piątek, 24 kwietnia 2009

Marszałek z o.o.

   Bogobojny elektorat naszego województwa zafundował sobie ponad 2 lata temu prawy i sprawiedliwy sejmik wojewódzki i w konsekwencji takiż urząd marszałkowski. Podobnie było w kilku innych sejmikach, ale tam już ten problem został rozwiązany. Rządzą inni. Jedynie Podkarpacie zachowało sobie taki polityczny skansen w postaci urzędu marszałkowskiego. Z trudem ten urząd zdąża z niektórymi kwitami, co znacznie ogranicza nasze możliwości nie tylko unijne. Marszałek zaś zamiast biegania gdzie trzeba z potrzebami województwa i gałązką oliwną, biegał z oliwą do lania w ogniska zapalne. Z dużym talentem obnosił się ze swoimi służebnymi zaletami i krystalicznie czystymi intencjami wypranymi z jakichkolwiek politycznych i interesownych podtekstów. Wprawdzie nikt w to specjalnie nie wierzył, nawet partyjna kamaryla, ale interes kręcił się bez większych zakłóceń, potęgując samouwielbienie marszałka. Nawet chybione próby detronizacji przyjmował z wyrozumiałą wyniosłością i pobłażliwym lekceważeniem. Rozdymał swój biurokratyczny aparat do rozmiarów nieprzyzwoitych do tego stopnia, że jeszcze niezasiedlona, projektowana przez poprzednika,  nowa siedziba urzędu jest już za ciasna i urzędnicy chyba będą musieli urzędować przy piętrowych biurkach.

   Wszystkich prawych i sprawiedliwych w potrzebie potraktowano z miłosierdziem marksistowsko-chrześcijańskim, czyli obdarzono przyzwoitymi stołkami. Jeśli ich nie stało, od czego inwencja twórcza? Powstały nowe! W sumie coś z trzysta nowych stołków. Ale nie spotkałem nikogo, kto poza marszałkiem dostrzegł poprawę w urzędniczej sprawności. Tę personalną karuzelę jeszcze należało jakoś przepchnąć przez wymagane procedury konkursowe. I w to świetnie prosperujące towarzystwo w marcu brutalnie wtrąciła się policja, aresztując parę marszałkowskich urzędników pierwowo czinownikowo sorta, i na dzień dobry zarzuciła im paskudny korupcyjny garb. Później przesłuchano następnych z marszałkiem na czele. Niektórym postawiono także zarzuty. Marszałek stwierdził jednak, że całe te zarzuty to tańcujące michałki nadęte przez niekumatych policjantów. Fakt, antykorupcjoniści Kamińskiego żadnego smrodu nie wyczuli chociaż węch korupcyjny powinni mieć wyjątkowo wyczulony. Ale żeby policjanci aż tak chcieli się wygłupiać? Niewiarygodne! Najbardziej ucieszne było jednak stwierdzenie marszałka, że nie poczuwa się za ten stan do żadnej odpowiedzialności. Mamy zatem do czynienia z marszałkiem z ograniczoną odpowiedzialnością, albo, jak kto woli, z ograniczoną nieodpowiedzialnością. Zupełnie inaczej jest u Kaśki zza rzeki. Jeśli jej kozy wyrządzą szkodę w burakach Wojtka, to bez ociągania się za wyrządzoną szkodę buli osobiście Kaśka, a nie jej kozy, które z kolei za taki despekt oberwą od Kaśki wychowawczo lagą i zostaną uwiązane na łańcuchu. No, ale ani Kaśka, ani jej kozy nie należą do prawych i sprawiedliwych. Nie podlegają z tej przyczyny wyśrubowanym standardom etycznym obowiązującym w urzędzie. Dlatego marszałek dziarsko tkwi na swym stolcu niczym ten ułan na historycznej widecie, pomimo że siodło go w coś tam gniecie.

   Ażeby było jeszcze weselej, zarzuty postawiono od personam najbliższym współpracownikom marszałka, można rzec urzędnikom najwyższego marszałkowskiego zaufania, czyli pierwszym skrzypcom w jego orkiestrze. Chociaż z drugiej strony po cholerę skrzypce w orkiestrze dętej? Wystarczą dudy, trąba i bęben. Jeden najważniejszy orkiestrant ma nawet solidne przygotowanie policyjne, niezwykle przydatne, ale nie w urzędniczych procedurach. Nie wiem tylko, dlaczego niektórzy jego byli podwładni obdarzyli go epickim określeniem „Wódz Złamana Pała”. Widocznie w uznaniu tropicielskich dokonań w łowach na bizony, albo w innych podchodach. Marszałek, podziwiając urzędnicze talenty swoich podejrzanych, zlecił im odpowiedzialną fuchę kierowania ruchem biurek w nowym obiekcie. I słusznie! Przecież mogłoby dojść na źle kierowanym ciągu komunikacyjnym do czołowego zderzenia biurka marszałka z biurkiem sekretarki i w konsekwencji do biurkowego skandalu z  molestowaniem. Co by jednak o marszałku nie mówić, ale w umundurowaniu kopacza balona prezentuje się znakomicie. A te podskoki! Poezja! Chociaż w tym na zdjęciu w balon akurat głową nie trafił. Albo głowa za mała, albo balon jakiś jajowaty.

