy może sobie wybrać dowolny kolor samochodu, byleby był czarny.

Roman Małek

Casting Na Bliźniaka

   Zaczęły się na dobre podchody i umizgi względem elektoratu przez chętnych do objęcia państwowej posady obrońcy żyrandola w Pałacu Namiestnikowskim, czyli w chałupie stojącej od zadniej strony pomnikowego konia księcia Pepi, postawionego w Warszawie. Całość medialnych fajerwerków w staraniach o tę robotę nazwano dla niepoznaki prezydencką kampanią wyborczą. No i poszły konie po betonie i jeszcze dalej. Rozumiem licytowanie się kandydatów walorami typu, który z nich ma większą halabardę, który spał na grubszym styropianie, albo który robi groźniejszą minę. Oczywiste jest pacykowanie wizerunku, rozciąganie uśmiechu, sumitowanie się w wartości, pielgrzymowanie, hakowanie, lanie pomyj na konkurencję. Ale tym razem platformersi dali czadu po amerykańsku. A co! Robią prawybory, czyli po naszemu casting na swojego bliźniaka. Miała rozgorzeć prawdziwa walka kandydatów na kandydata i co? Ledwie Sikorski powiedział, że źle dzieje się, gdy prezydent jest nie tylko niski, ale i mały i od razu wylądował na pokutnym dywanie Tuska. Partyjny celebryta Palikot, który nigdy nie cierpi na zatwardzenie talentu, próbował wcisnąć trochę ożywienia w ten marazm, z emocjami jak na rybach, i od razu prezes nakazał mu sto razy pisać poprawną sentencję. Te prawybory nie przypominają nawet porządnego wybierania prezesa straży, czy sołtysa w Jagielle. Ale medialny cel osiągają. Przecież chodzi o to, aby trąbiono o tym ile wlezie. Skoro nie potrafiliśmy porządnie zrobić ani transformacji, ani prywatyzacji, ani autostrad, a nawet kryzysu, to niby dlaczego miałyby wyjść prawybory?

Roman Małek  

Czas Kłusowników

   Dosyć głośno u nas ostatnio o uchwaleniu babskiego parytetu w polityce. Tylko po co ten parytet wprowadzać, skoro według rysownika Mleczki proporcje idiotów i idiotek są w naszej populacji porównywalne i szansa wybrania idiotki jest taka sama, jak wybrania idioty? Akurat w Łodzi urzędniczka magistracka naplotła tyle głupot, że nie powstydziłby się tego ani Macierewicz, ani tym bardziej były antykorupcjonista Kamiński. A o co poszło? W zrujnowanym domu bez możliwości ogrzewania pozostawiono jedynie leciwe małżeństwo, a pozostałych lokatorów przeniesiono do przyzwoitych mieszkań socjalnych. Pozostawiono ich tylko dlatego, że w odróżnieniu od tych przeniesionych, jako jedyni płacili solidnie czynsz. Gdy za to w majestacie prawa zostali ukarani, płacić przestali. I wówczas owa inteligentna inaczej urzędniczka z przekonaniem bredziła o działaniu owych staruszków na szkodę magistratu, gdyż w ten sposób wymuszają oni bandycko na przenajświętszym magistracie przydział mieszkania socjalnego. Zgroza! O pomstę do nieba woła takie bezprawie! I nawet do głowy jej nie przyszło, że robi z siebie patentowaną idiotkę.

   Z kolei prawa i sprawiedliwa posłanka, przyboczna Lecha Kaczyńskiego, Jakubiak zamierzała błysnąć medialnie wiedzą i huknęła takim odkryciem, że ręce opadają szeleszcząc. Chociaż z daleka wygląda na mądrą, która nawet czytać prawą ręką potrafi. Otóż stwierdziła ona, że żona Sikorskiego, o bardzo polsko brzmiącym nazwisku Apelbaum, jest znakomitością intelektualną, która napisała „Archipelag Gułag”. Jest to mniej więcej taka prawda jak to, że obwodnica jest tym samym co okrężnica, a moja teściowa gołąbkiem pokoju i primabaleriną.

   Pewna urzędniczka Ministerstwa Finansów pozwoliła sobie na taką interpretację prawa fiskalnego, jak w słynnym „Paragrafie 22” Hellera. Mówiła jak w kościele, tak że nikt nie rozumiał. Otóż okazuje się, że każdy kto skorzystał ze szczepionki przeciwko świńskiej grypie, zafundowanej przez pracodawcę, musi fiskusowi odpalić 18 bądź 32 procent wartości tej szczepionki. Jest to bowiem przychód, chociaż wkłuty, a nie portfelowy. Nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że pracodawca nie płacił za te szczepionki kierowany względami altruistycznymi lecz egoistycznymi. On po prostu chce mieć zdrowych pracowników, którzy będą efektywnie na niego tyrać. Cała sprawa rozbija się o to, że takich szczepień nie nakazuje prawo, a więc musi to być przychód do opodatkowania, chociaż prawnicy twierdzą, że tyle w tym prawdy ile w cud diecie, przy której potrzebny cud aby schudnąć.

   Aż strach pomyśleć o problemie szerzej. A jeśli ten pracodawca, ciągle kierowany względami egoistycznymi, zechce nam zafundować pakiet medyczny albo możliwość korzystania z basenu, albo nie daj Bóg pojeżdżenie dla relaksu na jakiejś chabecie? Tak po prostu, abyśmy byli jeszcze wydajniejszymi pracownikami? Pewnie lepiej z tego od razu zrezygnować. No dobrze! Ale co sobie pomyśli ów pracodawca? Pewnie że olewamy jego robotę. A jeśli w ramach promocji kupujemy pojemnik soku, do którego producent dodaje nam ćwiartkę pojemności za darmo? Chyba lepiej od razu w sklepie tę ćwiartkę wylać, zamiast traktować jako przychód. Przecież prawo nie nakazuje dolewania nam owej ćwiartki. A jeśli u dentysty będzie promocja i każdemu kto wyrywa zęba wyrwą drugiego gratis, nawet zdrowego? To jaki to będzie przychód do opodatkowania? Idąc dalej, trzeba jakoś fiskalnie  potraktować Burka obdarowanego przez zaprzyjaźnionego rzeźnika smakowitą kością. Czyj to przychód, kundla czy właściciela? Zresztą ten przychód i tak szybko zamieni się w odchód. Zatem jeśli kundla, to jak on ma ten przychód rozliczyć? Szczekaniem codziennie w Anioł Pański na cześć ministra finansów, czy merdającą lambadą w intencji zdrowia psychicznego w ministerstwie i króliczej płodności w tworzeniu dalszych idiotyzmów fiskalnych? Przecież trzeba koniecznie coś wymyślić, gdyż naród coraz mniej pije wykazując się tym samym aspołeczną postawą, rodzącą dziurę budżetową. Każda niewypita półlitrówka, to ubytek kilkunastu złotych w narodowej kasie. I z czego rząd ma pokrywać koszty utrzymania naszych dzielnych wojaków bijących się w amerykańskiej wojnie? Chociaż ostatnio nieco bilans poprawiła top modelka Felicjańska, która już nie mogła się powstydzić dmuchniętego wyniku promilowego. Prawie 2,5! Zresztą inaczej nie uradowałaby warsztatów samochodowych rozwalając na cacy coś ze trzy auta. Nadaje się do parytetu, jak Łyżwiński na kłusownika seksualnego.

Roman Małek

piątek, 26 lutego 2010

Pędzący Królik

Ciastowe – wigilijne wolne od pracy dla czynnych zawodowo pań. Tych niepracujących, Broń Boże, u jakiegoś kapitalisty, który z natury aż tak pobożny nie jest! Raczej w instytucjach i urzędach. Panie wówczas powinny lepić na potęgę uszka, pierogi i pichcić świąteczne słodkości, aby narodziny dzieciątka można było czcić przy obfitości biesiadnego stołu. Teraz z ciastowego zaczęli korzystać i panowie. Czyżby podjęli się produkcji w czynie społecznym pierogów bryzganych, albo, niczym poseł Kłopotek, mordowania karpia? Za realsocjalizmu także namiastka ciastowego funkcjonowała. Paniom odpuszczano, ale dopiero od południa, a panowie w tym czasie już w komfortowych warunkach tworzyli stosowny gastronomiczny podkład pod wigilijnego karpia w galarecie.

