piątek, 17 lipca 2009

Gdzie Te Ogrody ?

Sądziłem jeszcze niedawno, że do sprawy darowizny parkingu i Pomnika Walk Rewolucyjnych oo. bernardynom nie będę miał okazji szybko powrócić. Wszystko zostało tak zgrabnie pozamiatane, że należało tylko czekać na materializację ogrodowych cudowności tworzonych za unijne grosiwo na chwałę bożą i ku zdrowotno-estetycznemu pokrzepieniu tubylców i tambylców. Ale skoro okazało się, że właściciele darowanego parkingu i pomnika wycofują się z unijnego finansowania całego przedsięwzięcia budowy wiszących ogrodów Semiramidy z miejscem pielgrzymkowej zadumy oraz rozbudowy drugiego wirydarza, nie mam wyjścia. Pytania same narzucają się.

Może nieco historii parkingowej. Tuż przed ostatnimi wyborami samorządowymi, czyli równe trzy lata temu, pojawił się projekt uchwały o sprzedaży oo. bernardynom za przysłowiową czapkę gruszek parkingu obok Urzędu Wojewódzkiego. Dla wszystkich było oczywiste, że jest to inauguracja kampanii wyborczej. Ale ówcześni radni Janusz Ramski, Robert Kultys, Ryszard Piekło, Elżbieta Dzierżak wytoczyli zupełnie inne działa dla poparcia projektu. Myślałem, że Kultys popłacze się nad dolą braciszków ograbionych do cna przez paskudną komunę, a Ramski pójdzie z siekierą bronić bezczeszczonego miejsca mordu dokonanego przez Niemców na Polakach. Mało tego! Snuli oni upojną wizję rajskiej oazy spokoju w najbardziej zasmrodzonym miejscu miasta. Wszelkie racjonalne uwagi były traktowane jako niegodziwość pogrobowców komuny. A przecież nikt klasztorowi terenu nie zagarnął tylko na korzystnych warunkach wykupił i nie dlatego, aby braciszków pognębić, a dlatego, że wymagały tego względy urbanistyczne. Nikt nie bezcześcił tego miejsca mordu, bo jeśli tymi kategoriami rozumować, to w mieście niewiele jest miejsc, gdzie na przestrzeni wieków nie dochodziło do ludzkich tragedii. Przecież przy kościele farnym kiedyś istniał cmentarz, a teraz stoją taksówki. Natomiast dlaczego pan Ramski do tej pory nie wybudował jeszcze pomnika ku czci pomordowanych? Oto jest pytanie! Ale w lipcu 2006 roku parking darowano wraz z pomnikiem. Tylko nielicznym orędownikom takiego rozwiązania pomogło to w wyborach. Większość z nich bohatersko poległa ku chwale ojczyzny. Ot niewdzięczny elektorat.

Później na parkingu nie działo się nic. Jedynie oo. bernardyni inkasowali od miasta kilkunastotysięczną należność za dzierżawę parkingu. W ubiegłym roku marszałek województwa doznał olśnienia, zapewne przez Ducha Świętego, i wpisał budowę ogrodów z pielgrzymkową zadumą oraz rozbudową klasztoru na listę unijnych priorytetów w województwie podkarpackim. Mało tego! Ten priorytet jakoś przepchnął gdzie trzeba. Ale klasztorowi potrzebny był wkład własny, którego nie miał. Ale od czego hojna władza miejska? Od skutecznego znalezienia stosownego rozwiązania. Uchwalono zapłacenie za dzierżawę własnego parkingu za trzy lata z góry. Można i tak. Znowu bowiem padały argumenty o rajskich walorach oazy zieleni, a nawet zaprezentowano radnym cudną wizję tego miejsca.

Gdy nie pozostawało nic innego jak tylko wziąć się raźnie do roboty, oo. bernardyni zmienili swoją koncepcję. Uznali, że niepotrzebne im ani unijne środki, a tym samym i miejska łaska w postaci opłaty za parking z trzyletnim awansem. Jeśli tak, to po co te wszystkie wcześniejsze przytupy i lansady? Jakie będą dalsze losy całego przedsięwzięcia? Dlaczego chcemy rezygnować z zaklepanego już programu? Pytania można mnożyć, ale racjonalnej odpowiedzi z pewnością nie będzie. A szkoda. Minęły trzy lata od darowania parkingu i wszystko jest nadal w punkcie wyjścia, czyli w sferze marzeń, domysłów i jakiejś mało przejrzystej gry.


Roman Małek

Gdzie Ten Komunizm ?

Koniec maja i początek czerwca stał się okresem młócenia narodowej słomy przez antykomunistów różnej maści. Pojawiły się bowiem rocznicowe przepychanki w kwestii, kto najbardziej i najskuteczniej obalał komunizm w Polsce. Powstał sofistyczny spór o zasługi w obalaniu czegoś, czego w Polsce nikt nie widział. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że tego nieistniejącego smoka powalił z kretesem prezes Kaczyński, ale tego również nikt nie widział. Ta cała rocznicowa przepychanka i fanfaronada, zamiast rzeczowej debaty o stanie polskich przemian ustrojowych, doprowadziła do żenującej groteski politycznej. A mogło i powinno być zupełnie inaczej, sensownie.

Wracam do tego rocznicowego nadymania się nie bez powodu. W lipcu pojawi się kolejny pretekst do młócenia tej słomy w kontekście rocznicy powstania PKWN i ogłoszenia przez niego manifestu. Z pewnością nikt nie będzie wnikał w sens samego manifestu, ani w cele i skład samego PKWN. Wszystko zostanie wrzucone do jednego wora. Okaże się z pewnością, że na czele PKWN stał rasowy komunista Edward Osóbka-Morawski, który zniewalał nasz naród. A że to nie będzie miało nic wspólnego z prawdą historyczną? Co to ma za znaczenie! Skoro od tego momentu można liczyć PRL, to znaczy, że wprowadzili komunizm. Nikt z pewnością nie zająknie się, że w manifeście pojawiły się deklaracje zrealizowania tylko obiecywanych przed wojną postulatów, że należało w tym burzliwym czasie zorganizować w miarę sprawną administrację i znormalizować warunki życia. To nie PKWN stworzył pojałtański porządek w Europie. On jedynie starał się w tych, stworzonych przez Jałtę, warunkach coś sensownego zorganizować.

Powróci zatem deprecjonowanie wszystkiego, co jest związane z okresem PRL. Znowu pojawi się demoniczny smok komuny, którego od początku zwalczała heroiczna opozycja. Pojawią się znowu historyczne przekłamania formułowane na polityczny obstalunek. Znowu celowo i świadomie mylone będą pojęcia. Znowu Polska Ludowa utożsamiana będzie z komunizmem. W naszym kraju jedynie próbowano nieskutecznie budować tak zwane podwaliny pod przyszły ustrój komunistyczny, ale tylko do przesilenia październikowego. Co po październiku z doktryny komunistycznej zostało zbudowane? A nic! Przecież komunizm był pewną wizją przyszłości, od której po październiku polska rzeczywistość oddalała się systematycznie coraz bardziej. Ustrój PRL nie był komunizmem ani z punktu widzenia doktryny marksistowskiej, ani z punktu widzenia KPZR, ani najzwyklejszego zdrowego rozsądku. Nasze społeczeństwo było antykomunistyczne nawet wówczas, gdy udzielało poparcia kolejnym ekipom rządzącym, jak chociażby Gomułce czy Gierkowi. Stawianie zatem znaku równości między realnym socjalizmem a komunizmem, między członkami partii a komunistami jest niegodziwe, jest przejawem zdecydowanie złej woli. Świadczy również o elementarnym niezrozumieniu PRL lub świadomym przekłamywaniu tamtej rzeczywistości społecznej, psychologicznej i ideologicznej.

Sam termin komuna uknuto nie dlatego, że ma to jakikolwiek sens ideologiczny, bądź filozoficzny. Uknuli go dziennikarze na potrzeby doraźnej propagandy. Skoro polskie społeczeństwo nie akceptowało komunizmu jako doktryny należało to wykorzystać przyklejając komunistyczną mordę każdemu, który w czasach PRL cokolwiek zdziałał. Dziennikarskie przerysowanie można traktować jako figurę stylistyczną. Nadużywanie jednak tego terminu przez historyków czy innych przedstawicieli instytucji naukowych, za jaką się ma chociażby IPN, jest już karygodną nonszalancją, bądź głupotą wynikającą nie z obiektywnej oceny rzeczywistości lecz jakiejś zapiekłej nienawiści do minionego okresu. W taki sposób z historyczną spuścizną postępować nie wolno. Zwłaszcza ludziom nauki, od których wymaga się sądów zobiektywizowanych i rozważnych.

Najbardziej niepokoić musi każdego logicznie myślącego człowieka w Polsce fakt, że czasy PRL potrafią obiektywnie ocenić ludzie z zewnątrz, którzy niczego nie demonizują i próbują minioną rzeczywistość w warunkach realnego socjalizmu zrozumieć i opisać, a nawet nazwać.