Roman Małek 

piątek, 27 marca 2009

Żona cesarza

   Prezes wszystkich prawych i sprawiedliwych na tym łez padole od lat powtarza, jak mantrę, że tylko jego pozytywni bohaterowie na skale są zdolni przeprowadzić z powodzeniem naszą nawę państwową przez mętne wody wzburzonej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Wszystko dlatego, że są krystalicznie czyści w intencjach i rękach oraz pozbawieni wszelkich niecnych skłonności i słabości. Są politycznie honorowi, nie biorą łapówek, a nawet nie jeżdżą po pijaku i nie biją osobistych żon. Znaczy to, że wszyscy kanceliści prezesa są jak żona cesarza, poza wszelkimi podejrzeniami. Życie  ukazuje jednak co rusz zupełnie inny wizerunek tych państwowych kryształów. Widać czarno na białym, że jeśli chodzi o żonę cesarza, to bliżej im do Messaliny, aniżeli oktawianowej Liwii. 

Potwierdzają to ostatnie aresztowania w naszym Urzędzie Marszałkowskim. Zastępcy dyrektora Kędzierskiego od konkursów kadrowych i obrotnej sekretarce postawiono zarzuty korupcyjne. Nie wiadomo dlaczego antykorupcjonistów Kamińskiego wyręczyli w tym policjanci. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że do odpowiedzialności za stan moralności urzędniczej ani ciut, ciut nie poczuwa się marszałek Cholewiński, de domo z włości pysznickiej. Uważa on ponadto, że ten przypadek jest przejawem głupoty urzędniczej. Wygląda na to, iż gdyby nie dali się złapać, byliby nadal urzędnikami mądrymi w prawości i sprawiedliwości i w dodatku honorowymi. Przy okazji powychodziło cały szereg innych zafajdanych przypadłości tego urzędu, jedynego już w Polsce rządzonego przez PiS. Zatrudnienie prowadzone na nepotycznych zasadach wzrosło w ostatnich latach o ponad 300 pracowników, natomiast poziom i jakość pracy, ani trochę. Szanowny obywatel Dżeki Marchewa twierdzi, że jest to przejaw demokracji. Według niego dyktatura władzy jest wówczas, gdy ta władza robi co chce, a obywatele nie mają prawa wtrącać się. Natomiast w demokracji obywatele mają prawo wtrącać się, a władza robi co chce. Sprawa jest ponoć rozwojowa. Ale skoro nadający się na sołtysa Zygmunt Cholewiński rozwinął się aż na marszałka, to okulałe nawyki urzędnicze rozdmuchanej rzeszy zatrudnionych podlegają także rozwojowi.

Roman Małek

niedziela, 22 marca 2009

Na zdrowie Pań!

   Międzynarodowy Dzień Kobiet! Cóż to jest? Historyczna cezura wyjścia kobiet z politycznego niebytu, pora eksplozji uwielbienia dla piękniejszej części społeczeństwa, czas męskich wędrówek z kwiecistym argumentem w ręku? Pewnie wszystkiego po trochu, ale nie dla wszystkich. Również i w tym roku przy okazji tego sympatycznego święta dali głos popaprani znawcy przedmiotu, którym albo powypadały już zęby mądrości, albo takowe nigdy nie wyrosły i pozostali na zasmarkanym etapie rozwoju intelektualnego i emocjonalnego. Otóż jest to dla nich paskudny wytwór komunistyczny. Nie wiem, gdzie oni w Polsce widzieli ten komunizm zamiast PRL-u, ale im wszystko kojarzy się, jak szeregowcowi Pietruszce chusteczka, a kurtykowcom z IPN Wałęsa. Aż dziw bierze, iż jeszcze nie napiętnowali wielu innych spraw związanych z paniami. Przecież koniecznie trzeba zlustrować negatywnie niejakiego towarzysza Adama zamieszkałego w Raju, który wybrał na sekretarza rajskiej podstawowej organizacji partyjnej towarzyszkę Ewę, agentkę KGB. Z inspiracji komunistów wydała mu polecenie partyjne, aby rąbnął pięć kilo rajskich jabłek najwyższego miczurinskogo sorta. Zgroza! Z tego powodu Macierewicz z Sakiewiczem muszą obejść się rajskim smakiem i walczyć z komuną, począwszy od stadium zygoty. A taka królowa Saby? Toż to przecież nikt inny, jak udająca dziewicę agentka Dzierżyńskiego, która po to przybyła z pół tysiącem innych  dziewic na dwór króla Salomona, aby podstępnie i kusząco wyciągnąć od niego skrywane tajemnice Starego Testamentu! I wreszcie komunistyczny agent Jan Sztaudynger też zasługuje na całopalenie za swoją agenturalną robotę w naszym katolickim narodzie. Ośmielił się zmienić podstępnie jedno z ważniejszych przykazań dekalogu i wywyższać ponad miarę znaczenie kobiety. Napisał bowiem ten komunistyczny lubieżnik – Nie będziesz miał cudzych bogów / prócz kobiecych nogów. 

Głupota nie powinna jednak przysłaniać nam oglądu świata realnego. Dlatego wszystkim znanym mi z bliska i oddalenia paniom życzę całorocznego doświadczania męskich hołdów i satysfakcjonującego spełnienia swojej urokliwej kobiecości. Natomiast wzmiankowanym wyżej znawcom z bożej łaski życzę zdrowia, bo na rozum za późno.