Miasta stanęły w korkach! – Ogłosił Polsat w „Wydarzeniach”. Wyjrzałem przez okno i upewniłem się, że mój Rzeszów istotnie stoi na swoim miejscu, ale żadnego korka nie dostrzegłem. Myślałem, że podprowadzili ten korek antygorzelnicy Sikory, ale nic z tego. Miasto stało bez korka, ale za to w korkach stały samochody. Może ci z Polsatu widzieli gdzieś jadące miasta, albo przynajmniej ruchome, jak pustynne piaski. Nauka czukocka jednak nie zna takich przypadków. A szkoda! Chciałbym, aby po takim staniu na swoim miejscu,  Rzeszów ruszył i pojechał w lutym do takiego, powiedzmy, Acapulco albo na Hawaje. A gdyby jeszcze pojechała tam chłodziarka z piwem i upieczonym, świętej pamięci prosiakiem, pełnia szczęścia!

Ocieplanie wizerunku – to zadanie, którego podjęli się przyprezydenccy kanceliści w stosunku do swojego pryncypała na okoliczność zbliżających się wyborów. Świadczy to niezbicie, że ów wizerunek uprzednio został zmrożony, albo przynajmniej schłodzony, niczym dobra wódka. Wcale nie chodzi w tym przedsięwzięciu o izolacyjne okładanie tegoż wizerunku styropianem, gdyż według prezydenta Wałęsy ten materiał obecnemu lokatorowi Pałacu Namiestnikowskiego doktrynalnie nie przysługuje. Rzecz cała sprowadza się do takiego opakowania tego wizerunku, aby szanowny obywatel Dżeki Marchewa, nawet przy okazjonalnym obcowaniu z nim, mógł przeżywać ekstatyczne uwielbienie, albo przynajmniej odczuwać lanie balsamu na jego „skrwawnięte serce”. Tu sam efekt cieplarniany z gazami nie wystarczy! Dlatego z odsieczą pospieszyła niezmordowana Doda i publicznie obdarzyła prezydenta ciumaskami. Widać było, że prezydent odczuł to, ale wizerunek sondażowy ani ciut, ciut. No, chyba że Dody.

Pędzący królik – niezwykle modne aktualnie określenie, które zawiera niezmierzoną pojemność politycznych treści. Od jądra zainteresowania centralnych antykorupcjonistów, przez przekaz ministerialnego zaświadczenia lekarskiego, po live motyw hazardowych komisarzy śledczych. Jako nazwa kawiarni jest przewrotnie sympatyczna. W naszym kraju nikt pewnie nie widział pędzącego królika. Przecież ta gadzina od urodzenia skazana jest na życie za kratkami aż do niechybnej acz gwałtownej śmierci i na wolności nawet porządnie kicać nie potrafi, a co dopiero pędzić z wiatrem w uszach, jako ten zając. Jednak do naszej rzeczywistości politycznej pasuje jak ulał. Rząd na każdym kroku pokrzykuje – pędzimy, niczym ten królik! A autostrady langsam ślimakiem, emerytury stoją, a ochrona zdrowia leży. A co, pokrzyczeć nie wolno? Przecież powszechnie wiadomo, że nie chodzi o to, aby królika złapać, ale o to, aby go gonić.

Popierdujący borsuk. – Taka metafora zrodziła się posłowi Palikotowi w literackiej syntezie osobowości Jarosława Kaczyńskiego. Niektóre cechy tego sympatycznego zwierzęcia może i pasują, chociażby wierzch szary i nieprzesadny wzrost. Reszta już nijak nie pasuje. Jaźwiec z czarnymi pręgami, uwielbiający nocne życie i wyjątkowo spokojnie usposobiony do otoczenia z prezesem nie może mieć nic wspólnego. W dodatku borsuk ma wyjątkowo dobrą przemianę materii i w odróżnieniu od goryla, konia i cioci Zuli nie popierduje. Dlatego po staropolsku nie można go nazwać popardą, popardowskim, ani pardlem. Sądzę, że poseł Palikot wyrządził takim porównaniem ogromną krzywdę przysypiającemu zimą borsukowi. Gdyby dowiedział się on o zapisaniu go do PiS-u bez wątpienia spałby w swojej norze do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

Wejść w posiadanie wiedzy – według komisyjnie śledczego posła Karpiniuka - mógł  Wassermann w kwestii hazardowej afery. Od razu rodzi się pytanie, jak ten Wassermann wchodził  w to posiadanie? Krokiem defiladowym, uprzednio wykąpany w wannie, czy tylko w gumofilcach? I czy ostatecznie posiadł ją czy tylko wchodził? Poza tym nie wiadomo ile to jego posiadanie w tej wiedzy trwało i czy było wygodne - w fotelu, czy tylko na drągu? W dodatku liczy się skutek takiego posiadu na wiedzy. Dajmy na to, Jagienka z „Krzyżaków” swoimi nizinnymi walorami z kopy indywidualnych orzechów potrafiła pojedynczym posiadem jednomyślność wyzwolić. A u Wassermanna plusy z minusami ciągle pieprzą się. Strach pozytywnie wyrażać się o nim. Gdyby tak wszyscy musieli w to posiadanie wchodzić, to kogo, do cholery, mieliby uczyć nauczyciele zwykłej poprawności językowej i czegokolwiek pożyteczniejszego od posiadu w komisjach sejmowych? Poza tym ogromnego znaczenia nabiera umiejętność wychodzenia z takiego wejścia w posiadanie.

Roman Małek

Triumwirat

   Trzej burmistrzowie (Boh trojcu lubit), po jednym z Boguchwały, Głogowa i Tyczyna założyli triumwirat i rozpoczęli bój o odzyskanie utraconych uprzednio latyfundiów, które zdobywczo najechał im prezydent Ferenc. Jeśli ktoś uważa, że jest to motyw kabaretowy, jest w błędzie. Oni to robią poważnie, a nie dla jaj. Uznali, że skoro indywidualnie nie dali rady, to może w kupie im się poszczęści, bo ponoć w kupie siła tkwi okrutna. Ten z Boguchwały wyśnił sobie nawet, że powinno mu się udać skubnąć nieco z tej części Rzeszowa, która należała ongiś do włości w Świlczy. Realizmu w tym tyle, co w cud diecie. Jest z nim w tych ościennych miastach tak, jak z barokiem rumuńskim. Niby gdzieś był, ale nikt go nie widział.

Roman Małek

Ocieplenie Klimatu

   Na takie zjawisko istnieją w Rzeszowie niezbite dowody. Otóż gdy tylko pojawiło się większe zakłócenie w tym ocieplaniu poprzez wystąpienie solidnych mrozów, mankamenty natury pospieszyły eliminować władze miejskie. W ruchliwych punktach miasta ustawiono, znane ze stanu wojennego, koksiaki, które wprawdzie nie emitują ciepła rodzinnego, ale można przy nich nieco ogrzać zziębnięte członki i wszystko ciało. O dziwo, wszystkie czynne i żadnego jeszcze nie podprowadzili dla spieniężenia niezmordowanie zdolni złomiarze, jako najsprawniej działający mechanizm miejskiego recyklingu.

Roman Małek

PiS Szuka Ferenca!

   Na przedwyborcze parcie na rzeszowski ratusz cierpi każde, nawet egzotyczne ugrupowanie, a co dopiero prawi i sprawiedliwi, których ponoć w Rzeszowie co niemiara. Aby taki zamysł zrealizować i zasiąść jesienią w prezydenckim fotelu, wpierw trzeba wygrać z Ferencem, gdyż wcześniejsze próby umoczenia go przez CBA i nie tylko, zdały się psu na budę. Trwa zatem gorączkowe poszukiwanie stosownego kandydata. Popasająca niedawno w naszym mieście posłanka Gęsicka zdefiniowała go precyzyjnie. I tu prawdziwa bomba! Nawet mało uważny czytelnik owej definicji musi stwierdzić, że PiS po prostu szuka Tadeusza Ferenca, chociaż jeszcze o tym nie wie. Skoro wiadomo, że nie da się go sklonować na podobieństwo prezesa Kaczyńskiego, ani tym bardziej posła Szlachty, a nawet byłego europosła Janowskiego, to może lepiej od razu zapisać ich do prezydenckiego ugrupowania Rozwój Rzeszowa? Wówczas mogą mieć jakieś szanse.

