piątek, 29 stycznia 2010

Którędy Na Lewo ?

   Pod koniec minionego roku w Rzeszowie przebywała prof. filozofii Uniwersytetu Warszawskiego Maria Szyszkowska. Na spotkanie z tą niezwykle interesującą postacią polskiej lewicowej myśli filozoficznej przybyła spora grupa ludzi z różnych orientacji politycznych. Z pewnością warto było. Pani profesor bez zbędnej egzaltacji w komunikatywny sposób sformułowała własną, niezwykle konsekwentną, diagnozę życia politycznego w Polsce oraz roli, a zwłaszcza słabości, lewicy polskiej. Wykazała, że tak modny w świecie liberalizm światopoglądowy, kulturowy i obyczajowy nie ma nic wspólnego z neoliberalizmem ekonomicznym, który jest elementem tworzenia nierówności społecznej, na której zbudowano kapitalizm. Między kapitalizmem i demokracją istnieje sprzeczność, gdyż dominacja kapitału wyklucza demokratyczną równość. Uważa za wielki błąd odejście politycznych reprezentantów lewicy od lewicowości na rzecz właśnie neoliberalizmu, głównie ze względu na chęć zachowania stanowisk. Wystarczy chociażby przytoczyć reakcje lewicowych rektorów wyższych szkół prywatnych, którzy dla świętego spokoju zatrudniają u siebie kapelanów.

   Ugrupowania lewicowe popełniły po transformacji cały szereg niewybaczalnych błędów, do których zaliczyła między innymi:

- wykazywanie wstydliwości za czasy PRL, próby odcinania się od nich,

- bezkarne tolerowanie kłamliwych opinii o tym okresie,

- nieznajomość prostych sprzeczności ideowych i wynikający stąd relatywizm ideowy,

- dopuszczenie do takich przemian, w których człowiek przestaje być wartością nadrzędną,

- doprowadzenie na lewicy do sztucznego konfliktu pokoleń, który nie istnieje. Jeśli istnieje jakiś konflikt, to raczej konflikt wrażliwości, społecznych preferencji i doświadczeń, który nie przebiega wzdłuż granicy wieku,

- pozwolenie na sprowadzenie lewicy do głębokiej defensywy,

- bezsensowne wybieranie zużytych przywódców, którzy wiele lewicy zaszkodzili (Kwaśniewski, Olejniczak),

- dopuszczenie do tego, że Polska stała się jednoświatopoglądowa,

- stworzenie na złych zasadach młodzieżówki SLD, która jest zupełnie bezideowa, a celem aktywności w niej są wyłącznie kariery polityczne. Jest to konsekwencja zapełniania świadomości młodzieży pseudo wartościami. Po to między innymi wyrzucono z programów kształcenia filozofię na rzecz socjologii, czyli zastąpiono naukę myślenia opisem.

   Sporo uwagi profesor Szyszkowska poświęciła licznym paradoksom naszej współczesnej rzeczywistości politycznej i społecznej. Gdyby dotyczyły one jedynie sfery ideowych sporów, byłoby znakomicie. Jednakże odbijają się dotkliwie także na sferze socjalnej i wolnościowej. Pozwoliła sobie wyakcentować niektóre z tych paradoksów, zaliczając do nich również:

- stworzenie przez prawicę z socjalisty Piłsudskiego swojego idola politycznego,

- deklarowanie zasad wieloświatopoglądowych przy równoczesnym ukształtowaniu państwa tak jednoświatopoglądowego, jakim Polska jeszcze nigdy nie była. Katechezę wprowadzono już nawet do przedszkoli,

- dominacja ideologii prawicowej w środowisku wiejskim tam, gdzie reforma rolna stworzyła wiejskiej biedocie warunki bytowania,

- prawica stała się bardziej ideowa aniżeli lewica,

- lewicowych pisarzy było wielekroć więcej w okresie dwudziestolecia międzywojennego, aniżeli obecnie,

- w warunkach ciągle rosnącego znaczenia mediów lewica sama pozbyła się ich i nic nie robi, aby takie mieć. To już nie jest błędem, ale głupotą,

- próby budowania wizerunku lewicowego Kościoła,

- wstydliwe zawieranie koalicji sejmowych nawet, gdy dotyczą spraw programowych lewicy,

- pozbawienie bezrobotnych przez rząd lewicowy zasiłków, czego nie ma w żadnym kraju starej Unii.

   Było to jedno z nielicznych niezwykle interesujących spotkań, w których miałem sposobność uczestniczyć w ostatnich latach.

Roman Małek 

I Jak Tu Nie Pić!

   Pierwsza grudniowa sesja po części utonęła gdzieś między rzeczywistością, wyobrażeniami, a literacką fikcją i brakiem realizmu. Polityczne popłuczyny urastały do rangi opatrznościowej wizji, a pragmatyczne propozycje do apokaliptycznych plag. A dotyczyło to projektu uchwały o zwiększeniu w mieście limitu punktów handlujących gorzałą. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że niektórzy musieli empirycznie sprawdzić eksperyment Noego, ponieważ z takim znawstwem mówili o zgubności picia, jakby wiedzieli o czym mówią. A ta zgubność według moich doświadczeń pojawia się dopiero w warunkach wystąpienia znamion grzechu głównego, zdefiniowanego w katechizmie jako nieumiarkowanie w piciu. Chociaż ten katechizm za gorsze uznaje nieumiarkowanie w jedzeniu, to jednak nikt sklepów spożywczych nie limituje w naszym katolickim kraju. Niektórzy radni wzięli taki rozpęd, że mogli nawet unieważnić obowiązującą ustawę sejmową, gdyby nie czujność prezydenckiej strażniczki porządku prawnego, która ten impet nieco zamortyzowała. Cała zabawa przeniosła się na kolejną sesję, w czasie której tradycyjnie wystąpili antygorzelnicy Sikory. Najbardziej zaimponował mi radny Kultys, który dopatrzył się u owych antygorzelników przejawów heroicznego profesjonalizmu. Albo jest wielkim jajcarzem, albo wystąpiły u niego jakieś zakłócenia ewolucyjne. Zlepek bzdurnych komunałów i głupoty na patyku, to profesjonalizm? Żal mi było bardzo radnego Pytlaka ze Zwięczycy, który zwierzył się zebranym ze swojej niedoli, gdyż dla napicia się piwa musiał onegdaj drałować aż 8 km. Przecież nie musiał zasuwać aż do Tyczyna. Wystarczyło do Wisielca przy Dąbrowskiego. Ale cała para nie poszła w gwizdek. U ruskich gorzała podrożała drugie tyle i na nasze flaszka kosztuje już 8 zł.

   Ostatnia grudniowa sesja rozpoczęła się jednak bombkowo. Magistracki dyrektor Tadeusz Szylar wtaszczył kosz pełen owych bombek, które aktywni mieszczanie nafaszerowali życzeniami i powiesili na rynkowej choince. Trzy losowo wybrane obiecał prezydent spełnić, niczym złota rybka. Przyniesiono stosowne ustrojstwo do tłuczenia w postaci tacy i młotka. Męczyli się z tymi kulistymi dmuchańcami szklanymi: przewodniczący Fijołek, wiceprezydenci Ustrobiński i Wolicki oraz Marta Niewczas. A wystarczyło zatrudnić Jagienkę z „Krzyżaków”. Za jednym posiadem cały kosz zamieniłaby w miazgę. W bombkach były dwa zbuki, czyli bez farszu. Życzeniotwórcy jednak nie błysnęli pomysłowością, od której prezydenta rozbolałaby głowa.

   Radni nadali nazwy ulicom w Budziwoju i części Miłocina, włączanych od 1 stycznia do Rzeszowa. Tym razem te nazwy są na ogół językowo poprawne, czyli wyrażone w formie dzierżawczej. Z dwoma wyjątkami, przy czym jeden wywołał nawet polemikę, gdyż na błędne konstrukcje z wzgórzami w treści zgłasza swój monopol Przybyszówka. Chodziło o propozycję nazwy ul. Pogodne Wzgórze. Podobne, w błędnej wersji, istnieją już w Przybyszówce, jak chociażby ul. Janiowe Wzgórze. I jedno i drugie określenie nazywa jakiś obszar związany z ulicą, która albo do niego prowadzi, albo przez niego przebiega. Nie powinna zatem mieć takiej samej nazwy fizjograficznej wyrażonej w mianowniku, tylko podrzędną formę dzierżawczą - ul. Janiowego Wzgórza, albo Pogodnego Wzgórza. Gdyby było inaczej to dla przykładu nazwy ulic: Targowa, Zamkowa, Ogrodowa, Strzelnicza, Staromiejska, Załęska, Słocińska i Podgórska musiałyby brzmieć odpowiednio: Targ, Zamek, Ogrody, Strzelnica, Staromieście, Załęże, Słocina i Podgórze. Ucho więdnie! Ale tym razem postęp jest wyraźny. Nie było nawet próby nazywania ulic imieniem kogoś, kto dla miasta zasłużył się jedynie tym, że dał się gdzieś zastrzelić.

   Prawdziwa burza, tym razem nie w kieliszku, ale w wiadrze paliwa wybuchła przy okazji podwyższenia taryf za przewozy MPK. Prawi i sprawiedliwi postawili na sesyjnej ambonie prezesa Krygowskiego, kierującego tą firma od kilku miesięcy i walili w niego za wszystkie krzywdy Polaków w całym tysiącleciu. Bój poszedł o kondycję ekonomiczną i organizacyjną MPK, objęcie ulgami także uczniów szkół policealnych oraz ceny biletów. Nie ma większego sensu komentowanie niezgłębionej mądrości prawoskrętnych dyskutantów. Zobrazuję to jednym charakterystycznym przykładem. Radny Kultys huknął w pewnym momencie taką argumentacją, że utrzymać powagi nijak nie dało rady. W swojej analitycznej logice doszedł do takiej tezy, że ceny biletów należało podnosić corocznie, powiedzmy, o trzy procent, a nie jednorazowo o 10. W dodatku stwierdził, że byłoby to bardzo korzystne dla rzeszowian. Nie wiem kto uczył go matematyki, ale na pewno powinien oddać pieniądze pobrane za nauczanie. Jeśli ceny powiedzmy trzy lata temu podniesiono by o 3 proc., 2 lata wstecz o następne 3, a w tym roku podniesiono o następne 3, to jakim cudem ludzie zapłaciliby mniej? Zapłaciliby drugie tyle! I z tego mieli cieszyć się? Panie radny. Są dwa sposoby obcinania ogona psu. Albo jednym cięciem, albo kilkoma po kawałku. Nie wiem jak pan, ale psy wolą zdecydowanie ten pierwszy sposób. No tak, ale pan przecież nie ma ogona!

   Wypada jednak zakończyć trochę optymistycznie. Otóż badania kogoś tam wykazały, że 60 procent rodaków optymistycznie patrzy w 2010 rok. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że pozostałe 40 procent albo należy do PiS, albo nie ma na pół litra.

Roman Małek 

Kulawy Eskulap

   Coś bardzo niepokojącego zaczyna narastać w całym systemie ochrony zdrowia. Celowo nie używam określenia służba zdrowia, ponieważ aktualnie jest to pojęcie archaiczne, jakby z innej epoki. Zresztą służba zniknęła nawet z wojska. Żołnierz do koszar idzie pracować, a spokoju jego pracy oraz militarnych tajemnic strzegą nie wartownicy, a ochroniarze. Jako relikt pod tym względem funkcjonują jedynie służby specjalne i służenie do mszy. Nie można również używać określenia biały personel, bo w międzyczasie jakoś nam pozieleniał. Biel jeszcze używana jest w piekarni i przy pierwszej komunii. Ponoć pogrubia!

