niedziela, 16 sierpnia 2009

Kindersztuby Brak !

Ostatnia przed kanikułą sesja radziecka mogła podobać się nawet wybrednemu obserwatorowi. Była elegancja, były przepychanki i było do śmiechu. No i była frekwencja! Zaczęło się już przy zatwierdzaniu porządku obrad. W imieniu bardzo prawej i sprawiedliwej strony radny Kiczek udzielił dosyć ostrej reprymendy przewodniczącemu Konradowi Fijołkowi za nieumieszczenie w porządku obrad debaty nad warunkami budowy stacji telefonii komórkowej w Rzeszowie. Grzmiał, że taki projekt złożył w biurze rady 7 dni temu i dlatego zaniechanie przewodniczącego stanowi złamanie regulaminu. Od razu głos zabrał przewodniczący Komisji Statutowej Andrzej Dec i podjął się trudnej roli bezpłatnej edukacji niedouczonego statutowo Jacka Kiczka. Wyłożył mu w bardzo komunikatywnej formie, że 7-dniowy termin przysługuje prezydentowi. Skoro, póki co, nie jest on jeszcze prezydentem, to obliguje go 10-dniowy termin. Myślałem, że po dżentelmeńsku radny przeprosi przewodniczącego. Ale widocznie na jego partyjnych konwentyklach nie uczą zasad porządnej kindersztuby.

Sporo zbędnych emocji wywołał projekt uchwały o powołaniu w Rzeszowie Miejskiego Zakładu Transportu, nowej jednostki, która zajęłaby się organizacją i kontrolą funkcjonowania komunikacji miejskiej. Pomimo, że ten problem młócono wielokrotnie i wszechstronnie na posiedzeniach stosownych komisji, obecność mediów spowodowała oracyjne popisy stałych niedowartościowanych harcowników. I znowu wymłócono furę nikomu niepotrzebnej słomy tylko po to, aby niektórym radnym ulżyło. Przecież o wiele przyjemniej w kwestii ulżenia iść na piwo w dobrym towarzystwie. Dyrektor Bęben, od unijnego grosiwa, musiała znowu tłumaczyć, że skorzystanie z tych środków wiąże się z przetargową procedurą na transport miejski. Wiceprezydent Ustrobiński zaś cierpliwie wyjaśniał, iż Rzeszów jest ostatnim miastem w Polsce, który ma tak przestarzałą i niewydolną organizację komunikacji miejskiej. W konsekwencji przytłaczającą większością MZK w Rzeszowie został powołany.

Wesoło zrobiło się przy uchwalaniu przekazania przez miasto rocznej doli na rzecz Związku Gmin Wisłok. Wszyscy próbowali dociec, czegóż korzystnego dla miasta to stowarzyszenie dokonało? Wychwalano pod niebiosa szczytne zamierzenia statutowe, które dotychczas pozostają jednak w sferze pobożnych życzeń. Poza wygłaszaniem stosownych bożodopomożeniowych frazesów naczalstwo tego związku niczego praktycznego nie zrealizowało. Jednym z podstawowych zadań stowarzyszenia jest oczyszczenie dorzecza Wisłoka. A gołym okiem widać, że śmieci wody nadal niosą, a nawet płynie ich jakby więcej. Pomimo uzasadnionego sceptycyzmu, finansową dolę uchwalono w nadziei, że Duch Święty być może twórczo natchnie stowarzyszenie i miasto uzyska odczuwalnie dobrodziejstwo jego działalności.

Jeśli pojawia w obradach sesyjnych jakaś kwestia związana z aktywnością biznesową Ryszarda Podkulskiego, kilku prawych i sprawiedliwych radnych przeżywa prometejskie męki i stara się uwalić wszystko co się da i czego nie da się z proponowanych uchwał. Tak było i tym razem, gdy pojawił się problem planu przestrzennego zagospodarowania rejonu ulic Słowackiego i Dymnickiego. Niczym ten jedyny pozytywny bohater na skale, wystąpił radny Kiczek. Nie podobało mu się w galerii „Rzeszów” wszystko, a bardzo podobało mu się bajoro, które w tym miejscu było wcześniej. Mówił o jakichś ciągach pieszo-jezdnych, których nie ma i o braku chodnika od ul. Dymnickiego. Nie podoba mu się zjazd na teren prywatny i dach na galerii, który nie nawiązuje do staromiejskiej zabudowy. Zdumiewa tylko to, że jego estetyczne upodobania działają selektywnie. Idiotyczne ogrodzenie pomieszczonego obok IPN oraz forma jego budynku łącznie z dachem już podoba mu się, jak najbardziej, chociaż ma tyle wspólnego ze staromiejską zabudową, a nawet prawdziwą architekturą, co szanowny obywatel Dżeki Marchewa z lwem salonowym. Próbował snuć przypuszczenia o ohydnym widoku galerii z lotu ptaka. Sądzę, że przy takim estetycznym nastawieniu może lepiej pozostać przy widoku z perspektywy charta.

Roman Małek

Niemyty Dociepleniec

Na szczytach władzy także panuje kanikuła. Gdyby nie rocznice, bazarowe pyskówki o media i niezmordowany Wałęsa, emocje byłyby jak na rybach. A tak to mamy Wałęsę na obiedzie z Platinim, pakowanie Farfała i pielgrzymki dyrektora Rydzyka. No i oczywiście wiekopomne inicjatywy wymlaskane przez pana prezydenta. Czyli w kwestii wesołości nie było najgorzej, bo inwencja w narodzie jest.

Dociepleńcy – ktoś w pijanym widzie musiał mieć intelektualną erupcję słowotwórczą i tak ochrzcił tych, którzy wykonują roboty przy ocieplaniu budynków. Nadał temu zawodowi kształt emocjonalnie zorientowany, czyli ulokował go w grupie takich form językowych, jak: szaleńcy, popaprańcy, zapaleńcy, zesłańcy. Zupełnie zignorował poprawną formę słowotwórczą przysługującą nazwom zawodów, przy pomocy której utworzone zostały tradycyjne nazwy, jak chociażby: murarz, tynkarz, dekarz, zbrojarz czy lichwiarz i kasiarz. Gdyby ktoś zechciał zastosować tę metodę z dociepleńców do zmiany nazw tradycyjnych, to stare zawody musiałyby brzmieć: muraniec, tynkaniec, zbrojeniec czy lichwieniec, albo kasianiec. To już lepiej zachować poprawną formę językową i speca od ocieplania budynków nazwać docieplarzem. Będzie bardziej po ludzku.

Miahahał – w czasie uroczystości pogrzebowej z trudem zachowałem stosowną powagę gdy swoje wokalne talenty prezentował parafialny organista. Otóż pieśni kościelne charakteryzują się tym, że bardzo często pojawia się w nich forma melizmatyczna, czyli że kilka dźwięków wykonuje się na jednej sylabie. Organista mając do prześpiewania kilka dźwięków wyrazu „miał” zamiast płynnego ciągnięcia siekał każdy dźwięk poprzez dodanie do zgłoskotwórczej samogłoski a spółgłoski h. Dawało to iście komiczny efekt, w przytoczonym wyrazie niemal onomatopeiczną formę szczekania psa połączoną z miauczeniem kota. Równie ucieszne efekty dawało to w interpretacji organisty świetych imion – Jehehehezuhuhu, Mahahaharyhyjo. No i jak tu można utrzymać należny żałobnej uroczystości zadumany smutek?

Niemyty – w najnowszej wersji językowej dyrektora Rydzyka tak określa się Murzyna. Może trochę łagodniej to brzmi od smolucha albo asfalta, ale szczytem elegancji egalitarnej bez wątpienia nie jest. No, ale czegóż można oczekiwać od radiomaryjnego sukienkowego? Widocznie jego edukacja w kwestii tolerancji rasowej skończyła się na lekturze Murzynka Bambo, który boi się kąpieli, ponieważ myśli, że się wybieli. Ale ładnie to tak, ażeby czarny czepiał się czarnego? Tym bardziej, że ten niemyty deklarował publicznie czołobitność czyściochom kościelnym.

Schizoidalna konstrukcja – według koniczynowego Kłopotka na takie określenie zasługuje sugestia, iż PSL prowadzi tajne rozmowy z PiS w sprawie zawiązania nowej koalicji. Znając obrotowość koniczynek, wcale nie byłbym tym zdumiony. Jednakże poseł Kłopotek ździebko przesadził. Pytający ani nie wyglądał na źle traktowanego w niemowlęcym wieku, ani na delikwenta lękliwego z poczuciem izolacji. Wręcz przeciwnie! Sprawiał wrażenie, że wie co mówi.

Skundlenie – i to nie byle czego, tylko zawodu aktorskiego, dostrzegł w Polsce Kazimierz Kutz. Według jego nomenklatury jedynie stara peerelowska kindersztuba aktorska coś znaczy. Dlatego bolał okrutnie po śmierci nieskundlonego Zbigniewa Zapasiewicza. Purpurat Glemp nie tak znowu dawno nawymyślał od kundli pismakom, a teraz te poczciwe stworzenia służą do dokopania młodym grajkom scenicznym. Bo gdzież im do czystej krwi ogarów z pokolenia Kolumbów, którzy potrafią zagrać Szekspira, stracha na wróble i beczkę piwa. Może i racja, ale co do tego mogą mieć wierne kundle?