Roman Małek

Podatkowy Smród

   No i po wielkich nieszczęściach szalonych krów, ptasich i świńskich plagach, kaczej prezydenturze, biegunce Kaśki zza rzeki i tsunami pod Bełchatowem znowu zaczęli straszyć nas tak zwanym efektem cieplarnianym. Od parunastu lat pojawia cyklicznie straszak topienia Bangladeszu, Wenecji, Holandii, połowy Egiptu i Amazonii. Nam tylko topią Żuławy i Świnoujście z połową Szczecina. Dobrzy ludzie. A cały problem tkwi w pieniądzach. Ten wydumany efekt cieplarniany polega z grubsza na bezszmerowym obłożeniu zacnych obywateli kolejnym podatkiem w taki sposób, że powinni oni czuć się jeszcze ratowani przez drapichrustów od wszelakiego nieszczęścia. To już jest wyższa szkoła jazdy. Potwierdzili to hakerzy, którzy powłamywali się do różnych baz danych, różnych ważnych instytucji o charakterze globalnym. Wyszło z tego, że te dęte teorie cieplarniane są warte tyle ile recepty na polską praworządność według białostockiego Kononowicza w sweterku, redaktora Ziemkiewicza, niezmordowanego porucznika Lukasa i byłego zioberkowego ministra.

   Przyroda rządzi się swoimi prawami i jest w miarę odporna na głupotę człowieka i jego nie tylko teoretyczny debilizm. Wszystko w niej posiada sensowny rytm okresowy, który sprawdził się w ponadczasowym wymiarze. Doba ma swój rytm, rok również, dłuższe okresy czasowe także. W każdym milionie lat było przynajmniej 10 okresów zlodowacenia i tyleż samo ocieplenia. W plejstocenie mieliśmy nad Rzeszowem grubo ponad kilometrową warstwę lodu. I co? Zmalały ruchy górotwórcze i pojawił się neandertalczyk, ale żadnego nieszczęścia nie było. Około tysięcznego roku z kolei nastąpiło w Europie bardzo duże ocieplenie, określane przez klimatologów średniowiecznym. Trudno to sobie wyobrazić, ale na terenie obecnej Warmii i Mazur rosła znakomicie winna latorośl, którą bardzo cenili sobie sprowadzeni później przez Konrada Mazowieckiego Krzyżacy. Co to miało wspólnego z efektem cieplarnianym? A mniej więcej tyle, ile doktor Rydzyk z miłosierdziem i moherowo objawioną prawdą. Następnie znowu tak ochłodziło się, że w XVII wieku na Bałtyku zimą budowano sezonowe zajazdy na lodzie dla podróżujących do nas ze Szwecji. Dziwnie nikt nie narzekał i całe zjawisko wszyscy traktowali jako coś najnormalniejszego.

   Wszystko to jest zależne od niepodlegającej głupocie człowieka aktywności wulkanicznej oraz aktywności Słońca i związanej z tym interakcji między wiatrem słonecznym, promieniowaniem kosmicznym a procesami atmosferycznymi. I tego nie da się zmienić nawet najbardziej unaukowionymi idiotyzmami cieplarnianymi. Cała ta dęta frazeologia ma swój sens, ale tylko w tym względzie, że w konsekwencji prowadzi do oczyszczenia atmosfery. Oddech będzie zdrowszy, no i grzyby prawdziwe urosną.

    Nie można ludzi straszyć wydumanymi bzdurami, typu  gazy cieplarniane po to, aby oskubać ich w kolejnym przestraszonym podatku. Jeśli Unia Europejska uważa, że oprócz wyciągnięcia forsy z kieszeni podatników, cokolwiek osiągnie w tej kwestii, to znaczy, że nie wyszła zbyt do przodu od mentalności wspomnianego wyż neandertalczyka. Dlaczego? A z tego prostego powodu, że cała Europa emituje tych gazów cieplarnianych tyle, że nie wystarczy to na połowę amerykańskich, trzecią część hinduskich i piątą część chińskich i rosyjskich. A te akurat kraje nie mają najmniejszego zamiaru wprowadzać drastycznych ograniczeń w tej kwestii i najnormalniej olewają niby szczytne intencje kombinatorów europejskich. Dlatego wszystkie te dęte konferencje cieplarniane są dla mnie tyle warte ile dobra kolacja w solidnym burdelu. Chociaż ostatnio zaimponował mi nasz premier, który za trzydzieści parę milionów euro sprzedał Hiszpanom limit smrodzenia dwutlenkiem węgla naszej niebiańskiej atmosfery europejskiej. Jestem za opylaniem zdecydowanie więcej tego smrodliwego towaru. Dołożyłbym jeszcze w ramach promocji prezesa prawego i sprawiedliwego oraz boską Szczypińską, niezrównaną Nelly i rzeszowskiego konserwatora zabytków Juchę.

   Skoro energia jest niezbędnym nośnikiem cywilizacji, to należy ją wytwarzać. Wiatraki i zapora solińska tego nie są w stanie załatwić. Będzie to ciągle margines. Pozostają podstawowe źródła wytwarzania tej energii. Natura sobie z konsekwencjami takiego działania poradzi bez potrzeby odwoływania się do unijnej głupoty. Tenże dwutlenek węgla jest również niezbędny w przyrodzie, gdyż cała planetarna zielenina bez niego nie może obejść się. No, może bez ilościowej przesady. Największym trucicielem w tym względzie jest człowiek. Z pewnością nikt tego nie powiedział statystycznemu Kowalskiemu, ale prawda jest taka, że ludzie wydzielają zdecydowanie więcej dwutlenku węgla, aniżeli wszystkie samochody całego świata wzięte do kupy. Jaki stąd wniosek? Zmniejszyć liczebność trucicieli. Proponuję zacząć od tych z Brukseli i Narodowego Funduszu Zdrowia.

Roman Małek

Kolejką W III Kadencję

   Prezydent Tadeusz Ferenc bodajże od dwóch lat kombinuje jak w Rzeszowie zbudować kolejkę nadziemną, która upłynniłaby komunikację miejską. Zaczął od przymierzania kolejki gondolowej, a skończył na jednoszynowej. Awantur opozycyjnych mędrców od wszystkiego miał z tym co niemiara, zwłaszcza z sesyjnej ambony. Czasem aż chciało się skorzystać z zawołania – baranku boży, co sesja to gorzej! Jeden z radnych rozśmieszał mnie do łez, bo ciągle chciał budować w Rzeszowie metro albo tramwaj. To ja już wolę córkę tego, co tramwaje jego. Następnemu kolejka zgrzytała w estetycznym wyrazie ogólnym urbanistycznej zwartości miasta. Kolejny, komunikacyjną szczęśliwość miejską upatrywał w wielopoziomowych rozwiązaniach drogowych. Nie pomagało tłumaczenie, że ta kolejka jest tylko jednym z elementów całego przygotowywanego programu komunikacyjnego. Jednak wbrew tym awanturom z początkiem lutego pojawiła się już planistyczna wizja tej kolejki. Wygląda na spójną i logiczną, a docelowo będzie czymś w rodzaju kolejkowego „koła” bis i turystycznej atrakcji. Pewnie przed jesiennymi wyborami projekt zostanie klepnięty unijnie i rozpocznie się przetargowy cyrk.

   Do tego czasu już musi pojawić się jakaś wyborcza konkurencja Ferenca, chociaż jest budowana wyjątkowo rachitycznie, bo we wszelkich sondażach rzeszowianie przyznają mu miażdżący prymat za tak zwany całokształt. Według nich ma najlepszą instrukcję obsługi miasta i ich samych. Z przedwyborczym ogniem politycznym przybyła niedawno do Rzeszowa posłanka przykaczyńska, Gęsicka. Ujawniła w czasie popasu u nas, że prawy i sprawiedliwy kandydat na przyszłego wodza naszego miasta musi odpowiadać następującym wymogom zgodnym z ich wzorcem metrycznym: posiadać determinację w dążeniu do rozwoju miasta w jego metropolitalnej wizji, znakomicie znać jego możliwości i potrzeby, posiadać dużą skuteczność w zdobywaniu dla niego środków rozwojowych, cechować się charyzmatyczną osobowością i zdolnością komunikowania się z mieszkańcami. Szanowna posłanko! Wy po prostu szukacie Ferenca, chociaż jeszcze o tym nie wiecie. We własnych szeregach nawet z tuzinem świec takiego nie znajdziecie.