   W stanie atrofii znajduje się coś, co kiedyś nobilitowało zawody medyczne, czyli etyka zawodowa. Jej wzniosłe ideały, zawarte chociażby w przysiędze Hipokratesa, uległy pośpiesznie trzem procesom: prywatyzacji, merkantylizacji i biurokratyzacji. Jest to sytuacja, jak z fortepianem Chopina u Cypriana Norwida. Ideał sięgnął bruku! Spróbujmy zatem przyjrzeć się tym procesom bliżej. Jeśli pacjenta stać na kosztowne leczenie prywatne personel medyczny będzie koło niego dreptał niczym w serialowym szpitalu w Leśnej Górze. Natomiast pozostali są skazani w większości na wegetację w placówkach publicznych, które nagminnie cierpią na chroniczny brak wszystkiego z wyjątkiem sterty idiotycznych formularzy do wypełnienia i chorych procedur. Nie ma wypełnionego formularza, nie ma pacjenta, a co za tym idzie, finansowania przez NFZ. Instytucję, która tak się ma do ochrony zdrowia, jak Kuba Rozpruwacz do św. Mikołaja. Przypomina raczej bezduszny kombajn do mielenia ludzkiego nieszczęścia. Dlatego kobieta ciężarna przy wypełnianiu kwitów urodziła na stojąco, a noworodek na przywitanie tego łez padołu huknął z rozmachem o posadzkę. Nie za bardzo zagrało wszystko u rodzącej i noworodka, ale za to w kwitach grało, jak najbardziej! Czyli płeć jak formularz, formularz jak płeć, nie musi się korzystać, ale musi mieć. Niektórzy tak gorliwie wypełniają te kwity, że raz nawet wyszło, iż pacjentka miała ciążę przechodzoną do 18 miesięcy. Może były wymiarowe, partyjne bliźniaki? Każdy po 9 miesięcy? Ale procedura przeszła!

   Wszystko zostało również policzone przez urzędników. Ale jak policzone? W prosty sposób! Ma wystarczyć na podwyżki dla owych urzędników, a nie musi wystarczyć na leczenie. Jeśli ktoś choruje na niezbyt popularną chorobę, której leczenie z tej racji jest kosztowne, może od razu rezerwować miejsce u św. Piotra, bo w NFZ jest to niemożliwe. Z racji wieku niektóre zabiegi też ekonomicznie nie przysługują. W armii austriackiej Szwejka i jego dzielnych kamratów nagminnie kurowano gratisową lewatywą. U nas nie do pomyślenia, nie każdemu przysługuje. I później dziwią się, że gdzieś tam pacjent spadł ze stołu operacyjnego i wybił sobie zęby. Widocznie procedura nie przewidywała znieczulenia, tylko setkę nierefundowanego bimbru.

   Do niektórych zabiegów tak wydłuża się kolejka, że część nie dożywa tego dobrodziejstwa. Co to oznacza? A to, że lekarz może tylko rozłożyć ręce, zalecać uregulowany tryb życia i seks wyłącznie z żoną, bo podniecenie może pacjenta zabić. A jeśli któryś z takich pacjentów nie chce do nieba, bo ma lęk wysokości? To musi mieć pieniądze i zdrowie. Inaczej nie da rady! Jeszcze trochę kryzysu i pod koniec tego roku tradycyjny obchód poranny w szpitalach przekształci się w pracę komisji inwentaryzacyjnej. Bo pesymista od ministra zdrowia i urzędnika NFZ różni się tym, że pierwszy widzi na cmentarzu same krzyże, a drudzy wyłącznie plusy.

   Całą zwykłą logikę i zdrowy rozum zastąpiono procedurami wydumanymi przy biurkach przez urzędniczych gryzipiórków. Co rusz okazuje się, że te idiotyzmy nijak nie przystają do realnej rzeczywistości. Wychodzi, że pogotowie nie może przyjechać z miasta oddalonego o 10 km, tylko musi jechać z tego odległego o 35 km. Innym razem pacjenta w majestacie owych procedur trzeba wozić 150 km zamiast 20. Nie tak dawno zmarła 55-letnia kobieta, ponieważ nie skierowano jej ze względów oszczędnościowych na zwykłe prześwietlenie, a następnie ignorowano kilkakrotne wezwania karetki pogotowia. Dyspozytorka chorą na zapalenie płuc przy 40-stopniowej temperaturze leczyła po drucie panadolem. W końcu jednak karetka zdążyła, ale tylko na wypisanie aktu zgonu. Zresztą w Rzeszowie także zdołano chorego zajeździć karetką na śmierć, zgodnie z tymi procedurami. Najlepiej na tym tle wypada niezawodna Nelly prorokitna, która bez żadnych procedur wszystko skutecznie leczy kiszoną kapustą, cebulą i czosnkiem. Nadaje się na ministra.

    Fundują nam to nasi nieocenieni politycy, którzy tradycyjnie w sytuacjach, w których muszą coś zrobić, a nie wiedzą co i jak, robią naradę, reorganizację i powołują jakąś durną komisję. Ale wcześniej zawsze zdążą obiecać wszystko, bez najmniejszego zamiaru poważnego traktowania tych obietnic. Później dziwią się, że ludzie rozładowują swoje frustracje chociażby w takim dowcipie:

- Słyszałeś, porwali naszego ministra i chcą 3 mln okupu, albo obleją go benzyną i podpalą.

- No, to co, robimy zrzutkę? Po dwa litry wystarczy?

Wszystkim aktualnym i przyszłym skazanym na chorą ochronę życzę  w Nowym Roku jednak szczęścia, bo ci na „Titanicu” byli zdrowi i co z tego?

Roman Małek

Inniejszy Szczuroślepiec

Inniejsze – urokliwa i wielce oryginalna próba stopniowania zaimka przymiotnego, zastosowana w telewizyjnej pyskówce o sejmowych komisjach śledczych, bodajże przez posła Brudzińskiego. Według niego PO ma inniejsze poczucie sprawiedliwości od przyzwoitego. Zatem logicznie rozumując poszczególne stopnie powinny brzmieć: inne, inniejsze, najinniejsze. A przez analogię kolejny zaimek przymiotny - taki - ma zapewne stopnie takszy i najtakszy. Fakt, że ten rodzaj zaimka zastępuje przymiotnik nie świadczy o tym, że podlega takim samym zasadom gramatycznym. Inny zatem, to językowo nie to samo, co: ładny, porąbany, nudny i durny. Świat polityki byłby zdecydowanie nudniejszy, gdyby nie inniejszy Brudziński, najinniejsza i boska Szczypińska czy takszy Kultys, a nawet najtakszy Macierewicz.

Lawstorant – według Kasi Zielińskiej to aktor grający w tragicznych romansach, czyli dla przykładu rolę ordynata Michorowskiego, albo Olivera od Segala. Właśnie tytuł jego powieści i nakręconego na tej podstawie filmu „Love Story”, stanowi źródłosłów tego urokliwego neologizmu. Rolę takiego lawstoranta gra na naszej scenie politycznej maryjny Rokita. Otóż zupełnie po trzeźwemu stanął on w obronie, zagrożonego w samolocie Lufthansy pomięciem, kapelusza ślubnej Nelly, niczym ten Zawisza Czarny pod Grunwaldem. Nieznający się na zawiłościach miłosnych lawstoranta Rokity Niemcy przydusili go do gleby, skuli, posadzili w kozie i czyn heroiczny wycenili na 3 000 euro grzywny. Biednego, niczym dziad przycmentarny, niedoszłego premiera z Krakowa na to nie stać i dlatego musi unikać terytorium Niemiec, łącznie z ambasadami, ponieważ szwabskie ponuraki puściły za naszym lawstorantem całkiem zgrabny list gończy.

Picer – to w Rzeszowie najbardziej ostatnio w okiennych ogłoszeniach poszukiwany fachman gastronomiczny. Czasem pisany w formie pizzer, co nie zmienia fonetycznego wyrazu. W naszej potocznej tradycji językowej pojęcie picer oznacza blagiera, lakiernika rzeczywistości, kogoś nijak nietrzymającego elementarnych standardów prawdomówności. Dlatego trudno dziwić się uciesznym komentarzom tych, którzy takie ogłoszenia kontemplują. Ponieważ ani pizza, ani jej wytwórcy nie mają z naszą kulturą nic wspólnego, to może należało fachmanów od ich wypiekania nieco inaczej nazwać. Skoro niemieckiego millera potrafiliśmy zastąpić młynarzem, to dlaczego włoskiego pizzera nie mógł zastąpić jakiś rodzimy plackarz paprany? Dopóki picer będzie pichcił jakieś kulinarne barachło, dopóty ja wolę jadać swojskie naleśniki wysmażane nawet przez teściową. A picer niechaj sobie co chce i jak chce picuje, byle by nie w mojej kuchni.    

Skarlenie prezydentury – zjawisko, z którym do ostatniego wyborcy walczył będzie Tomasz Nałęcz, kandydat demokratów do Pałacu Namiestnikowskiego. Zastrzega się, że nie chodzi mu bynajmniej o pionowe gabaryty prezydenta, noszącego czapkę zdecydowanie za blisko butów, lecz walory urzędu, który spaprał obecny lokator pałacu, zaś tuskowi platformersi chcą sprowadzić do rangi prezydenta federacji gry w cymbergaja. Zatem marszałek Nałęcz musi patriotycznie robić wszystko, aby przyszły prezydent mógł robić dobre wrażenie i być wodzem wszystkich Polaków, a nie wyłącznie poddanych prezesa. Czyli być też prezydentem doktora Rydzyka, Macierewicza, Grzegorza Piotrowskiego, sweterkowego Kononowicza spod Białegostoku i Kaśki zza rzeki. No, może jeszcze młodszego Kotuli.

Szczuroślepiec – to jakiś stwór znany posłowi Niesiołowskiemu, wybitnemu uczonemu od much i posłowi od posłowania. Dziwnie kojarzy mu się z aktualnym wodzem SLD, Napieralskim. Ani Darwin, ani szanowny obywatel Dżeki Marchewa nie znają takiego zwierza. Jako fan posła boleję nad mizerią semantyczną fikcyjnego wynalazku ze sfery fauny. Szczur jest bowiem wyjątkowo inteligentnym i mobilnym stworzeniem, docenianym nie tylko w kulturze chińskiej. Nawet ślepy, radzi sobie lepiej, aniżeli nasz rząd, Sejm, poseł Niesiołowski i chory fundusz od zdrowia. Niektórzy twierdzą, że szczur jest w stanie przeżyć nawet bombę atomową, przejażdżkę łódzką karetką pogotowia i przemówienie doktora Rydzyka.

Uniwersytutka – interesujący zrost uniwersytetu i prostytutki. Określa studentkę ochoczo pobierającą stosowne nauki, której ukochana ojczyzna poskąpiła świadczeń socjalnych. Życie nie znosi próżni, zatem obowiązki opiekuńcze przejęli sponsorzy, którzy w zamian dowartościowują się bardziej walorami urody, aniżeli intelektu obiektów swojego sponsoringu. Rozwiązanie idealne! Państwo oszczędza na stypendiach, a nowobogaccy na ryzyku burdelowego mordobicia ze strony jakiegoś zadresionego alfonsa. Im sponsoring łaskawszy, tym studencki entuzjazm większy, że o bezgranicznym podziwie dla męskich przymiotów nie wspomnę. Cały system ma jednak zasadniczą wadę. Część studentek dysponuje urodą porównywalną z posłanką Szczypińską, redaktorką Romaszewską i niżej. Niestety, te mogą liczyć tylko na państwo, bądź brata Alberta. Tempus fugit!

Walka agrarna – to według posła Kalisza bój, który toczy agrarysta Kaczyński z agrarystą Tuskiem o prezydencki zydel. Myślałem, że chodzi mu o doktrynę agrarną, ale byłem w błędzie. Wyszło na to, że ten cały agraryzm ogranicza się do kawałka gleby, o którą jeden drugiego chce prasnąć. I słusznie, ponieważ trzaśnięty o glebę może utracić boską urodę i wdzięk, niezbędne w tegorocznym konkursie jak oni śpiewają, czyli wyborczym referendum.

Roman Małek

środa, 16 grudnia 2009

Głośniej i Głupiej

   Sesję listopadową rozpoczął Adam Góral, prezes Asseco Poland, który niedawno odebrał prestiżowy tytuł Menagera 2009 Roku. Powiało wielkim światem, globalizacją i dużym pieniądzem. Mówił o uporze i wyrzeczeniach jakie musiał przechodzić na początku budowy potęgi swojej firmy. Nie zaczynał od handlu z łóżka turystycznego, uważanego za łoże porodowe polskiego kapitalizmu. Poszedł trudną drogą w nowoczesność. Chwalił rozwój i estetykę miasta, ale i jego niedostatki, które zniechęcają wielki kapitał. Dlatego w Rzeszowie pojawia się średni, dosyć drapieżny kapitał. Nie mogło zabraknąć również informacji o sportowych ambicjach prezesa sponsorującego siatkarzy rzeszowskich. Gospodarze podejmowali prezesa w lansadach, a radni uważnie słuchali, co jest takim samym ewenementem jak uśmiech mojej teściowej i mądra wypowiedź Macierewicza. Nawet dyżurni gadacze sesyjni, znający się na wszystkim, zapomnieli z jakiegoś powodu języka w gębie.