Świńska grypa – to diagnoza Włodzimierza Cimoszewicza w kwestii zamiany neonazistowsko-wszechpolskiego Farfała w TV publicznej na kogoś deklaratywnie prawego i sprawiedliwego. Dla Cimoszewicza jest to proces zamiany zwykłej grypy na grypę świńską. Pomimo, że ta druga paskudniej brzmi, ale ani gorsza, ani lepsza od pierwszej nie jest. Atrakcyjności programu to w żaden sposób nie poprawi. Jedynie zmienią się niektóre gadające głowy i posmutnieje premier, który nadal wzdycha – gdybym tak umiał mówić jak myślę!

Roman małek

Co Zostało Z Sierpnia 1980 ?

Zbliża się rocznica podpisania w Gdańsku tak zwanych porozumień sierpniowych. Długotrwały strajk i sformułowanie 17 sierpnia 21 postulatów doprowadziły do dwustronnych rozmów. Stosunkowo szybko doszło do precyzyjnych porozumień w sferze socjalnej i ekonomicznej. O wiele trudniej negocjowano kwestie polityczne, zwłaszcza legalizację „Solidarności”. W końcu sierpnia porozumienie zostało podpisane półmetrowym długopisem, przy Matce Boskiej w klapie Lecha Wałęsy. Mija dziewiętnaście lat od tego wydarzenia. Z pewnością nastąpi prześcigiwanie się w formułowaniu dętych opinii wygłaszanych na klęczkach przed ołtarzami Wałęsy i „Solidarności”. Na pewno wszystko skupi się na sprawach politycznych, z całkowitym pominięciem sfery socjalnej i ekonomicznej.

Pierwsze pięć postulatów rząd Jaruzelskiego zrealizował. Chodziło o: rejestrację wolnych związków zawodowych, zagwarantowanie prawa do strajku, wolność słowa i dostęp do środków masowego przekazu (któż pamięta jeszcze takie określenie?), prawa dla represjonowanych i uwolnienie więźniów politycznych, podanie do publicznej wiadomości faktu utworzenia Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i jego żądań. O tych realnie wywalczonych wówczas kwestiach będzie we wszystkich środkach obecnego musowego przykazu, nie tylko do znudzenia. Z pewnością słusznie, ponieważ było to zdarzenie, które przekraczało nawet mało realistyczne marzenia w ówczesnych uwarunkowaniach międzynarodowych. Niemożliwe stało się realne.

Nie sądzę jednakże, aby ktokolwiek zechciał sięgnąć pamięcią do treści pozostałych postulatów, które rząd Jaruzelskiego traktował poważnie, ale notoryczna destabilizacja gospodarcza ze strony strajkujących i dynamika żądań roszczeniowych, możliwości takie świadomie minimalizowała. Dochodziło już do paradoksów. Był strajk na kominie, pobicia niechcących strajkować, zamurowanie drzwi wejściowych do budynku administracyjnego, a nawet strajk przeciwko strajkowi. Euforia destrukcji. Spróbujmy zatem te pozostałe postulaty przyłożyć do obecnych realiów. Przecież po transformacji władzę przejęli ci, którzy bądź porozumienie podpisywali, bądź byli współtwórcami treści tegoż porozumienia (chociażby Wałęsa, Stelmachowski, Mazowiecki, Geremek, czy Borusewicz), a zatem powinni poczuwać się do obowiązku ich spełnienia w warunkach posiadanej władzy realnej. Cóż zmieniło się? Jedynie strona porozumienia. Kiedyś żądali w imieniu związku zawodowego, później powinni realizować w imieniu rządu. Ciągłość władzy i jej zobowiązań nie podlega bowiem amnestii.

Punkt szósty sierpniowego porozumienia w tym roku brzmi nawet humorystycznie. Mówił on o wyprowadzeniu kraju z kryzysu i umożliwieniu wszystkim dyskusji na ten temat. Jak ta dyskusja wówczas wyglądała? Lepiej nie mówić! Postulowano stworzenie perspektyw dla rozwoju gospodarstwa chłopskiego jako podstawy polskiego rolnictwa, dostępności chłopów do środków produkcji i ziemi. Jak to wyglądało po transformacji również lepiej nie mówić. Roztrwoniono wszystko, co było związane ze społecznymi formami rolnictwa, nie licząc się z nędzą setek tysięcy ludzi. Co zostało z gospodarstwa chłopskiego, wystarczy przejechać się chociażby w stronę Głogowa. Nic nie opłaca się, alimowskie plantacje trzeba było zaorać, albo ugorować. Gdyby nie unijna pomoc dla wsi – pewnie trzeba by stawiać kosy na sztorc. A sam kryzys kwitnie i ma się odwrotnie proporcjonalnie do samozadowolenia postsolidarnościowej władzy. A wódz „Solidarności” obiecywał każdemu po 100 mln i obniżkę cen o 100 procent.

Następne żądanie rząd Jaruzelskiego zrealizował, gdyż wypłacono wszystkim strajkującym wynagrodzenie jak za urlop. Kolejne o podniesienie każdemu zatrudnionemu wynagrodzenia zasadniczego o 2 tysiące, ze względu na równość żołądkową, częściowo także zrealizowano w formie tak zwanej wałęsówki. Czyli produkcji nie było, a pieniądze wypłynęły. Co to spowodowało z rynkiem opartym o równowagę pieniężno-towarową każdy widział. Nie wiem dlaczego rządy po 1990 roku uznają, że taka praktyka jest niedopuszczalna? A wtedy była?

Wesoły z dzisiejszej perspektywy jest postulat 9, który miał gwarantować wzrost płac rekompensujący wzrost cen. Niby demokratyczne rządy nie tylko ignorują taki zapis. Jeszcze odbierają to, co wcześniej przysługiwało ludziom. Ograbia się systematycznie zwłaszcza emerytów i rencistów z ulg na leki, podstaw naliczania waloryzacji itp. Poprzez wzrost akcyzy oraz idiotyzmy strukturalne dopuszcza się do wzrostu kosztów utrzymania bez jakichkolwiek obiekcji socjalnych.

W punkcie 10 zawarto żądanie, które akurat w pełni jest realizowane. Chodziło o pełne zaopatrzenie rynku. Wówczas rynek został zdezorganizowany spadkiem produkcji i nieuzasadnionym ekonomicznie wypływem pieniędzy. Obecnie poprzez manipulacje kursem złotego skutecznie zniechęca się ekonomicznie do rodzimego eksportu, a zachęca do importu. Bardziej opłaca się. Pytanie, tylko komu? Z pewnością nie naszym producentom.

Jedenasty punkt obligował do zniesienia cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy. Obecnie nie ma cen niekomercyjnych, poza nielicznymi cenami regulowanymi. A kantory mamy na każdym rogu. I słusznie, ponieważ rodacy zostali zmuszeni do szukania pracy poza granicami kraju, w którym miało być – „jeśli z nami pójdziecie szynkę z bułką jeść będziecie”.

W punkcie 12. żądano wprowadzenia zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej. Nawet średnio wyszkolony szeregowiec Kutaśko wie, że takiej nomenklatury, jaka pojawiła się za rządów postsolidarnościowych żaden PRL nawet przed 1956 rokiem nie widział. Nomenklatura sięga nawet sprzątaczki, że o zwykłym referencie nie wspomnę. Wystarczy spojrzeć na wysoko kwalifikowane kadry wszechpolskie w telewizji publicznej niejakiego neonazisty Farfała. Najwyższe kwalifikacje zadymiarskie. Z tym, że zupełnie nieprzydatne w telewizji, za przeproszeniem, publicznej.

Jeśli ktoś ma wątpliwości kto w Polsce wprowadził kartki na mięso niechaj przeczyta treść postulatu 13. Nic dodać, nic ująć! Natomiast statystyki wykazują, że w czasach kartkowych rodacy jedli więcej mięsa, aniżeli w obecnych czasach dostatku. Ale wówczas każdego było na to stać!

Niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego w sierpniu 1980 możliwe było obniżenie wieku emerytalnego kobiet do 50 lat, a mężczyzn do 55, zaś obecnie taki postulat jest absurdem i każdy kto go wysuwa nie zna się na ekonomii i jest wrogiem zdrowego ekonomicznie państwa? Przecież te siły, które takie żądanie formułowały w punkcie 14, obecnie rządzą.

No i doszliśmy do najbardziej rozbudowanego postulatu 16. w sprawie „uzdrowienia” służby zdrowia. Wówczas była to jeszcze służba. Zawarto tu troskę o zapewnienie pełnej opieki medycznej ludziom pracy. Czegóż tam nie było! I uznanie schorzeń kręgosłupa stomatologów za chorobę zawodową, i przydzielanie dobrego opału, i bezpłatne leki, i talony żywnościowe dla obłożnie chorych, i zapewnienie czystego środowiska naturalnego, i budowanie więcej przychodni i żłobków, i mieszkania dla samotnych pielęgniarek, i 7-godzinny dzień pracy itp. Do transformacji wszystko jako tako funkcjonowało. Później nastąpiła reforma Buzka i wszystko zaczęło się walić. I stacza się po równi pochyłej systematycznie. W konsekwencji warunki bytowe w szpitalach są gorsze od tych w więzieniach, kolejki do zabiegów i specjalistów wydłużają się, leki drożeją, fundusz coraz mniej ich rekompensuje, a rencista musi dokonywać wyboru – żywność czy leki. Przychodni nikt nie buduje, a część istniejących w całości, albo części dzierżawi się, żłobki w dużej części polikwidowano. Obecnie, aby chorować trzeba mieć zdrowie i pieniądze. Dobrze i coraz lepiej ma się biurokracja NFZ, która najlepiej wie ilu ludzi ma zachorować na konkretną chorobę, na konkretnym obszarze. Jeśli biurokracja jest w błędzie, to nie jej wina lecz chorujących, bo chorują niezgodnie z ich planem. Co to ma wspólnego z uzdrawianiem systemu ochrony zdrowia?