Roman Małek

Współczuję patronowi

   Prezes Kaczyński stanął w nowym tysiącleciu na czele zdrowych sił narodu i postanowił żarem wewnętrznym swojej nieskazitelnej partii wypalić wrzód politycznej chućpy panującej w publicznych mediach. Rzekomo były one zawłaszczane bandycko i w sposób bezprzykładny wykorzystywane do haniebnego obnażania tego w jego partii, co nie nadawało się do obnażania. Z kolei nie obnażano tam tego, co według prezesa, boskiej Szczypińskiej i Macierewicza należało obnażać. 

   Po wygranych wyborach kombinował, jak tu dorwać się do władzy medialnej, która podniosłaby nie tylko jego wizualny wzrost. Zafundował sobie przystawki giertychowsko-lepperowskie. One odpuściły mu w Sejmie, on im w mediach. Biedactwo uważało, że przystawki dadzą pożreć się z kretesem. Te jednak zbiesiły się po ziobrowaniu  sprawiedliwym i dutkaniu politycznym na strychu. Chłopaki skrzyknęły się i wzięły sprawę w swoje ręce, czyli zaczęły rządzić w mediach publicznych. Wpierw wywaliły na zbity pysk pisowskie filary z radia, a później podnóżek Lecha Kaczyńskiego z telewizji, za przeproszeniem, publicznej. Na nic zdały się lamenty Urbańskiego i spółki, lanie łez na medale Kaczyńskich i łażenie po sądach. Piotr Grzegorz Farfał z LPR, wybitny skinhead, neonazista i wszechpolak znamienity, rozpoczął wielkie sprzątanie w TVP wywalając wszystko, co kojarzy mu się źle. Czyli skutecznie dorwał się do telewizyjnego pilota na Woronicza. A kto ma w ręku pilota, ten ma władzę telewizyjną. Bez zbędnych ceregieli postanowił postawić na swoich niefachowców w terenie. Czyli wszystko zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, że nie zamierza zajmować się politycznymi rozgrywkami, lecz pchać na nowe boczne tory redakcyjny profesjonalizm. Wtajemniczeni twierdzą, że nawet patronowi medialnemu, świętemu Franciszkowi Salezemu, który widział już niejedno w swoim patronowaniu, kopara z wrażenia opadła, trzasnął w kąt swoim atrybutem, czyli otoczonym cierniową koroną sercem przeszytym strzałą i poszedł na ryby, gdy dowiedział się, że wodzem rzeszowskiej telewizji Farfał mianował górnika specjalizującego się w gazetkach ściennych.

   Skąd wziął się ten telewizyjny geniusz na trudne kryzysowe czasy? Z dobrego styropianowego rodowodu. Tadeusz Górczyk z jasielskiego cyrkułu, bo o nim mowa, ma solidne przygotowanie zawodowe. Tyle tylko, że zupełnie nieprzydatne w kierowaniu ośrodkiem telewizyjnym. Posłowanie, sekretarzowanie w jasielskiej radzie, czy dyrektorowanie w Zakładzie Obsługi Urzędu Wojewódzkiego ma tyle wspólnego ze znajomością organizowania pracy ośrodka telewizyjnego co grzybiarz z leśnikiem. Pochwalił się, że zaglądnął nawet w papiery personalne, ale jeszcze ich nie ogarnął, a musi. Ba, twierdzi, że ma nawet poglądy polityczne, ale ich za chińskiego boga nie ujawnił. Może to i lepiej, dla tych poglądów, oczywiście. Już raz, w maju 2007 roku, próbowano usadzić go na tym stołku, ale nieskutecznie, bo telewizyjne pismaki zrobiły taki raban, że władzy rura zmiękła. Teraz był więc kandydatem jakby lekko przeterminowanym, ale przeszedł gładko. Tylko Rada Nadzorcza zaczęła kręcić nosem, ale nie dlatego, że Górczyk tak  nadaje się na telewizyjnego bossa, jak moja teściowa na primabalerinę, ale dlatego, że kontrakt poprzednika wygasa w kwietniu i przesuwając termin zmiany wodza, będzie można nieco zaoszczędzić.

   W rzeszowskiej telewizji podniesiono oczywiście raban. Zakładowa „Solidarność” zdecydowanie całą sprawę oprotestowała. Szkoda tylko, że nie uświadamia sobie, że to nie czasy związkowych protestów w mediach. Związki mają tam aktualnie mniej więcej tyle do powiedzenia, co Żyd w czasie okupacji. Ale skoro inny renesansowy specjalista Zbigniew Sieczkoś może szefować Radzie Nadzorczej w Polskim Radiu, to dlaczego Górczyk nie może spróbować swoich górniczych talentów w telewizji? A nuż dokopie się do skarbnicy mądrości? Przecież obiecał niczym ten Farfał, że będzie robił wszystko, a nawet jeszcze więcej, aby nikogo nie zwalniać! Ot, taki sobie skromny przejaw demokratycznej praktyki w przesadnie demokratycznym kraju.