   Później już wszystko znowu wróciło do normy, czyli wybrzydzania przez prawą stronę na wszystkie inicjatywy prezydenckie, chociaż tym razem mocno z tej strony popękało. Zamiast jednolitej ławy nacierającej, na placu boju pozostały jedynie do bólu nawiedzone niedobitki, które podjęły heroiczny wysiłek niczym te konrady wallenrody, albo inni rozdarci bohaterowie na skale. Na dobre wytoczyli najcięższe działa przy omawianiu projektu uchwały przewidującej przeznaczenie środków na przygotowanie budowy nowego gmachu dla Urzędu Miasta, aktualnie rozrzuconego po mieście w kilkunastu miejscach. Płomienne wystąpienie wygłosił radny Kultys, wybitny architekt z Radomia. Nie tak dawno przejeżdżałem przez to miasto. Zatrzymałem się i zapytałem tambylców, gdzie u nich urodził się wielki człowiek? Miałem nadzieję, że wskażą rodzinną sadybę naszego radnego. Nic podobnego! Odpowiedzieli, że u nich w Radomiu rodzą się same małe dzieci. Mniejsza z tym. Radny przedstawił apokaliptyczną wizję degradacji przestrzeni przez banalny projekt, powrotu do potwornej architektury XX wieku. Podzielił historię architektury na stare paskudztwo i świetlaną epokę kultysowską. Czyli czas nowożytny w Rzeszowie należy mierzyć od przybycia Kultysa. Naplótł tyle obraźliwych idiotyzmów pod adresem rzeszowskich architektów i urbanistów, że stodoła mała. A zwycięski w konkursie projekt musiał według niego zostać opracowany przez jakąś bandę nieuków i dyletantów, a nie architektów renomowanej pracowni. Tak zapędził się, że obawiałem się, iż uzna za konieczne otynkowanie szpetnego muru chińskiego! Zszedł z sesyjnej ambony z godnością Pani Dulskiej, bo z czymś obśmianemu wypada schodzić. Wojownik doczekał się tylko rachitycznego wsparcia. Klęska jak pod Cecorą! Głowa do góry, panie radny! Jak mawia jeden z magistrackich dyrektorów, Rada to nie burdel, nie wszyscy muszą wychodzić z niej zadowoleni.

   Jakby tego było mało, ci sami podnieśli niemniejszy wrzask przy omawianiu propozycji poszerzenia miasta o kolejne okoliczne miejscowości. Czegóż tu nie wytoczono! Ktoś z prawej strony bredził o braku racjonalności, niechęci inwestorów do angażowania się na przyłączonych terenach, inny o jakichś aktach porządkowania, absurdalnemu zamienianiu Rzeszowa w wieś, prowadzeniu działalności charytatywnej na rzecz chorych na przyłączanie do miasta, braku cudu urbanizacyjnego i tym podobnych bzdurach. Wysuwane propozycje, aby poszerzać Rzeszów bez uszczerbku dla okolicznych gmin, to mniej więcej to samo, co sztuka ugotowania rosołu bez uszczerbku dla zdrowia kury. Niektórym popieprzyła się Kielanówka z Matysówką i jeszcze oburzali się, że ktoś z tego robi sobie jaja. Nie wiem również, gdzie w przyłączanych sołectwach prawi i sprawiedliwi dojrzeli jakieś krowy i kozy, które populacją mogą zagrozić mieszczanom? Prawdopodobnie nie wiedzą jak te zwierzątka wyglądają. Padały pytania o granice tego poszerzania, pomimo że prezydent niejednokrotnie je zakreślał. Chodzi mu o osiągnięcie 200 tys. ludności, co da miastu spore preferencje budżetowe. Skoro radni Kultys i Kiczek lenią się prokreacyjnie, konieczne są inne działania nadrabiające te niedostatki. Obawa, że prezydent Ferenc zechce przyłączyć Łańcut i Lwów są mocno przesadzone. Aby było jeszcze ciekawiej, na wniosek radnych z prawej strony, projekt uchwały o poszerzeniu miasta został rozbudowany o Kielanówkę i dalszą część Racławówki. Radny Kiczek z determinacją Rejtana ogłosił votum separatum do uchwały, czym dostarczył zebranym niemałej uciechy. Jednak pęka!

Roman Małek

Kolejny Nawiedzony!

   W listopadowych „Nowinach” przeczytałem ze sporym niesmakiem idiotyzmy niejakiego Andrzeja Filipczyka, lidera jakiejś egzotycznej, lokalnej grupy Ujawnić Prawdę. Otóż dał głos kolejny quasi specjalista od polityki historycznej, bardziej nawiedzony i radykalny od IPN. W swoim zapyziałym widzeniu zjawisk historycznych reaguje jak na rasowego apostatę ideologicznego przystało. Twierdzi, że PRL była zbrodnią na państwie polskim i narodzie. Zatem wszystko, co z tym okresem jest związane należy wyplenić i zburzyć, podobnie jak uczyniono to z pozostałościami po Hitlerze i Goeringu. Trzeba naprawdę cierpieć na umysłowe skarlenie, aby coś takiego wygłaszać i czynić takie kuriozalne porównania. W dodatku Filipczyk wali przy sposobności w siebie samego, jak w kaczy kuper. Nie miałem nieprzyjemności osobiście go znać. Natomiast ci, którzy znają go z tamtego okresu twierdzą, że był jednym z najbardziej zaangażowanych, młodzieżowych aktywistów miejskich programowo „wpajających idee marksizmu i leninizmu proletariackiego poprzez podniesienie działalności ideowo-wychowawczej w drużynach i szczepach” oraz dążących do „przyswajania przez młodzież wniosków wynikających z doświadczeń budownictwa socjalistycznego w Polsce”. Nic dodać, nic ująć! Skoro był to ustrój zbrodniczy, to Filipczyk powinien być też zbrodniarzem. Ale przecież nikomu rozsądnemu to do głowy nie przyszłoby, a Filipczykowi przyszło.

   Całe rzesze historycznych autorytetów, nie tylko polskich, badających okres PRL poddaje krytycznej analizie tamte zjawiska. Niektóre oceniają bardzo krytycznie, ale nikomu poważnemu do głowy nie przyszło traktować tego okresu jako zbrodni na narodzie. Widocznie Filipczykowi drukowane kiepsko idą i rozpraw historycznych nie czyta. W przeciwnym razie nie plótłby wierutnych bzdur. Wypada mu zatem w zbliżającym się Nowym Roku życzyć zdrowia, bo na rozum u tego „bohatera” za późno. A świńska grypa ponoć szaleje!

Roman Małek  

Tryki W Aureoli

Aureola – według gadającej w telewizji głowy PiS, Bielana, jest to coś dobrego, co powinno być roztaczane wokół naszej zwycięskiej w zeszłej wojnie armii. A tu akurat najważniejszy atrybut wojaków, czyli orkiestry wojskowe, wojenny minister Klich redukuje z 20 do 18. I jak teraz nasi wojacy mają odnosić militarną wiktorię? No, ostatecznie można wyrzucić klarnety i bębny, bo źle kojarzą się. Ale całe orkiestry? Pomińmy już tych grajków mundurowych. Bielanowi musiało jednak ociupinę  pociemnieć w głowie, ponieważ aureola przysługuje świętym, nawet tureckim, ale nie wojsku. Widocznie nie dostrzega on mało skomplikowanej różnicy znaczeniowej pomiędzy aureolą i aurą. A jest ona mniej więcej taka, jak w określeniach - pić w Szczawnicy i szczać w piwnicy. Niby podobnie brzmi, ale przyjemność nieporównywalna.

Dyrdymałki – tak w czasie murarskiej, dwudziestej rocznicy w Berlinie prezydent Wałęsa określił te mowy polityków, w których twierdzą oni, że muru berlińskiego nie rozwalił Wałęsa z papieżem. Ciekaw jestem jak poradzili sobie tłumacze z tak perwersyjnie wysublimowanym językiem. W każdym razie perorował nasz prezydent najdłużej, bo aż 5 minut. Tyleż czasu męki przeżywali owi tłumacze. Nie od dziś jednak wiadomo, że tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne. Musieli oni zatem na coś zdecydować się. Później naszego byłego prezydenta przewrócono na pierwszą kostkę ogromnego domina i cała reszta poszła już z niemiecką precyzją, jak po sznurku. A tak dla jasności językowej chciałbym przypomnieć, że określenie dyrdymałki oznacza rzeczy mało istotne, nieważne. W żadnym przypadku zaś nie można go użyć w znaczeniu – opinie nieprawdziwe. Ale, co wy mi tu Małek, będziecie prezyndolić! Nie może nam przecież byle europnik o nas dyrdymalić! Tak, a propos, cholernie ciekaw jestem, kto i kiedy rozpieprzy postawiony przez jankesów ponad tysiąckilometrowy, demokratyczny mur na granicy amerykańsko-meksykańskiej? Wałęsa jeszcze na chodzie!

Horyzontalny program – to zbawcza koncepcyjna rewelacja dla małych miast, wymyślona przez posła Jurgiela. Przymiotnik horyzontalny oznacza, że program będzie poziomy, w odróżnieniu od dotychczasowych pionowych, zapewne. Wiedziałem, że może być horyzontalny układ, położenie, współrzędne, a nawet pozycja. Ale o programie horyzontalnym do czasu Jurgiela nie słyszałem. Geniusz twórczy Jurgiela nie zaskakuje mnie, gdyż jest on członkiem świeżo powołanego ZPP, czyli Związku Patriotów Polskich bis. Tym pierwszym kierowała Wanda Wasilewska, a tym bis kieruje osobiście prezes naszego prezydenta. Zatem horyzonty muszą być programowe.

Kontrol – jest niezbędna w kwestii funduszów zdrowotnych, tak pokrzykuje w tytule publikacji październikowa gazeta koszerna. Zmienili zatem temu pojęciu rodzaj z żeńskiego na poważniejszy męski, ale przy okazji całość nieco rozweselili. Bo jeśli taki kontrol wejdzie w te fundusze niczym patrol, albo inny górol, to dopiero będzie rozpierducha, a nie poważny spraw do załatwienia. A ten, kto ten kontrol będzie przeprowadzał, to jak się powinien wabić?

Kontrolnik, kontrolowiec? To już lepiej zmienić od razu tytuł na „Gazet Wyborczy”.

Polewo – wbrew pozorom nie jest to czynność napełniania kieliszków, wyrażona w czasie teraźniejszym liczby pojedynczej, w wersji gwarowej. Z kontekstu wypowiedzi radnego Kultysa wynika, że tak w guberni radomskiej wymawiają okolicznikową formę – po lewej, którą radny zamierza upowszechnić w Rzeszowie. Zdecydowanie językową finezję pogłębia fakt, że według niego polewo Urząd Marszałkowski. Nie wiem jak państwo, ale ja jestem za, jak najbardziej!

Tryki – z właściwym sobie wdziękiem posłanka przykaczyńska, Nelly, tak zdefiniowała poczynania premiera związane z aferą hazardową. Nikt wcześniej biedactwu widocznie nie powiedział, że nie tylko w Polsce, fonetycznie ten obcy wyraz brzmi - triki. Zmiana jednej samogłoski radykalnie zmienia znaczenie całego wyrazu. Otóż tryki są owczymi samcami zdolnymi do skutecznego trykania swoich owieczek. Cóż te poczciwie beczące stworzenia mogą mieć wspólnego z premierem, a tym bardziej aferą hazardową? Trykanie ma też znaczenie przenośne. Dla przykładu pan Rokita może ze złości, wynikłej z poczynań osobiście  poślubionej połowicy, trykać sobie głową w mur. Ale nawet mało uważny obserwator stwierdzi, że owo trykanie głową, choćby i w mur chiński, nic nie da. Nelly jest wyjątkowo odporna. Wręcz nieprzemakalna! Wiadomo, komsomolska kindersztuba.

U2(Ju-tu) – aż tak daleko w samouwielbieniu posunął się tuskowy Schetyna w metaforyce definiującej Platformę. W tej platformerskiej kapeli zaś premier Tusk niby robi za Bono, ze względu na identyczny, według Schetyny, kontakt z publiką. Nie wiem jak Schetyna, ale wszyscy, których pytałem, wolą Bono od Tuska. Twierdzą, że lepiej śpiewa, bo Tusk jakby trochę cienko. Wolą też zdecydowanie kapelę U2, ponieważ bez wątpienia mniej fałszuje i nie zadaje się z jednorękimi bandytami. Zapytany o to poseł Palikot wykpił się od odpowiedzi. Widocznie go suszy, a to zwiastuje zmianę pogody.   