Roman Małek

Bój Hierarchy

W Stalowej Woli na dobre rozgorzała wojna biskupa Frankowskiego z prezydentem Szlęzakiem. Takie sceny zdarzały się, ale w czasach PRL-u, a nie demokratycznej uległości kościołowi. Hierarcha wymyślił sobie budowę ósmej już świątyni w mieście na osiedlu Młodynie, chociaż władza miejska widzi tam zupełnie coś innego. Zmobilizował moherowe towarzystwo, postawił krzyż, kapliczkę i wszystko pokropił jak należy, nawet za darmo, bez pobrania stosownej opłaty za amortyzację kropidła. W ruchu ciągłym prowadzi krucjatę. Prezydent nie ustępuje, co jest ewenementem we współczesnej Polsce. Ośmielił się powiedzieć nie! Największej pikanterii całej sprawie nadał incydent z nocnym wymalowaniem na kapliczce dorodnego organu męskiego w stadium totalnego wzwodu. I pod tak zdobną kapliczką zwolennicy biskupa zanosili błagalne modły, nie uświadamiając sobie niesamowitego komizmu sytuacji. Naprawdę nie sposób było na taki widok zachować należną powagę. Całość stanowi bardzo interesujące studium mentalności w niby demokratycznym i niby nieklerykalnym kraju. A w Rzeszowie powoli zaczyna upadać natchniona wizja marszałka obejmująca budowę rajskich ogrodów Semiramidy obok pomnika Walk Rewolucyjnych. Wszystko wskazuje na to, że wystarczy sam parking. Zobaczymy.


Roman Małek

Cena Sumienia

I znowu mamy w telewizji, za przeproszeniem, publicznej widowisko jak na pogrzebie cygańskim. Jedni płaczą, inni klaszczą, a łyse konie żwawo ciągną furę z trumną. Publiczna to ona staje się dlatego, że od jakiegoś czasu panuje w niej coraz większy burdel, w którym tylko nieciężkich obyczajów pensjonariusze zmieniają się, ale firma nie. Ani trochę! Tylko pyszczą wszędzie, że niewdzięczne ludziska nie chcą płacić abonamentu. A niby za co? Za oglądanie cyferblatu Wildsteina, Pospieszalskiego i coraz głupszych seriali? Jedyne co w niej godne uwagi, to wznowienia produkcji z lat 70. i 80. Ale ileż razy można oglądać Dyzmę, Samych swoich i Czterdziestolatka? Kiedyś do głowy by mi nie przyszło, że na tym zapyziałym tle za prawdziwą gwiazdę będzie robił kowboj Cejrowski. Ale taka jest realna rzeczywistość. Sejm już kolejny raz podchodzi do nowelizacji ustawy o mediach publicznych i po raz kolejny nieskutecznie, bo prezydent chce ugrać dla bliźniaka prezesa jakąś medialną synekurę. Wpierw pismani pozwolili na stołku prezesowym powygłupiać się Wildsteinowi. Później postawili na renesansowego specjalistę od wszystkiego, czyli Urbańskiego. Też nawygłupiał się trochę. Aż ni z gruszki ni z pietruszki cały zarząd Urbańskiego poszedł na hak i zawisł. Do stolca dorwał się faszyzujący wszechpolak, w dodatku z giertychowskim zadęciem i ten dopiero zaczął w publicznej farfalić jak się patrzy. Powywalał kogo chciał, pozatrudniał uzdolnioną zadymiarsko brać wszechpolską, z którą pozawierał takie umowy, że same odprawy wystarczą im na przyzwoite życie. Telewizja publiczna zaczyna coraz bardziej przypominać agencję towarzyską. W efekcie wtrącił się w tę całą zabawę minister skarbu, jako właściciel całego majdanu i mamy znowu dwóch prezesów, czyli tak naprawdę żadnego. Premier kryguje się jak panienka i niby nie chce ingerować, bo na bałagan nie ma mądrych, a tu karuzela zasuwa w coraz bardziej pijanym widzie. Prezes Farfał wywalił biura konkurencji, czyli Bochenka i Siwka z Woronicza na banicję przy Powstańców Warszawy. Od razu rozpoczęła się jak za Urbańskiego zabawa z włóczeniem po sądach. Prostą i oczywistą kwestię znowu rozstrzygnie sąd, bo idiotyczną rzeczywistość medialną zafundowali nam za nasze pieniądze niedouczeni politycy z ambicjonalnym przerostem chcieć, a niedoborem umieć. A cała generacja starszych dziennikarzy z rozrzewnieniem wspomina czasy Szczepańskiego i Kwiatkowskiego. Okazuje się, że aktualnie nawet wierzący z wierzącym nie jest w stanie dogadać się o cenę sumienia. A w Rzeszowie telewizją kieruje wybitny specjalista, ale od zadymiania a nie telewizyjnej roboty. Widocznie potrafi nieźle farfalić.

Roman Małek

piątek, 3 lipca 2009

List poparcia podkarpackiej RACJI dla Prezydenta Stalowej Woli.

Rzeszów, dnia 02.07.2009 r.


Pan Andrzej Szlęzak

Prezydent Stalowej Woli


Zarząd Wojewódzki Racji Polskiej Lewicy województwa podkarpackiego przekazuje Panu swoje szczere i zdecydowane poparcie w przeciwstawianiu się bezprawnej samowoli hierarchów kościelnych, usiłujących w sposób bezczelny wymusić teren pod budowę ósmego już kościoła w mieście, tym razem na osiedlu Młodynie. Nie można dopuścić do bezkarnych kpin z obowiązującego stanu prawnego tylko dlatego, że ktoś nosi sutannę i ubzdurał sobie wznoszenie kolejnej świątyni tam, gdzie ona powstać nie powinna. Jest to przejaw stawiania się ponad wszelką władzą administracyjną i samorządową. Takiemu bezzasadnemu wywyższaniu się należy zdecydowanie przeciwstawić cywilizowane obyczaje. Jesteśmy pełni podziwu dla Pana determinacji w dążeniu do przeciwdziałania jakiejkolwiek samowoli. Pozostajemy w przekonaniu, że tej determinacji nie zabraknie również w dalszych Pana poczynaniach, w godnym spełnianiu prezydenckich powinności.

Łączymy wyrazy najwyższego uznania i szacunku.


Andrzej Walas

Przewodniczący



sobota, 13 czerwca 2009

I po wyborach

Wyborczy młyn przetoczył się przez cały kraj. Tym razem wybieraliśmy tych, którzy przez najbliższe pięć lat będą nas reprezentować w Parlamencie Europejskim. Cała kampania przypominała kiepskie piwo. Dużo sikania, a mało procentów. Czegóż ci kandydaci nie obiecywali. A to załatwią budowę szkoły, to znowu most, drogę do świetlanej przyszłości, spowodują, że wszyscy będą młodzi, piękni i bogaci, albo coś podobnego. Nie obiecywali jedynie załatwienia unijnych pieniędzy na Frankowe koło do wozu drabiniastego. Jeśli kompetencje Europarlamentu popieprzyły im się z uprawnieniami urzędu gminy, to powinni kandydować do rady sołeckiej, albo rady parafialnej, a nie pchać się na europejskie salony. Jeden z kandydatów dał się w Rzeszowie włóczyć za samochodem, ale nie pomogło. Nie ukrzyżykowali go. Dwóch chwaliło się, że są sprawdzeni. Nie podali tylko przez kogo. Też nie pomogło, bo widocznie sprawdziły ich jedynie żony, a nie elektorat. Mieliśmy na listach trochę desantu, ale zrzutkom także nic nie pomogło. Marian Duce Krzaklewski chadzał trochę po rzeszowskim rynku, przybył wraz z małżowiną do lokalu przy Dominikańskiej i co? A także nul. Nie pomogło nawet poklepywanie przez Tuska po garbie. Gdzieś w Polsce wybrano Kazimierza Marcinkiewicza, ale nie tego. Wybrano panią Hubner, ale również nie tę. Za to uczony wielce Kraków postawił na zdecydowanie niedouczonego Ziobrę i cieszy się, że zakpił sobie z pragmatycznej logiki. Samoobrona nie przekroczyła progu za co Lepper obwinił telewizornię, która sekowała go. Ale Libertas z uduchowionym Zawiszą TVP preferowała wielce, a wynik uzyskali jeszcze gorszy. Teraz zaczęła się batalia o unijne stołki. Chodzi o gospodarczego komisarza, czyli unijnego ministra, nie mylić z ministrantem, oraz przewodniczącego. Tu nasz przykrzaklewski Buzek, przygarnięty do upojnej piersi Platformy, wojuje z czwartorzędnym makaroniarzem. Całe wybory olała nasza młodzież i znaczna większość elektoratu wiejskiego. Żeby tylko znowu nie wyszło na to, że wszystkiemu winne jest przypadkowe społeczeństwo, ujadające kundelki, cykliści, komuniści i liczba plam na Słońcu. A poza tym to wszyscy zdrowi. Najlepszą jednak wiadomością ostatnich dni był news o 75. urodzinach Kaczora Donalda, który nadal cieszy się dobrym zdrowiem i witalnością.