Roman Małek 

Zeszmalcowienie

   Pomimo że prezes Kaczyński ogłosił wszem i wobec koniec wojny PiS ze wszystkimi i przejście do elitarnego kręgu ludzi kulturalnych w obyciu, praktyka życia politycznego rozjechała się zdecydowanie z deklaracjami. Wszystko nadal toczy się ustalonym trybem, poza zmianą kilku twarzy pojawiających się w mediach. Te zużyte przeszły do trzeciego szeregu, a pojawiły się świeższe, chociaż nie mądrzejsze. Osobiście żal mi zabranego z ekranu konterfektu boskiej Szczypińskiej i zadowolonego kluskowca Gosiewskiego. No i kto teraz zbuduje metro i tramwaj we Włoszczowie? Tym razem jednak postanowiłem dowartościować językowe talenty innej opcji politycznej.

Chory debil – za to pieszczotliwe miano, nadane kumplowi ze styropianu, Lech Wałęsa został wyceniony przez sąd na ponad siedem tysięcy złotych grzywny z dodatkami. Pewna racja logiczna w tym jest. Gdyby bowiem Wałęsa rzucił samym debilem nie byłoby nieszczęścia. Przecież zdiagnozowałby wówczas Wyszkowskiego, jako kogoś zdolnego nauczyć się czytać, pisać i rachować oraz wykonywać nieskomplikowane prace, chociaż pozbawionego przez Bozię daru abstrakcyjnego myślenia. Ale taki niedostatek intelektualny nie należy przecież do rzadkości wśród rodzimych elyt. Panu prezydentowi zechciało się jednak kwiecistej polszczyzny i dorzucił przymiotnik chory. A ta zniewaga już krwi wymaga, gdyż onże Wyszkowski jest zdrów, jak bałtycka flądra, albo nawet morświn. Ponadto prezydent porównał go również do małpy z brzytwą. Gdyby chociaż skorzystał z mądrości Darwina i porównał do małpy bezogoniastej, stojącej w hierarchii bliżej człowieka, może także upiekłoby mu się. A tak, odbiorca tej nieprecyzyjnej metafory mógł krzywdząco uznać, że chodzi o jakiegoś pawiana i w dodatku z brzytwą. Taż obcinanie ogonów murowane!

Szkodnik państwowy – to nowy tytuł nadany przez Stefana Niesiołowskiego myszowatemu Macierewiczowi. Sądzę, że tytuł nadany trochę na wyrost. Że szkodnik, to każdy widzi. Ale żeby od razu państwowy? Fakt, że wszystko psuje wokół siebie, nawet powietrze, jeszcze nie świadczy o jego wpływie na losy państwa. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie traktuje go poważnie, zwłaszcza w istotnych kręgach politycznych. Jest on postrzegany jako znakomite ogniwo folkloru politycznego, w którym z wielkim powodzeniem odgrywa rolę normalnego inaczej. Wyuczył się udanie kilku formułek, które wygłasza niezależnie od zadanego tematu. To samo rzecze pytany o opinię na temat genialności prezesa, losu mnichów tybetańskich, jak i wpływu zaćmienia Słońca na ciąże mnogie u rogacizny.

Ubeckie gnioty – tak Lech Wałęsa wykwintnie ocenił wiekopomną twórczość IPN i relikwie, do których modlą się w tym śmietniku historii miłośnicy wszelkiej niedorzeczności historycznej. Niezawisły sąd przyznał prawomocnym orzeczeniem byłemu prezydentowi status pokrzywdzonego i wynikające stąd uprawnienia. Natomiast inkwizycja IPN napisała własny wyrok w tej sprawie i na tej podstawie odmawia Wałęsie dostępu do swoich kwitów. W każdym cywilizowanym kraju kurtykowcy byliby ścigani za łamanie prawa. U nas mają się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Za swoje bezprawie są premiowani. Funkcjonariusze dostali stosowne podwyżki, a IPN w Rzeszowie dodatkowy full wypas obiekt przy ul. Szopena. Urzędnicy miejscy, czy nawet marszałkowscy o takim standardzie mogą sobie tylko pomarzyć. Naprawdę warto zwiedzić przybytek IPN przy Szopena. Nie zdążyli jeszcze zbudować sobie płotu, aby firma mogła skutecznie chronić się przed entuzjazmem podatników. 

Zeszmalcowienie – według Kazimierza Kutza i kilku światlejszych obserwatorów naszej rajskiej rzeczywistości, to dominująca cecha życia państwowego. I wcale nie chodzi im o korupcję lecz o wszechobecne przejawy przeliczania wszystkiego na mamonę i wycenianie wszystkiego w wartościach ekonomicznych. Szmalcownik zawsze kojarzył się źle, ale aż tak źle, jak obecnie jeszcze nigdy. Cała frazeologia społeczna i polityczna została sprowadzona do nadętej fasady zbudowanej z kłamstw, obłudy, a w najlepszym przypadku zręcznie sprokurowanych półprawd. Przecież od głoszenia tych niestrawności już nawet orły na medalach władzy zaczynają rzygać. A z pozoru wydaje się, że nasi wybrańcy nie zgadzają się między sobą nawet co do tego, która jest godzina. Rzeczywista walka toczy się nie o rację stanu czy jakieś wartości abstrakcyjne, lecz najzwyczajniej o dostęp do potęgi pieniądza. A to jest już zeszmalcowieniem najwyższej klasy!