Zorganizowana spontaniczność – ma cechować pracę sejmowych komisarzy śledczych, dowodzonych przez posła Sekułę. To mniej więcej tak, jakby chciał on z mądrą głupotą sterować kołowym okrętem przez suche morze. Wbrew pozorom historia zna jednak takie przypadki. Spontaniczność organizowali i Neronowi, i „Wiesławowi”, i Gierkowi, a obecnie nawet prezesowi naszego prezydenta. Często jednak któryś z członów tego związku zawodzi ze względu na frazeologiczną sprzeczność. Ale niby skąd miałby o tym wiedzieć poseł Sekuła? A że jest to tak głupie, jak wpis w Internecie? Tym gorzej dla Internetu, a zwłaszcza internetowego hazardu, a nie posła Sekuły.

Roman Małek

Pierdoskręt Wszawy

W ostatnich latach potęgi farmaceutyczne kręcą swoje lody przy pomocy mediów. Dostarczają nam apokaliptycznych horrorów, przy których wyczyny niejakiego Drakuli czy nawet jeźdźców Apokalipsy spadają do poziomu ringowej chlastaniny po mordach. Co dwa lata mamy nowy odcinek horroru zgodnie z prawami rynku medialnego. Nie da się dłużej eksploatować jednego straszaka. Naród chce być straszony czymś nowym. Byle raka, cukrzycy i ciśnienia nie boi się. Gdyby było inaczej z palenia preferowałby jedynie palenie się do roboty, panny Krysi, albo bohaterskich czynów. A taka banalna zwykła grypa może kogoś przestraszyć? Chyba tylko hipochondryka. Na tym nie da się zarobić.

   Wpierw pojawiła się choroba wściekłych krów. Krowy zdychały od zawsze. Tę chorobę także zdefiniowano już dawno, jak wiele innych, chociażby groźną pryszczycę. Ale zaczęła straszyć wówczas, gdy media upierdliwie pokazywały zakapturzonych sanitariuszy tłukących bydło i z trącącą chryzantemą miną informowały, że gdzieś ktoś zmarł, a kolejka do umierania wydłuża się niczym po unijne fundusze. Nie wiadomo po co, ale wściekła pandemia kwitła. Ludzie zaczęli woleć gulasz z glist kalifornijskich, aniżeli przyzwoity stek wołowy, że o tatarze nie wspomnę. I co jeszcze robili? Szczepili się na potęgę za niebagatelne pieniądze! Niektórzy twierdzą, że zmarło nawet kilkunastu ludzi. Zgroza! Gdyby nie ta wścieklizna żyliby wszyscy, to pewne.

   Gdy media i koncerny farmaceutyczne zarobiły swoje, a populacja hipochondryków nie rosła, dwa lata wstecz o naszą uświęconą ziemię rąbnęło jeszcze większe nieszczęście, czyli grypa ptasia. Znowu pełno było tych zakapturzonych, którzy tym razem gazowali kurczaki. Znowu media waliły na alarm, że gdzieś w Azji ktoś umarł, a u nas także mamy już ogromne zastępy kandydatów na aniołków. Znowu nic nie dawały racjonalne apele epidemiologów. Oglądacze wiedzieli swoje, a w aptekach znowu pojawił się ruch jak na Manhattanie. Po nastraszeniu kogo trzeba, zarobieniu ile trzeba, wszystko wróciło do normy. Nie na długo! Ruch w interesie musi przecież być, bo to złoty interes, a nie jakaś ochronka Matki Teresy.

   Skoro rodak z białostockiego wymyślił maszynę do odmawiania różańca, to niby dlaczego spece od farmaceutycznego geszeftu nie mogli wymyślić kolejnej pandemii? W taki sposób nastąpiła pora na świnie. Nie dosyć, że niesłusznie obrywa się tej pożytecznej nierogaciźnie za rzekome opilstwo i paskudny świński charakter, to jeszcze kazali im roznosić wśród ludzi świńską niby grypę, po której trup ściele się tak gęsto, jak pod Waterloo czy w Hiroszimie. I znowu koncerny farmaceutyczne miały gotową szczepionkę, chociaż na taki AIDS nie mogą wymyślić od ponad trzydziestu lat. Tym razem największe przebicie było na maskach ochronnych. Na Ukrainie w rezerwie pozostały tylko końskie, bo u ludzi nie znaleziono twarzy o takich gabarytach. Chociaż fachowcy objaśniali, że to żadna ochrona w tę stronę, że wystarczy poszanowanie elementarnych zasad higieny. Nawet zagrożenie bezpłodnością nie zmniejszało zapotrzebowania na szczepionki bez atestów. Ileż idiotyzmów przy tej okazji można było usłyszeć lub przeczytać. Okazało się, że prawdziwą bombą pandemiczną są chore pielgrzymki muzułmańskie, bo nasze do Częstochowy czy Lichenia są zdrowe jak rydz! Namawiano lud Boży do wymagania od lekarzy rodzinnych diagnoz w tej sprawie. Ale jeśli taki lekarz nie ma środków do odróżniania księdza od kominiarza, to niby skąd ma mieć te do rozróżniania odmian grypy? Najgorzej miały gdzieniegdzie maluchy i mikołaje, bo tym ostatnim zakazano całować pandemicznie dzieci, a nawet głaskać je po główkach. Mikołajom dla poprawy samopoczucia mogę oferować swoją teściową do całowania, ale dla maluchów nie mam nic w zamian.

   Takie powtarzające się kampanie medialno-farmaceutyczne można wziąć albo na pół litra, albo na śmiech. Poważnie nie da się! Corocznie na drogach traci życie 1,3 mln ludzi, czyli co minutę 12 osób. Na zwykłą grypę umiera rocznie 500-700 tys., czyli co minutę wybiera się w zaświaty około 6 osób. Żadnego wrzasku medialnego nie ma. To gdzie tu logika? Ta logika zaczyna się przejawiać w zagrypionych po świńsku (przepraszam te stworzenia) grach politycznych, w których czy to prezydent Juszczenko, czy nasz niedorzecznik praw obywatelskich, grają w grypę niczym w cymbergaja lub kiczki. A ludzie zaczynają naprawdę umierać, ponieważ nie dożywają wydłużających się kolejek do operacji, przeszczepu czy nawet zwykłego specjalisty. Umierają, bo nie ma ich kto przyjąć w szpitalu, albo po prostu nie mają na leki. A za jakieś dwa lata znowu media objawią nam kolejną, straszną nowinę, że będziemy niechybnie umierać na jakiś pandemicznie rozpleniony pierdoskręt wszawy, na który jest już gotowa droga szczepionka. Na zdrowie!

Roman Małek  

poniedziałek, 16 listopada 2009

Kulawy James Bond

Tym razem nieco więcej neologizmów używanych przez naszych rodaków dotyczyło nadawania nowych znaczeń pojęciom istniejącym aktualnie, bądź w czasach dawniejszych. I bardzo dobrze! Witamy w Polsce Jamesa Bonda, ale któż nie wolałby uczestniczyć w degustacji wiwatówki? Można znieść nawet wygłaszane toasty. Szczególne natchnienie u twórców budził Mariusz Kamiński, robiący niemal za muzę. Aby uniknąć monotonii niektóre określenia z nim związane przeniosłem do numeru grudniowego.

Bardzo wkrótce – według przyprezydenckiego Stasiaka to czas, w którym jego pryncypał prześle do premiera opinię w kwestii wywalenia z arbeitu wodza korupcjonistów. Wyraz wkrótce, jako przydawka spełnia rolę nieodmiennego określnika, w tym przypadku czasownika. Nie podlega również stopniowaniu. Brak tej wiedzy u gimnazjalisty grozi solidną, w pełni zasadną pałą. Ale u kancelistów prezydenckich należy widać do dobrego tonu, a może działa nawet nobilitująco! U nich może być z pewnością tak wkrótce, że o ho ho, albo i jeszcze bardziej.

Kulawy James Bond – tak pieszczotliwie określił Stefan Niesiołowski nominowanego w IV Najjaśniejszej największego ścigacza korupcyjnego, Mariusza Kamińskiego. Coś mi tu jednak nie gra. Ówże agent 07 tak potrafił dbać o interesy Jej Królewskiej Mości, że i okulały na obie nogi, a nawet bez nóg, potrafił rozprawić się z największymi bandziorami. A nasz niby super agent został okpiony nawet przez Andrzeja Leppera, przez którego będzie musiał w dodatku szlajać się po sądach. A może poseł Niesiołowski miał na myśli kalectwo innej, ważniejszej części ciała? Coś o tym chyba wspominał również i minister Czuma! Mówił bodajże o konieczności leczenia głowy, albo coś takiego. Przy sposobności gratuluję posłowi Niesiołowskiemu tytułu honorowego obywatela Barczewa, który tamtejsze władze zamierzają mu nadać ze względu na uszlachetniające posiedzenie w ichniejszym więzieniu.

Myśleć do przodu – zamierza trener babskiej piłki bitej, Jerzy Matlak po europejskim ubrązowieniu naszych siatkarek. Skoro tak, to ktoś pewnie myśli do tyłu, ktoś inny na prawo, albo i na lewo. Przecież w dół nie wypada, bo tam mogiła, a w górę wznosi oczęta i myśli sam świeżo upieczony doktor nauk o dyrektorze Rydzyku. W prawo myśli Tusk, w lewo Napieralski, a kto do tyłu? Przecież to tak oczywiste jak ostrość noża Rambo. Oczywiście, że pan prezydent z prezesem, strażnicy ubeckiego śmietnika, dla niepoznaki zwanego eufemistycznie instytutem, moja teściowa i czerwone ze wstydu raki. Pozostali zjadacze chleba myślą już normalnie, czyli bezkierunkowo, o wszystkim, nawet o niebieskich migdałach.

Trupiarnia – w mniemaniu Janusza Palikota to Pałac Namiestnikowski, zasiedlony przez prezydenta, prezydentową, ich służbę, szofera, ogrodnika i przyprezydenckich kancelistów. Jeśli jest trupiarnia, to z definicji musi być i cmentarz, albo przynajmniej szpital o dużej przepustowości, najlepiej finansowany przez NFZ. A tu akurat nic z tych rzeczy! Coś mi się wydaje, że poseł Palikot użył tego pojęcia metaforycznie. Już kiedyś wytykał pałacowym gorzelniane zakupy. Mogło mu zatem chodzić o zalewanie się w trupa, albo wznoszone okrzyki „niechaj trupem padnę, jeśli prezes mówi nieprawdę”. A może dostrzegł chęć padania trupem, zamiast przyznawania racji Dornowi, albo usłyszał deklarację, „po moim trupie Tusk pojedzie do Brukseli”. Prawdopodobne jest również ścielenie gęsto urzędniczym trupem, a nawet dostrzeżenie w kimś żywego trupa. Ktoś ze służb specjalnych mógł również wytropić w pałacu siedliska dużych motyli o nazwie trupia główka, albo dostrzec jakiś trupi blask odbijający się od zadu pomnikowego konia Poniatowskiego.

Wiwatówka – kiedyś była to armatka, z której walono na powitanie pana wracającego z wojaży, albo w Boże Narodzenie, Nowy Rok czy Wielkanoc. Teraz na wiwat walą ślepakami już z prawdziwych armat, ale tylko prezydentowi z okazji rocznicy Cudu nad Wisłą, czyli pogonienia pod Ossowem bolszewików przez księdza Skorupkę. Pojęcie jednak odrodziło się w innym znaczeniu dzięki uwielbieniu ochotniczych fojermanów dla swojego generała sikawkowego, czyli prezesa Waldemara Pawlaka. Otóż opracowali ci fojermani specjalną miksturę gorzelnianą, która ma ułatwiać spontaniczne wiwatowanie na jego cześć. Lufa zatem jest, chociaż kaliber inny. Wiwat prezes! No i, chlup! Wtajemniczeni twierdzą, że wraz ze wzrostem liczby tych wiwatów i rytualnego spożywania owej wiwatówki, proporcjonalnie rośnie wskaźnik sikawkowego entuzjazmu i uwielbienia dla generała.