Roman Małek

Dwa w jednym

Nasi władcy zafundowali nam cymes spektakl zatytułowany 20. rocznica obalenia komunizmu w Polsce. Mało istotnym jest fakt, że obalono coś, czego w naszym kraju nikt nie widział. Obaliła go w telewizji aktorka Szczepkowska i Jarosław I Sprawiedliwy pospołu z bliźniakiem, czego też nikt nie widział. Sami obalacze od razu podzielili się na dwie zwalczające się frakcje obrośnięte wszelkiej maści potakiewiczami i klakierami. Wojna zatem wybuchła na dobre. W konsekwencji mieliśmy dwie konkurencyjne imprezy. W Gdańsku zorganizowano ją na obstalunek prezydenta, a w Krakowie premiera. Przy czym ta w Gdańsku została zaszczycona prezydentem, Kurskim i prałatem Jankowskim, a ta w Krakowie przez całą rządową wierchowinę, Lecha Wałęsę i europejskie głowy państwa. No i cóż miał robić statystyczny Polak? A to, co zrobił. Olał równiutko obie i poszedł na piwo. Mnie bardziej do gustu przypadła impreza gdańska. Zdecydowanie więcej uciesznych głupot tam nawyplatano i namlaskano. No i ten imponujący program! Msza, wiec, grochówka i biało-czerwony tort. A cały cywilizowany świat znowu miał ubaw po pachy. Jak zwykle wyszło bowiem, że nasze elyty różnią się nawet w kwestii odpowiedzi na pytanie, która jest godzina, a co dopiero w poważniejszych sprawach historycznych. A szanowny obywatel Dżeki Marchewa miał okazję do filozoficznej refleksji. Stwierdził z przekonaniem, że znowu za nasze pieniądze nasrali nam w kalendarz.

Roman Małek

Kłaść interes

W ostatnim miesiącu fajerwerki słowne ogniskowały się w zasadzie na kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Bardzo ciekawych i trafnych określeń nie odnotowałem. Ot, taka sobie standardowa szarzyzna. Chociaż harcownicy starali się, ale jakby nie stało weny twórczej.

Kinderniespodzianka – to w połowie przetłumaczone z niemieckiego słowo zrobiło karierę w trwającej kampanii wyborczej. Wpierw Janusz Palikot uznał, że jego adwersarz z PiS zamiast jaj ma kinderniespodzianki, a niedawno tenże zaczepiony publicznie przekazał mu z kolei w rewanżu dwa takie jajka zabawki w kontekście jego szemranych interesów z podejrzanymi firmami z rajskich Karaibów. W tej jajcarskiej przepychance górą są jaja dla dzieci. Takie jaja, jacy jajcarze.

Kłaść interes – przyprezydencki Michał Kamiński, chcący uszczęśliwić europarlament swoją fizjonomią, oświadczył wszem i wobec, że kładzie interes narodowy przed wszystkimi innymi. Nikt mu tego nie może zabronić. Inni ten interes jednak stawiają, ale Kamiński chce go kłaść, żeby leżał. Można na leżąco z interesem coś robić, ale na pewno nie narodowym. No, chyba że interes Kamińskiego został podniesiony do takiej rangi, że stał się on narodowym, ale o tym nawet Radio Maryja nic nie obwieszczało i Pospieszalski również nic nie mówił. Jednak Kamińskiemu nawet z kładzionym interesem wypada życzyć interesowej sprawności.

Kurtyzana – tak pieszczotliwie Jacek Kurski raczył zdefiniować Platformę Obywatelską. Jeśli wierzyć słownikowi, tak określano drzewiej kochankę wysoko postawionej osobistości. Z kim zatem ta Platforma puszcza się? Nie sądzę, żeby akurat z Kurskim, albo boską Szczypińską. A może Kurskiemu chodziło o Pawlaka? Chociaż z drugiej strony premier mając dziadka w Wermachcie mógł partyjne uczucia skierować w stronę pani kanclerz Merkel. Bądź co bądź, przynajmniej z imienia anielska. Wiano także nie do pogardzenia.

Rozrzutnik – w ten sposób Andrzej Szlachta określił prezydenta Ferenca za sfinansowanie portretów wszystkich władców Rzeszowa od autonomii galicyjskiej począwszy. Uznał, że poprzedni zestaw obskurnych fotografii był w sam raz. Kwestia gustu. Według mnie ta fotograficzna mizeria nadaje się, ale do galerii sołtysów w Porażu, a nie burmistrzów i prezydentów królewskiego miasta Rzeszowa. Ponadto uważa on, że prezydent Ferenc naruszył jego godność zlecając wykonanie kiepskiego obrazu bez zgody Szlachty. Według mnie obraz jest o wiele korzystniejszy od żywego pierwowzoru, chociażby z tego powodu, że nic nie mówi. A poza tym zawsze można prezydenta zaskarżyć. Doda nawet ostatnio wygrała proces o majtki, to dlaczego Andrzej Szlachta nie miałby wygrać o konterfekt?

Szkodnik polityczny – Grzegorz Napieralski tak postrzega naszego Mariana Duce Krzaklewskiego. Chodzi mu głównie o to, że tak kierował państwowym wehikułem z tylnego siedzenia, że doszło do zmęczenia materiału i cała maszyneria dupnęła z hukiem o dno budżetowej dziury. Trzeba było później tę dziurę przez lata zasypywać, a i tak do dzisiaj to nie udało się do końca. A w Europie trzeba mieć z czym pokazać się, a nie tylko samymi wartościami i zestawem nadętych min.

Roman Małek

piątek, 8 maja 2009

Co z tym majem ?

W pewnym takim sobie dzienniku lokalnym redaktorski nielot pozwolił sobie na robienie jaj ze Święta Pracy. Jeśli poprawiło mu to samopoczucie, to dobrze. Są różne upodobania. Jedni lubią perfumy, inni gdy im nogi śmierdzą. I Maja jest obchodzone od 1890 roku. Fakt, że w czasach PRL traktowano to święto z przesadną tromtadracją i nikomu niepotrzebną przesadą, nie usprawiedliwia lekceważącego traktowania go obecnie. Odebrałem to z niesmakiem jako oczywistą pogardę dla ludzi pracy. Odnoszę wrażenie, że w naszym kraju ludzie żyjący z pracy popadli w jakiś niebyt. Istnieją jedynie wyż  wzmiankowany redaktor, biznesmeni i posiadacze ziemscy. Z pewnością nawet bezrobotni, to biznesmeni i posiadacze, których na niekorzyść tych rzeczywistych przybywa, ponieważ światowy kryzys wyrzuca w strefę ubóstwa kolejne rzesze ludzi pozbawionych pracy.

Traktowanie 1 Maja, jako święta lewicy jest swoistym nieporozumieniem, wynikającym w dużej części z upartyjnienia obchodów w czasach PRL. Przecież zostało ono ustanowione dla konsolidacji ludzi pracy w obronie interesów pracowniczych i socjalnych. Organizacją manifestacji i innych form walki o swoje prawa zajmowały i zajmują się w świecie związki zawodowe. Wygląda na to, że w Rzeszowie ludziom pracy żyje się sielankowo i nie ma żadnych spraw do załatwienia, albo że taki gatunek tu nie występuje. Być może, iż związkowcy spod cyrylicy wolą za dużo nie myśleć, aby sobie nie wyrządzić krzywdy.

Nie pomógł nawet fakt, że od pewnego czasu w dniu tym czczony jest św. Józef Robotnik.

 Roman Małek

Służba milionom

   Dobiega końca kadencja Parlamentu Europejskiego. Cóż tam nasi wybrańcy, europejczycy pełną gębą, zdziałali? A, mniej więcej tyle samo, co w naszym rodzimym parlamencie. Niewielka część starała się robić coś sensownego, a większość obijała się, ośmieszała nas i plotła różne idiotyzmy. Niektórzy próbowali nawet je realizować, organizując Europie pod prąd jakieś akcje. W sumie kilku spośród 54 parlamentarzystów z mozołem starało się zbudować pozytywny wizerunek Polski po to, aby pozostała większość miała co spieprzyć. Ale jak można dziwić się temu, skoro z Ligi Polskich Rodzin wysłaliśmy tam starego Giertycha, który oficjalnie szczyci się tym, że wszystkie głosowania przerżnął z kretesem? Co mieli tam do powiedzenia ci, którzy językami sprawnie posługiwali się, ale wyłącznie tymi u butów, ponieważ nawet ojczysty niemiłosiernie kaleczą? Gdy na to nałożymy żałosny spór prezydencko-rządowy o użyczenie unijnego stołka do posiedzenia sobie w Brukseli, trudno dziwić się, że traktują nas tam trochę jak osiodłanego pawia z papugą. I w taki nieskomplikowany sposób nastał koniec już na samym początku naszej kolaboracji z Europą.

   Skoro wybory mają się odbyć, rozpoczęto pudrowanie i cukrowanie własnych kandydatów, szukając solidnego błota na innopartyjnych i gotując kampanijne hołubce, które zakończy gorączka wyborczej nocy z 7. na 8. czerwca. Oczywiście tę gorączkę przeżywać będą wyłącznie kandydaci i ich sponsorzy. Już na dzień dobry zgłoszono 20 komitetów wyborczych, w tym Związek Słowiański lansujący podlaskiego Marchołta grubego a sprośnego, czyli Krzysztofa Kononowicza, który wyróżnia się tym, że ma ładniejszy sweterek od Kurskiego i w dodatku jeszcze podlaską uszankę na zimę. Ażeby było weselej, ideowo przewodzi on partii Podlasie XXI wiek. Na taki pomysł nie wpadł by nawet Woody Allen. Komórkowy podział nastąpił w Samoobronie, gdyż zgłosiła się ona do wyborów w dwóch osobach prawnych.