Postulat 18 zawierał zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach. Tu stan obecny zakrawa na kpinę. W czasach demokratycznej władzy nic tu nie przybyło tylko sporo ubyło, gdyż uznano, że dopłacanie do takich placówek jest bezsensowne. Aż dziw bierze, że za PRL-u było sensowne i potrzebne. W kolejnym zaś punkcie żądano wprowadzenia 3-letniego płatnego urlopu macierzyńskiego. Strona rządowa zobowiązała się do sukcesywnego wprowadzania go w życie. Zaczęła od wydłużenia wcześniejszego okresu tego urlopu. Następcy nawet nie zająknęli się na ten temat.

Bardzo dobry jest postulat 19. Mówi on o skróceniu czasu oczekiwania na mieszkanie. Aktualnie problem nie istnieje, ponieważ rządu nie interesuje problem mieszkaniowy obywateli. Wolny rynek! Coś tam mówili o preferencjach kredytowych, ale banki i tak wiedzą swoje, a te deklaracje traktują w taki sposób, na jaki zasługują. W punkcie 20 chodziło o podniesienie diet i tamten rząd je podniósł.

Ostatni postulat dotyczył wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Złośliwi mówili wówczas, że chodzi o wprowadzenie drugiego oprócz niedzieli dnia świętego w tygodniu, czyli szabasu. Tamta władza to wprowadziła bez uszczerbku w płacach. Obecnie niektóre firmy wprowadzają pięcio-, a nawet czterodniowy tydzień pracy, ale przy proporcjonalnym obniżeniu zarobków. Jakoś dziwnie nikt z tego nie cieszy się. Te kryzysowe zmniejszenia czasu pracy w żaden sposób nie dotyczą całej biurokracji, która nie dosypia, nie dojada tylko haruje dla dobra… właśnie, czyjego? Ukłony dla pana Parkinsona.

Roman Małek

Tyłem Do Przodu

Skoro wszelka władza przedstawicielska pojechała smakować ogórki, a tylko władza wykonawcza w upalnym pocie czoła tyra dla osiągnięcia powszechnej szczęśliwości narodowej, pora powspominać niektóre wcześniejsze heroiczne wysiłki naszych wybrańców. Czy to w Parlamencie Europejskim, czy w naszym Sejmie lub Senacie, a nawet w mieście podejmują oni znojny trud intelektualny i w naszym interesie proponują, interpelują, żądają, a nawet się wygłupiają. Ale ruch w politycznym interesie trwa.

Nie tak dawno medialna, gadająca gęba PiS, niejaki poseł Hofman obwieścił publicznie i po trzeźwemu, że Powstanie Warszawskie trwało 20 dni. Nauczyciel historii Hofmana powinien oddać pieniądze, albo honorowo palnąć sobie w łeb. Bo przecież o nieuctwo w żaden sposób prawego i sprawiedliwego posła posądzić nie da się.

Posłowie wykazali niezwykłą przenikliwość i wymyślili konieczność ustawowego uregulowania dwóch kwestii. Zbiorowym wysiłkiem zamierzają rozszerzyć zasięg oddziaływania Kodeksu Drogowego również na tereny, które drogami nie są, czyli nawet na prywatne podwórko i własną łąkę. Jeśli zatem Wojtek spod lasu pojedzie hamując pietą własnym rowerem bez dzwonka i hamulca, własną miedzą, na własną łąkę, po własne krowy i w dodatku w drodze powrotnej wyprzedzi nieprzepisowo krowę z prawej strony, to może w sumie załapać się na kilkaset złotych mandatu i utratę połowy punktów. Ba, a gdyby był jeszcze po paru piwach, paka murowana. I kto wówczas krowy wydoi? Posłowie czy policja? A poza tym wypada również dostosować do realiów nazwę tego kodeksu, w której powinna być i łąka, i pastwisko, i podwórko, a może nawet i ta krowa. Również senator Rulewski miał wytrysk legislacyjnego geniuszu. Otóż zaproponował obłożenie dodatkowym podatkiem coca coli i pepsi coli, jako produktów niezdrowych, a z uzyskanych wpływów dofinansowywać zdrowe mleko. Że to paskudztwo do odkręcania zapieczonych śrub jest do niczego, zgoda. Ale od razu poniewierać go podatkami? To już lepiej za chałom opodatkować niezdrowy boczek z salcesonem i dofinansować zdrową marchewkę, a z podatków od golonki dofinansować szpinak i tran. Smacznego, panie Rulewski!

Również interpelacje świadczą o pogłębionej trosce parlamentarzystów o wszystko. Grupowo interpelowali o zbadanie sytuacji osób jąkających się. A dlaczego nie łysych i rudych? Z kolei Materna (PiS) koniecznie chce wiedzieć od ministra infrastruktury jakie warunki muszą spełniać przydrożne reklamy świetlne, aby zagrażały kierowcom? Prawda, ma facet zmartwienia. Wojnarowski (PO) namawia premiera do zniesienia zakazu fotografowania eksponatów w niektórych muzeach. Znawca sztuki pełną gębą. Ferdek Kiepski przy nim wysiada. Poseł Chmielowiec (PiS) chce ustawowo zakazać korzystania z solarium młodzieży do 18 lat. Biedactwo zapatrzyło się na tę Amerykę i myśli, że w Polsce też tak trzeba. W jednym ze stanów obowiązuje zakaz bicia żon w godzinach nocnych, a w innym zakaz szczekania psów od godz. 18 do 6 rano. I co? Nie biją żon, a psy nie szczekają? Mucha (PO) protestuje przeciwko importowi skór foczych i robi wykład o męczarniach tych zwierząt. Ale okazało się, że takich skór nikt nie sprowadza. No i co z tego? Pogadać nie wolno? Matwiejuk (SLD) interpelował w sprawie nasilających się ataków na naszych żołnierzy w Afganistanie. Słusznie! Co za bezczelność! Nasi przecież nie przyjechali na amerykańską wojnę, tylko na majówkę, a tamci do nich strzelają.

Najbardziej koszmarny obraz tragedii narodowej obmalował poseł Mularczyk (PiS). Otóż stwierdził, że w tajemniczych okolicznościach masowo giną polskie rodziny pszczele. Przyczyny tego ginięcia należy bezwzględnie wyjaśnić. Proponuję wydać w tej kwestii stosowne rozkazy ABW, może coś wytropią. Chociaż niewykluczone, że ktoś te pszczoły mógł przekupić lepszymi ulami, albo większymi porcjami cukru na zimę. Jeśli tak, to podpada pod antykorupcjonistów Kamińskiego. Panie Mularczyk, wystarczy zapytać średnio wtajemniczonego pszczelarza i on by precyzyjnie wyjaśnił, że nie ma tu żadnej tajemnicy, tylko naturalna konsekwencja.

Ostatnio wakacyjnie dał popalić nasz europoseł Nitras. Po niemieckiej autostradzie pojeździł sobie tyłem do przodu i nic nie zabulił, bo wykpił się dyplomatycznym glejtem. I on właśnie pokazał klasę polskich wybrańców, którzy ciągle kombinuję, którędy do przodu, żeby tyłem wyszło.

Roman Małek

Wyzwolenia Nie Było

W sierpniu przypadała również rocznica wyzwolenia Rzeszowa spod okupacji hitlerowskiej. W mieście nikt nawet nie zająknął się na ten temat. Nie zorganizowano ani jakiegoś capstrzyku, ani festynu, ani nawet koncertu orkiestry garnizonowej, czy składania kwiatów ku pamięci. Po prostu Rzeszów nie został wyzwolony przez Armię Czerwoną. Myślę, że w IPN wybitni spece od polityki historycznej odkryją, że miasto zostało wyzwolone przez związki taktyczne AK i WiN dowodzone z białego konia przez Jarosława I Sprawiedliwego, albo że hitlerowcy sami się pogonili z miasta, a na cmentarzu wojennym w Wilkowyi leżą manekiny zamiast żołnierzy. Rozmawiałem z licznymi uczestnikami tamtych wydarzeń. Wszyscy jak jeden mąż i żona twierdzili zgodnie, że wyzwolenie przyjęto w Rzeszowie z euforyczną radością i niewyobrażalną ulgą. A obecnej władzy miasta jakoś nie przyszło do głowy, aby to doniosłe wydarzenie w jakiś przynajmniej skromny sposób uczcić. Ale rocznicę Powstania Warszawskiego, chociaż w żaden sposób niezwiązanego z miastem, czczono jak najbardziej. Jak to zatem jest z tym zakładaniem krawata na duszę? Czyżby rocznice też zostały sprywatyzowane i rozmienione na drobniaki do gry w cymbergaja albo w zechcyka?