Wyjazdowanie – uprawiała w czasie minionej kanikuły egzaltowana bohaterka serialowego „Klanu”. Jeśli ona po tej Europie tak sobie wyjazdowała, to jak ona pokonywała górkę? Najazdowała na nią, a może podjazdowała, bo na pewno na górkę ową nie wyjeżdżała. Jedno jest pewne – na pewno polszczyznę nam ociupinę zapaprała.

Roman Małek

Szwejk Do CBA!

Pisząc do wrześniowego numeru felieton o paralitycznych pląsach antykorupcjonistów, usiłujących za wszelką cenę przyszyć korupcyjny garb prezydentowi Ferencowi, nie przypuszczałem, że zechce mi się do tego problemu wracać. A jednak! Nawet pobieżna lektura zagranicznych serwisów wskazuje bowiem, że innostrańcy dostają kolki ze śmiechu na temat naszych dzielnych ścigaczy wszystkiego, a zwłaszcza korupcji. Tacy Amerykanie, dla przykładu, za cholerę nie są w stanie pojąć, że nasi agenci od korupcji rozdają duże pieniądze, zamiast je przechwytywać i zabierać, jak to jest w zwyczaju w USA. U nich nie prowokuje się dużą forsą i agentem Tomkiem lecz sytuacją. Dlatego przydupas Tomek nie mógłby tam kupić za państwowe pieniądze nie tylko rzekomej kamienicy Kwaśniewskich, ale nawet parkowej toi toiki. A kulawy James Bond z CBA jeszcze twierdzi, że cała ta sprawa jest rozwojowa. Nie dostrzegłem tego rozwoju, chyba że jest głęboko zakonspirowany. A może został tylko rozwinięty z gazety? Jedna z moich znajomych jest jednak żigolo Tomkiem zafascynowana. Może zatem warto by go sklonować dla poprawy kondycji psychicznej piękniejszej połowy naszej rodzimej populacji? Skoro już taki agent musi szastać naszym grosiwem, bez żadnego pożytku rozbijać się drogimi autami i motocyklami, to niechaj przynajmniej egzaltowane damy mają z tego przyjemność.

Okazuje się, że CBA, poczęte w pozamałżeńskim politycznym grzechu Platformy z PiS-em, dysponuje i innymi równie genialnymi agentami. Jeden z nich tak perfekcyjnie potrafi manewrować służbową bronią, że za pierwszym razem precyzyjnie odstrzelił sobie męskie klejnoty. Teraz może śpiewać niczym ten poznański słowik, a po wywaleniu z agencji ma murowaną fuchę w haremie, oczywiście nie jako właściciel, a strażnik haremowej cnoty. I pomyśleć, że taki dzielny wojak Szwejk całą wojnę światową bił się w intencji Najjaśniejszego Pana, przeżył lewatywę dla dobra ojczyzny, mądrość porucznika Lucasa, był nawet ranny w plecak i wojskową latrynę, ale klejnoty zachował nienaruszone. Ten dopiero nadawałby się na antykorupcjonistę!

A sam wódz Kamiński? Według naszego, średnio szkolonego pomaturalnie Kuchcińskiego, to jeden z największych bohaterów niepodległej Polski, który z otwartą przyłbicą ściga przestępców. Prawie Piłsudski, albo inny Sikorski. Tylko że nie doścignął praktycznie żadnego. A poza tym, coś w tu jednak jest! Przecież ci z przyłbicami, to jak najbardziej towarzysze pancerni! Chociaż jajami nie rzucali i nożyczek palcami nie udawali. CBA nie pęka! Ale obserwatorzy pękają – ze śmiechu. Wódz Mariusz Kamiński, jak na rasowego speca od służb specjalnych przystało, gania po wszystkich możliwych mediach i plecie tyle głupot, że stodoła mała. W cywilizowanym świecie tacy ustawowo milczą jak zaklęci. Ale nie z nami takie numery, Tusk, ty premierze! Onże Kamiński dowodzi, że nie pozwoli sobie zamknąć ust. Będzie bronił swojej godności i wiarygodności. Czyżby biedaczysko nie wiedziało, że zachodzi tu związek przyczynowo-skutkowy? Otóż aby czegoś bronić, to coś trzeba wpierw mieć! Ponadto, jako suweren deklauje, iż nie da się wziąć na małe idiotyczne triki premiera. Słusznie! Przecież sam potrafi robić i większe i bardziej idiotyczne.

A cała sprawa z tarczą antykorupcyjną, to według największego bohatera niepodległej, też lipa. Podsłuchy z prywatyzacji stoczni odczytywano dopiero we wrześniu. Mało w agencji ludzi i dlatego wódz musiał wybierać, ustalać priorytety. Też słusznie! Przecież nie można zajmować się takimi pierdołami jak stocznia, skoro należy ścigać korupcję prezydenta Ferenca, jeśli trzeba to do upadłego. Przecież tego szkodnika, który społecznie tkwił w zarządzie Stali, należy nabić na pal. Najlepiej przed wyborami. Znowu bardzo śmieszne, gdyby nie było powalająco idiotyczne. Jaki Kamiński i Kuchciński, takie priorytety! No, ale prokuratura rzeszowska postawiła Kamińskiemu zarzuty, a prokuratura tarnobrzeska stwierdziła, że prezydent Ferenc nie złamał prawa i całą dętą sprawę uwaliła. Ścigacze korupcyjni praktycznie wykorzystali już w kampanii antyferencowskiej wszystkie prawne i pozaprawne możliwości. Ale niechaj nie tracą ducha. Mogą się jeszcze poskarżyć do Koziołka Matołka i mojej teściowej. U niej nie ma przelewek. Wiem, co mówię! Skuteczność skargi będzie murowana jeśli podepnie się pod to zięcia. Głowa do góry, Kamiński! Lance do boju, szable w dłoń! Na koń! Jeśli zabrakło koni, może być osioł. Czas rozpocząć grillowanie polityki.


Roman Małek

środa, 7 października 2009

Najdalej Daleki

Pewien uważny czytelnik tej rubryki zwrócił mi uwagę na zbyt jednostronne promowanie przeze mnie nowatorstwa językowego polityków, z wyraźną dyskryminacją innych grup zawodowych i społecznych. Uwaga ze wszech miar słuszna. Postaram się ten despekt wyeliminować i z czasem doprowadzić całość do właściwych proporcji.

Denazyfikacja – według Leszka Millera to proces konieczny do przeprowadzenia w naszej telewizji, za przeproszeniem, publicznej. Chociaż ten proces został postanowiony jeszcze w Układzie Poczdamskim z 1945 roku, ale widocznie nie został dotychczas zakończony. Jakieś nazistowskie popłuczyny plączą się nawet na Woronicza. Było tam znowu wesoło. Rada Nadzorcza TVP swój pobyt zakończyła na bramce ochroniarskiej folwarku przygiertychowskiego Farfała. Mogli sobie przecież odbyć posiedzenie gdzie indziej. Najbliższe urządzenie z miejscami do siedzenia jest na przystanku autobusowym. Telewizja nie doniosła, czy rada z tego skorzystała. Nowy zaś prezes całował klamkę.

Gra na wynik – tak sprawozdawca sportowy, którego godności nie pomnę, określił cel biegania z piłką po placu gry. Wiedziałem, że ci od balona kopanego, rzucanego i bitego grają o zwycięstwo, punkty, honorową porażkę, pietruszkę, czapkę gruszek. Wiedziałem, że grają na boisku, parkiecie lub murawie. Ale o grze na wynik nie słyszałem. A może sprawozdawcy chodziło o grę na niby? Mogło mu jeszcze chodzić o grę na wysokim poziomie bez względu na wynik. W każdym razie na pewno polszczyzna sportowego gaduły odpowiada poziomowi rodzimych kopaczy balona. Niezbędny egzamin poprawkowy.

Holokaust – tak nowatorsko określił zbrodnię katyńską nasz prezydent. Szybko poparł go robiący również za historyka politycznego szansonista Kukiz, który zdecydowanie lepiej śpiewa, bo mówi jakoś cienko. W dodatku twierdzi, że napisał dokument o tym tragicznym wydarzeniu. Natomiast holocaust znaczy całopalenie, a dokładniej ofiarę doszczętnie spaloną na ołtarzu przez starożytnych Żydów. Zupełnie innego znaczenia nabrało to pojęcie w II wojnie światowej, gdy zgodnie z obłędną nazistowską ideologią dokonano masowej zagłady Żydów. Sami Żydzi uznali wykorzystanie przez prezydenta holocaustu za nadużycie.

Kobieta toksyczna – nowe określenie niegdysiejszego wampa w aktualnym, paskudniejszym wydaniu. To świadomy swoich seksualno-estetycznych walorów babski pasożyt, bez żenady spijający krwawicę z bogatego jelenia, który wierzy, że temu pasożytowi nie chodzi o tę krwawicę, a wyłącznie o jego męskie przymioty, których najczęściej nie posiada. Kobieta toksyczna wpierw doprowadza do tego, że upatrzona ofiara własnoręcznie dusi węża w swojej kieszeni i ślepnie. Ta toksyczność jest tu zastosowana jakby na wyrost. Przecież dama to nie bakteria jadowita, a substancje toksyczne nie skutkują męską głupotą, która jest niezbędna dla skuteczności działania wzmiankowanego pasożyta. Jeśli tylko pan jeleń straci z jakichś powodów swój najważniejszy walor, czyli zasobność konta, toksyczne cudo staje się bryłą lodu, bez mrugnięcia okiem wykopującą jelenia ze swojego życia i od razu rozglądającą się za następnym zasobnym jeleniem. Może być i tak, że wcześniej pojawi się bogatszy jeleń i zaoferuje więcej.

Mówić do ręki – w młodzieżowym slangu, to nic innego jak korzystać z telefonu komórkowego. Kiedyś tak eufemistycznie określano dawanie łapówki. Ale twórca obecnego określenia może pochwalić się nie byle jaką spostrzegawczością. Przecież często odnoszę wrażenie, że idący ulicą telefoniczny gaduła trzyma się za ucho, albo nawet w nim sobie dłubie. Jeśli miniaturyzacja będzie postępować w dotychczasowym tempie, to w niezbyt odległym czasie będziemy mówić już tylko do palca.

Najdalej daleki – oczywiście od prawdy. Tako rzecze prezes prawy i sprawiedliwy o wypowiedzi swojego adwersarza, który raczył nie zgodzić się z prezesowską definicją ludobójstwa. Takie stopniowanie ma swój urok językowy, gdyż w komplecie brzmi: daleki, dalej daleki, najdalej daleki. Jeszcze cudniej brzmi w odwrotną stronę: daleki, bliżej daleki, najbliżej daleki. Można w ten sposób stopniować i inne określenia jak chociażby – głupi, ale mogło by to zostać zrozumiane aluzyjnie. To już lepiej spróbuję ze słodkością. Najsłodziej słodka może być boska Szczypińska, a najkwaśniej słodki marszałek Niesiołowski. I jak tu nie lubić naszych polityków?

Roman Małek

Znowu Gorzała!

Każdy kto w ostatni wtorek września wchodził rano do ratusza musiał zorientować się, że będzie uczestniczył w jakimś happeningu, albo że do drogi szykuje się uduchowiona pielgrzymka. Spora grupka obywateli obojga płci, strojna w sztandar, kawałki dykty na kijach i groźną powagę na obliczach, przygotowywała się do krucjaty i zdobywczym krokiem wstąpiła do sali sesyjnych obrad. Okrzyków nie wznosiła, a tylko spokojnie obsiadła krzesła przy ścianach. Z ich powodu poprzestawiano nawet porządek obrad.

Sesję jednak rozpoczęła debata w konwencji czy lepiej być pięknym i bogatym, czy raczej garbatym i biednym. Wszyscy zgodnie orzekli, że zdecydowanie korzystniejsza jest pierwsza wersja, a druga jakby trochę nie za bardzo. Otóż uznano, że skoro ruszyła rewitalizacja linii kolejowej z Rzeszowa do Ocic, co w konsekwencji odrodzi połączenie naszej metropolii ze stolicą, to należy podjąć starania o taki sam zabieg z linią do Jasła. W ten sposób warszawiacy będą mogli peregrynować bezpośrednio w Bieszczady. Nie wiem tyko od kiedy Jasło leży w tych Bieszczadach, bo Radio Maryja nic o zmianach geograficznych nie donosiło. Natomiast rzeczywiście wygodniej byłoby pociągiem w ciągu godziny dojeżdżać do tego Jasła. Bardzo ładnie wystąpił dyrektor Polskich Linii Kolejowych i uchwałę podjęto. Tyle tylko, że oprócz potwierdzenia intencji niczego ona nie daje. Ale jakiś cud może przecież zdarzyć się, jak najbardziej. Nauka czukocka zna takie przypadki.