   Później nastąpiła najtrudniejsza faza przedwyborcza, ustalanie list wyborczych. Chętnych bowiem do napisania podania do elektoratu o przyznanie mandatu ze względu na ciężką sytuację materialną rodziny, jest nadmiar, a mandatów w całej Polsce jedynie pięćdziesiąt. Ponadto wszyscy chcieliby pisać, niczym w Porażu, z pierwszego rzędu. Bój toczy się bowiem o nie byle co! Chodzi o zgarnięcie w ciągu 5 lat coś ponad 4 mln złociszy. Przy takiej gaży  nawet szóstka w totka bez solidnej kumulacji wysiada. I wtedy zaczęło się! Największe tornado przeszło przez zasłużony aktyw PiS, gdzie prezes demokratycznie wszystkich trzyma za mordę i preferuje zasadę starego H. Forda, który ogłaszał, że każdy ma prawo wybrać sobie kolor jego samochodu, byle był czarny. Kilku posłów z jego drużyny pierdyknęło mu drzwiami i poszło gdzie indziej. I tak radiomaryjna Anna Sobecka poszła do „Libertas”, nasz Mieczysław Janowski odkrył w sobie nagle powołanie małorolne, a Mojzesowicz po prostu poszedł sobie w kibini mater.

   Na Podkarpaciu transfer Janowskiego nie jest największym wydarzeniem. W spadochronowym zrzucie rąbnął o podkarpacką glebę związkowy geniusz z Kolbuszowej, niejaki Krzaklewski Marian i od razu trafił w jedynkę na liście PO. W zrzucie nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie to, że Platforma powstała kiedyś właśnie przeciw Krzaklewskiemu. Czy może być większa ironia politycznego losu? W sumie ofertę mamy bogatą. Wybierać będziemy ze stu kandydatów wpisanych na 10 list. Wśród spadochroniarzy znalazł się u nas również Daniel Pawłowiec już niegdyś mizernie posłujący z Sieradza. Ale jak na polityczny plankton przystało zostanie pożarty nawet przez zwykłe wyborcze uklejki, a co dopiero grubsze ryby.

   Teraz już tylko kampanijne słodzenie i lanie pomyj. Próbkę mieliśmy już na górze. Ku ogromnemu zdumieniu dowiedziałem się, że prezydent załatwił miliardy euro, balonowe mistrzostwa Europy, potęgę Gruzji i Konstytucję 3 Maja, natomiast rząd jedynie łzy, kryzys międzynarodowy i świńską grypę. Ze spotu wyborczego PiS wynika niezbicie, że jedynym Piłsudskim XXI wieku jest nasz prezydent, oczywiście zupełnie apolityczny. Czekam na ciąg dalszy. Będzie ciekawie. U nas na razie panuje względny spokój, mało ćwiczeń z plucia. Zdziwił mnie tylko 3 maja tłok z wieńcami przy Kościuszce. Kandydatów, oczywiście! A kandydat Andrzej Szlachta coś ze trzy razy obracał z wieńcem pod tego Kościuszkę. Przecież mógł sobie usprawnić robotę. Pójść raz i stanąć, a wcześniej zobowiązany umyślny donosił by mu wieńce z odpowiednią szarfą, po wyczytaniu przez spikera. Wówczas tylko by składał z ukłonem i wdziękiem. Ale wydaje mi się, że na Kościuszce nie zrobiło to większego wrażenia, pozostał nieporuszony.

Roman Małek

Kaczorki lepsze

    Jak to u nas w zwyczaju, przed każdymi wyborami nasi wybrańcy opluwają się solidnie, ku uciesze coraz bardziej rozsierdzonego i sfrustrowanego społeczeństwa, nękanego skutkami ich nieudolności. Te igrzyska zaczynają już być trochę nudne i prowadzą raczej do niezbyt optymistycznych refleksji. Jaśniejszą ich stroną jest jedynie nowatorstwo stosowanych form językowych. Zaświadcza to jednoznacznie, że moja rubryka może liczyć na ciągły dopływ nowiuteńkich rodzynków. Tak trzymać, panowie! 

Małpia wojna – kolejna faza wojny na górze, a ta góra już dawno urodziła mysz. Tym razem małpia wojna, ponieważ bogobojny elektorat małpeczką nazywa wódczanego kurdupla, zawierającego mniej niż przyzwoite pół basa kwalifikowanej gorzały. Osobiście bardziej odpowiada mi, będące również w językowym obiegu, refleksyjne określenie atroficznej butelki mianem – emerytka. Chodzi o to, że emeryta na taką mizerotę jedynie stać. Proponuję, na cześć naszego prezydenta, te najmniejsze 100-gramowe małpeczki nazwać kaczorkami. Pierońska batalia zaczęła się bowiem wówczas, gdy poseł Palikot próbował dociec medialnie po kiego grzyba, albo dla kogo, kancelaria prezydencka zafundowała 47 litrów emerytkowych pojemników z gorzałą. Zaś kanceliści prezydenta, zamiast odpowiedzieć, kto w takiej mizerii gustuje, niby w trosce o czystość rządowych obyczajów zapytali od vocem, kto z kolei wypił wino czerwone i białe (zwłaszcza to czerwone) zakupione przez gryzipiórków z kancelarii premiera, za jedyne 42 tysiące złotych. W moim odczuciu na pohybel należy się premierowi. Za poczynienie poważnego kroku w stronę wynarodowienia władzy wykonawczej. Upijać winem mogą się jacyś makaroniarze, albo inne żabojady, a nie nasi prawdziwi, narodowi katolicy i patrioci. Też coś! Taż to o pomstę do nieba woła! Nawet rozgrzeszenie nie przysługuje.

Podskakiwać do góry – odkrywcza semantycznie konstrukcja językowa posła Kurskiego. Otóż w ten sposób ujął tenże Kurski reakcję premiera Tuska na wieść, że prezydent Obama zaszczyci go przy okazji intelektualnej uczty serwowanej przez prezydenta PiS. To ewidentnie zaświadcza, że wśród prawych i sprawiedliwych istnieją jeszcze inne kierunki poskakiwania. Pewnie można podskakiwać również w dół, w bok, przed siebie oraz do tyłu. Uczeni w piśmie twierdzą, iż można zrobić skok w bok, ale nie podskok. Można również niechlubnie dać tyły, jak chociażby nasi pod Korsuniem czy Ujściem, ale podskakiwanie do tyłu przystoi wyłącznie ekwilibrystom i Kurskiemu. Natomiast w dół da się wskoczyć, ale podskoczyć nie sposób.

Polityczny clown – to nowy tytuł nadany marszałkowi Niesiołowskiemu przez misyjnie sfrustrowanego, narodowego ideologa o czysto polskim nazwisku, czyli niejakiego Wildsteina, dla niepoznaki Bronisława. Po nadaniu tego tytułu onże Wildstein nadął się niczym ten Krzaklewski w najlepszych czasach i demonstracyjnie wyszedł ze studia TV, niestety bez torebki. Wyraźnie rozbawiony marszałek uznał to określenie za komplement, a samo wyjście za zbawienną działalność proekologiczną, gdyż powietrze zdecydowanie oczyściło się i odczuwalnie zmniejszony został środowiskowy poziom politycznych toksyn.    

Renacjonalizacja – to podstawowy cel nowej partii o nazwie Naprzód Polsko, stworzonej na wzór Forza Italia Berlusconiego. Naprzód młodzieży świata… już było. Ale Grabowski i Zawisza, nawet z podmalowanym wąsem, za młodzieniaszków mogą tak robić, jak moja teściowa za muzę pieśni miłosnej. Podjęli kolaboracje z międzynarodówką o dźwięcznej nazwie Libertas i zamierzają w Parlamencie Europejskim zmobilizować zdrowe siły starego kontynentu do przywrócenia realnego socjalizmu pod tytułem Naprzód Polsko na czele z Zawiszą z wąsikiem i Grabowskim z grabiami. Grzebałem w różnych kwitach, ale o tej renacjonalizacji niewiele znalazłem. Może coś sensownego dopiszą naprzodowcy? Obaj pisali już przecież i bełkotali w różnych partiach o różnych idiotyzmach. A może w narodowym widzie pokiełbasił im się ten europejski parlament z grą w zechcyka, a może zwyczajnie króliki im na strychu pieprzą się?

Tom drogom – nowatorska fonetycznie forma preferowana z lubością przez prezesa Jarosława I Sprawiedliwego. Uwzględniając prawidłowości językowe można by to zrozumieć, jako skróconą wersję zdania – tom poświęcony polskim drogom. Kontekst wskazuje jednak na ewidentną cechę charakterystyczną dla niektórych gwar, polegającą na rozszczepieniu samogłosek nosowych. Widocznie tak jest w gwarze żoliborskiej. Nie sprawdzałem. Zatem prezes chciał powiedzieć – tą drogą. Aż strach pomyśleć, co było by, gdyby nasz premier zaczął swoje przemówienia haratać w dialekcie kaszubskim! A, tak przy sposobności, panie prezesie, zaimek „ta” ma w rodzimym języku swoje różne formy fleksyjne w bierniku i narzędniku liczby pojedynczej. Dlatego, z szacunku dla tych zasad językowych, należy oglądać tę krowę (a nie tom), ale zabawiać się z tą damą. Chyba, że woli pan akurat odwrotnie. Ale błąd i tak pozostanie.