Roman Małek

Śmierć Miasta

Wpierw wykorzystywano hekatombę powstańczej Warszawy do politycznych rozgrywek. Pomijam już przepychankę prezydenta z premierem w kwestii ważności świętowania. Pomimo upływu 65 lat od tego niewyobrażalnego dramatu setek tysięcy ludzi, rozsądnych ocen jest coraz mniej. Heroizm i bezprzykładne poświęcenie nie mogą przysłaniać prawdy o sensie, a raczej bezsensie, powstańczego zrywu. Do tego powstania nie należało dopuścić, gdyż było ono na rękę i Hitlerowi, i Stalinowi, pomimo że formalnie było wymierzone przeciwko nim. Zresztą obaj ci zwyrodnialcy cynicznie taki prezent zdyskontowali. Nie bez powodu generał Anders skonstatował wiadomość o powstaniu jako zbrodnię. Nie miało ono żadnego politycznego i militarnego uzasadnienia. Nie było nawet cienia szans na jakiekolwiek powodzenie. Jednakże parcie do niego Okulickiego wreszcie do niego doprowadziło. Całość zakończyła się katastrofą, czyli fizyczną zagładą lewobrzeżnej stolicy zamienionej w jedną wielką kupę gruzów i jedno wielkie cmentarzysko. I to stało się powodem do narodowej tromtadracji. Jedynie prezydent Stalowej Woli wyłamał się z chóru powstańczych apologetów i nazwał po imieniu to tragiczne wydarzenie. Natomiast nasz prezydent doszukał się jakiegoś sukcesu w całym powstaniu. Gdzie on to zwycięstwo wyzwolicielskie dostrzegł? To już jego słodka tajemnica. Trudno zresztą temu wszystkiemu dziwić się, skoro na sejmowym stoisku z książkami najlepiej sprzedaje się pozycja pod wielce uduchowionym tytułem „Kiszenie ogórków domowymi sposobami”. Jakie zainteresowania taka władza. No i, oczywiście, polityka histeryczna – wolno mylić z historyczną.

Roman Małek

Polityka Historyczna

Sierpień znowu dostarczył obfitości okazji do realizacji kaczyńskiej polityki historycznej. Zupełnie nieistotna w tym miejscu jest oczywista dla historyków prawda, że polityka tak potrzebna jest historii, jak dzwonek zającowi, a kozie pawie pióra. Przecież polityka nie ma absolutnie nic wspólnego z obiektywizmem i prawdą, gdyż jest zlepkiem kłamstw, intryg bądź w najlepszym przypadku kompilacją zręcznie sformułowanych półprawd. Polityka jest sztuką ugrywania interesu politycznego, a nie poszukiwaniem racjonalnych prawd i logiki dziejowych procesów. Dlatego właśnie w sierpniu niektóre reakcje i deklaracje mogły wprawić w niemałe zdumienie.

Roman Małek

piątek, 17 lipca 2009

Uobecniony w Uchachaniu

Znowu talenty językowe rozbłysły niczym bujna fryzura na głowie Oleksego. Chociaż kilka perełek, świadczących o drzemiących w narodzie potencjałach twórczych, pojawiło się, jak najbardziej. Budujące jest zwłaszcza to, że po dłuższej przerwie wzięli się w tym względzie do roboty hierarchowie i kabareciarze, a nie tylko politycy.

Ekumeniczny symbol – tak pismak telewizyjny Gugała określił Kaczora Donalda, któremu akurat stuknęło siedem i pół krzyżyka. Chodziło mu oczywiście o naszych bluzgających po sobie najwyższych władców. U tego sympatycznego złośliwca mamy w połowie prezydenta i w połowie premiera. Gdyby tak zechcieli funkcjonować na zasadzie dwa w jednym! Zjawisko tak nieprawdopodobne jak bezalkoholowa gorzała, bieda proboszcza i skromność Krzaklewskiego. Dlatego na wszelki wypadek niechaj jeżdżą oddzielnie, a ochrona niechaj chowa wszelkie siekiery i dzidy. Jeden zdołał w pacholęcym stanie ukraść Księżyc, a w wieku dojrzałym założyć PiS, jak twierdzą znawcy jest to skrót od podpieprzymy i Słońce. Drugi gustuje bardziej w uprawianiu balona kopanego, aniżeli rządu dobrego.

Hucpa – to według Jarosława I Sprawiedliwego paskudny i ohydny proceder, który uprawiają dziennikarze bełkocąc coś o konflikcie prezesa ze Zbigniewem Ziobrą, który rzekomo podgryza opokę, na której tkwi prezes. A przecież każdy widzi trwającą w tym stadle sielankę okraszaną czułymi ciumaskami. Przecież prezes swojego ministra tak przynajmniej lubi jak Piotr Rubik pieluchy. A to, że Ziobro opieprzył organizatorów kampanii PiS w wyborach do europarlamentu za co w rewanżu prezes kazał mu się uczyć pilnie przez całe ranki, to najzwyklejsze przywidzenia i efekt dojenia palca. Co też te pismaki nie potrafią poprzekręcać. Nawet to, co jest tak politycznie proste jak gołębie serce Ziobry i miłosierdzie prezesa.

Świńskie zady – obrzydliwa zagrywka zrealizowana przez PO na finiszu kampanii wyborczej. Na tle dorodnych świńskich zadów z zakręconymi ogonkami ulokowali oni napis, że PiS akurat w tym miejscu ma politykę rolną. Niewiarygodne! Prezes proprezydencki wyliczył, że bilbord pojawił się wówczas, gdy jego partia nie miała szans odgryźć się. Dlatego pociągnęło to utratę pół procenta elektoratu. Biedne te nasze świnie. Zdecydowanie biedniejsze od elektoratu. Albo politycy fundują im świńską górkę, świński dołek, albo jakieś farmaceutyczne lobby świńską grypę. A do tego jeszcze wmawia im się świński politycznie charakter. To już lepiej upić się jak świnia i te całe idiotyzmy przeżyć w pijanym widzie.

Uchachany – stan taki dostrzegli kabareciarze u naszego boskiego premiera. Najprawdopodobniej źródłosłów tego neologizmu należy upatrywać w zawołaniu – u cha, cha! Trudno, u cha cha. Ale i trudno dziwić się kabareciarzom, skoro premier nawet wówczas gdy kłamie, że kryzysu nie ma, to śmieje się jakby robił oko. Uchachany prowadzi posiedzenia Rady Ministrów i rozmowy w Brukseli, a nawet gospodarsko lustruje powodzian, czy kopie szmaciankę. Zachachany kraj, zachachany rząd, zachachany kryzys. Jedynie dola przeciętnego Kowalskiego jakby z innej bajki. Dziwnie nie chce mu się chachać i coraz częściej poważnieje. A może znowu wszystkiemu winni masoni i cykliści?

Uobecniona – taka forma jest efektem uduchowionej twórczości naszego metropolity przemyskiego Michalika. W czasie pobytu w stolicy dali mu wygadać się i wówczas objawił światu prawdę jeszcze dotychczas nieobjawioną, że Maryja jest uobecniona wśród nas. Korzystając z podpowiedzi można te twórczość rozwijać. Przecież równie dobrze może ktoś być unieżywiony, uniechytrzony. A jaka powinna być forma przecząca? Oczywiście – unieobecniona! Szczęść Boże.


Roman Małek

Gdzie Te Ogrody ?

Sądziłem jeszcze niedawno, że do sprawy darowizny parkingu i Pomnika Walk Rewolucyjnych oo. bernardynom nie będę miał okazji szybko powrócić. Wszystko zostało tak zgrabnie pozamiatane, że należało tylko czekać na materializację ogrodowych cudowności tworzonych za unijne grosiwo na chwałę bożą i ku zdrowotno-estetycznemu pokrzepieniu tubylców i tambylców. Ale skoro okazało się, że właściciele darowanego parkingu i pomnika wycofują się z unijnego finansowania całego przedsięwzięcia budowy wiszących ogrodów Semiramidy z miejscem pielgrzymkowej zadumy oraz rozbudowy drugiego wirydarza, nie mam wyjścia. Pytania same narzucają się.

Może nieco historii parkingowej. Tuż przed ostatnimi wyborami samorządowymi, czyli równe trzy lata temu, pojawił się projekt uchwały o sprzedaży oo. bernardynom za przysłowiową czapkę gruszek parkingu obok Urzędu Wojewódzkiego. Dla wszystkich było oczywiste, że jest to inauguracja kampanii wyborczej. Ale ówcześni radni Janusz Ramski, Robert Kultys, Ryszard Piekło, Elżbieta Dzierżak wytoczyli zupełnie inne działa dla poparcia projektu. Myślałem, że Kultys popłacze się nad dolą braciszków ograbionych do cna przez paskudną komunę, a Ramski pójdzie z siekierą bronić bezczeszczonego miejsca mordu dokonanego przez Niemców na Polakach. Mało tego! Snuli oni upojną wizję rajskiej oazy spokoju w najbardziej zasmrodzonym miejscu miasta. Wszelkie racjonalne uwagi były traktowane jako niegodziwość pogrobowców komuny. A przecież nikt klasztorowi terenu nie zagarnął tylko na korzystnych warunkach wykupił i nie dlatego, aby braciszków pognębić, a dlatego, że wymagały tego względy urbanistyczne. Nikt nie bezcześcił tego miejsca mordu, bo jeśli tymi kategoriami rozumować, to w mieście niewiele jest miejsc, gdzie na przestrzeni wieków nie dochodziło do ludzkich tragedii. Przecież przy kościele farnym kiedyś istniał cmentarz, a teraz stoją taksówki. Natomiast dlaczego pan Ramski do tej pory nie wybudował jeszcze pomnika ku czci pomordowanych? Oto jest pytanie! Ale w lipcu 2006 roku parking darowano wraz z pomnikiem. Tylko nielicznym orędownikom takiego rozwiązania pomogło to w wyborach. Większość z nich bohatersko poległa ku chwale ojczyzny. Ot niewdzięczny elektorat.