Roman Małek

czwartek, 15 stycznia 2009

Karły moralne

Grudzień zdominowany został przez świętowanie. Świętował lud Boży, samorządowcy i oczywiście politycy. Chociaż ci ostatni celebrowali też obrządki świąteczne politycznie, czyli zgodnie z chrześcijańską zasadą miłosierdzia i miłości bliźniego, nie szczędzili sobie różnych epitetów i przejawów świńskiej uprzejmości. Niektóre warto odnotować nie tylko z kronikarskiego obowiązku.

Areszt wydobywczy – stan prawny praktykowany aktualnie w Polsce. Nie kopią tam niczego sensownego. Z grubsza polega on na tym, że z powodu najgłupszego podejrzenia puszkuje się człowieka, aby skruszał i przyznał się do zarzucanych, acz niepopełnionych czynów. Celuje w tym Kraków. Tam nie udowadnia się winy lecz trzyma delikwenta dopóty, dopóki nie udowodni on swojej niewinności. No, ale z tego królewskiego grodu wywodzą się tacy mocarze prawa, jak Ziobro i Wassermann, a więc wzorce niedoścignione. Wystarczy w odpowiedniej celi usadzić nawet światowej sławy profesora, aby wykazać się rewolucyjną czujnością. Po paru miesiącach każą go wypuścić, gdyż cała konstrukcja okazała się bzdurą. I co? Nic! Dlatego w Europie dzierżymy niekwestionowany prym w głupocie prawnej. Trybunał Europejski w Strassburgu przyłożył naszemu państwu tylko w 2008 roku i tylko do końca listopada aż 90 wyroków za bezsensowne stosowanie takiego aresztu. Drugim z kolei krajem jest w tym względzie Rosja z mizernym wynikiem 9 wyroków. Ależ znowu dołożyliśmy ruskim, jak Szwedom pod Ujściem!

Karły moralne – czyli osobniki o takim niedorozwoju etycznym, że opluwają Lecha Wałęsę odżegnując go od czci i wiary. Zdaniem ministra Sikorskiego nie zasługują z tego powodu na poważne traktowanie, gdyż jest to przejaw kalectwa. Niedorozwój fizyczny rzuca się w oczy, ale już ten duchowy tylko da się usłyszeć lub przeczytać. I jeden i drugi jest prawdopodobnie skutkiem nieodpowiedzialnego potraktowania przez rodziców uświęconego aktu poczęcia, czyli poskąpienia przez nich materiału prokreacyjnego. Skutkuje to pojawieniem się na bożym padole prokreacyjnych bubli, wobec których nawet współczesna medycyna jest bezsilna. W starożytnej Grecji problem ten rozwiązywano radykalnie. Prokreacyjne buble zrzucano po urodzeniu ze skały. Chociaż nie tak dawno istniał taki jeden. Był to zapluty karzeł imperializmu, czyli Josip Broz Tito.

Obszczymur – to nie jest jakiś tam wszechpolak, tylko według europarlamentarzysty Czarneckiego, niejaki poseł Janusz Palikot, znany z niekonwencjonalnych zachowań i wypowiedzi, zwłaszcza pod adresem twórców zarżniętej już IV RP. Rozumiem, że europan zna semantyczną zawartość cytowanego określenia. Jeśli tak, to nie powinien tego pojęcia doklejać Palikotowi. Nie pasuje w żaden sposób! W polskiej kulturze językowej takiego określenia używa się w odniesieniu do szwendającego się kundla, bezdomnego lub gorzelnianego menela, bądź fatalnie wychowanego higienicznie pryszczatego smarka. Zatem panie Czarnecki jest to taka sama różnica, jak między piciem w Szczawnicy i szczaniem w piwnicy. Dla naszego wybrańca z europejskiej półki to wsio ryba. I znowu ujawniły się niedostatki edukacyjne i sięgający bruku poziom kultury politycznej.

Wesołe powstanie – to według premiera Powstanie Wielkopolskie. Pewnie dlatego, że było przeprowadzone zupełnie nie po polsku. W odróżnieniu od wszystkich pozostałych było znakomicie przygotowane i przeprowadzone oraz jedyne zwycięskie i sensowne. Pomimo że pod bronią znalazło się ponad 100 tys. uczestników bezbłędna organizacja pozwoliła uniknąć idiotycznych, niepotrzebnych acz bohatersko pięknych ofiar. Po raz pierwszy po 90 latach to powstanie pojechali wygrywać pospołu prezydent z premierem. Uważam, że gdyby obaj to powstanie przygotowywali i poprowadzili, skończyłoby się jak wszystkie inne. No, bo gdyby premier zarządził bojową szarżę, prezydent bez mrugnięcia okiem odtrąbiłby odwrót. Czyli wszystko odbyłoby się po polsku, a nie po wielkopolsku.

Wyprzedaż – nowe zjawisko występujące z wielkim natężeniem tuż po świętach. W marketach można kupić taniej. Również  wicepremier od gospodarki w tuskano-koniczynkowym rządzie, Waldemar Pawlak zachęcał do patriotycznego wykupu polskich towarów. Kiedyś nawet próbował jeździć cudownym wynalazkiem rodzimego przemysłu motoryzacyjnego, ale po trzeciej awarii, czyli po tygodniu przesiadł się z technicznego cudu na tandetną toyotę. Z kolei premier nie powielił pomysłu makaroniarza Berlusconiego, który swoim deputowanym zafundował prezenty za milion euro, ale tylko wytworzone we Włoszech. Zaś minister Sikorski ogłosił wyprzedaż prezydenckich pomysłów w sferze polityki zagranicznej, zwłaszcza Traktatu Lizbońskiego. Na tym tle niesprawiedliwie prezentuje się brak poświątecznego zrozumienia przez policję dla chęci skorzystania z wyprzedaży przez zmotoryzowanego biesiadnika. Gdy zabrakło gorzały ze zrozumiałych względów musiał pojechać na zakupy. A miał jedynie mizerne 4 promile i był zdecydowanie niedopity.