Roman Małek

wtorek, 5 maja 2009

1 maja 2009

Utrwalonym obyczajem w przedpołudniowej porze świątecznego dnia pod rzeszowskim Pomnikiem Walk Rewolucyjnych zebrali się przedstawiciele lewicowych partii politycznych i związków zawodowych., aby zamanifestować solidarność z dążeniami ludzi pracy. W dobie sprokurowanego przez drapieżne banki kryzysu ekonomicznego i w konsekwencji gospodarczego, rosną szeregi bezrobotnych, poszerza się strefa socjalnej biedy. Coraz więcej ludzi zaczyna żyć poniżej minimum socjalnego. Kolejne załogi podkarpackich zakładów pracy są zagrożone masowymi zwolnieniami z pracy, a tym samym wypchnięciem na socjalny margines egzystencjalny.

Przeciwko takiej rzeczywistości, zgotowanej ludziom pracy przez nasze kłótliwe władze państwowe, zebrani pod pomnikiem zaprotestowali stanowczo. Te niepokoje i związane z nimi żądania, wyartykułowali lokalni przywódcy partyjni i związkowi: Tomasz Kamiński – poseł na Sejm, przewodniczący Rady Wojewódzkiej SLD, Leszek Cupryś – przewodniczący Forum Związków Zawodowych i Radosław Froń ze Zrzeszenia Studentów Polskich. Delegacje partyjne i związkowe złożyły pod pomnikiem okolicznościowe wieńce i wiązanki kwiatów. Wśród nich znalazła się delegacja licznie przybyłych członków podkarpackiej RACJI Polskiej Lewicy, z przewodniczącym Andrzejem Walasem na czele. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości, uczestnicy obchodów przeszli do ogrodów SLD, gdzie organizatorzy przygotowali plenerowy piknik.

Roman Małek



        

piątek, 24 kwietnia 2009

Pamiętajcie o ogrodach!

   W czasie przedwielkanocnej sesji Rady Miasta można było spodziewać się niezłych jaj, a nawet polemicznych pisanek, ponieważ powróciła do porządku dziennego kwestia oddanego onegdaj bernardynom parkingu wraz z Pomnikiem Walk Rewolucyjnych. Ojczulkowie na początku chcieli pomnik rozwalić i pewnie tak uczyniliby, gdyby nie koszty, których świętobliwi mężowie ponosić bardzo nie lubią. Preferują bowiem wyłącznie ruch pieniędzy w odwrotną stronę. Po przejęciu tej manny z magistrackiego nieba palcem w bucie na wspomnianej realności nie kiwnęli. Swoją aktywność ograniczyli do inkasowania od miasta comiesięcznego haraczu dzierżawnego za parking. Rada bowiem udzieliła im prawie pełnej bonifikaty przy sprzedaży terenu i od razu rozgrzeszyła klasztor z niezarobkowego powodu udzielenia bonifikaty. Czyli dostali od miasta krowę, której nawet doić nie chce się im i dlatego dojenie dla nich pozostawili miastu. 

   W ubiegłym roku intelektualnego olśnienia doznał z kolei marszałek województwa i wpisał na listę unijnych priorytetów rozbudowę zespołu klasztornego oraz budowę ogrodów i centrum religijno-kulturowego na placu przy pomniku. Aby nie zadusić kury znoszącej złote klasztorne jaja, pod ogrodami postanowiono zachować parking. Teraz klasztorny przeor miał nie lada materiał do przemyślenia, gdzie skubnąć konieczny wkład własny niezbędny do realizacji uduchowionej wizji marszałka. No i wymyślił. Przecież ma łebski i bogaty magistrat, któremu można wmówić, że powinien do swojej darowizny co nieco jeszcze dopłacić. Wyliczył sobie, że potrzebne 3,6 mln naszych złotych, to równowartość piętnastoletniej dzierżawy parkingu i zawinszował sobie takiej kwoty w trzech rocznych ratach po 1,2 mln każda. Czy widział ktoś lepszy bank? Kredyt bez odsetek i jeszcze spłacany w naturze? Jestem przekonany, że po realizacji zadania okaże się, że opłaty parkingowe bardzo wzrosły chociażby ze względu na zadaszenie, albo do Rady Miasta wpłynie wniosek o umorzenie zobowiązań ze względu na straty klasztoru poniesione w czasie siedemnastowiecznego najazdu Tatarów. W obu przypadkach argumentacja będzie prawdziwa i nie do zakwestionowania.

   Radni, zwłaszcza z lewej strony, mieli sporo wątpliwości. Dociekali czy nie dojdzie do zablokowania centrum miasta przy wywożeniu ogromnej ilości ziemi, czy ogrody będą dostępne dla wszystkich, czy tylko wybranych, czy nie będą stosowane opłaty, kto będzie ponosił duże koszty utrzymania ogrodu itp. W znacznej części zawisły one w powietrzu. W konsekwencji uchwałę zgodnie z intencją klasztorną przegłosowano. Przeciw było tylko ośmiu radnych: Grzegorz Budzik, Zdzisław Daraż, Kazimierz Greń, Adolf Gubernat, Jacek Lasota, Edmund Kalandyk, Jan Mazur, Beata Ratajczak. Kredytu udzielono. Nie wiem tylko jak przedstawia się aktualny stan kredytu zaufania u wyborców.

   Przy tej sposobności nie mogło zabraknąć dyskusji pomnikowej. Zdecydowana większość radnych postanowiła sensownie uporządkować ten problem i naprawić popełniony w 2006 roku ewidentny błąd. Przy zdecydowanym poparciu klubu radnych PO przeszedł wniosek radnych Rozwoju Rzeszowa o zobowiązaniu prezydenta do podjęcia skutecznych starań o odzyskanie od klasztoru niewielkiego kawałka parceli, na którym posadowiony jest pomnik. Wiąże się to przecież z koniecznością jego konserwacji, czy jakichkolwiek prac renowacyjnych, których bernardyni przeprowadzać nie będą, chociażby ze względów doktrynalnych. Rada Miasta taką uchwałę przyjęła. Może w ten sposób nastąpi wyłączenie Pomnika Walk Rewolucyjnych z budowli zespołu klasztornego oo. bernardynów. Przecież stanowi on wrzód na zdrowym ciele Prowincji Niepokalanego Poczęcia Zakonu Braci Mniejszych Św, Franciszka w Krakowie Konwentu oo. Bernardynów w Rzeszowie. A skoro wrzodu nie da się wyciąć, to najlepiej wywianować nim kogo trzeba.

   Całość tej deliberacji przebiegała w cywilizowanym tonie bez zbędnych fajerwerków słownych, bądź złośliwości z politycznym podtekstem. Koncepcja planistyczna samego ogrodu może się podobać. Mam tylko jeden dylemat. Jeśli projektowane żywopłotowe labirynty w ogrodzie wyrosną jak się patrzy, to jaką minę będzie miał podążający tędy do kościoła marszałek Rzońca, gdy tak zakręci się w tym labiryncie, iż wyjdzie wprost na Pomnik Walk Rewolucyjnych zamiast na ołtarz?

Roman Małek  

Ale nam dają!

   Amerykanie mają swoją wizję uszczęśliwiania świata, który dzielą na my i ta gorsza reszta. Tworzą modę jedzenia takiego paskudztwa, jak: hamburgery, hot dogi, fast foody i picia płynu do odkręcania zapieczonych śrub czyli coca coli. Światu dają kryzys i policyjny dozór, Afganistanowi i Irakowi swoją okupację, Europie dobre rady i walentynki, Rosji ciumaski, Chinom olimpiadę, Ameryce Płd. po demokracji, a Polsce złom militarny. No i nasze chłopaki bawiące się w Indian, cieszą się jak Franuś, który dostał od wuja korkowiec, chociaż był bez nabojów. Wpierw dostaliśmy pamiętający konflikt kubański i Chruszczowa okręt wojenny, który taniej było wysłać do Polski, aniżeli ciąć na żyletki. W dodatku jeszcze zarobili na serwisie i kazali doholować go do Zatoki Perskiej, gdzie na nasz koszt robił za amerykański lazaret i latrynę, gdyż do niczego innego nie nadawał się. Ale tuż przed prima aprilisowym jajcarstwem Wielki Brat zza wielkiej kałuży odpalił nam gratis aż pięć zabytków i to latających. Pierwszego na lotnisku w Powidzu witała armijna wierchowina, entuzjazm reprezentantów narodu i orkiestra wojskowa. Jedynie aura poznała się na tym geszefcie i rzęsiście zapłakała z niebios. Jedni mówią, że z rozpaczy, a inni, że ze śmiechu. Nie, nie są to bynajmniej pionierskie konstrukcje braci Wright. To latające za Ho Szi Mina nad Wietnamem samoloty transportowe herkules, które do tej pory jeszcze nie rąbnęły o ziemię! Przed wysłaniem do nas załatali dziury i pomalowali. Lecz powstał od razu polski problem prawny. Takimi zabytkami nasza zwycięska armia może latać za granicę, jeśli po pierwsze toto uda się poderwać z ziemi, a po drugie uzyska się zgodę na lot od  konserwatora zabytków. Procedura zatem jest prosta. Miesiąc przed odlotem herkulesa, powiedzmy z kalesonami i kapustą dla naszych wojaków w Afganistanie na pokładzie, dowódca od wojskowego latania występuje do konserwatora zabytków o zezwolenie na lot. Jeśli takowy konserwator uzna, że samolot doleci tam i z powrotem - zezwoli. Natomiast jeśli uzna, że nie doleci i może dojść do utraty zabytku - nie zezwoli. Jakież to genialne! W wyniku mądrości naszych konserwatorów od dziewictwa narodowego nie będzie katastrof herkulesowych! A strzelanie do takiego zabytku też żadnej chwały przeciwnikowi nie przysporzy. Da mu natomiast niepowtarzalną możliwość podziwiania w locie czegoś, co nie powinno w ogóle latać. A w Polsce lata! Ale tacy talibowie, dla przykładu, za nic mający walory historycznych pamiątek, jeszcze zaczną do naszych zabytków strzelać i co wtedy? A no, stracimy te kalesony, kapustę i bezcenne zabytki, zaś przy okazji potwierdzi się porzekadło starożytnych, że i Herkules d… kiedy ludzi kupa. Niczego jeszcze nie dali wielcy sojusznicy, oprócz możliwości bohaterskiego lania krwi za Amerykę w ich wojnach, naszym wojskom lądowym. Proponuję rozglądnąć się nieco po Ameryce. Może gdzieś w pokrzywach leżą u nich armaty z wojny secesyjnej. Wystarczy otrzepać je z robactwa, ochlapać ze szlaucha wodą i można słać do Polski. Radość będzie ogromna. Większa niż te armaty!