Później na parkingu nie działo się nic. Jedynie oo. bernardyni inkasowali od miasta kilkunastotysięczną należność za dzierżawę parkingu. W ubiegłym roku marszałek województwa doznał olśnienia, zapewne przez Ducha Świętego, i wpisał budowę ogrodów z pielgrzymkową zadumą oraz rozbudową klasztoru na listę unijnych priorytetów w województwie podkarpackim. Mało tego! Ten priorytet jakoś przepchnął gdzie trzeba. Ale klasztorowi potrzebny był wkład własny, którego nie miał. Ale od czego hojna władza miejska? Od skutecznego znalezienia stosownego rozwiązania. Uchwalono zapłacenie za dzierżawę własnego parkingu za trzy lata z góry. Można i tak. Znowu bowiem padały argumenty o rajskich walorach oazy zieleni, a nawet zaprezentowano radnym cudną wizję tego miejsca.

Gdy nie pozostawało nic innego jak tylko wziąć się raźnie do roboty, oo. bernardyni zmienili swoją koncepcję. Uznali, że niepotrzebne im ani unijne środki, a tym samym i miejska łaska w postaci opłaty za parking z trzyletnim awansem. Jeśli tak, to po co te wszystkie wcześniejsze przytupy i lansady? Jakie będą dalsze losy całego przedsięwzięcia? Dlaczego chcemy rezygnować z zaklepanego już programu? Pytania można mnożyć, ale racjonalnej odpowiedzi z pewnością nie będzie. A szkoda. Minęły trzy lata od darowania parkingu i wszystko jest nadal w punkcie wyjścia, czyli w sferze marzeń, domysłów i jakiejś mało przejrzystej gry.


Roman Małek

Gdzie Ten Komunizm ?

Koniec maja i początek czerwca stał się okresem młócenia narodowej słomy przez antykomunistów różnej maści. Pojawiły się bowiem rocznicowe przepychanki w kwestii, kto najbardziej i najskuteczniej obalał komunizm w Polsce. Powstał sofistyczny spór o zasługi w obalaniu czegoś, czego w Polsce nikt nie widział. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że tego nieistniejącego smoka powalił z kretesem prezes Kaczyński, ale tego również nikt nie widział. Ta cała rocznicowa przepychanka i fanfaronada, zamiast rzeczowej debaty o stanie polskich przemian ustrojowych, doprowadziła do żenującej groteski politycznej. A mogło i powinno być zupełnie inaczej, sensownie.

Wracam do tego rocznicowego nadymania się nie bez powodu. W lipcu pojawi się kolejny pretekst do młócenia tej słomy w kontekście rocznicy powstania PKWN i ogłoszenia przez niego manifestu. Z pewnością nikt nie będzie wnikał w sens samego manifestu, ani w cele i skład samego PKWN. Wszystko zostanie wrzucone do jednego wora. Okaże się z pewnością, że na czele PKWN stał rasowy komunista Edward Osóbka-Morawski, który zniewalał nasz naród. A że to nie będzie miało nic wspólnego z prawdą historyczną? Co to ma za znaczenie! Skoro od tego momentu można liczyć PRL, to znaczy, że wprowadzili komunizm. Nikt z pewnością nie zająknie się, że w manifeście pojawiły się deklaracje zrealizowania tylko obiecywanych przed wojną postulatów, że należało w tym burzliwym czasie zorganizować w miarę sprawną administrację i znormalizować warunki życia. To nie PKWN stworzył pojałtański porządek w Europie. On jedynie starał się w tych, stworzonych przez Jałtę, warunkach coś sensownego zorganizować.

Powróci zatem deprecjonowanie wszystkiego, co jest związane z okresem PRL. Znowu pojawi się demoniczny smok komuny, którego od początku zwalczała heroiczna opozycja. Pojawią się znowu historyczne przekłamania formułowane na polityczny obstalunek. Znowu celowo i świadomie mylone będą pojęcia. Znowu Polska Ludowa utożsamiana będzie z komunizmem. W naszym kraju jedynie próbowano nieskutecznie budować tak zwane podwaliny pod przyszły ustrój komunistyczny, ale tylko do przesilenia październikowego. Co po październiku z doktryny komunistycznej zostało zbudowane? A nic! Przecież komunizm był pewną wizją przyszłości, od której po październiku polska rzeczywistość oddalała się systematycznie coraz bardziej. Ustrój PRL nie był komunizmem ani z punktu widzenia doktryny marksistowskiej, ani z punktu widzenia KPZR, ani najzwyklejszego zdrowego rozsądku. Nasze społeczeństwo było antykomunistyczne nawet wówczas, gdy udzielało poparcia kolejnym ekipom rządzącym, jak chociażby Gomułce czy Gierkowi. Stawianie zatem znaku równości między realnym socjalizmem a komunizmem, między członkami partii a komunistami jest niegodziwe, jest przejawem zdecydowanie złej woli. Świadczy również o elementarnym niezrozumieniu PRL lub świadomym przekłamywaniu tamtej rzeczywistości społecznej, psychologicznej i ideologicznej.

Sam termin komuna uknuto nie dlatego, że ma to jakikolwiek sens ideologiczny, bądź filozoficzny. Uknuli go dziennikarze na potrzeby doraźnej propagandy. Skoro polskie społeczeństwo nie akceptowało komunizmu jako doktryny należało to wykorzystać przyklejając komunistyczną mordę każdemu, który w czasach PRL cokolwiek zdziałał. Dziennikarskie przerysowanie można traktować jako figurę stylistyczną. Nadużywanie jednak tego terminu przez historyków czy innych przedstawicieli instytucji naukowych, za jaką się ma chociażby IPN, jest już karygodną nonszalancją, bądź głupotą wynikającą nie z obiektywnej oceny rzeczywistości lecz jakiejś zapiekłej nienawiści do minionego okresu. W taki sposób z historyczną spuścizną postępować nie wolno. Zwłaszcza ludziom nauki, od których wymaga się sądów zobiektywizowanych i rozważnych.

Najbardziej niepokoić musi każdego logicznie myślącego człowieka w Polsce fakt, że czasy PRL potrafią obiektywnie ocenić ludzie z zewnątrz, którzy niczego nie demonizują i próbują minioną rzeczywistość w warunkach realnego socjalizmu zrozumieć i opisać, a nawet nazwać.


Roman Małek

Bój Hierarchy

W Stalowej Woli na dobre rozgorzała wojna biskupa Frankowskiego z prezydentem Szlęzakiem. Takie sceny zdarzały się, ale w czasach PRL-u, a nie demokratycznej uległości kościołowi. Hierarcha wymyślił sobie budowę ósmej już świątyni w mieście na osiedlu Młodynie, chociaż władza miejska widzi tam zupełnie coś innego. Zmobilizował moherowe towarzystwo, postawił krzyż, kapliczkę i wszystko pokropił jak należy, nawet za darmo, bez pobrania stosownej opłaty za amortyzację kropidła. W ruchu ciągłym prowadzi krucjatę. Prezydent nie ustępuje, co jest ewenementem we współczesnej Polsce. Ośmielił się powiedzieć nie! Największej pikanterii całej sprawie nadał incydent z nocnym wymalowaniem na kapliczce dorodnego organu męskiego w stadium totalnego wzwodu. I pod tak zdobną kapliczką zwolennicy biskupa zanosili błagalne modły, nie uświadamiając sobie niesamowitego komizmu sytuacji. Naprawdę nie sposób było na taki widok zachować należną powagę. Całość stanowi bardzo interesujące studium mentalności w niby demokratycznym i niby nieklerykalnym kraju. A w Rzeszowie powoli zaczyna upadać natchniona wizja marszałka obejmująca budowę rajskich ogrodów Semiramidy obok pomnika Walk Rewolucyjnych. Wszystko wskazuje na to, że wystarczy sam parking. Zobaczymy.