Roman Małek

Pasmo Sukcesów

   Nasza władza państwowa odnotowała w minionym miesiącu trzy spektakularne sukcesy, które mogą położyć śmiechem najbardziej odpornego człowieka. Działają one na naszych polityków niczym drink Bonda – powodują wstrząśnięcie i niezmieszanie. Wpierw niemal orgazmu politycznego doznali nasi, gdy NATO wreszcie uwzględniło ich starania o stworzenie koncepcji obrony wschodnich rubieży układu. A gdzie komiczny efekt? Otóż w tym, że plan zakłada najazd na świętą ziemię naszych praojców przez mocarną Białoruś. A dlaczego nie królestwo Ubu, albo Oz? Ten najazd bez żadnego planu ani sił sprzymierzonych pewnie zdołałby odeprzeć pułk średnio wyszkolonych ochroniarzy wsparty dwoma zmobilizowanymi kołami myśliwych strzelbogrzmotów, Czterema Pancernymi z Szarikiem nawet bez starszyny Czernousowa i kapralem Frankiem Dolatem. Ten sukces dyplomatyczny porównywalny jest tylko z odsieczą prezydenta w Gruzji.

   Nasza dzielna i humanitarna władza wysłała cały rządowy samolot ratowników na Haiti. Pomijam już przepychankę na lotnisku wynikłą z nieznajomości prostego działania matematycznego, jakim jest dodawanie. Po naszemu, źle podsumowano słupki i dlatego część ratowników nie poleciała, bo nie zmieściła się w samolocie. Cała akcja była słuszna ze wszech miar, tyle tylko, że spóźniona do tego stopnia, iż nasi już nie mieli szans nikogo tam uratować. Ot, pogrzebali sobie trochę w rumowisku. I jak tu nie gratulować błyskawicznego refleksu szachisty!

   Trzecie zdarzenie to już sfera czarnego humoru, nie tylko politycznego. Zupełnie poważnie naszego premiera zaprosił premier Putin na wspólną uroczystość w Katyniu. Rzecz dotychczas bezprecedensowa i ze względów historycznych pożądana. Dlatego premier zaproszenie przyjął. I tutaj powaga skończyła się, a zaczął kabaret. Prezydent swojego prezesa orzekł wszem i wobec, że on jest ważniejszy i w tej uroczystości również udział wziąć musi, jak musiał Waryński do kraju. Wprawdzie żadnego zaproszenia nie ma, ale postara się o wizę, którą powinien bez szemrania dostać. Nie znam przypadku, aby na oficjalną uroczystość głowa jakiegoś państwa jechała turystycznie i bez zaproszenia. To nie imieniny u cioci Zuli, ani pępkowe u stryja Barabuchy. Nawet na wesele w Porażu chodzi się na podstawie zaproszenia, a takich, którzy próbują zabalować bez niego, określa się tam mało chwalebnym mianem gości na krzywy ryj. Znowu cywilizowany świat może mieć uciechę jak przy brukselskiej wojnie stołkowej.   

Roman Małek

piątek, 29 stycznia 2010

Którędy Na Lewo ?

   Pod koniec minionego roku w Rzeszowie przebywała prof. filozofii Uniwersytetu Warszawskiego Maria Szyszkowska. Na spotkanie z tą niezwykle interesującą postacią polskiej lewicowej myśli filozoficznej przybyła spora grupa ludzi z różnych orientacji politycznych. Z pewnością warto było. Pani profesor bez zbędnej egzaltacji w komunikatywny sposób sformułowała własną, niezwykle konsekwentną, diagnozę życia politycznego w Polsce oraz roli, a zwłaszcza słabości, lewicy polskiej. Wykazała, że tak modny w świecie liberalizm światopoglądowy, kulturowy i obyczajowy nie ma nic wspólnego z neoliberalizmem ekonomicznym, który jest elementem tworzenia nierówności społecznej, na której zbudowano kapitalizm. Między kapitalizmem i demokracją istnieje sprzeczność, gdyż dominacja kapitału wyklucza demokratyczną równość. Uważa za wielki błąd odejście politycznych reprezentantów lewicy od lewicowości na rzecz właśnie neoliberalizmu, głównie ze względu na chęć zachowania stanowisk. Wystarczy chociażby przytoczyć reakcje lewicowych rektorów wyższych szkół prywatnych, którzy dla świętego spokoju zatrudniają u siebie kapelanów.

   Ugrupowania lewicowe popełniły po transformacji cały szereg niewybaczalnych błędów, do których zaliczyła między innymi:

- wykazywanie wstydliwości za czasy PRL, próby odcinania się od nich,

- bezkarne tolerowanie kłamliwych opinii o tym okresie,

- nieznajomość prostych sprzeczności ideowych i wynikający stąd relatywizm ideowy,

- dopuszczenie do takich przemian, w których człowiek przestaje być wartością nadrzędną,

- doprowadzenie na lewicy do sztucznego konfliktu pokoleń, który nie istnieje. Jeśli istnieje jakiś konflikt, to raczej konflikt wrażliwości, społecznych preferencji i doświadczeń, który nie przebiega wzdłuż granicy wieku,

- pozwolenie na sprowadzenie lewicy do głębokiej defensywy,

- bezsensowne wybieranie zużytych przywódców, którzy wiele lewicy zaszkodzili (Kwaśniewski, Olejniczak),

- dopuszczenie do tego, że Polska stała się jednoświatopoglądowa,

- stworzenie na złych zasadach młodzieżówki SLD, która jest zupełnie bezideowa, a celem aktywności w niej są wyłącznie kariery polityczne. Jest to konsekwencja zapełniania świadomości młodzieży pseudo wartościami. Po to między innymi wyrzucono z programów kształcenia filozofię na rzecz socjologii, czyli zastąpiono naukę myślenia opisem.

   Sporo uwagi profesor Szyszkowska poświęciła licznym paradoksom naszej współczesnej rzeczywistości politycznej i społecznej. Gdyby dotyczyły one jedynie sfery ideowych sporów, byłoby znakomicie. Jednakże odbijają się dotkliwie także na sferze socjalnej i wolnościowej. Pozwoliła sobie wyakcentować niektóre z tych paradoksów, zaliczając do nich również:

- stworzenie przez prawicę z socjalisty Piłsudskiego swojego idola politycznego,

- deklarowanie zasad wieloświatopoglądowych przy równoczesnym ukształtowaniu państwa tak jednoświatopoglądowego, jakim Polska jeszcze nigdy nie była. Katechezę wprowadzono już nawet do przedszkoli,

- dominacja ideologii prawicowej w środowisku wiejskim tam, gdzie reforma rolna stworzyła wiejskiej biedocie warunki bytowania,

- prawica stała się bardziej ideowa aniżeli lewica,

- lewicowych pisarzy było wielekroć więcej w okresie dwudziestolecia międzywojennego, aniżeli obecnie,

- w warunkach ciągle rosnącego znaczenia mediów lewica sama pozbyła się ich i nic nie robi, aby takie mieć. To już nie jest błędem, ale głupotą,

- próby budowania wizerunku lewicowego Kościoła,

- wstydliwe zawieranie koalicji sejmowych nawet, gdy dotyczą spraw programowych lewicy,

- pozbawienie bezrobotnych przez rząd lewicowy zasiłków, czego nie ma w żadnym kraju starej Unii.

   Było to jedno z nielicznych niezwykle interesujących spotkań, w których miałem sposobność uczestniczyć w ostatnich latach.

Roman Małek 

I Jak Tu Nie Pić!