Bieda białej myszy.

Skoro już jestem przy zabytkach, to warto pociągnąć ten wątek. Natchniona myśl marszałka województwa o wpisaniu na listę priorytetów unijnych rozbudowy rzeszowskiego zespołu klasztornego oo. bernardynów z budową ogrodów obok oraz centrum religijno-kulturowego, na darowanym przez miasto w 2006 roku parkingu, zaczyna się materializować. Udział własny ojczulkom zafundował bogobojny i ofiarny magistrat za obiecywane gruszki na wierzbie i Bóg zapłać. Ale prawdziwego czadu klerykalnego dał Urząd Marszałkowski przy podziale środków na cele kulturalne. To, że poważne imprezy przewidzieli wesprzeć jałmużną złożoną z drobniaków, wynika z klerykalnych preferencji. Musieli przyoszczędzić na sfinansowanie renowacji zabytków. Jednak przyznali środki wyłącznie na 154 kościoły i klasztory oraz jedną cerkiew. W tym, oczywiście także dla oo. bernardynów. Ani jeden wniosek dotyczący obiektu świeckiego nie zasłużył nawet na kupno rolki papy do załatania dziur w dachu. Uzasadnienia lepiej nie przytaczać. Stwierdzenie, że fundusze kościelne są tak ubożuchne, że na nic nie pozwalają, a bogate samorządy same sobie poradzą, jest tego kwintesencją. Przedstawiciel zarządu mówił to w dodatku bardzo poważnie i był całkowicie trzeźwy. Amen!

Roman Małek 

Donaldówka

   Miniony miesiąc miał swoich bohaterów, wśród których na plan pierwszy wybijał się premier oraz IPN. Tradycyjni harcownicy polityczni jakby nieco spokornieli, a może chwilowo tylko utracili wenę twórczą. Wszystko jeszcze przed nimi. Z pewnością te niedostatki nadrobią. Wszak rozpocznie się kampania do europarlamentu!

Burżuj dwuznaczny – skonstruowany wspólnymi siłami premiera i Ryszarda Kalisza związek frazeologiczny, który w wolnym tłumaczeniu na język ludzki znaczy, że każdy parlamentarzysta posiadający, oprócz żaru wewnętrznego i posłannictwa, cokolwiek wartościowego nie odpowiada standardom etycznym premiera Tuska. Ideałem kandydata na tegoż parlamentarzystę, czymś w rodzaju wzorca metrycznego, byłby bezrobotny bez prawa do zasiłku, mieszkający pod mostem, albo u Brata Alberta, stołownik albertowskiej garkuchni, najlepiej pozbawiony jakiejkolwiek rodziny, nie daj Boże, sytuowanej. W przeciwnym przypadku delikwent kwalifikuje się na burżuja dwuznacznego. No, bo jednoznaczny, to brzmi kiepsko.  

Dekagiebizacja – proces dokonany w tym roku na ukraińskich uczelniach, który triumfalnie odtrąbił prezydent Juszczenko. Polegał on na wycofaniu agentów służb specjalnych ze szkół wyższych. Nie wiem, jak to się stało, że agentów KGB Ukraina tolerowała u siebie przez 18 lat. Przecież to służby rosyjskie! Później okazało się, że prezydentowi chodzi o ukraińskich agentów służb specjalnych, które nazywają się SBU. Ale esbeuizacja brzmiałaby fatalnie, bo zaświadczałaby, iż nawet pomarańczowa rewolucja nie wyeliminowała starych radzieckich nawyków. Dekagiebizacją próbował ukraiński wódz zwalić całą winę na ruskich. Skąd my to znamy? 

Donaldówka – zmontowane przez zdolnych związkowców ze stalowowolskiej zbrojeniówki ustrojstwo przypominające moździerz, a robiące tyle huku co kompania teściowych. Z tak przysposobioną maszynerią pojechali do stolicy pod okna premiera Tuska. Pierdyknęli sobie z tej rury parę razy, traktując ją jako budzik dla premiera, który jakby nieco zdrzemnął się i nie zauważył nadciągającego kryzysu. Od razu wszczęte zostało rurowe śledztwo. Z pewnością chodzi o podjęcie starań w urzędzie patentowym o zastrzeżenie sobie praw autorskich wynalazku. Jeszcze zaczną z tej maszynerii rąbać po wiejskich zabawach strażackich i w ten sposób deprecjonować dostojny urząd premiera.  

Kret partyjny – niezidentyfikowane stworzenie, które ryje podziemne dziury na wypielęgnowanym poletku politycznym Polskiego Stronnictwa Ludowego. Tenże kret perfidnie wykopuje legislacyjne latorośle partii i po spekulacyjnych cenach politycznych opyla je koalicyjnej konkurencji, która następnie te cudowne sadzonki obnosi po całej scenie politycznej. Mało tego! Twierdzi, że to badziewie wyrosło wyłącznie na ich lessowym czarnoziemie oranym przez platformerskich traktorzystów. Koniczynowy Kłopotek mówi o tym tak, jakby w to wierzył. Marszałek Niesiołowski zaś puka się w głowę tak, jakby wiedział co robi. No i zabawa trwa. Wicepremier Pawlak skrytykował kilka głupot rządowych i jego człowiek dokopał wyborczo kandydatowi premiera na prezydenta Olsztyna, a premier z wdzięczności rąbnął w niego świeżo odkrytymi standardami etycznymi. Medialne umizgi trwają, a wtajemniczeni twierdzą, że w koalicji iskrzy, jak na elektrycznym szmerglu.

Paranoicy – według Lecha Wałęsy to strażnicy ipeenowskiego śmietnika historii, którzy nie wiadomo dlaczego zostali zaliczeni do struktur państwa. Marszałek Niesiołowski dorzuca do tego jeszcze określenie całego zachodzącego tam procesu, jako szambo. Coś w tym musi być, gdyż paranoik cechuje się logicznie usystematyzowanymi urojeniami. A w IPN te urojenia są rzeczywiście usystematyzowane. Chociaż krakowski wynalazek w postaci historyka Zyzaka nie ma ani logiki, ani systemu. Jest czymś w rodzaju skrzyżowania Macierewicza z koniem Kozietulskiego.

Roman Małek

Marszałek z o.o.

   Bogobojny elektorat naszego województwa zafundował sobie ponad 2 lata temu prawy i sprawiedliwy sejmik wojewódzki i w konsekwencji takiż urząd marszałkowski. Podobnie było w kilku innych sejmikach, ale tam już ten problem został rozwiązany. Rządzą inni. Jedynie Podkarpacie zachowało sobie taki polityczny skansen w postaci urzędu marszałkowskiego. Z trudem ten urząd zdąża z niektórymi kwitami, co znacznie ogranicza nasze możliwości nie tylko unijne. Marszałek zaś zamiast biegania gdzie trzeba z potrzebami województwa i gałązką oliwną, biegał z oliwą do lania w ogniska zapalne. Z dużym talentem obnosił się ze swoimi służebnymi zaletami i krystalicznie czystymi intencjami wypranymi z jakichkolwiek politycznych i interesownych podtekstów. Wprawdzie nikt w to specjalnie nie wierzył, nawet partyjna kamaryla, ale interes kręcił się bez większych zakłóceń, potęgując samouwielbienie marszałka. Nawet chybione próby detronizacji przyjmował z wyrozumiałą wyniosłością i pobłażliwym lekceważeniem. Rozdymał swój biurokratyczny aparat do rozmiarów nieprzyzwoitych do tego stopnia, że jeszcze niezasiedlona, projektowana przez poprzednika,  nowa siedziba urzędu jest już za ciasna i urzędnicy chyba będą musieli urzędować przy piętrowych biurkach.