Za cholerę niczego z proponowanych oczywistych zmian w budżecie nie pojmował tradycyjnie radny Kiczek and company. Widać ewidentnie, że nie chce się mu chodzić na posiedzenia stosownych komisji, które po drobnych takie kwestie roztrząsają i kontynuuje ulubione przez siebie młócenie słomy bez żadnej litości dla normalnie myślących uczestników radzieckich dysput. Najstarsi górale twierdzą jednak, że z takiej przypadłości może nasz radny z czasem wyrosnąć. Zatem anielska cierpliwość może zostać nagrodzona. Pożyjemy, zobaczymy.

Wreszcie na sesyjną ambonę wstąpił reprezentant tej happeningowej grupy i wygłosił wniosek o zmniejszenie o 50 ilości punktów handlujących w mieście gorzałą. Powtórzył pełny zestaw komunałów w tej kwestii. Powołał się na ponad dwa tysiące szabel, które za nim stoją, bo podpisały się pod odpowiednią petycją. Gdy uważniej przyglądnąłem się protestowiczom, skonstatowałem, że istotnie, sądząc po ich aparycji, to mogą oni pić wyłącznie ziółka i to tylko w wersji light. Wówczas radni Józefa Winiarska, Jan Mazur, a zwłaszcza Adolf Gubernat zaczęli racjonalnie wyjaśniać, gdzie tkwi problem alkoholizmu. Jego zwalczania nie da prowadzić się metodami administracyjnymi. Każde bowiem ograniczenie tego typu rodzi od razu patologię nie tylko gospodarczą. Podejmowane przez lata takie próby nie powiodły się. Wielką szkodę w kształtowaniu postaw młodzieży spowodowało rozwalenie w latach dziewięćdziesiątych całego systemu wychowawczego, który miała zastąpić powszechna katecheza. Cała rzesza 180 katechetów, pracująca w naszych szkołach za ponad 7 mln zł rocznie, nie uzyskuje tu pożądanych efektów wychowawczych. Nawet ogłoszony przez kościół sierpień miesiącem bez alkoholu przyniósł opłakane efekty. Tylko w pierwszym tygodniu sierpnia policja zatrzymała rekordową ilość pijanych kierowców. A prawie wszyscy są katolikami. Protestowicze zamiast próbować wysługiwać się Radą Miasta, powinni wybrać się do szkół, knajp i ogródków piwnych i tam spełniać swoją misję, która w takiej formie zasługiwać będzie na szacunek i wsparcie. Projekt uchwały o zmniejszeniu punktów sprzedaży z racjonalnych względów nie przeszedł.

Wreszcie został także powołany Miejski Dom Kultury. Ale w czasie dyskusji nad tym oczywistym rozwiązaniem odezwało się dwóch wybitnych znawców kultury, czyli radni Szyszka i Kultys. Wyrazili swój zatroskany sceptycyzm. Szczegóły pominę, aby wstydu oszczędzić. W konsekwencji uchwała została podjęta niemal jednomyślnie. Jedynie ekspert Ludwik Szyszka z dalekowzroczną przezornością wstrzymał się od głosu.

Roman Małek

Chichot Witkacego

Jeśli ktoś twierdzi, że nasi sejmowi wybrańcy narodu obijają gruchy, to jest w błędzie. W czasie niespełna rocznego tyrania na rzecz zapanowania u nas powszechnej szczęśliwości społecznej, zajmowali się głównie kwestiami historycznymi. Zdołali wielopoziomowo nie tylko przegadać i po kilkakroć czytać każdy z ponad 40 projektów uchwał historycznych, ale nawet solidnie sobie politycznie naubliżać. Parlament wykazywał niezbicie bezsens utrzymywania instytutów historii PAN, a nawet katedr historii na uniwersytetach. Za nich wszystkich podjęli pracę posłowie, którzy zaczęli definiować zjawiska historyczne i ustalać historyczną prawdę na podstawie objawień. Na niewdzięczną robotę merytoryczną nad teraźniejszością czasu, rzecz jasna, nie starczało. Największe nasilenie tego mozołu przypadło na lipiec i wrzesień, bo w sierpniu panowało powszechne byczenie.

Sejm niemal krwią pluł z przepracowania w kwestii 17 września. Narodowe Centrum Kultury postanowiło iść z pomocą i zamówiło u najbardziej kompetentnego niemieckiego szansonisty utwór potępiający sowiecką agresję na Polskę. Należało iść za ciosem i zamówić u rosyjskiego Aleksandrowa protest song w kwestii agresji niemieckiej. Ot, tak dla równowagi. A nasz szansonista Kukiz bez zamówienia nutami napisał traktat dokumentalny o sowietach i już na początku dostał takie brawa, jakby kończył. Śpiewał to z tak mocnym wzrokiem jak żyleta, że niemal otwierał toporne sowieckie konserwy.

Wydawało mi się, że nasz bogobojny okrutnie parlament nie zaskoczy mnie już niczym. A jednak! Wielce pobożny nasz Sejm uchwalił cześć dla pamięci zmarłego 70 lat temu Witkacego! Taż ten Witkacy musi pękać ze śmiechu w nieustalonym grobie. Jest to znakomity ciąg dalszy niezwykle pokrętnej biografii tego genialnego twórcy, który nie daje się w żaden sposób zaszufladkować ani tym bardziej ująć w jakieś racjonalnie pojmowane prawidłowości. Żył jak chciał. Najczęściej pod prąd przyjętym kanonom. Tak też tworzył. Nie istniała dla niego żadna świętość, żadne tabu albo nienaruszalny autorytet. Istniała sztuka i chęć korzystania z uroków życia bez ograniczeń.

Dlaczego zdumiewa mnie ta uchwała? Witkacy przeczył swoim życiem niemal wszystkiemu co bliskie jest pobożnemu modelowi życia. Łamał wszystkie grzechy główne i nie tylko. Cała jego biografia jest świetnym materiałem na skandaliczny film obyczajowy z licznymi elementami sensacyjnymi i mrocznymi tajemnicami niemytych dusz oraz całym sztafażem jego monadyzmu biologicznego. Ochrzczony nie wiadomo dlaczego dopiero w szóstym roku życia. Ale warto było czekać, aby mieć za chrzestnych Helenę Modrzejewską i góralskiego Sabałę. Nauki pobierał niezbyt systematycznie i często wbrew intencjom rodzicielskim. Wieczny ekscentryk, birbant, niepoprawny kobieciarz i zwariowany skandalista nie stroniący od alkoholu i narkotyków, które traktował jako swoiste dopalacze twórcze i życiowe. W czasie I wojny ochotniczo wstąpił do carskiego Lejb-Gwardyjskiego Pułku Pawłowskiego, gdzie już jako oficer dowodził kompanią. W bitwie pod Witoneżem na Ukrainie walczył z Austriakami. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że w liniach austriackich walczyli legioniści Piłsudskiego. Niektórzy twierdzą, że brał udział w Rewolucji Październikowej i został nawet komisarzem politycznym.

Okres dwudziestolecia międzywojennego, to nie tylko prawdziwy rozkwit jego niezwykłego talentu, zwłaszcza dramatopisarskiego, ale także przejawów ekscentrycznego, niepoważnego i szalonego trybu życia. Przyjaciół nie szukał wśród uładzonego mimo wszystko świata krakowskiej bohemy. Trwałe przyjaźnie połączyły go zaś z Zofią Nałkowską, Witoldem Gombrowiczem i Bruno Schulzem. Nasz Sejm z pewnością takich koligacji nie pochwaliłby.

W czasach PRL nie był zbytnio hołubiony. Gdy jednak UNESCO ogłosiło rok 1985 Rokiem Witkacego, coś należało zrobić. I zrobiono, ale po polsku. Sprowadzono z Jeziora na Ukrainie doczesne szczątki artysty i pochowano z pompą, honorami, dętymi mowami na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Ale od razu podejrzewano, że to nie są zwłoki Witkacego. Na wniosek posłującego wówczas naszego kolegi redakcyjnego Stanisława Rusznicy komisja anatomów ekshumowała zwłoki i okazało się, że za Witkacego robi ukraińska kobieta. Ale artysta jako rasowy kobieciarz z pewnością nie miałby pretensji, bo była dosyć młoda. To mogło przydarzyć się tylko Witkacemu, który gdzieś tam w anonimowej mogile z pewnością chichra się z tej pośmiertnej przygody. A dlaczego to wszystko nie przeszkadzało pobożnemu Sejmowi w podjęciu tej uchwały? Według mnie są dwa istotne powody. Po pierwsze artysta popełnił tajemnicze samobójstwo w dzień po wkroczeniu sowietów, a po drugie najlepiej sprzedającą się w ostatnich miesiącach książką na sejmowym stoisku była pozycja o wyjątkowo pogłębionych treściach poznawczych, czyli zbiór przepisów domowego kiszenia ogórków. A tak naprawdę, to Witkacy zasługuje nie tylko na sejmową uchwałę.

Roman Małek

List do Donalda Tuska (30.09.2009r.)

Pan Premier
Donald Tusk

Szanowny Panie Premierze,
Przyjęte właśnie przez sejm zmiany w kodeksie karnym polegające na podwyższeniu maksymalnych kar więzienia do 15 lat za przestępstwa tzw. pedofilskie oraz wprowadzenie procedur przymusowych terapii sprawców zupełnie pomijają – naszym zdaniem – o wiele ważniejszą kwestię. Podwyższenie maksymalnej kary więzienia nie ma sensu o ile przestępstwo będzie się przedawniało.

Tymczasem stosunkowo niedawno doprowadzono tylko do niewielkiego przedłużenia terminu przedawnienia ścigania tego przestępstwa do 5 lat od uzyskania pelnoletności przez ofiarę. Oznacza to, że ofiara musi przezwyciężyć często zupełnie niewyobrażalną traumę do 23 roku życia. Jest to osoba ciągle bardzo niedojrzała emocjonalnie m.in. właśnie dlatego, że jest ofiarą pedofilii i wymaganie od niej wniesienia oskarżenia jest sankcjonowaniem bezkarności sprawcy. Jest to oczywiście pewien postęp w stosunku do poprzedniego zupełnie skandalicznego przedawnienia po 10 latach od przestępstwa, ale ciągle oznacza, że wielu przestępców pozostaje bezkarnych zwłaszcza, gdy pedofil popełnia jednocześnie kazirodztwo, jest ojcem albo osobą bardzo bliską ofiary, co często ma miejsce.

Tymczasem w wielu państwach, m.in. we Francji gdzie obowiązywało przedawnienie po 10 latach od uzyskania pełnoletności przez ofiarę czyli w 28 roku życia ofiary, już dawno zniesiono w ogóle przedawnienie tego przestępstwa. Jest to ze wszech miar słuszne. Niedawno ukazała się książka polskiej autorki - ofiary ojca pedofila, który gwałcił – bo trudno to inaczej nazwać - dziewczynkę niemal od niemowlęcia. Zdobyła się ona na ujawnienie swojej traumy dopiero w 45 roku życia. A właściwie dopiero od chwili ujawnienia przestępstwa i jego ukarania możliwa jest skuteczna terapia ofiary, w Polsce w dodatku płatna. Przedawnienie powoduje praktyczną bezkarność przestępców a uświadomione ofierze po latach cierpienia musi być odczuwane jako krzycząca niesprawiedliwość.

Uważamy, że należy pilnie znieść przedawnienie tego przestępstwa, bo tylko wtedy unikniemy bezkarności. Jest to, naszym zdaniem, najważniejszy element karania tego przestępstwa, a nie zupełnie niepotrzebne wydłużanie kary, której i tak nie można wymierzyć z powodu przedawnienia. Maksymalna kara 10 lat więzienia jest karą wystarczająco dotkliwą.

O wiele ważniejsze niż długoletnia kara więzienia na koszt podatnika – uważana przez ludzi typu Ziobro za panaceum na wszystkie przestępstwa – jest skuteczne obciążenie sprawcy kosztem wieloletniej terapii, której wymagają ofiary. Należy więc wprowadzić solidne zadośćuczynienie finansowe dla ofiar i skuteczne metody jego egzekucji.