   Pierwsza grudniowa sesja po części utonęła gdzieś między rzeczywistością, wyobrażeniami, a literacką fikcją i brakiem realizmu. Polityczne popłuczyny urastały do rangi opatrznościowej wizji, a pragmatyczne propozycje do apokaliptycznych plag. A dotyczyło to projektu uchwały o zwiększeniu w mieście limitu punktów handlujących gorzałą. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że niektórzy musieli empirycznie sprawdzić eksperyment Noego, ponieważ z takim znawstwem mówili o zgubności picia, jakby wiedzieli o czym mówią. A ta zgubność według moich doświadczeń pojawia się dopiero w warunkach wystąpienia znamion grzechu głównego, zdefiniowanego w katechizmie jako nieumiarkowanie w piciu. Chociaż ten katechizm za gorsze uznaje nieumiarkowanie w jedzeniu, to jednak nikt sklepów spożywczych nie limituje w naszym katolickim kraju. Niektórzy radni wzięli taki rozpęd, że mogli nawet unieważnić obowiązującą ustawę sejmową, gdyby nie czujność prezydenckiej strażniczki porządku prawnego, która ten impet nieco zamortyzowała. Cała zabawa przeniosła się na kolejną sesję, w czasie której tradycyjnie wystąpili antygorzelnicy Sikory. Najbardziej zaimponował mi radny Kultys, który dopatrzył się u owych antygorzelników przejawów heroicznego profesjonalizmu. Albo jest wielkim jajcarzem, albo wystąpiły u niego jakieś zakłócenia ewolucyjne. Zlepek bzdurnych komunałów i głupoty na patyku, to profesjonalizm? Żal mi było bardzo radnego Pytlaka ze Zwięczycy, który zwierzył się zebranym ze swojej niedoli, gdyż dla napicia się piwa musiał onegdaj drałować aż 8 km. Przecież nie musiał zasuwać aż do Tyczyna. Wystarczyło do Wisielca przy Dąbrowskiego. Ale cała para nie poszła w gwizdek. U ruskich gorzała podrożała drugie tyle i na nasze flaszka kosztuje już 8 zł.

   Ostatnia grudniowa sesja rozpoczęła się jednak bombkowo. Magistracki dyrektor Tadeusz Szylar wtaszczył kosz pełen owych bombek, które aktywni mieszczanie nafaszerowali życzeniami i powiesili na rynkowej choince. Trzy losowo wybrane obiecał prezydent spełnić, niczym złota rybka. Przyniesiono stosowne ustrojstwo do tłuczenia w postaci tacy i młotka. Męczyli się z tymi kulistymi dmuchańcami szklanymi: przewodniczący Fijołek, wiceprezydenci Ustrobiński i Wolicki oraz Marta Niewczas. A wystarczyło zatrudnić Jagienkę z „Krzyżaków”. Za jednym posiadem cały kosz zamieniłaby w miazgę. W bombkach były dwa zbuki, czyli bez farszu. Życzeniotwórcy jednak nie błysnęli pomysłowością, od której prezydenta rozbolałaby głowa.

   Radni nadali nazwy ulicom w Budziwoju i części Miłocina, włączanych od 1 stycznia do Rzeszowa. Tym razem te nazwy są na ogół językowo poprawne, czyli wyrażone w formie dzierżawczej. Z dwoma wyjątkami, przy czym jeden wywołał nawet polemikę, gdyż na błędne konstrukcje z wzgórzami w treści zgłasza swój monopol Przybyszówka. Chodziło o propozycję nazwy ul. Pogodne Wzgórze. Podobne, w błędnej wersji, istnieją już w Przybyszówce, jak chociażby ul. Janiowe Wzgórze. I jedno i drugie określenie nazywa jakiś obszar związany z ulicą, która albo do niego prowadzi, albo przez niego przebiega. Nie powinna zatem mieć takiej samej nazwy fizjograficznej wyrażonej w mianowniku, tylko podrzędną formę dzierżawczą - ul. Janiowego Wzgórza, albo Pogodnego Wzgórza. Gdyby było inaczej to dla przykładu nazwy ulic: Targowa, Zamkowa, Ogrodowa, Strzelnicza, Staromiejska, Załęska, Słocińska i Podgórska musiałyby brzmieć odpowiednio: Targ, Zamek, Ogrody, Strzelnica, Staromieście, Załęże, Słocina i Podgórze. Ucho więdnie! Ale tym razem postęp jest wyraźny. Nie było nawet próby nazywania ulic imieniem kogoś, kto dla miasta zasłużył się jedynie tym, że dał się gdzieś zastrzelić.

   Prawdziwa burza, tym razem nie w kieliszku, ale w wiadrze paliwa wybuchła przy okazji podwyższenia taryf za przewozy MPK. Prawi i sprawiedliwi postawili na sesyjnej ambonie prezesa Krygowskiego, kierującego tą firma od kilku miesięcy i walili w niego za wszystkie krzywdy Polaków w całym tysiącleciu. Bój poszedł o kondycję ekonomiczną i organizacyjną MPK, objęcie ulgami także uczniów szkół policealnych oraz ceny biletów. Nie ma większego sensu komentowanie niezgłębionej mądrości prawoskrętnych dyskutantów. Zobrazuję to jednym charakterystycznym przykładem. Radny Kultys huknął w pewnym momencie taką argumentacją, że utrzymać powagi nijak nie dało rady. W swojej analitycznej logice doszedł do takiej tezy, że ceny biletów należało podnosić corocznie, powiedzmy, o trzy procent, a nie jednorazowo o 10. W dodatku stwierdził, że byłoby to bardzo korzystne dla rzeszowian. Nie wiem kto uczył go matematyki, ale na pewno powinien oddać pieniądze pobrane za nauczanie. Jeśli ceny powiedzmy trzy lata temu podniesiono by o 3 proc., 2 lata wstecz o następne 3, a w tym roku podniesiono o następne 3, to jakim cudem ludzie zapłaciliby mniej? Zapłaciliby drugie tyle! I z tego mieli cieszyć się? Panie radny. Są dwa sposoby obcinania ogona psu. Albo jednym cięciem, albo kilkoma po kawałku. Nie wiem jak pan, ale psy wolą zdecydowanie ten pierwszy sposób. No tak, ale pan przecież nie ma ogona!

   Wypada jednak zakończyć trochę optymistycznie. Otóż badania kogoś tam wykazały, że 60 procent rodaków optymistycznie patrzy w 2010 rok. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że pozostałe 40 procent albo należy do PiS, albo nie ma na pół litra.

Roman Małek 

Kulawy Eskulap

   Coś bardzo niepokojącego zaczyna narastać w całym systemie ochrony zdrowia. Celowo nie używam określenia służba zdrowia, ponieważ aktualnie jest to pojęcie archaiczne, jakby z innej epoki. Zresztą służba zniknęła nawet z wojska. Żołnierz do koszar idzie pracować, a spokoju jego pracy oraz militarnych tajemnic strzegą nie wartownicy, a ochroniarze. Jako relikt pod tym względem funkcjonują jedynie służby specjalne i służenie do mszy. Nie można również używać określenia biały personel, bo w międzyczasie jakoś nam pozieleniał. Biel jeszcze używana jest w piekarni i przy pierwszej komunii. Ponoć pogrubia!

   W stanie atrofii znajduje się coś, co kiedyś nobilitowało zawody medyczne, czyli etyka zawodowa. Jej wzniosłe ideały, zawarte chociażby w przysiędze Hipokratesa, uległy pośpiesznie trzem procesom: prywatyzacji, merkantylizacji i biurokratyzacji. Jest to sytuacja, jak z fortepianem Chopina u Cypriana Norwida. Ideał sięgnął bruku! Spróbujmy zatem przyjrzeć się tym procesom bliżej. Jeśli pacjenta stać na kosztowne leczenie prywatne personel medyczny będzie koło niego dreptał niczym w serialowym szpitalu w Leśnej Górze. Natomiast pozostali są skazani w większości na wegetację w placówkach publicznych, które nagminnie cierpią na chroniczny brak wszystkiego z wyjątkiem sterty idiotycznych formularzy do wypełnienia i chorych procedur. Nie ma wypełnionego formularza, nie ma pacjenta, a co za tym idzie, finansowania przez NFZ. Instytucję, która tak się ma do ochrony zdrowia, jak Kuba Rozpruwacz do św. Mikołaja. Przypomina raczej bezduszny kombajn do mielenia ludzkiego nieszczęścia. Dlatego kobieta ciężarna przy wypełnianiu kwitów urodziła na stojąco, a noworodek na przywitanie tego łez padołu huknął z rozmachem o posadzkę. Nie za bardzo zagrało wszystko u rodzącej i noworodka, ale za to w kwitach grało, jak najbardziej! Czyli płeć jak formularz, formularz jak płeć, nie musi się korzystać, ale musi mieć. Niektórzy tak gorliwie wypełniają te kwity, że raz nawet wyszło, iż pacjentka miała ciążę przechodzoną do 18 miesięcy. Może były wymiarowe, partyjne bliźniaki? Każdy po 9 miesięcy? Ale procedura przeszła!