Roman Małek

Cena Sumienia

I znowu mamy w telewizji, za przeproszeniem, publicznej widowisko jak na pogrzebie cygańskim. Jedni płaczą, inni klaszczą, a łyse konie żwawo ciągną furę z trumną. Publiczna to ona staje się dlatego, że od jakiegoś czasu panuje w niej coraz większy burdel, w którym tylko nieciężkich obyczajów pensjonariusze zmieniają się, ale firma nie. Ani trochę! Tylko pyszczą wszędzie, że niewdzięczne ludziska nie chcą płacić abonamentu. A niby za co? Za oglądanie cyferblatu Wildsteina, Pospieszalskiego i coraz głupszych seriali? Jedyne co w niej godne uwagi, to wznowienia produkcji z lat 70. i 80. Ale ileż razy można oglądać Dyzmę, Samych swoich i Czterdziestolatka? Kiedyś do głowy by mi nie przyszło, że na tym zapyziałym tle za prawdziwą gwiazdę będzie robił kowboj Cejrowski. Ale taka jest realna rzeczywistość. Sejm już kolejny raz podchodzi do nowelizacji ustawy o mediach publicznych i po raz kolejny nieskutecznie, bo prezydent chce ugrać dla bliźniaka prezesa jakąś medialną synekurę. Wpierw pismani pozwolili na stołku prezesowym powygłupiać się Wildsteinowi. Później postawili na renesansowego specjalistę od wszystkiego, czyli Urbańskiego. Też nawygłupiał się trochę. Aż ni z gruszki ni z pietruszki cały zarząd Urbańskiego poszedł na hak i zawisł. Do stolca dorwał się faszyzujący wszechpolak, w dodatku z giertychowskim zadęciem i ten dopiero zaczął w publicznej farfalić jak się patrzy. Powywalał kogo chciał, pozatrudniał uzdolnioną zadymiarsko brać wszechpolską, z którą pozawierał takie umowy, że same odprawy wystarczą im na przyzwoite życie. Telewizja publiczna zaczyna coraz bardziej przypominać agencję towarzyską. W efekcie wtrącił się w tę całą zabawę minister skarbu, jako właściciel całego majdanu i mamy znowu dwóch prezesów, czyli tak naprawdę żadnego. Premier kryguje się jak panienka i niby nie chce ingerować, bo na bałagan nie ma mądrych, a tu karuzela zasuwa w coraz bardziej pijanym widzie. Prezes Farfał wywalił biura konkurencji, czyli Bochenka i Siwka z Woronicza na banicję przy Powstańców Warszawy. Od razu rozpoczęła się jak za Urbańskiego zabawa z włóczeniem po sądach. Prostą i oczywistą kwestię znowu rozstrzygnie sąd, bo idiotyczną rzeczywistość medialną zafundowali nam za nasze pieniądze niedouczeni politycy z ambicjonalnym przerostem chcieć, a niedoborem umieć. A cała generacja starszych dziennikarzy z rozrzewnieniem wspomina czasy Szczepańskiego i Kwiatkowskiego. Okazuje się, że aktualnie nawet wierzący z wierzącym nie jest w stanie dogadać się o cenę sumienia. A w Rzeszowie telewizją kieruje wybitny specjalista, ale od zadymiania a nie telewizyjnej roboty. Widocznie potrafi nieźle farfalić.

Roman Małek

piątek, 3 lipca 2009

List poparcia podkarpackiej RACJI dla Prezydenta Stalowej Woli.

Rzeszów, dnia 02.07.2009 r.


Pan Andrzej Szlęzak

Prezydent Stalowej Woli


Zarząd Wojewódzki Racji Polskiej Lewicy województwa podkarpackiego przekazuje Panu swoje szczere i zdecydowane poparcie w przeciwstawianiu się bezprawnej samowoli hierarchów kościelnych, usiłujących w sposób bezczelny wymusić teren pod budowę ósmego już kościoła w mieście, tym razem na osiedlu Młodynie. Nie można dopuścić do bezkarnych kpin z obowiązującego stanu prawnego tylko dlatego, że ktoś nosi sutannę i ubzdurał sobie wznoszenie kolejnej świątyni tam, gdzie ona powstać nie powinna. Jest to przejaw stawiania się ponad wszelką władzą administracyjną i samorządową. Takiemu bezzasadnemu wywyższaniu się należy zdecydowanie przeciwstawić cywilizowane obyczaje. Jesteśmy pełni podziwu dla Pana determinacji w dążeniu do przeciwdziałania jakiejkolwiek samowoli. Pozostajemy w przekonaniu, że tej determinacji nie zabraknie również w dalszych Pana poczynaniach, w godnym spełnianiu prezydenckich powinności.

Łączymy wyrazy najwyższego uznania i szacunku.


Andrzej Walas

Przewodniczący



sobota, 13 czerwca 2009

I po wyborach

Wyborczy młyn przetoczył się przez cały kraj. Tym razem wybieraliśmy tych, którzy przez najbliższe pięć lat będą nas reprezentować w Parlamencie Europejskim. Cała kampania przypominała kiepskie piwo. Dużo sikania, a mało procentów. Czegóż ci kandydaci nie obiecywali. A to załatwią budowę szkoły, to znowu most, drogę do świetlanej przyszłości, spowodują, że wszyscy będą młodzi, piękni i bogaci, albo coś podobnego. Nie obiecywali jedynie załatwienia unijnych pieniędzy na Frankowe koło do wozu drabiniastego. Jeśli kompetencje Europarlamentu popieprzyły im się z uprawnieniami urzędu gminy, to powinni kandydować do rady sołeckiej, albo rady parafialnej, a nie pchać się na europejskie salony. Jeden z kandydatów dał się w Rzeszowie włóczyć za samochodem, ale nie pomogło. Nie ukrzyżykowali go. Dwóch chwaliło się, że są sprawdzeni. Nie podali tylko przez kogo. Też nie pomogło, bo widocznie sprawdziły ich jedynie żony, a nie elektorat. Mieliśmy na listach trochę desantu, ale zrzutkom także nic nie pomogło. Marian Duce Krzaklewski chadzał trochę po rzeszowskim rynku, przybył wraz z małżowiną do lokalu przy Dominikańskiej i co? A także nul. Nie pomogło nawet poklepywanie przez Tuska po garbie. Gdzieś w Polsce wybrano Kazimierza Marcinkiewicza, ale nie tego. Wybrano panią Hubner, ale również nie tę. Za to uczony wielce Kraków postawił na zdecydowanie niedouczonego Ziobrę i cieszy się, że zakpił sobie z pragmatycznej logiki. Samoobrona nie przekroczyła progu za co Lepper obwinił telewizornię, która sekowała go. Ale Libertas z uduchowionym Zawiszą TVP preferowała wielce, a wynik uzyskali jeszcze gorszy. Teraz zaczęła się batalia o unijne stołki. Chodzi o gospodarczego komisarza, czyli unijnego ministra, nie mylić z ministrantem, oraz przewodniczącego. Tu nasz przykrzaklewski Buzek, przygarnięty do upojnej piersi Platformy, wojuje z czwartorzędnym makaroniarzem. Całe wybory olała nasza młodzież i znaczna większość elektoratu wiejskiego. Żeby tylko znowu nie wyszło na to, że wszystkiemu winne jest przypadkowe społeczeństwo, ujadające kundelki, cykliści, komuniści i liczba plam na Słońcu. A poza tym to wszyscy zdrowi. Najlepszą jednak wiadomością ostatnich dni był news o 75. urodzinach Kaczora Donalda, który nadal cieszy się dobrym zdrowiem i witalnością.

Roman Małek

Dwa w jednym

Nasi władcy zafundowali nam cymes spektakl zatytułowany 20. rocznica obalenia komunizmu w Polsce. Mało istotnym jest fakt, że obalono coś, czego w naszym kraju nikt nie widział. Obaliła go w telewizji aktorka Szczepkowska i Jarosław I Sprawiedliwy pospołu z bliźniakiem, czego też nikt nie widział. Sami obalacze od razu podzielili się na dwie zwalczające się frakcje obrośnięte wszelkiej maści potakiewiczami i klakierami. Wojna zatem wybuchła na dobre. W konsekwencji mieliśmy dwie konkurencyjne imprezy. W Gdańsku zorganizowano ją na obstalunek prezydenta, a w Krakowie premiera. Przy czym ta w Gdańsku została zaszczycona prezydentem, Kurskim i prałatem Jankowskim, a ta w Krakowie przez całą rządową wierchowinę, Lecha Wałęsę i europejskie głowy państwa. No i cóż miał robić statystyczny Polak? A to, co zrobił. Olał równiutko obie i poszedł na piwo. Mnie bardziej do gustu przypadła impreza gdańska. Zdecydowanie więcej uciesznych głupot tam nawyplatano i namlaskano. No i ten imponujący program! Msza, wiec, grochówka i biało-czerwony tort. A cały cywilizowany świat znowu miał ubaw po pachy. Jak zwykle wyszło bowiem, że nasze elyty różnią się nawet w kwestii odpowiedzi na pytanie, która jest godzina, a co dopiero w poważniejszych sprawach historycznych. A szanowny obywatel Dżeki Marchewa miał okazję do filozoficznej refleksji. Stwierdził z przekonaniem, że znowu za nasze pieniądze nasrali nam w kalendarz.

Roman Małek

Kłaść interes

W ostatnim miesiącu fajerwerki słowne ogniskowały się w zasadzie na kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Bardzo ciekawych i trafnych określeń nie odnotowałem. Ot, taka sobie standardowa szarzyzna. Chociaż harcownicy starali się, ale jakby nie stało weny twórczej.