Z poważaniem
przewodnicząca partii
Teresa Jakubowska

sobota, 19 września 2009

Chochoły Kwitną!

Pierwsza powakacyjna sesja tylko rozpoczęła się od zdawkowych uprzejmości i porównywania opalenizny rzeszowskiej z bardziej egzotyczną, a przede wszystkim kosztowniejszą. Szybko jednak wszystko wróciło do normy. Radny Kultys hurtowo wygłaszał tak głębokie sentencje, że aż musiał nurkować. Zaś radny Kiczek w poszukiwaniu utraconych możliwości wypowiadania nieprzemyślanych kwestii zachowywał się niczym powakacyjny Jacusik z II d, czyli zgłaszał się do odpowiedzi jeszcze przed zadanym pytaniem. Nawet w momencie, gdy kończył swoją kwestię oracyjną, już zgłaszał się do następnej. Zachodziła obawa, ze w tym zapale przewróci ławkę, tak potężnie nim szarpało skosem do przodu.

Wszystko zaczęło się od wkroczenia do sali obrad ekipy telewizyjnej. Od razu Kiczek na wyrywki niczego nie rozumiał, pieprzyła mu się kolej jednoszynowa z jednotorową, ale chciał musowo o zawiłościach technicznych dyskutować z projektantami. Tylko po co i o czym? O torze na szynie, czy szynie na torze? A może o torze bez szyny? Natomiast radny Kultys w sposób teatralny, godny niemal Holoubka, znakomicie popisał się nieznajomością twórczości Barei, prowadząc jakąś paralelę, której w żaden sposób nie można przykleić do kolei. Może tego „Misia” oglądał z szafy, albo ma jakieś freudowskie skojarzenia? Przecież tam nie chodziło o epatowanie gadżetem bez względu na koszty, tylko ośmieszenie naszych chocholich skłonności narodowych w zderzeniu z siermiężną rzeczywistością. W pewnym momencie nie zdzierżył potoku pustosłowia Kazimierz Greń i zgłosił wniosek o zamknięcie tego niezbyt sensownego bicia piany na sucho, czyli bez jaj. Niewygadany jeszcze Kultys przyłożył mu za to karykaturą demokracji. A że Greń nie patykiem robiony, od razu replikował, że karykaturę może on sobie zobaczyć we własnym lustrze. Na zakończenie tej kwestii radna Winiarska obwieściła, że jest mocno napalona na tę kolej i zaprasza malkontenta Kultysa na inauguracyjną przejażdżkę. Pani Józefo, czarno to widzę! To już lepiej zabrać się z radnym Jęczmienionką, przynajmniej głupot nie pieprzy i przystojniejszy.

Następna zawierucha w pokrzywach powstała przy okazji rozpatrywania projektu uchwały o udzielenie pożyczki MPK. Powróciły wszystkie fobie, bezsensy i wyważanie otwartych drzwi. Zacząłem obawiać się, że niektórzy radni cierpią na chroniczną amnezję, albo kiepsko idą im drukowane, gdyż przejawiają drastyczne braki w umiejętności czytania ze zrozumieniem. Przecież w żaden sposób nie można ich posądzić o lenistwo, zwłaszcza polemicznych stachanowców gryzących sesyjny mikrofon z lubością. Znowu wyrażali niepokój, proponowali rozmowy, konieczność porozumienia i ratowania tej najdoskonalszej w całej Unii jednostki. No i przede wszystkim opracowanie koncepcji kompleksowego rozwiązania sprawy. Mógłbym tych komunałów jeszcze trochę nasadzić. Tylko po co? Przecież odpowiedzi na nie są zawarte z stosownych dokumentach, które należało tylko przeczytać ze zrozumieniem, czego wymaga się również już od tego zasiadającego w oślej ławce II d.

Wreszcie pojawił się życiowy cel samorządowej aktywności radnego Kiczka w ostatnich miesiącach, czyli zobowiązania prezydenta do zakazu lokalizacji stacji bazowych telefonii komórkowych w terenach przewidzianych dla budownictwa mieszkaniowego. Chodzi o szkodliwość tych instalacji. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie są one szkodliwe na wieżach kościołów, a są szkodliwe we wszystkich innych miejscach? Może na tych wieżach są neutralizowane przez aniołów stróżów? Cała pikanteria tej inicjatywy radnego zawiera się w tym, że podjęta uchwała nie będzie wiążąca i zostanie uchylona, gdyż będzie podjęta niezgodnie z obowiązującym stanem prawnym. No i co z tego? Pogadać nie można? Wreszcie zgodzono się na lokalizację tych stacji, które nie przekroczą mocy 25 W. Takie uważane są za bezpieczne. Trochę uciechy było, gdy dyrektor Bańdur powiedział, że innych aktualnie nie instaluje się. Ale z epokową inicjatywą językową wystąpił radny Kultys, który wnioskował przetłumaczenie tych 25 W z języka technicznego na język budowlany. Znałem tylko dwóch tak wybitnych językoznawców, którzy mogli na coś takiego wpaść. Jednym był Józef Wisarionowicz a drugim sekretarz Leon Kotarba. Panie radny witam w elitarnym towarzystwie. Z satysfakcją porównam obydwie pana wersje językowe, a odniosę się do nich z należnym podziwem.

Roman Małek

Mocarstwo Sznurkiem Wiązane

Tym razem bardziej błyszczeli na nowatorskim językowo firmamencie dziennikarze i twórcy. Ale wbrew pozorom w polityce również nie zajadano się ogórkami lecz poszukiwano stosownych środków wyrazu, aby możliwie skutecznie dopiec antagonistom. Jednak najwięcej uwagi poświęcono skrobaniu rzepki we własnym zakresie, bez imprezowego i rocznicowego spoufalania się. Dużo było także nadymania się. No i lato obrodziło nam w ulęgałki, buraki oraz politycznych historyków.

Brudasy polityczne – to po popaprańcach naprawdę świeża konstrukcja językowa Lecha Wałęsy. Tak plastycznie określił on całą kamarylę, która otacza Kaczyńskich, cuzamen z otaczanymi. I zapewne wcale nie chodziło mu o niedostatki higieniczne, a wręcz przeciwnie. Musiał dopatrzeć się licznych plam na honorze, sumieniu i godności osobistej popapranych. Szczegółów jednak oszczędził. Ale należy mu z pewnością wierzyć na słowo, gdyż kiedyś kolaborował z tym towarzystwem na bardzo zażyłej płaszczyźnie. Po niemytym Murzynie Rydzyka – niemal językowa poezja! Dorobek twórczy Pana Lecha rośnie niemal tak, jak dorobek Dody pod biustonoszem.

Cześci – nie, tutaj nie ma błędu maszynowego. Nie chodzi bowiem o części tylko o dopełniacz liczby pojedynczej pojęcia cześć. Minister Grabarczyk czymś takim darzy szansonistkę skandaliczną, czyli Madonnę. Darzenie darzeniem, ale minister powinien jeszcze choć ociupinkę orientować się w zawiłościach gramatycznych ojczystej mowy i wiedzieć, że nie chce jej poskąpić należnej czci, a nie cześci, bo lud boży może nie znać się na żartach i zacznie robić sobie jaja z cześci ministerialnej! I co sobie wówczas pomyśli prezydent?

Mamrot – wysublimowany trunek, którym raczą się przysklepowi ławnicy w serialu „Rancho”, robiący za opinię publiczną, niczym chór mędrców w starogreckim teatrze. Spożywanie z gwinta tej boskiej ambrozji wymaga uprzedniego intensywnego treningu. W przeciwnym przypadku biesiadnik wysiada, przepraszam pada, już w przedbiegach. Wówczas i zdolny Chińczyk nie jest w stanie wymamrotać niczego, nawet po chińsku, a co dopiero po polsku! A taki Solejuk czy Pietrek potrafią! A Pietrek to i przebój wilkowyjski potrafi jeszcze skomponować. Mamrot, to za dobry trunek dla roztrenowanych i niewyrobionych politycznie.

Mocarstwo sznurkiem wiązane – tak pismak Piasecki określił stan naszej militarnej obecności na amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie. Pewien nielubiany przez piłsudczyków przedwojenny twórca określał ówczesne nasze mocarstwowe zapędy bardziej dosadnie, gdyż zwykł mawiać – boso, z gołą d… ale przy szabli i w ostrogach! Prowadzimy nie swoje wojny bez elementarnego zabezpieczenia technicznego i logistycznego. Każemy naszym oficerom i żołnierzom ginąć w amerykańskim interesie za czapkę gruszek, Bóg zapłać i transport zwłok do kraju. Za starą idiotyczną korwetę, zabytkowe herkulesy, salwę honorową i za szeroki uśmiech prezydenta USA. Spostrzeżenie Piaseckiego jest wyjątkowo trafne. Przedwojenne boso i golizna trwa, ale szabla i ostrogi istotnie trzymają się tylko na sznurkach.

Zakichany interes – tak z uśmiechem skonstatował koniczyna Żelichowski, odtrąbiony przez ministra Grada w duecie z premierem, sukces w stoczniowym geszefcie robionym z katarskimi handlarzami. Istotnie, kichanie nie należy do pożądanych skutków prowadzonego geszeftu. Pewnie kichalibyśmy i bez Kataru, gdyż handlowa mądrość nie jest najmocniejszą stroną naszego rządu, który wpuszczali w buraki i mniejsi od katarczyków. Słyszałem od swojego dziadka, że ponoć w Kłaju wymieniają katar na biegunkę, ale czy to coś pomoże? Chociaż przy biegunce nie cieknie z nosa, to przecież trzeba wykazywać się sporą szybkością reakcji i nie byle jakimi umiejętnościami manualnymi związanymi z błyskawicznym uwalnianiem się z przyodziewku. Niedostatki w tym względzie skutkują paskudnymi konsekwencjami sprzecznymi z czystością środowiska naturalnego. Jednak w interesach takie umiejętności mogą się sprawdzić.

Skok wylądowany – sportowy gadacz Snopek, tak skwitował popis, któregoś letnio skaczącego na Wielkiej Krokwi w Zakopcu boazera. Zgodnie z tą logiką onże skok musiał uprzednio zostać z pewnością najechany, następnie wyskoczony, później leciany i leciany, aby być wreszcie doleciany i wylądowany. Natomiast sam skoczek, który w skoku nie musiał brać udziału, poleciał dalej – może na piwo, albo do cioci Zuli na imieniny. Musiał ten Snopek przysypiać na lekcjach polskiego, albo nawet wagarować. Co gorsza w kiepskim, zbyt nienaumianym towarzystwie, które w dodatku było nienachciane do nauki. Ale to wcale nie przeszkadzało skoczkowi ładnie wylądować, nawet z telemarkiem, za co publiczność owacyjnie nagrodziła go.

Roman Małek

Siła Demokracji

O biurokratycznej potędze przekonali się mieszkańcy Nienadówki, dotychczas słynącej z dobrych truskawek i takiego sobie burmistrza Sokołowa. Kiedyś mieszkańcy ucieszyli się z planowanej autostrady i drogi S 19. Później trochę miny im zrzedły, gdy mierniczy celowali im aparaturą w chałupy i stodoły. Opracowano aż 5 wariantów przebiegu tych dróg i żaden mieszkańcom nie podobał się. Podnieśli larum i doprowadzili do opracowania szóstego wariantu, kompromisowego. Ten już był do przyjęcia i wojewoda Karapyta klepnął go swoim poparciem. W stosownym ministerstwie te kwity poleżały sobie coś z rok, bo tyle trwa urzędniczy trud. I wreszcie ni z gruchy, ni z pietruchy padła decyzja, że obowiązuje wariant numer pięć, w opinii ludu Bożego, najgorszy z możliwych. I po co tę żabę wszyscy jedli, skoro urzędnik w stolicy wie najlepiej? Jeśli na pozorach ma polegać konsultacja społeczna, to już lepiej dać na mszę w intencji przyboru oleju w urzędniczych głowach, aniżeli wygłupiać się w pustych, jałowych dyskusjach. Ażeby było weselej, to okazało się, że niektóre jeszcze nie wykończone budynki uzyskały pozwolenie na budowę, gdy wiadomo było którędy planowane są nowe drogi. Potwierdza to tezę o selektywnej pamięci urzędniczej. Zapamiętuje on tylko kwestie ułatwiające mu życie. Również i te, które maskują nieróbstwo pozorami biurokratycznego mozołu.