   Wszystko zostało również policzone przez urzędników. Ale jak policzone? W prosty sposób! Ma wystarczyć na podwyżki dla owych urzędników, a nie musi wystarczyć na leczenie. Jeśli ktoś choruje na niezbyt popularną chorobę, której leczenie z tej racji jest kosztowne, może od razu rezerwować miejsce u św. Piotra, bo w NFZ jest to niemożliwe. Z racji wieku niektóre zabiegi też ekonomicznie nie przysługują. W armii austriackiej Szwejka i jego dzielnych kamratów nagminnie kurowano gratisową lewatywą. U nas nie do pomyślenia, nie każdemu przysługuje. I później dziwią się, że gdzieś tam pacjent spadł ze stołu operacyjnego i wybił sobie zęby. Widocznie procedura nie przewidywała znieczulenia, tylko setkę nierefundowanego bimbru.

   Do niektórych zabiegów tak wydłuża się kolejka, że część nie dożywa tego dobrodziejstwa. Co to oznacza? A to, że lekarz może tylko rozłożyć ręce, zalecać uregulowany tryb życia i seks wyłącznie z żoną, bo podniecenie może pacjenta zabić. A jeśli któryś z takich pacjentów nie chce do nieba, bo ma lęk wysokości? To musi mieć pieniądze i zdrowie. Inaczej nie da rady! Jeszcze trochę kryzysu i pod koniec tego roku tradycyjny obchód poranny w szpitalach przekształci się w pracę komisji inwentaryzacyjnej. Bo pesymista od ministra zdrowia i urzędnika NFZ różni się tym, że pierwszy widzi na cmentarzu same krzyże, a drudzy wyłącznie plusy.

   Całą zwykłą logikę i zdrowy rozum zastąpiono procedurami wydumanymi przy biurkach przez urzędniczych gryzipiórków. Co rusz okazuje się, że te idiotyzmy nijak nie przystają do realnej rzeczywistości. Wychodzi, że pogotowie nie może przyjechać z miasta oddalonego o 10 km, tylko musi jechać z tego odległego o 35 km. Innym razem pacjenta w majestacie owych procedur trzeba wozić 150 km zamiast 20. Nie tak dawno zmarła 55-letnia kobieta, ponieważ nie skierowano jej ze względów oszczędnościowych na zwykłe prześwietlenie, a następnie ignorowano kilkakrotne wezwania karetki pogotowia. Dyspozytorka chorą na zapalenie płuc przy 40-stopniowej temperaturze leczyła po drucie panadolem. W końcu jednak karetka zdążyła, ale tylko na wypisanie aktu zgonu. Zresztą w Rzeszowie także zdołano chorego zajeździć karetką na śmierć, zgodnie z tymi procedurami. Najlepiej na tym tle wypada niezawodna Nelly prorokitna, która bez żadnych procedur wszystko skutecznie leczy kiszoną kapustą, cebulą i czosnkiem. Nadaje się na ministra.

    Fundują nam to nasi nieocenieni politycy, którzy tradycyjnie w sytuacjach, w których muszą coś zrobić, a nie wiedzą co i jak, robią naradę, reorganizację i powołują jakąś durną komisję. Ale wcześniej zawsze zdążą obiecać wszystko, bez najmniejszego zamiaru poważnego traktowania tych obietnic. Później dziwią się, że ludzie rozładowują swoje frustracje chociażby w takim dowcipie:

- Słyszałeś, porwali naszego ministra i chcą 3 mln okupu, albo obleją go benzyną i podpalą.

- No, to co, robimy zrzutkę? Po dwa litry wystarczy?

Wszystkim aktualnym i przyszłym skazanym na chorą ochronę życzę  w Nowym Roku jednak szczęścia, bo ci na „Titanicu” byli zdrowi i co z tego?

Roman Małek

Inniejszy Szczuroślepiec

Inniejsze – urokliwa i wielce oryginalna próba stopniowania zaimka przymiotnego, zastosowana w telewizyjnej pyskówce o sejmowych komisjach śledczych, bodajże przez posła Brudzińskiego. Według niego PO ma inniejsze poczucie sprawiedliwości od przyzwoitego. Zatem logicznie rozumując poszczególne stopnie powinny brzmieć: inne, inniejsze, najinniejsze. A przez analogię kolejny zaimek przymiotny - taki - ma zapewne stopnie takszy i najtakszy. Fakt, że ten rodzaj zaimka zastępuje przymiotnik nie świadczy o tym, że podlega takim samym zasadom gramatycznym. Inny zatem, to językowo nie to samo, co: ładny, porąbany, nudny i durny. Świat polityki byłby zdecydowanie nudniejszy, gdyby nie inniejszy Brudziński, najinniejsza i boska Szczypińska czy takszy Kultys, a nawet najtakszy Macierewicz.

Lawstorant – według Kasi Zielińskiej to aktor grający w tragicznych romansach, czyli dla przykładu rolę ordynata Michorowskiego, albo Olivera od Segala. Właśnie tytuł jego powieści i nakręconego na tej podstawie filmu „Love Story”, stanowi źródłosłów tego urokliwego neologizmu. Rolę takiego lawstoranta gra na naszej scenie politycznej maryjny Rokita. Otóż zupełnie po trzeźwemu stanął on w obronie, zagrożonego w samolocie Lufthansy pomięciem, kapelusza ślubnej Nelly, niczym ten Zawisza Czarny pod Grunwaldem. Nieznający się na zawiłościach miłosnych lawstoranta Rokity Niemcy przydusili go do gleby, skuli, posadzili w kozie i czyn heroiczny wycenili na 3 000 euro grzywny. Biednego, niczym dziad przycmentarny, niedoszłego premiera z Krakowa na to nie stać i dlatego musi unikać terytorium Niemiec, łącznie z ambasadami, ponieważ szwabskie ponuraki puściły za naszym lawstorantem całkiem zgrabny list gończy.

Picer – to w Rzeszowie najbardziej ostatnio w okiennych ogłoszeniach poszukiwany fachman gastronomiczny. Czasem pisany w formie pizzer, co nie zmienia fonetycznego wyrazu. W naszej potocznej tradycji językowej pojęcie picer oznacza blagiera, lakiernika rzeczywistości, kogoś nijak nietrzymającego elementarnych standardów prawdomówności. Dlatego trudno dziwić się uciesznym komentarzom tych, którzy takie ogłoszenia kontemplują. Ponieważ ani pizza, ani jej wytwórcy nie mają z naszą kulturą nic wspólnego, to może należało fachmanów od ich wypiekania nieco inaczej nazwać. Skoro niemieckiego millera potrafiliśmy zastąpić młynarzem, to dlaczego włoskiego pizzera nie mógł zastąpić jakiś rodzimy plackarz paprany? Dopóki picer będzie pichcił jakieś kulinarne barachło, dopóty ja wolę jadać swojskie naleśniki wysmażane nawet przez teściową. A picer niechaj sobie co chce i jak chce picuje, byle by nie w mojej kuchni.    

Skarlenie prezydentury – zjawisko, z którym do ostatniego wyborcy walczył będzie Tomasz Nałęcz, kandydat demokratów do Pałacu Namiestnikowskiego. Zastrzega się, że nie chodzi mu bynajmniej o pionowe gabaryty prezydenta, noszącego czapkę zdecydowanie za blisko butów, lecz walory urzędu, który spaprał obecny lokator pałacu, zaś tuskowi platformersi chcą sprowadzić do rangi prezydenta federacji gry w cymbergaja. Zatem marszałek Nałęcz musi patriotycznie robić wszystko, aby przyszły prezydent mógł robić dobre wrażenie i być wodzem wszystkich Polaków, a nie wyłącznie poddanych prezesa. Czyli być też prezydentem doktora Rydzyka, Macierewicza, Grzegorza Piotrowskiego, sweterkowego Kononowicza spod Białegostoku i Kaśki zza rzeki. No, może jeszcze młodszego Kotuli.

Szczuroślepiec – to jakiś stwór znany posłowi Niesiołowskiemu, wybitnemu uczonemu od much i posłowi od posłowania. Dziwnie kojarzy mu się z aktualnym wodzem SLD, Napieralskim. Ani Darwin, ani szanowny obywatel Dżeki Marchewa nie znają takiego zwierza. Jako fan posła boleję nad mizerią semantyczną fikcyjnego wynalazku ze sfery fauny. Szczur jest bowiem wyjątkowo inteligentnym i mobilnym stworzeniem, docenianym nie tylko w kulturze chińskiej. Nawet ślepy, radzi sobie lepiej, aniżeli nasz rząd, Sejm, poseł Niesiołowski i chory fundusz od zdrowia. Niektórzy twierdzą, że szczur jest w stanie przeżyć nawet bombę atomową, przejażdżkę łódzką karetką pogotowia i przemówienie doktora Rydzyka.