Roman Małek

Rambo w Gruzji

Zastanawiałem się przy noworocznym toaście, czy ten 2009 będzie obfitował w zdarzenia, z którymi będzie można sobie powirować na planie. Obawy były nieuzasadnione. W naszym najweselszym baraku współczesnej Europy może brakować wszystkiego, ale z pewnością nie chichotu historii i zwykłego śmiechu z błazenady naszych wybrańców, nadymających się niemiłosiernie przy najgłupszej okazji. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy zregenerować mięśni roześmianego brzucha po azjatyckiej ekskursji naszej głowy państwa, a już jedyna niezależna polska gazeta i jej równie niezależny redaktor Sakiewicz ogłosili, że laureatem jego nagrody św. Grzegorza I Wielkiego został prezydent Lech Kaczyński. To jeszcze takie specjalnie śmieszne nie było, chociaż prestiż tej nagrody plasuje się dużo dalej, aniżeli trzeciorzędne doktoraty honoris causa koreańskich czy mongolskich instytutów, bo gdzieś między pucharem prezesa straży pożarnej z Kłaja, a beczką piwa sołtysa Kierdziołka. Chociaż żyjący w VI wieku patron tej nagrody papież Grzegorz wsławił się wybudowaniem za własne pieniądze coś z siedmiu klasztorów oraz wymyśleniem gregorianek, czyli miesięcznego serialu mszalnego w intencji grzeszników. Cała niepowtarzalna i rozśmieszająca finezja zawarta jest w uzasadnieniu przyznania nagrody. Okazuje się, że cała frazeologia apologetów Kim Ir Sena, Mao Tse Tunga i Ceausescu jest wiecznie żywa, że z tych wzorców nadal korzystają wszelkiej maści wazeliniarze. Otóż Sakiewicz uznał niezwykły heroizm prezydenta wojażującego do Gruzji za moment poczęcia nowego symbolu godnego naszych czasów, czegoś w rodzaju wiktorii wiedeńskiej Sobieskiego. Maluje jego bohaterski konterfekt w czasie wiecu w Tbilisi, gdy 100 tys. uczestników spoglądało na niego z nadzieją niczym na swojego zbawiciela i męża opatrznościowego. A zdezorientowane tym dywizje ruskie wstrzymały szturm, ponieważ sołdaty myślały, że do Gruzji wpadł Rambo i będzie robił porządek. Musiały te dywizje narobić ze strachu w gacie i wycofać się. Dowody, że to wszystko prawda Sakiewicz trzyma w swoim sejfie, także jak najbardziej niezależnym nawet od ślusarza. Ta nagroda jest tak potrzebna jak rybie ręcznik, a „Gazeta Polska” i redaktor Sakiewicz są rzeczywiście niezależni, ale tylko od zdrowego rozsądku, prawdy i elementarnej logiki. Widać jednak, że zdecydowanie łatwiej jest pisać, aniżeli coś sensownego napisać.


Roman Małek

Ale afera!

W naszej telewizji publicznej mającej rzekomo do spełnienia jakąś misję i dlatego zarządzanej przez samych misjonarzy, w listopadzie można było do woli podziwiać przynajmniej czterech bohaterów ratujących świat i cenne jego wartości. Był to niezmordowany James Bond, mówiący po niemiecku Winnetou, szczekający pies Cywil i prezydent Najjaśniejszej. Było również wesoło u sejmowych śledczych tropiących polityczne naciskanie. Ale jeśli ktoś pomyślał, że tylko stolicę mamy ucieszną, to srodze myli się.

Zgodnie ze stalinowską zasadą, że towarzyszom należy ufać, ale metodycznie ich sprawdzać, Kaczyńscy powołali bodajże osiemdziesiątą instytucję sprawdzającą podejrzanych obywateli  naszego wesołego postsocjalistycznego baraku. Centralne Biuro Antykorupcyjne. Duże pieniądze do wytropienia, paskudne odruchy skorumpowanej władzy, afery, że stodoła mała, zgnilizna ekonomiczna. Słowem, wszelką sodomię i gomorię władzy, gospodarki oraz antypisowskiej myśli, miała zwalczać najmłodsza instytucja prezesa Kaczyńskiego. Na czele postawił on, w randze ministra, pożal się Boże, niezmordowanego wszechpolaka, Mariusza Kamińskiego. Nie nauka, lecz chęć szczera! Jeśli Kamiński zna się na korupcji, to moja teściowa zna się na plamach na Słońcu i proszę jej stworzyć jakąś instytucję do antykorupcji w takich sprawach. Nie zna się na tym, jak Kamiński, ale co to ma za znaczenie?