Roman Małek

Zadyma Trwa

Na górze między prezydentem a premierem iskrzy coraz bardziej. Wojenna frazeologia polewana bogoojczyźnianym sosem ma wszystkim unaocznić, że tam gdzie jest dwóch Polaków musi być trzy sprzeczne zdania, albo jak kto woli – trzy zwalczające się partie. Gdy w Gruzji wybuchła awantura nasz prezydent pośpieszył z odsieczą do Tbilisi i takie palnął orędzie, że Miedwiediew z Putinem do dziś spać spokojnie nie mogą, ze śmiechu. Tak to spodobało się Markowi Kondratowi, że zerżnął z prezydenta to orędowanie. Ale prezydent jest zdecydowanie lepszy. Premier określił ekskursję gruzińską jako działalność misyjną. Jak na solidnego misjonarza przystało nasz zwierzchnik mówił o wojnie. Prezydent również szybko uporał się ze zmontowaniem międzynarodowej koalicji mocarstw leżących w Pribałtykie. Z całą wielkomocarstwową litewsko-łotewsko-estońską potencją ruszył na podbój Brukseli. I tu już na starcie afront. Musiał lecieć z premierem tym samym samolotem. Całe nasze dumne i honorne prawitielstwo miało bowiem jeden nadający się do lotu samolot. Skoro nikt nie chciał do tej Brukseli lecieć paralotnią, to musieli razem. Tam jednak wszyscy liczący się przywódcy mieli inne zdanie, z którym pojechał do Moskwy prezydent Francji. Nie podzielał on bezgranicznej miłości do Gruzji. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że na miłość najlepszy jest długi spacer, zwłaszcza w deszczu. W tej Moskwie wyszło, że Francuzi mają kiepskich tłumaczy, którzy poprzednim razem źle przetłumaczyli tekst porozumienia w sprawie rozładowania konfliktu gruzińskiego i dlatego teraz Miedwiediew dał żabojadom właściwe tłumaczenie, z którego ucieszył się Sarkozy. Nasi na razie dostali eksmisję ze swojej ambasady w reprezentacyjnej dzielnicy Moskwy do peryferyjnego Ostankino.

Z dużym zadęciem w obecności naszych głów państwa Condoliza Rice podpisywała porozumienie w sprawie instalacji w Polsce amerykańskiej tarczy broniącej cały świat, w tym i Putina, przed afgańskimi talibami i Kim Dżong Ilem. Gdy premier kurtuazyjnie witał Condolizę w języku murzyńskim pan prezydent skręcał się ze śmiechu, jakby oglądał „Świat według Kiepskich”. W miarodajnych kręgach twierdzą, że śmiał się ponieważ nie zna murzyńskiego i słowa premiera źle kojarzyły mu się.

Ostatnio prezydent znowu zadziwił cały cywilizowany świat kolejną inicjatywą dyplomatyczną. Postanowił z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości zorganizować w Pałacu Namiestnikowskim wielkie balowanie na 55 głów państwa, również z pozostałymi członkami, ma się rozumieć. Bal ma poprowadzić pani Fotyga, bez wątpienia największy talent taneczny od czasów Wieniawy-Długoszowskiego. Gościom zaś należy serwować nasze narodowe potrawy i trunki: zioberka szczypane w sosie tuskanym, wassermannki na putrze, niesiołki w komorowskiej potrawce, macierkę na kaczych jajach, piski szczyglane, olszowki po łopińsku, gosiewki wałęsane. Wówczas może tych głów więcej da skusić się?

Roman Małek

Korupcja Prezydenta

No i mamy historię jakby żywcem wyjętą z „Procesu” Franza Kafki. Skoro jest oskarżony i oskarżyciel, to wcale nie musi być winy, aby procedura toczyła się w absurdalnym kafkowskim świecie bez klamek. Wystarczy przecież abstrakcyjna konstrukcja formalna, aby odrealniony ciąg zdarzeń funkcjonował niezależnie od realnej rzeczywistości. To natrętne skojarzenie spotęgowała u mnie informacja o skierowaniu przez CBA do Rady Miasta Rzeszowa idiotycznego pod każdym względem wniosku o wygaszenie mandatu prezydenta Ferenca. Niby co, Rada Miasta ma być strażą pożarną CBA? Czyżby antykorupcjoniści nie mieli swoich sikawek, skoro zauważyli pożar w mandacie Ferenca? Przecież ten absurdalny cyrk antykorupcyjny trwa już kilka miesięcy. Skoro prawne możliwości CBA nie dały żadnego rezultatu, to dlaczego mają być skuteczne procedury pozaprawne? Rada Miasta nie ma przecież żadnych uprawnień w tym względzie i ten 20-stronicowy elaborat CBA przewodniczący Fijołek pewnie odłoży ad acta, a powinien wrzucić do kosza. Przecież wojewoda i minister spraw wewnętrznych i administracji jednoznacznie odrzucili wnioski ścigaczy korupcji ferencowskiej, nie dopatrując się w nich jakiegokolwiek sensu. Czy to znaczy, że są oni niekompetentni i prawnie głupsi od antykorupcjonistów? Przecież nie tak dawno podobną awanturę CBA już zafundowało burmistrzowi Łańcuta i jego zastępcy, którzy działali w jakimś lokalnym stowarzyszeniu. I co? A, no nic! Oskarżenia i wyniki dochodzenia zwiększyły tylko stan urzędniczej makulatury, ciśnienie u panów burmistrzów i dobre samopoczucie CBA.

Zgodnie z ustawowymi założeniami CBA ma ścigać i zwalczać korupcję. Na czym zatem ta korupcja prezydencka polega, że należy ją z taką determinacją i uporem ścigać? Otóż zaniżył, przestępca jeden, obmiar swojego domu o 2 metry kwadr. Z pewnością została ta powierzchnia dobudowana korupcyjnie i po cichu przez któregoś z wygranych przetargowiczów na roboty publiczne w mieście. Prawdopodobnie chodziło o wybudowanie dla prezydenta dyskretnego schowka na półlitrówkę, o której nie powinna dowiedzieć się żona. Przecież taka powierzchnia tylko na to nadaje się.

Zgodnie z ustawowymi założeniami CBA ma ścigać i zwalczać korupcję. Na czym zatem ta korupcja prezydencka polega, że należy ją z taką determinacją i uporem ścigać? Otóż zaniżył, przestępca jeden, obmiar swojego domu o 2 metry kwadr. Z pewnością została ta powierzchnia dobudowana korupcyjnie i po cichu przez któregoś z wygranych przetargowiczów na roboty publiczne w mieście. Prawdopodobnie chodziło o wybudowanie dla prezydenta dyskretnego schowka na półlitrówkę, o której nie powinna dowiedzieć się żona. Przecież taka powierzchnia tylko na to nadaje się.

Skoro skrupulatne badanie oświadczeń majątkowych prezydenta Ferenca za lata 2003-2008 nie dały nic oprócz dwumetrowego niedomiaru domu, należałoby pogrzebać również lepiej w innych sferach jego aktywności. Może należy do kółka różańcowego, albo i do koła gospodyń w którymś z przyłączonych osiedli? Darzy je bowiem podejrzaną, jak najbardziej, sympatią. Poszperałbym też w towarzystwie cyklistów. Narozrabiali już trochę za księdza Pirożyńskiego przed wojną, a prezydent im dziwnie sprzyja. Z pewnością zaś nie należy go szukać we władzach miłośników kosmatki, stowarzyszenia wielbicieli CBA oraz zamulonego zalewu.

A tak już zupełnie refleksyjnie, poważnie i do rzeczy. Dziwny ten nasz kraj, panujące w nim zwyczaje i stosowane preferencje. Centralne Biuro Antykorupcyjne stać na prowadzenie długotrwałych nikomu niepotrzebnych działań, jak chociażby te opisane wyżej. Natomiast policjant prawdziwie łapiący złodziei, łapowników, bandziorów i pilnujący porządku dostaje limit paliwa mniejszy od ilości wypijanej wódki przez przeciętnego rodaka.

Roman Małek

Wojna Mentalnie Trwa!

No i mamy ciąg dalszy polityki historycznej. Tym razem jednak w skali zdecydowanie większej. Nie miałem zamiaru zabierać głosu w sprawie wojennej rocznicy. Ale dynamika głupoty pojawiającej się z różnych stron sceny politycznej najnormalniej rozzłościła mnie i nie tylko. Niektóre histeryczne reakcje trudno w jakichś racjonalnych kategoriach postrzegać. To już przestaje być i polityką i historią. To jest talibizacja i jednej i drugiej. Pojawia się uporczywe i coraz bardziej agresywne domaganie się niemal dżihadu w stosunku do wszystkich, którzy inaczej od naszych ortodoksów polityczno-historycznych oceniają drugą wojnę światową. Nieważne są wyważone głosy znawców przedmiotu. Rodzimi talibowie od historii wiedzą najlepiej.

Twierdzenie, że Rosjanie wywołali II wojnę jest tak samo prawdziwe, jak twierdzenie Rosjan, że haniebny pakt Ribbentrop-Mołotow został podpisany dla zyskania czasu na przygotowanie się do wojny. Obie tezy są idiotyczne. Ta wojna zaczęła się w Monachium. Właśnie tam Hitler przekonał się, że mocarstwa zachodnie nie zamierzają ginąć, ani za Pragę, ani za Gdańsk. Dla własnego spokoju sprzedadzą one bezczelnie każdego sojusznika. Dlatego cała nasza dyplomacja przedwojenna na nich oparta doprowadziła w konsekwencji do osamotnienia w momencie hitlerowskiej napaści. Owszem, zgodnie z podpisanymi układami, wojnę Niemcom wypowiedziały i Francja i Anglia, ale nikt nie zamierzał atakować Niemiec. Na ich zachodniej granicy trwała dziwna wojna, której faktycznie nie było, ponieważ przy takiej doktrynie militarnej być nie mogło. Poza tym zupełnie niepotrzebnym politycznie i militarnie incydentem z zajęciem Zaolzia zafajdaliśmy sobie stosunki nie tylko z Czechosłowacją. Zawsze mieliśmy do tego talent. Dlatego niektórzy traktują nas jak kraj sezonowy, który jest, a po sezonie może go nie być.

Cała krucjata antyrosyjska prowadzona przez bliźniaków wykazywała tylko jedną prawidłowość. Nasze stosunki z Rosją mogą być rozpatrywane tyko w kategoriach czarno-czarnych. Żaden inny odcień nie wchodzi w rachubę. Szanowni panowie! Tak politykę uprawiało się w XVII wieku. Jeśli tego nie zauważyliście, to informuję, że aktualnie żyjemy już w XXI i dlatego posługiwanie się archaiczną metodą jest absurdem. Wszyscy w Europie już dawno to zrozumieli. Wszyscy wojenni antagoniści już dawno poukładali sobie od nowa klocki i podjęli konstruktywną współpracę. Tylko my nadymamy się, jakbyśmy byli pępkiem świata. A jesteśmy zwykłym średnim krajem na dorobku, a nie potęgą. Jeśli ktoś woli to możemy być quazi mocarstwem ale sznurkiem wiązanym. Komu potrzebna ta wojna polsko-polska na pośmiewisko cywilizowanego świata?

Każda opozycja ma prawo do krytyki i sprzeciwu, ale na miłość boską nie do głupoty politycznej! Kwestionowanie sensu zapraszania na uroczystości rocznicowe premiera Rosji jest właśnie taką ewidentną głupotą. Przecież nie można udawać, że Rosji nie ma i że nie brała znaczącego udziału w II wojnie światowej. Jestem święcie przekonany, że gdyby Polska prezesa Kaczyńskiego była jedną ze stron nawiązujących dobrą współpracę po wojnie w układzie Niemcy-Francja, Niemcy-Rosja czy chociażby Rosja-Finlandia, żadnej współpracy w tym względzie nie byłoby. No, ale gdyby Putin ubrany w wór pokutny padł przed naszym prezydentem na kolana i ucałował jego spracowaną politycznie dłoń, może coś dałoby się zrobić. Na szczęście inni od Brzezińskiego po Wałęsę zdarzenia rocznicowe oceniają obiektywnie i w kategoriach zdroworozsądkowych, upatrując może jeszcze nie zwrot w stosunkach polsko-rosyjskich, ale krok we właściwym kierunku. Ale ta paskudna wojna w niektórych kręgach nadal mentalnie trwa.

Roman Małek