Uniwersytutka – interesujący zrost uniwersytetu i prostytutki. Określa studentkę ochoczo pobierającą stosowne nauki, której ukochana ojczyzna poskąpiła świadczeń socjalnych. Życie nie znosi próżni, zatem obowiązki opiekuńcze przejęli sponsorzy, którzy w zamian dowartościowują się bardziej walorami urody, aniżeli intelektu obiektów swojego sponsoringu. Rozwiązanie idealne! Państwo oszczędza na stypendiach, a nowobogaccy na ryzyku burdelowego mordobicia ze strony jakiegoś zadresionego alfonsa. Im sponsoring łaskawszy, tym studencki entuzjazm większy, że o bezgranicznym podziwie dla męskich przymiotów nie wspomnę. Cały system ma jednak zasadniczą wadę. Część studentek dysponuje urodą porównywalną z posłanką Szczypińską, redaktorką Romaszewską i niżej. Niestety, te mogą liczyć tylko na państwo, bądź brata Alberta. Tempus fugit!

Walka agrarna – to według posła Kalisza bój, który toczy agrarysta Kaczyński z agrarystą Tuskiem o prezydencki zydel. Myślałem, że chodzi mu o doktrynę agrarną, ale byłem w błędzie. Wyszło na to, że ten cały agraryzm ogranicza się do kawałka gleby, o którą jeden drugiego chce prasnąć. I słusznie, ponieważ trzaśnięty o glebę może utracić boską urodę i wdzięk, niezbędne w tegorocznym konkursie jak oni śpiewają, czyli wyborczym referendum.

Roman Małek

środa, 16 grudnia 2009

Głośniej i Głupiej

   Sesję listopadową rozpoczął Adam Góral, prezes Asseco Poland, który niedawno odebrał prestiżowy tytuł Menagera 2009 Roku. Powiało wielkim światem, globalizacją i dużym pieniądzem. Mówił o uporze i wyrzeczeniach jakie musiał przechodzić na początku budowy potęgi swojej firmy. Nie zaczynał od handlu z łóżka turystycznego, uważanego za łoże porodowe polskiego kapitalizmu. Poszedł trudną drogą w nowoczesność. Chwalił rozwój i estetykę miasta, ale i jego niedostatki, które zniechęcają wielki kapitał. Dlatego w Rzeszowie pojawia się średni, dosyć drapieżny kapitał. Nie mogło zabraknąć również informacji o sportowych ambicjach prezesa sponsorującego siatkarzy rzeszowskich. Gospodarze podejmowali prezesa w lansadach, a radni uważnie słuchali, co jest takim samym ewenementem jak uśmiech mojej teściowej i mądra wypowiedź Macierewicza. Nawet dyżurni gadacze sesyjni, znający się na wszystkim, zapomnieli z jakiegoś powodu języka w gębie.

   Później już wszystko znowu wróciło do normy, czyli wybrzydzania przez prawą stronę na wszystkie inicjatywy prezydenckie, chociaż tym razem mocno z tej strony popękało. Zamiast jednolitej ławy nacierającej, na placu boju pozostały jedynie do bólu nawiedzone niedobitki, które podjęły heroiczny wysiłek niczym te konrady wallenrody, albo inni rozdarci bohaterowie na skale. Na dobre wytoczyli najcięższe działa przy omawianiu projektu uchwały przewidującej przeznaczenie środków na przygotowanie budowy nowego gmachu dla Urzędu Miasta, aktualnie rozrzuconego po mieście w kilkunastu miejscach. Płomienne wystąpienie wygłosił radny Kultys, wybitny architekt z Radomia. Nie tak dawno przejeżdżałem przez to miasto. Zatrzymałem się i zapytałem tambylców, gdzie u nich urodził się wielki człowiek? Miałem nadzieję, że wskażą rodzinną sadybę naszego radnego. Nic podobnego! Odpowiedzieli, że u nich w Radomiu rodzą się same małe dzieci. Mniejsza z tym. Radny przedstawił apokaliptyczną wizję degradacji przestrzeni przez banalny projekt, powrotu do potwornej architektury XX wieku. Podzielił historię architektury na stare paskudztwo i świetlaną epokę kultysowską. Czyli czas nowożytny w Rzeszowie należy mierzyć od przybycia Kultysa. Naplótł tyle obraźliwych idiotyzmów pod adresem rzeszowskich architektów i urbanistów, że stodoła mała. A zwycięski w konkursie projekt musiał według niego zostać opracowany przez jakąś bandę nieuków i dyletantów, a nie architektów renomowanej pracowni. Tak zapędził się, że obawiałem się, iż uzna za konieczne otynkowanie szpetnego muru chińskiego! Zszedł z sesyjnej ambony z godnością Pani Dulskiej, bo z czymś obśmianemu wypada schodzić. Wojownik doczekał się tylko rachitycznego wsparcia. Klęska jak pod Cecorą! Głowa do góry, panie radny! Jak mawia jeden z magistrackich dyrektorów, Rada to nie burdel, nie wszyscy muszą wychodzić z niej zadowoleni.

   Jakby tego było mało, ci sami podnieśli niemniejszy wrzask przy omawianiu propozycji poszerzenia miasta o kolejne okoliczne miejscowości. Czegóż tu nie wytoczono! Ktoś z prawej strony bredził o braku racjonalności, niechęci inwestorów do angażowania się na przyłączonych terenach, inny o jakichś aktach porządkowania, absurdalnemu zamienianiu Rzeszowa w wieś, prowadzeniu działalności charytatywnej na rzecz chorych na przyłączanie do miasta, braku cudu urbanizacyjnego i tym podobnych bzdurach. Wysuwane propozycje, aby poszerzać Rzeszów bez uszczerbku dla okolicznych gmin, to mniej więcej to samo, co sztuka ugotowania rosołu bez uszczerbku dla zdrowia kury. Niektórym popieprzyła się Kielanówka z Matysówką i jeszcze oburzali się, że ktoś z tego robi sobie jaja. Nie wiem również, gdzie w przyłączanych sołectwach prawi i sprawiedliwi dojrzeli jakieś krowy i kozy, które populacją mogą zagrozić mieszczanom? Prawdopodobnie nie wiedzą jak te zwierzątka wyglądają. Padały pytania o granice tego poszerzania, pomimo że prezydent niejednokrotnie je zakreślał. Chodzi mu o osiągnięcie 200 tys. ludności, co da miastu spore preferencje budżetowe. Skoro radni Kultys i Kiczek lenią się prokreacyjnie, konieczne są inne działania nadrabiające te niedostatki. Obawa, że prezydent Ferenc zechce przyłączyć Łańcut i Lwów są mocno przesadzone. Aby było jeszcze ciekawiej, na wniosek radnych z prawej strony, projekt uchwały o poszerzeniu miasta został rozbudowany o Kielanówkę i dalszą część Racławówki. Radny Kiczek z determinacją Rejtana ogłosił votum separatum do uchwały, czym dostarczył zebranym niemałej uciechy. Jednak pęka!

Roman Małek

Kolejny Nawiedzony!

   W listopadowych „Nowinach” przeczytałem ze sporym niesmakiem idiotyzmy niejakiego Andrzeja Filipczyka, lidera jakiejś egzotycznej, lokalnej grupy Ujawnić Prawdę. Otóż dał głos kolejny quasi specjalista od polityki historycznej, bardziej nawiedzony i radykalny od IPN. W swoim zapyziałym widzeniu zjawisk historycznych reaguje jak na rasowego apostatę ideologicznego przystało. Twierdzi, że PRL była zbrodnią na państwie polskim i narodzie. Zatem wszystko, co z tym okresem jest związane należy wyplenić i zburzyć, podobnie jak uczyniono to z pozostałościami po Hitlerze i Goeringu. Trzeba naprawdę cierpieć na umysłowe skarlenie, aby coś takiego wygłaszać i czynić takie kuriozalne porównania. W dodatku Filipczyk wali przy sposobności w siebie samego, jak w kaczy kuper. Nie miałem nieprzyjemności osobiście go znać. Natomiast ci, którzy znają go z tamtego okresu twierdzą, że był jednym z najbardziej zaangażowanych, młodzieżowych aktywistów miejskich programowo „wpajających idee marksizmu i leninizmu proletariackiego poprzez podniesienie działalności ideowo-wychowawczej w drużynach i szczepach” oraz dążących do „przyswajania przez młodzież wniosków wynikających z doświadczeń budownictwa socjalistycznego w Polsce”. Nic dodać, nic ująć! Skoro był to ustrój zbrodniczy, to Filipczyk powinien być też zbrodniarzem. Ale przecież nikomu rozsądnemu to do głowy nie przyszłoby, a Filipczykowi przyszło.