Poza nagłaśnianą infantylnie drobnicą ta agencja niczego wielce korupcyjnego jakoś nie dostrzegła. Dlatego zdumiała mnie prasowa informacja firmowana przez tę zacną, hojnie przez nas opłacaną instytucję, poniewierającą bez elementarnych zahamowań, samorządowych władców Łańcuta. Opublikowanie ich zdjęć bez sądowego wyroku w taki sposób, jakby byli pospolitymi bandytami, to już nie głupota. To zwykłe społeczne szkodnictwo! Agencja nie została powołana do sprawdzania deklaracji podatkowych! Nie została powołana do osądzania czegokolwiek. Nie została powołana do wyręczania żadnych innych organów kontrolnych. Oni mają ścigać bandytów gospodarczych, czyli aferzystów, a nie niczego niewinnych samorządowców. Korupcja nie tkwi w oświadczeniach lecz w rzeczywistości poza dokumentalnej. Od deklaracji jest urząd skarbowy i parę innych instytucji. CBA jest od KORUPCJI. Może szef nie zna definicji tego słowa – polecam słownik języka polskiego prof. Doroszewskiego, prof. Skorupki i paru innych, równie ważnych autorów. Jeśli tego nie starczy, proponuję „Słownik etymologiczny’ A. Brucknera. Każda inna definicja trąci głupotą.

Doktor Gardziel nie bez powodu upiera się przy tezie, że skoro nie ma realnych powodów działania instytucji, to należy stworzyć substytut uzasadniający jej istnienie. Akcje rzeszowskiego CBA ewidentnie to obrazują. Posiadająca rozsądek prokuratura uwaliła całą tę idiotyczną konstrukcję antykorupcjonistów wymierzoną w Bogu ducha winnych samorządowców Łańcuta. Szczerze im współczuję. Tego błota miotanego w ich stronę bez umiaru musiało przecież trochę przylgnąć. Ale niczym nie zrażeni antykorupcjoniści zaczęli już następną, nie mniej zabawną akcję. Po bezprecedensowym sukcesie prezydenta Rzeszowa w plebiscycie obywateli należało jakoś trochę wystudzić obywatelski entuzjazm. Przyszli zatem do rzeszowskiego ratusza i podobnie mędzą. Grzebią w ferencowskich kwitach, jak w ulęgałkach i wąchają jego deklaracje podatkowe. Nie opublikowali jeszcze gończego listu, ale inwencja twórcza cwikierowców jest nieprzewidywalna. No, bo jeśli Ferenc pomyliłby się w oświadczeniu podatkowym na swoją  niekorzyść nawet o 2 złote, to znaczy, że ukrył korupcję na 10 milionów. Niemożliwe? Jak najbardziej możliwe. Znam taki przypadek, tylko kwoty były inne. I czasy również.


Roman Małek

Mały piroman

Kiedyś Polskę peerelowską nazywano najweselszym barakiem ówczesnej Europy. Czym jest teraz? Jednoznacznej odpowiedzi z pewnością trudno udzielić. Jedno jest pewne. Tyle politycznego infantylizmu i robienia ze struktur państwa kabaretu jeszcze w naszej realpolitik nie było. Ta nasza dolegliwość ma ciągle zwyżkujące tendencje. Dlatego felietonistom wróżę długą karierę. Materiału w nadmiarze dostarczą nasi wybrańcy narodu. Tak im dopomóż Bóg!

Członek ukryty – a tym samym kłamca, to według niebiańskiego uosobienia prawa i sprawiedliwego obiektywizmu kaczego, czyli posła Kurskiego, nikt inny tylko ten podlec, czyli  były ichni  minister Kaczmarek. Poseł Kurski uważa, że jest kolosalna różnica pomiędzy kandydatem, a członkiem. Gdybym tak zawzięcie jak on zapieprzał za konwojem na kogutach pewnie też podobnie pomyślałbym sobie. Temu Kurskiemu musiało jednak oprócz tego jakieś UFO pierdyknąć w kiepełe. To znaczy, że niby kandydat jest krótszym członkiem i musi się kryć? Przed kim? Zapewne przed dłuższym członkiem. Panie pośle, gratuluję!

Głupek wiejski – tak finezyjny kunszt językowy potrafi rozwinąć jedynie wyjątkowo utalentowany lingwistycznie pismański poseł Brudziński. Uważa on zatem, że głupek wiejski jest większym głupkiem od mniejszego miejskiego albo osiedlowego. Na takie miano zasługuje zaś każdy, kto uważa połączony z patriotyczną biesiadą równie patriotyczny rocznicowy bal organizowany przez prezydenta za niewypał polityczny. Taki osąd to jawna niesprawiedliwość! Przecież nawet prezes Urbański wystąpił w muszce, a za primabalerinę robiła sama Szczypińska!

Mały piroman – tytuł nadany przez Leszka Millera prezydentowi Najjaśniejszej po jego gruzińskiej ekskursji. Że mały, to widać gołym okiem, ale żeby zaraz piroman? Przecież obacwaj prezydenci niczego nie wysadzali, tylko bawili się w podchody niczym rasowi pionierzy. Strzelali do nich z broni maszynowej z niespełna trzydziestu metrów i nie trafili patałachy nawet w auto, a co dopiero w pasażerów. Prezydent twierdzi, że byli to Ruscy, bo tylko oni tak potrafią drzeć mordę i kiepsko strzelać. Wszyscy pozostali żołnierze mówią wyłącznie szeptem i używają tylko terminologii parlamentarnej. Jacyś wrogowie ludu gruzińskiego podali, że tak utajniono przejazd prezydentów, iż  gruzińska rogacizna o tym nie wiedziała i stała na drodze z rozwartą z podziwu mordą, blokując przejazd całej dyskoteki władzy. Ale ze złości nie strzelała nawet spod ogona, ani wzrokiem. Prezes od bliźniaków z kolei ustalił nową definicję idioty. Otóż jest to taki osobnik, który nie widzi związku pomiędzy niepodległością Polski, a niepodległością Gruzji. I słusznie! Tak może twierdzić tylko ten, kto nie oglądał serialu „Czterej pancerni i pies”. Z jakim poświęceniem szablą wyzwalał nasz kraj Gruzin Grigorij każde dziecko widziało!