   Wszystkich prawych i sprawiedliwych w potrzebie potraktowano z miłosierdziem marksistowsko-chrześcijańskim, czyli obdarzono przyzwoitymi stołkami. Jeśli ich nie stało, od czego inwencja twórcza? Powstały nowe! W sumie coś z trzysta nowych stołków. Ale nie spotkałem nikogo, kto poza marszałkiem dostrzegł poprawę w urzędniczej sprawności. Tę personalną karuzelę jeszcze należało jakoś przepchnąć przez wymagane procedury konkursowe. I w to świetnie prosperujące towarzystwo w marcu brutalnie wtrąciła się policja, aresztując parę marszałkowskich urzędników pierwowo czinownikowo sorta, i na dzień dobry zarzuciła im paskudny korupcyjny garb. Później przesłuchano następnych z marszałkiem na czele. Niektórym postawiono także zarzuty. Marszałek stwierdził jednak, że całe te zarzuty to tańcujące michałki nadęte przez niekumatych policjantów. Fakt, antykorupcjoniści Kamińskiego żadnego smrodu nie wyczuli chociaż węch korupcyjny powinni mieć wyjątkowo wyczulony. Ale żeby policjanci aż tak chcieli się wygłupiać? Niewiarygodne! Najbardziej ucieszne było jednak stwierdzenie marszałka, że nie poczuwa się za ten stan do żadnej odpowiedzialności. Mamy zatem do czynienia z marszałkiem z ograniczoną odpowiedzialnością, albo, jak kto woli, z ograniczoną nieodpowiedzialnością. Zupełnie inaczej jest u Kaśki zza rzeki. Jeśli jej kozy wyrządzą szkodę w burakach Wojtka, to bez ociągania się za wyrządzoną szkodę buli osobiście Kaśka, a nie jej kozy, które z kolei za taki despekt oberwą od Kaśki wychowawczo lagą i zostaną uwiązane na łańcuchu. No, ale ani Kaśka, ani jej kozy nie należą do prawych i sprawiedliwych. Nie podlegają z tej przyczyny wyśrubowanym standardom etycznym obowiązującym w urzędzie. Dlatego marszałek dziarsko tkwi na swym stolcu niczym ten ułan na historycznej widecie, pomimo że siodło go w coś tam gniecie.

   Ażeby było jeszcze weselej, zarzuty postawiono od personam najbliższym współpracownikom marszałka, można rzec urzędnikom najwyższego marszałkowskiego zaufania, czyli pierwszym skrzypcom w jego orkiestrze. Chociaż z drugiej strony po cholerę skrzypce w orkiestrze dętej? Wystarczą dudy, trąba i bęben. Jeden najważniejszy orkiestrant ma nawet solidne przygotowanie policyjne, niezwykle przydatne, ale nie w urzędniczych procedurach. Nie wiem tylko, dlaczego niektórzy jego byli podwładni obdarzyli go epickim określeniem „Wódz Złamana Pała”. Widocznie w uznaniu tropicielskich dokonań w łowach na bizony, albo w innych podchodach. Marszałek, podziwiając urzędnicze talenty swoich podejrzanych, zlecił im odpowiedzialną fuchę kierowania ruchem biurek w nowym obiekcie. I słusznie! Przecież mogłoby dojść na źle kierowanym ciągu komunikacyjnym do czołowego zderzenia biurka marszałka z biurkiem sekretarki i w konsekwencji do biurkowego skandalu z  molestowaniem. Co by jednak o marszałku nie mówić, ale w umundurowaniu kopacza balona prezentuje się znakomicie. A te podskoki! Poezja! Chociaż w tym na zdjęciu w balon akurat głową nie trafił. Albo głowa za mała, albo balon jakiś jajowaty.

Roman Małek 

piątek, 27 marca 2009

Żona cesarza

   Prezes wszystkich prawych i sprawiedliwych na tym łez padole od lat powtarza, jak mantrę, że tylko jego pozytywni bohaterowie na skale są zdolni przeprowadzić z powodzeniem naszą nawę państwową przez mętne wody wzburzonej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Wszystko dlatego, że są krystalicznie czyści w intencjach i rękach oraz pozbawieni wszelkich niecnych skłonności i słabości. Są politycznie honorowi, nie biorą łapówek, a nawet nie jeżdżą po pijaku i nie biją osobistych żon. Znaczy to, że wszyscy kanceliści prezesa są jak żona cesarza, poza wszelkimi podejrzeniami. Życie  ukazuje jednak co rusz zupełnie inny wizerunek tych państwowych kryształów. Widać czarno na białym, że jeśli chodzi o żonę cesarza, to bliżej im do Messaliny, aniżeli oktawianowej Liwii. 

Potwierdzają to ostatnie aresztowania w naszym Urzędzie Marszałkowskim. Zastępcy dyrektora Kędzierskiego od konkursów kadrowych i obrotnej sekretarce postawiono zarzuty korupcyjne. Nie wiadomo dlaczego antykorupcjonistów Kamińskiego wyręczyli w tym policjanci. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że do odpowiedzialności za stan moralności urzędniczej ani ciut, ciut nie poczuwa się marszałek Cholewiński, de domo z włości pysznickiej. Uważa on ponadto, że ten przypadek jest przejawem głupoty urzędniczej. Wygląda na to, iż gdyby nie dali się złapać, byliby nadal urzędnikami mądrymi w prawości i sprawiedliwości i w dodatku honorowymi. Przy okazji powychodziło cały szereg innych zafajdanych przypadłości tego urzędu, jedynego już w Polsce rządzonego przez PiS. Zatrudnienie prowadzone na nepotycznych zasadach wzrosło w ostatnich latach o ponad 300 pracowników, natomiast poziom i jakość pracy, ani trochę. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że jest to przejaw demokracji. Według niego dyktatura władzy jest wówczas, gdy ta władza robi co chce, a obywatele nie mają prawa wtrącać się. Natomiast w demokracji obywatele mają prawo wtrącać się, a władza robi co chce. Sprawa jest ponoć rozwojowa. Ale skoro nadający się na sołtysa Zygmunt Cholewiński rozwinął się aż na marszałka, to okulałe nawyki urzędnicze rozdmuchanej rzeszy zatrudnionych podlegają także rozwojowi.

Roman Małek

niedziela, 22 marca 2009

Na zdrowie Pań!

   Międzynarodowy Dzień Kobiet! Cóż to jest? Historyczna cezura wyjścia kobiet z politycznego niebytu, pora eksplozji uwielbienia dla piękniejszej części społeczeństwa, czas męskich wędrówek z kwiecistym argumentem w ręku? Pewnie wszystkiego po trochu, ale nie dla wszystkich. Również i w tym roku przy okazji tego sympatycznego święta dali głos popaprani znawcy przedmiotu, którym albo powypadały już zęby mądrości, albo takowe nigdy nie wyrosły i pozostali na zasmarkanym etapie rozwoju intelektualnego i emocjonalnego. Otóż jest to dla nich paskudny wytwór komunistyczny. Nie wiem, gdzie oni w Polsce widzieli ten komunizm zamiast PRL-u, ale im wszystko kojarzy się, jak szeregowcowi Pietruszce chusteczka, a kurtykowcom z IPN Wałęsa. Aż dziw bierze, iż jeszcze nie napiętnowali wielu innych spraw związanych z paniami. Przecież koniecznie trzeba zlustrować negatywnie niejakiego towarzysza Adama zamieszkałego w Raju, który wybrał na sekretarza rajskiej podstawowej organizacji partyjnej towarzyszkę Ewę, agentkę KGB. Z inspiracji komunistów wydała mu polecenie partyjne, aby rąbnął pięć kilo rajskich jabłek najwyższego miczurinskogo sorta. Zgroza! Z tego powodu Macierewicz z Sakiewiczem muszą obejść się rajskim smakiem i walczyć z komuną, począwszy od stadium zygoty. A taka królowa Saby? Toż to przecież nikt inny, jak udająca dziewicę agentka Dzierżyńskiego, która po to przybyła z pół tysiącem innych  dziewic na dwór króla Salomona, aby podstępnie i kusząco wyciągnąć od niego skrywane tajemnice Starego Testamentu! I wreszcie komunistyczny agent Jan Sztaudynger też zasługuje na całopalenie za swoją agenturalną robotę w naszym katolickim narodzie. Ośmielił się zmienić podstępnie jedno z ważniejszych przykazań dekalogu i wywyższać ponad miarę znaczenie kobiety. Napisał bowiem ten komunistyczny lubieżnik – Nie będziesz miał cudzych bogów / prócz kobiecych nogów. 

Głupota nie powinna jednak przysłaniać nam oglądu świata realnego. Dlatego wszystkim znanym mi z bliska i oddalenia paniom życzę całorocznego doświadczania męskich hołdów i satysfakcjonującego spełnienia swojej urokliwej kobiecości. Natomiast wzmiankowanym wyżej znawcom z bożej łaski życzę zdrowia, bo na rozum za późno.

Roman Małek

Współczuję patronowi

   Prezes Kaczyński stanął w nowym tysiącleciu na czele zdrowych sił narodu i postanowił żarem wewnętrznym swojej nieskazitelnej partii wypalić wrzód politycznej chućpy panującej w publicznych mediach. Rzekomo były one zawłaszczane bandycko i w sposób bezprzykładny wykorzystywane do haniebnego obnażania tego w jego partii, co nie nadawało się do obnażania. Z kolei nie obnażano tam tego, co według prezesa, boskiej Szczypińskiej i Macierewicza należało obnażać. 