Kinderniespodzianka – to w połowie przetłumaczone z niemieckiego słowo zrobiło karierę w trwającej kampanii wyborczej. Wpierw Janusz Palikot uznał, że jego adwersarz z PiS zamiast jaj ma kinderniespodzianki, a niedawno tenże zaczepiony publicznie przekazał mu z kolei w rewanżu dwa takie jajka zabawki w kontekście jego szemranych interesów z podejrzanymi firmami z rajskich Karaibów. W tej jajcarskiej przepychance górą są jaja dla dzieci. Takie jaja, jacy jajcarze.

Kłaść interes – przyprezydencki Michał Kamiński, chcący uszczęśliwić europarlament swoją fizjonomią, oświadczył wszem i wobec, że kładzie interes narodowy przed wszystkimi innymi. Nikt mu tego nie może zabronić. Inni ten interes jednak stawiają, ale Kamiński chce go kłaść, żeby leżał. Można na leżąco z interesem coś robić, ale na pewno nie narodowym. No, chyba że interes Kamińskiego został podniesiony do takiej rangi, że stał się on narodowym, ale o tym nawet Radio Maryja nic nie obwieszczało i Pospieszalski również nic nie mówił. Jednak Kamińskiemu nawet z kładzionym interesem wypada życzyć interesowej sprawności.

Kurtyzana – tak pieszczotliwie Jacek Kurski raczył zdefiniować Platformę Obywatelską. Jeśli wierzyć słownikowi, tak określano drzewiej kochankę wysoko postawionej osobistości. Z kim zatem ta Platforma puszcza się? Nie sądzę, żeby akurat z Kurskim, albo boską Szczypińską. A może Kurskiemu chodziło o Pawlaka? Chociaż z drugiej strony premier mając dziadka w Wermachcie mógł partyjne uczucia skierować w stronę pani kanclerz Merkel. Bądź co bądź, przynajmniej z imienia anielska. Wiano także nie do pogardzenia.

Rozrzutnik – w ten sposób Andrzej Szlachta określił prezydenta Ferenca za sfinansowanie portretów wszystkich władców Rzeszowa od autonomii galicyjskiej począwszy. Uznał, że poprzedni zestaw obskurnych fotografii był w sam raz. Kwestia gustu. Według mnie ta fotograficzna mizeria nadaje się, ale do galerii sołtysów w Porażu, a nie burmistrzów i prezydentów królewskiego miasta Rzeszowa. Ponadto uważa on, że prezydent Ferenc naruszył jego godność zlecając wykonanie kiepskiego obrazu bez zgody Szlachty. Według mnie obraz jest o wiele korzystniejszy od żywego pierwowzoru, chociażby z tego powodu, że nic nie mówi. A poza tym zawsze można prezydenta zaskarżyć. Doda nawet ostatnio wygrała proces o majtki, to dlaczego Andrzej Szlachta nie miałby wygrać o konterfekt?

Szkodnik polityczny – Grzegorz Napieralski tak postrzega naszego Mariana Duce Krzaklewskiego. Chodzi mu głównie o to, że tak kierował państwowym wehikułem z tylnego siedzenia, że doszło do zmęczenia materiału i cała maszyneria dupnęła z hukiem o dno budżetowej dziury. Trzeba było później tę dziurę przez lata zasypywać, a i tak do dzisiaj to nie udało się do końca. A w Europie trzeba mieć z czym pokazać się, a nie tylko samymi wartościami i zestawem nadętych min.

Roman Małek

piątek, 8 maja 2009

Co z tym majem ?

W pewnym takim sobie dzienniku lokalnym redaktorski nielot pozwolił sobie na robienie jaj ze Święta Pracy. Jeśli poprawiło mu to samopoczucie, to dobrze. Są różne upodobania. Jedni lubią perfumy, inni gdy im nogi śmierdzą. I Maja jest obchodzone od 1890 roku. Fakt, że w czasach PRL traktowano to święto z przesadną tromtadracją i nikomu niepotrzebną przesadą, nie usprawiedliwia lekceważącego traktowania go obecnie. Odebrałem to z niesmakiem jako oczywistą pogardę dla ludzi pracy. Odnoszę wrażenie, że w naszym kraju ludzie żyjący z pracy popadli w jakiś niebyt. Istnieją jedynie wyż  wzmiankowany redaktor, biznesmeni i posiadacze ziemscy. Z pewnością nawet bezrobotni, to biznesmeni i posiadacze, których na niekorzyść tych rzeczywistych przybywa, ponieważ światowy kryzys wyrzuca w strefę ubóstwa kolejne rzesze ludzi pozbawionych pracy.

Traktowanie 1 Maja, jako święta lewicy jest swoistym nieporozumieniem, wynikającym w dużej części z upartyjnienia obchodów w czasach PRL. Przecież zostało ono ustanowione dla konsolidacji ludzi pracy w obronie interesów pracowniczych i socjalnych. Organizacją manifestacji i innych form walki o swoje prawa zajmowały i zajmują się w świecie związki zawodowe. Wygląda na to, że w Rzeszowie ludziom pracy żyje się sielankowo i nie ma żadnych spraw do załatwienia, albo że taki gatunek tu nie występuje. Być może, iż związkowcy spod cyrylicy wolą za dużo nie myśleć, aby sobie nie wyrządzić krzywdy.

Nie pomógł nawet fakt, że od pewnego czasu w dniu tym czczony jest św. Józef Robotnik.

 Roman Małek

Służba milionom

   Dobiega końca kadencja Parlamentu Europejskiego. Cóż tam nasi wybrańcy, europejczycy pełną gębą, zdziałali? A, mniej więcej tyle samo, co w naszym rodzimym parlamencie. Niewielka część starała się robić coś sensownego, a większość obijała się, ośmieszała nas i plotła różne idiotyzmy. Niektórzy próbowali nawet je realizować, organizując Europie pod prąd jakieś akcje. W sumie kilku spośród 54 parlamentarzystów z mozołem starało się zbudować pozytywny wizerunek Polski po to, aby pozostała większość miała co spieprzyć. Ale jak można dziwić się temu, skoro z Ligi Polskich Rodzin wysłaliśmy tam starego Giertycha, który oficjalnie szczyci się tym, że wszystkie głosowania przerżnął z kretesem? Co mieli tam do powiedzenia ci, którzy językami sprawnie posługiwali się, ale wyłącznie tymi u butów, ponieważ nawet ojczysty niemiłosiernie kaleczą? Gdy na to nałożymy żałosny spór prezydencko-rządowy o użyczenie unijnego stołka do posiedzenia sobie w Brukseli, trudno dziwić się, że traktują nas tam trochę jak osiodłanego pawia z papugą. I w taki nieskomplikowany sposób nastał koniec już na samym początku naszej kolaboracji z Europą.

   Skoro wybory mają się odbyć, rozpoczęto pudrowanie i cukrowanie własnych kandydatów, szukając solidnego błota na innopartyjnych i gotując kampanijne hołubce, które zakończy gorączka wyborczej nocy z 7. na 8. czerwca. Oczywiście tę gorączkę przeżywać będą wyłącznie kandydaci i ich sponsorzy. Już na dzień dobry zgłoszono 20 komitetów wyborczych, w tym Związek Słowiański lansujący podlaskiego Marchołta grubego a sprośnego, czyli Krzysztofa Kononowicza, który wyróżnia się tym, że ma ładniejszy sweterek od Kurskiego i w dodatku jeszcze podlaską uszankę na zimę. Ażeby było weselej, ideowo przewodzi on partii Podlasie XXI wiek. Na taki pomysł nie wpadł by nawet Woody Allen. Komórkowy podział nastąpił w Samoobronie, gdyż zgłosiła się ona do wyborów w dwóch osobach prawnych.

   Później nastąpiła najtrudniejsza faza przedwyborcza, ustalanie list wyborczych. Chętnych bowiem do napisania podania do elektoratu o przyznanie mandatu ze względu na ciężką sytuację materialną rodziny, jest nadmiar, a mandatów w całej Polsce jedynie pięćdziesiąt. Ponadto wszyscy chcieliby pisać, niczym w Porażu, z pierwszego rzędu. Bój toczy się bowiem o nie byle co! Chodzi o zgarnięcie w ciągu 5 lat coś ponad 4 mln złociszy. Przy takiej gaży  nawet szóstka w totka bez solidnej kumulacji wysiada. I wtedy zaczęło się! Największe tornado przeszło przez zasłużony aktyw PiS, gdzie prezes demokratycznie wszystkich trzyma za mordę i preferuje zasadę starego H. Forda, który ogłaszał, że każdy ma prawo wybrać sobie kolor jego samochodu, byle był czarny. Kilku posłów z jego drużyny pierdyknęło mu drzwiami i poszło gdzie indziej. I tak radiomaryjna Anna Sobecka poszła do „Libertas”, nasz Mieczysław Janowski odkrył w sobie nagle powołanie małorolne, a Mojzesowicz po prostu poszedł sobie w kibini mater.

   Na Podkarpaciu transfer Janowskiego nie jest największym wydarzeniem. W spadochronowym zrzucie rąbnął o podkarpacką glebę związkowy geniusz z Kolbuszowej, niejaki Krzaklewski Marian i od razu trafił w jedynkę na liście PO. W zrzucie nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie to, że Platforma powstała kiedyś właśnie przeciw Krzaklewskiemu. Czy może być większa ironia politycznego losu? W sumie ofertę mamy bogatą. Wybierać będziemy ze stu kandydatów wpisanych na 10 list. Wśród spadochroniarzy znalazł się u nas również Daniel Pawłowiec już niegdyś mizernie posłujący z Sieradza. Ale jak na polityczny plankton przystało zostanie pożarty nawet przez zwykłe wyborcze uklejki, a co dopiero grubsze ryby.