   Całe rzesze historycznych autorytetów, nie tylko polskich, badających okres PRL poddaje krytycznej analizie tamte zjawiska. Niektóre oceniają bardzo krytycznie, ale nikomu poważnemu do głowy nie przyszło traktować tego okresu jako zbrodni na narodzie. Widocznie Filipczykowi drukowane kiepsko idą i rozpraw historycznych nie czyta. W przeciwnym razie nie plótłby wierutnych bzdur. Wypada mu zatem w zbliżającym się Nowym Roku życzyć zdrowia, bo na rozum u tego „bohatera” za późno. A świńska grypa ponoć szaleje!

Roman Małek  

Tryki W Aureoli

Aureola – według gadającej w telewizji głowy PiS, Bielana, jest to coś dobrego, co powinno być roztaczane wokół naszej zwycięskiej w zeszłej wojnie armii. A tu akurat najważniejszy atrybut wojaków, czyli orkiestry wojskowe, wojenny minister Klich redukuje z 20 do 18. I jak teraz nasi wojacy mają odnosić militarną wiktorię? No, ostatecznie można wyrzucić klarnety i bębny, bo źle kojarzą się. Ale całe orkiestry? Pomińmy już tych grajków mundurowych. Bielanowi musiało jednak ociupinę  pociemnieć w głowie, ponieważ aureola przysługuje świętym, nawet tureckim, ale nie wojsku. Widocznie nie dostrzega on mało skomplikowanej różnicy znaczeniowej pomiędzy aureolą i aurą. A jest ona mniej więcej taka, jak w określeniach - pić w Szczawnicy i szczać w piwnicy. Niby podobnie brzmi, ale przyjemność nieporównywalna.

Dyrdymałki – tak w czasie murarskiej, dwudziestej rocznicy w Berlinie prezydent Wałęsa określił te mowy polityków, w których twierdzą oni, że muru berlińskiego nie rozwalił Wałęsa z papieżem. Ciekaw jestem jak poradzili sobie tłumacze z tak perwersyjnie wysublimowanym językiem. W każdym razie perorował nasz prezydent najdłużej, bo aż 5 minut. Tyleż czasu męki przeżywali owi tłumacze. Nie od dziś jednak wiadomo, że tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne. Musieli oni zatem na coś zdecydować się. Później naszego byłego prezydenta przewrócono na pierwszą kostkę ogromnego domina i cała reszta poszła już z niemiecką precyzją, jak po sznurku. A tak dla jasności językowej chciałbym przypomnieć, że określenie dyrdymałki oznacza rzeczy mało istotne, nieważne. W żadnym przypadku zaś nie można go użyć w znaczeniu – opinie nieprawdziwe. Ale, co wy mi tu Małek, będziecie prezyndolić! Nie może nam przecież byle europnik o nas dyrdymalić! Tak, a propos, cholernie ciekaw jestem, kto i kiedy rozpieprzy postawiony przez jankesów ponad tysiąckilometrowy, demokratyczny mur na granicy amerykańsko-meksykańskiej? Wałęsa jeszcze na chodzie!

Horyzontalny program – to zbawcza koncepcyjna rewelacja dla małych miast, wymyślona przez posła Jurgiela. Przymiotnik horyzontalny oznacza, że program będzie poziomy, w odróżnieniu od dotychczasowych pionowych, zapewne. Wiedziałem, że może być horyzontalny układ, położenie, współrzędne, a nawet pozycja. Ale o programie horyzontalnym do czasu Jurgiela nie słyszałem. Geniusz twórczy Jurgiela nie zaskakuje mnie, gdyż jest on członkiem świeżo powołanego ZPP, czyli Związku Patriotów Polskich bis. Tym pierwszym kierowała Wanda Wasilewska, a tym bis kieruje osobiście prezes naszego prezydenta. Zatem horyzonty muszą być programowe.

Kontrol – jest niezbędna w kwestii funduszów zdrowotnych, tak pokrzykuje w tytule publikacji październikowa gazeta koszerna. Zmienili zatem temu pojęciu rodzaj z żeńskiego na poważniejszy męski, ale przy okazji całość nieco rozweselili. Bo jeśli taki kontrol wejdzie w te fundusze niczym patrol, albo inny górol, to dopiero będzie rozpierducha, a nie poważny spraw do załatwienia. A ten, kto ten kontrol będzie przeprowadzał, to jak się powinien wabić?

Kontrolnik, kontrolowiec? To już lepiej zmienić od razu tytuł na „Gazet Wyborczy”.

Polewo – wbrew pozorom nie jest to czynność napełniania kieliszków, wyrażona w czasie teraźniejszym liczby pojedynczej, w wersji gwarowej. Z kontekstu wypowiedzi radnego Kultysa wynika, że tak w guberni radomskiej wymawiają okolicznikową formę – po lewej, którą radny zamierza upowszechnić w Rzeszowie. Zdecydowanie językową finezję pogłębia fakt, że według niego polewo Urząd Marszałkowski. Nie wiem jak państwo, ale ja jestem za, jak najbardziej!

Tryki – z właściwym sobie wdziękiem posłanka przykaczyńska, Nelly, tak zdefiniowała poczynania premiera związane z aferą hazardową. Nikt wcześniej biedactwu widocznie nie powiedział, że nie tylko w Polsce, fonetycznie ten obcy wyraz brzmi - triki. Zmiana jednej samogłoski radykalnie zmienia znaczenie całego wyrazu. Otóż tryki są owczymi samcami zdolnymi do skutecznego trykania swoich owieczek. Cóż te poczciwie beczące stworzenia mogą mieć wspólnego z premierem, a tym bardziej aferą hazardową? Trykanie ma też znaczenie przenośne. Dla przykładu pan Rokita może ze złości, wynikłej z poczynań osobiście  poślubionej połowicy, trykać sobie głową w mur. Ale nawet mało uważny obserwator stwierdzi, że owo trykanie głową, choćby i w mur chiński, nic nie da. Nelly jest wyjątkowo odporna. Wręcz nieprzemakalna! Wiadomo, komsomolska kindersztuba.

U2(Ju-tu) – aż tak daleko w samouwielbieniu posunął się tuskowy Schetyna w metaforyce definiującej Platformę. W tej platformerskiej kapeli zaś premier Tusk niby robi za Bono, ze względu na identyczny, według Schetyny, kontakt z publiką. Nie wiem jak Schetyna, ale wszyscy, których pytałem, wolą Bono od Tuska. Twierdzą, że lepiej śpiewa, bo Tusk jakby trochę cienko. Wolą też zdecydowanie kapelę U2, ponieważ bez wątpienia mniej fałszuje i nie zadaje się z jednorękimi bandytami. Zapytany o to poseł Palikot wykpił się od odpowiedzi. Widocznie go suszy, a to zwiastuje zmianę pogody.   

Zorganizowana spontaniczność – ma cechować pracę sejmowych komisarzy śledczych, dowodzonych przez posła Sekułę. To mniej więcej tak, jakby chciał on z mądrą głupotą sterować kołowym okrętem przez suche morze. Wbrew pozorom historia zna jednak takie przypadki. Spontaniczność organizowali i Neronowi, i „Wiesławowi”, i Gierkowi, a obecnie nawet prezesowi naszego prezydenta. Często jednak któryś z członów tego związku zawodzi ze względu na frazeologiczną sprzeczność. Ale niby skąd miałby o tym wiedzieć poseł Sekuła? A że jest to tak głupie, jak wpis w Internecie? Tym gorzej dla Internetu, a zwłaszcza internetowego hazardu, a nie posła Sekuły.

Roman Małek