   Po wygranych wyborach kombinował, jak tu dorwać się do władzy medialnej, która podniosłaby nie tylko jego wizualny wzrost. Zafundował sobie przystawki giertychowsko-lepperowskie. One odpuściły mu w Sejmie, on im w mediach. Biedactwo uważało, że przystawki dadzą pożreć się z kretesem. Te jednak zbiesiły się po ziobrowaniu  sprawiedliwym i dutkaniu politycznym na strychu. Chłopaki skrzyknęły się i wzięły sprawę w swoje ręce, czyli zaczęły rządzić w mediach publicznych. Wpierw wywaliły na zbity pysk pisowskie filary z radia, a później podnóżek Lecha Kaczyńskiego z telewizji, za przeproszeniem, publicznej. Na nic zdały się lamenty Urbańskiego i spółki, lanie łez na medale Kaczyńskich i łażenie po sądach. Piotr Grzegorz Farfał z LPR, wybitny skinhead, neonazista i wszechpolak znamienity, rozpoczął wielkie sprzątanie w TVP wywalając wszystko, co kojarzy mu się źle. Czyli skutecznie dorwał się do telewizyjnego pilota na Woronicza. A kto ma w ręku pilota, ten ma władzę telewizyjną. Bez zbędnych ceregieli postanowił postawić na swoich niefachowców w terenie. Czyli wszystko zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, że nie zamierza zajmować się politycznymi rozgrywkami, lecz pchać na nowe boczne tory redakcyjny profesjonalizm. Wtajemniczeni twierdzą, że nawet patronowi medialnemu, świętemu Franciszkowi Salezemu, który widział już niejedno w swoim patronowaniu, kopara z wrażenia opadła, trzasnął w kąt swoim atrybutem, czyli otoczonym cierniową koroną sercem przeszytym strzałą i poszedł na ryby, gdy dowiedział się, że wodzem rzeszowskiej telewizji Farfał mianował górnika specjalizującego się w gazetkach ściennych.

   Skąd wziął się ten telewizyjny geniusz na trudne kryzysowe czasy? Z dobrego styropianowego rodowodu. Tadeusz Górczyk z jasielskiego cyrkułu, bo o nim mowa, ma solidne przygotowanie zawodowe. Tyle tylko, że zupełnie nieprzydatne w kierowaniu ośrodkiem telewizyjnym. Posłowanie, sekretarzowanie w jasielskiej radzie, czy dyrektorowanie w Zakładzie Obsługi Urzędu Wojewódzkiego ma tyle wspólnego ze znajomością organizowania pracy ośrodka telewizyjnego co grzybiarz z leśnikiem. Pochwalił się, że zaglądnął nawet w papiery personalne, ale jeszcze ich nie ogarnął, a musi. Ba, twierdzi, że ma nawet poglądy polityczne, ale ich za chińskiego boga nie ujawnił. Może to i lepiej, dla tych poglądów, oczywiście. Już raz, w maju 2007 roku, próbowano usadzić go na tym stołku, ale nieskutecznie, bo telewizyjne pismaki zrobiły taki raban, że władzy rura zmiękła. Teraz był więc kandydatem jakby lekko przeterminowanym, ale przeszedł gładko. Tylko Rada Nadzorcza zaczęła kręcić nosem, ale nie dlatego, że Górczyk tak  nadaje się na telewizyjnego bossa, jak moja teściowa na primabalerinę, ale dlatego, że kontrakt poprzednika wygasa w kwietniu i przesuwając termin zmiany wodza, będzie można nieco zaoszczędzić.

   W rzeszowskiej telewizji podniesiono oczywiście raban. Zakładowa „Solidarność” zdecydowanie całą sprawę oprotestowała. Szkoda tylko, że nie uświadamia sobie, że to nie czasy związkowych protestów w mediach. Związki mają tam aktualnie mniej więcej tyle do powiedzenia, co Żyd w czasie okupacji. Ale skoro inny renesansowy specjalista Zbigniew Sieczkoś może szefować Radzie Nadzorczej w Polskim Radiu, to dlaczego Górczyk nie może spróbować swoich górniczych talentów w telewizji? A nuż dokopie się do skarbnicy mądrości? Przecież obiecał niczym ten Farfał, że będzie robił wszystko, a nawet jeszcze więcej, aby nikogo nie zwalniać! Ot, taki sobie skromny przejaw demokratycznej praktyki w przesadnie demokratycznym kraju.

Roman Małek 

Zeszmalcowienie

   Pomimo że prezes Kaczyński ogłosił wszem i wobec koniec wojny PiS ze wszystkimi i przejście do elitarnego kręgu ludzi kulturalnych w obyciu, praktyka życia politycznego rozjechała się zdecydowanie z deklaracjami. Wszystko nadal toczy się ustalonym trybem, poza zmianą kilku twarzy pojawiających się w mediach. Te zużyte przeszły do trzeciego szeregu, a pojawiły się świeższe, chociaż nie mądrzejsze. Osobiście żal mi zabranego z ekranu konterfektu boskiej Szczypińskiej i zadowolonego kluskowca Gosiewskiego. No i kto teraz zbuduje metro i tramwaj we Włoszczowie? Tym razem jednak postanowiłem dowartościować językowe talenty innej opcji politycznej.

Chory debil – za to pieszczotliwe miano, nadane kumplowi ze styropianu, Lech Wałęsa został wyceniony przez sąd na ponad siedem tysięcy złotych grzywny z dodatkami. Pewna racja logiczna w tym jest. Gdyby bowiem Wałęsa rzucił samym debilem nie byłoby nieszczęścia. Przecież zdiagnozowałby wówczas Wyszkowskiego, jako kogoś zdolnego nauczyć się czytać, pisać i rachować oraz wykonywać nieskomplikowane prace, chociaż pozbawionego przez Bozię daru abstrakcyjnego myślenia. Ale taki niedostatek intelektualny nie należy przecież do rzadkości wśród rodzimych elyt. Panu prezydentowi zechciało się jednak kwiecistej polszczyzny i dorzucił przymiotnik chory. A ta zniewaga już krwi wymaga, gdyż onże Wyszkowski jest zdrów, jak bałtycka flądra, albo nawet morświn. Ponadto prezydent porównał go również do małpy z brzytwą. Gdyby chociaż skorzystał z mądrości Darwina i porównał do małpy bezogoniastej, stojącej w hierarchii bliżej człowieka, może także upiekłoby mu się. A tak, odbiorca tej nieprecyzyjnej metafory mógł krzywdząco uznać, że chodzi o jakiegoś pawiana i w dodatku z brzytwą. Taż obcinanie ogonów murowane!

Szkodnik państwowy – to nowy tytuł nadany przez Stefana Niesiołowskiego myszowatemu Macierewiczowi. Sądzę, że tytuł nadany trochę na wyrost. Że szkodnik, to każdy widzi. Ale żeby od razu państwowy? Fakt, że wszystko psuje wokół siebie, nawet powietrze, jeszcze nie świadczy o jego wpływie na losy państwa. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie traktuje go poważnie, zwłaszcza w istotnych kręgach politycznych. Jest on postrzegany jako znakomite ogniwo folkloru politycznego, w którym z wielkim powodzeniem odgrywa rolę normalnego inaczej. Wyuczył się udanie kilku formułek, które wygłasza niezależnie od zadanego tematu. To samo rzecze pytany o opinię na temat genialności prezesa, losu mnichów tybetańskich, jak i wpływu zaćmienia Słońca na ciąże mnogie u rogacizny.

Ubeckie gnioty – tak Lech Wałęsa wykwintnie ocenił wiekopomną twórczość IPN i relikwie, do których modlą się w tym śmietniku historii miłośnicy wszelkiej niedorzeczności historycznej. Niezawisły sąd przyznał prawomocnym orzeczeniem byłemu prezydentowi status pokrzywdzonego i wynikające stąd uprawnienia. Natomiast inkwizycja IPN napisała własny wyrok w tej sprawie i na tej podstawie odmawia Wałęsie dostępu do swoich kwitów. W każdym cywilizowanym kraju kurtykowcy byliby ścigani za łamanie prawa. U nas mają się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Za swoje bezprawie są premiowani. Funkcjonariusze dostali stosowne podwyżki, a IPN w Rzeszowie dodatkowy full wypas obiekt przy ul. Szopena. Urzędnicy miejscy, czy nawet marszałkowscy o takim standardzie mogą sobie tylko pomarzyć. Naprawdę warto zwiedzić przybytek IPN przy Szopena. Nie zdążyli jeszcze zbudować sobie płotu, aby firma mogła skutecznie chronić się przed entuzjazmem podatników. 

Zeszmalcowienie – według Kazimierza Kutza i kilku światlejszych obserwatorów naszej rajskiej rzeczywistości, to dominująca cecha życia państwowego. I wcale nie chodzi im o korupcję lecz o wszechobecne przejawy przeliczania wszystkiego na mamonę i wycenianie wszystkiego w wartościach ekonomicznych. Szmalcownik zawsze kojarzył się źle, ale aż tak źle, jak obecnie jeszcze nigdy. Cała frazeologia społeczna i polityczna została sprowadzona do nadętej fasady zbudowanej z kłamstw, obłudy, a w najlepszym przypadku zręcznie sprokurowanych półprawd. Przecież od głoszenia tych niestrawności już nawet orły na medalach władzy zaczynają rzygać. A z pozoru wydaje się, że nasi wybrańcy nie zgadzają się między sobą nawet co do tego, która jest godzina. Rzeczywista walka toczy się nie o rację stanu czy jakieś wartości abstrakcyjne, lecz najzwyczajniej o dostęp do potęgi pieniądza. A to jest już zeszmalcowieniem najwyższej klasy!

Roman Małek