   Teraz już tylko kampanijne słodzenie i lanie pomyj. Próbkę mieliśmy już na górze. Ku ogromnemu zdumieniu dowiedziałem się, że prezydent załatwił miliardy euro, balonowe mistrzostwa Europy, potęgę Gruzji i Konstytucję 3 Maja, natomiast rząd jedynie łzy, kryzys międzynarodowy i świńską grypę. Ze spotu wyborczego PiS wynika niezbicie, że jedynym Piłsudskim XXI wieku jest nasz prezydent, oczywiście zupełnie apolityczny. Czekam na ciąg dalszy. Będzie ciekawie. U nas na razie panuje względny spokój, mało ćwiczeń z plucia. Zdziwił mnie tylko 3 maja tłok z wieńcami przy Kościuszce. Kandydatów, oczywiście! A kandydat Andrzej Szlachta coś ze trzy razy obracał z wieńcem pod tego Kościuszkę. Przecież mógł sobie usprawnić robotę. Pójść raz i stanąć, a wcześniej zobowiązany umyślny donosił by mu wieńce z odpowiednią szarfą, po wyczytaniu przez spikera. Wówczas tylko by składał z ukłonem i wdziękiem. Ale wydaje mi się, że na Kościuszce nie zrobiło to większego wrażenia, pozostał nieporuszony.

Roman Małek

Kaczorki lepsze

    Jak to u nas w zwyczaju, przed każdymi wyborami nasi wybrańcy opluwają się solidnie, ku uciesze coraz bardziej rozsierdzonego i sfrustrowanego społeczeństwa, nękanego skutkami ich nieudolności. Te igrzyska zaczynają już być trochę nudne i prowadzą raczej do niezbyt optymistycznych refleksji. Jaśniejszą ich stroną jest jedynie nowatorstwo stosowanych form językowych. Zaświadcza to jednoznacznie, że moja rubryka może liczyć na ciągły dopływ nowiuteńkich rodzynków. Tak trzymać, panowie! 

Małpia wojna – kolejna faza wojny na górze, a ta góra już dawno urodziła mysz. Tym razem małpia wojna, ponieważ bogobojny elektorat małpeczką nazywa wódczanego kurdupla, zawierającego mniej niż przyzwoite pół basa kwalifikowanej gorzały. Osobiście bardziej odpowiada mi, będące również w językowym obiegu, refleksyjne określenie atroficznej butelki mianem – emerytka. Chodzi o to, że emeryta na taką mizerotę jedynie stać. Proponuję, na cześć naszego prezydenta, te najmniejsze 100-gramowe małpeczki nazwać kaczorkami. Pierońska batalia zaczęła się bowiem wówczas, gdy poseł Palikot próbował dociec medialnie po kiego grzyba, albo dla kogo, kancelaria prezydencka zafundowała 47 litrów emerytkowych pojemników z gorzałą. Zaś kanceliści prezydenta, zamiast odpowiedzieć, kto w takiej mizerii gustuje, niby w trosce o czystość rządowych obyczajów zapytali od vocem, kto z kolei wypił wino czerwone i białe (zwłaszcza to czerwone) zakupione przez gryzipiórków z kancelarii premiera, za jedyne 42 tysiące złotych. W moim odczuciu na pohybel należy się premierowi. Za poczynienie poważnego kroku w stronę wynarodowienia władzy wykonawczej. Upijać winem mogą się jacyś makaroniarze, albo inne żabojady, a nie nasi prawdziwi, narodowi katolicy i patrioci. Też coś! Taż to o pomstę do nieba woła! Nawet rozgrzeszenie nie przysługuje.

Podskakiwać do góry – odkrywcza semantycznie konstrukcja językowa posła Kurskiego. Otóż w ten sposób ujął tenże Kurski reakcję premiera Tuska na wieść, że prezydent Obama zaszczyci go przy okazji intelektualnej uczty serwowanej przez prezydenta PiS. To ewidentnie zaświadcza, że wśród prawych i sprawiedliwych istnieją jeszcze inne kierunki poskakiwania. Pewnie można podskakiwać również w dół, w bok, przed siebie oraz do tyłu. Uczeni w piśmie twierdzą, iż można zrobić skok w bok, ale nie podskok. Można również niechlubnie dać tyły, jak chociażby nasi pod Korsuniem czy Ujściem, ale podskakiwanie do tyłu przystoi wyłącznie ekwilibrystom i Kurskiemu. Natomiast w dół da się wskoczyć, ale podskoczyć nie sposób.

Polityczny clown – to nowy tytuł nadany marszałkowi Niesiołowskiemu przez misyjnie sfrustrowanego, narodowego ideologa o czysto polskim nazwisku, czyli niejakiego Wildsteina, dla niepoznaki Bronisława. Po nadaniu tego tytułu onże Wildstein nadął się niczym ten Krzaklewski w najlepszych czasach i demonstracyjnie wyszedł ze studia TV, niestety bez torebki. Wyraźnie rozbawiony marszałek uznał to określenie za komplement, a samo wyjście za zbawienną działalność proekologiczną, gdyż powietrze zdecydowanie oczyściło się i odczuwalnie zmniejszony został środowiskowy poziom politycznych toksyn.    

Renacjonalizacja – to podstawowy cel nowej partii o nazwie Naprzód Polsko, stworzonej na wzór Forza Italia Berlusconiego. Naprzód młodzieży świata… już było. Ale Grabowski i Zawisza, nawet z podmalowanym wąsem, za młodzieniaszków mogą tak robić, jak moja teściowa za muzę pieśni miłosnej. Podjęli kolaboracje z międzynarodówką o dźwięcznej nazwie Libertas i zamierzają w Parlamencie Europejskim zmobilizować zdrowe siły starego kontynentu do przywrócenia realnego socjalizmu pod tytułem Naprzód Polsko na czele z Zawiszą z wąsikiem i Grabowskim z grabiami. Grzebałem w różnych kwitach, ale o tej renacjonalizacji niewiele znalazłem. Może coś sensownego dopiszą naprzodowcy? Obaj pisali już przecież i bełkotali w różnych partiach o różnych idiotyzmach. A może w narodowym widzie pokiełbasił im się ten europejski parlament z grą w zechcyka, a może zwyczajnie króliki im na strychu pieprzą się?

Tom drogom – nowatorska fonetycznie forma preferowana z lubością przez prezesa Jarosława I Sprawiedliwego. Uwzględniając prawidłowości językowe można by to zrozumieć, jako skróconą wersję zdania – tom poświęcony polskim drogom. Kontekst wskazuje jednak na ewidentną cechę charakterystyczną dla niektórych gwar, polegającą na rozszczepieniu samogłosek nosowych. Widocznie tak jest w gwarze żoliborskiej. Nie sprawdzałem. Zatem prezes chciał powiedzieć – tą drogą. Aż strach pomyśleć, co było by, gdyby nasz premier zaczął swoje przemówienia haratać w dialekcie kaszubskim! A, tak przy sposobności, panie prezesie, zaimek „ta” ma w rodzimym języku swoje różne formy fleksyjne w bierniku i narzędniku liczby pojedynczej. Dlatego, z szacunku dla tych zasad językowych, należy oglądać tę krowę (a nie tom), ale zabawiać się z tą damą. Chyba, że woli pan akurat odwrotnie. Ale błąd i tak pozostanie.

Roman Małek

wtorek, 5 maja 2009

1 maja 2009

Utrwalonym obyczajem w przedpołudniowej porze świątecznego dnia pod rzeszowskim Pomnikiem Walk Rewolucyjnych zebrali się przedstawiciele lewicowych partii politycznych i związków zawodowych., aby zamanifestować solidarność z dążeniami ludzi pracy. W dobie sprokurowanego przez drapieżne banki kryzysu ekonomicznego i w konsekwencji gospodarczego, rosną szeregi bezrobotnych, poszerza się strefa socjalnej biedy. Coraz więcej ludzi zaczyna żyć poniżej minimum socjalnego. Kolejne załogi podkarpackich zakładów pracy są zagrożone masowymi zwolnieniami z pracy, a tym samym wypchnięciem na socjalny margines egzystencjalny.

Przeciwko takiej rzeczywistości, zgotowanej ludziom pracy przez nasze kłótliwe władze państwowe, zebrani pod pomnikiem zaprotestowali stanowczo. Te niepokoje i związane z nimi żądania, wyartykułowali lokalni przywódcy partyjni i związkowi: Tomasz Kamiński – poseł na Sejm, przewodniczący Rady Wojewódzkiej SLD, Leszek Cupryś – przewodniczący Forum Związków Zawodowych i Radosław Froń ze Zrzeszenia Studentów Polskich. Delegacje partyjne i związkowe złożyły pod pomnikiem okolicznościowe wieńce i wiązanki kwiatów. Wśród nich znalazła się delegacja licznie przybyłych członków podkarpackiej RACJI Polskiej Lewicy, z przewodniczącym Andrzejem Walasem na czele. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości, uczestnicy obchodów przeszli do ogrodów SLD, gdzie organizatorzy przygotowali plenerowy piknik.

Roman Małek