Potrafić coś tam, coś tam – może bez wątpienia tylko Elżbieta Kruk, wybitna kacza specjalistka medialna. Wszyscy słyszeli, że wyplatała banialuki jak mały Kazio po dużym piwie, ale partyjny kumpel Karski plótł jak większy Kazio po dwóch dużych piwach, gdyż z przekonaniem dowodził, że o pijaństwie jego koleżanki partyjnej gadają wyłącznie złośliwi plotkarze. Pan prezes zaś ogłosił światu własną diagnozę, że to wynik złego samopoczucia posłanki. A niby kto dobrze czułby się w takim towarzystwie partyjnym? A może po prostu najzwyklej gorzała była chrzczona lub podrabiana, albo nieświeży był śledź? Jednak fakt, iż pani Elżbieta potrafi coś tam, coś tam jest wystarczającą rekomendacją polityczną i zasługuje na niekłamany podziw najwyższego prezesa spośród najniższych.

Rdzawy kozik – narzędzie chirurgiczne, które dostrzegł w rękach obecnej sejmowej komisji śledczej profesor Nałęcz. Nie stać jej bowiem na trudną sztukę posługiwania się skalpelem. Nie dosyć, że operowanemu problemowi nie mogą zrobić tym kozikiem krzywdy, to jeszcze tak łaskoczą po brzuchu, że pół Polski skręca się ze śmiechu, a drugie pół puka się w czoło i zadaje retoryczne pytania. Panie profesorze, to nawet nie kozik, a tylko cyganek. Może i rdzawy o ile buraki rdzewieją. Taki skalpel, jaka komisja!

Życzę życzenia – tako napisał do nas, ze sporym poślizgiem, nasz wielki przyjaciel z okazji naszego jubileuszu. Miał rację! No, bo gdybyśmy zrozumieli, iż życzeń nam nie życzy, to co? Moglibyśmy mniemać, iż życzenia nam tylko poleca. Oczywiście, opatrzności bożej. Ale w redakcji dominuje logika miłosierdzia chrześcijańsko-marksistowskiego i dlatego pojąłem to jako ekumeniczny wkład autora w słowiańskie zbliżenie pokoleń.


Roman Małek

wtorek, 30 grudnia 2008

Skończył się czas zakupowych szaleństw więc pora na trochę refleksji. Optymizm Polaków wydaje się być niczym nie zmącony choć kryzys, który dotyka Europę zrzeszoną w Unii również u nas staje się coraz bardziej widoczny. Nie pomogą tu uspokajające zapewnienia premiera, że w zasadzie nic się nie dzieje, bo każdy, kto ma jakikolwiek związek z gospodarką wie jaka jest rzeczywistość. W wielu przedsiębiorstwach zaczynają się już problemy z brakiem zamówień czy choćby z przesuwaniem przez odbiorców terminów ich realizacji. Szczególnie jest to widoczne w branży motoryzacyjnej i szeroko pojętym budownictwie. I nie pomoże tu żadne zaklinanie rzeczywistości przez Tuska, Skrzypka czy innych prawicowych polityków. Udawanie, że problemu nie ma nie prowadzi do jego rozwiązania. Wszystkie kraje przygotowują się do ratowania własnych gospodarek a Polska żyje we własnej urojonej rzeczywistości wpatrzona      w betlejemską gwiazdkę. Cudu jednak nie będzie i jeżeli nie wrócimy szybko na ziemię, to przebudzenia może być bolesne.

Dziwić musi jednak bierność lewicy, a szczególnie SLD, który ma praktycznie niczym nie skrępowany dostęp do mediów. W tej sytuacji z tego środowiska powinna rozlegać się nieustanna krytyka bezczynności rządu, który lekceważy coraz bardziej widoczne symptomy kryzysu. Jeżeli lewica prześpi obecny okres, to wykorzysta to niewątpliwie PiS. Partia „braci mniejszych” doskonale sprawdza się w takich sytuacjach. Mogliśmy się wielokrotnie przekonać, że najskrajniejszy populizm to jej żywioł. I nie zdziwmy się, że wkrótce partia, której politycy zajmują czołowe miejsca wśród osób mających najmniejsze zaufanie społeczne zacznie przewodzić w sondażach. Tym bardziej, że będzie miała wsparcie prokuratury obsadzonej przez ludzi Ziobry, CBA, IPN i ambony będącej największą tubą propagandową. Nie dajmy się zwieść kłótniom PiS z moherencją Rydzykiem. W stosownej chwili Radyjo wesprze „pisuarów” bo nikt inny tak jak oni nie zadba o interesy kościoła kat.

Na koniec chciałbym się jeszcze odnieść do dyskusji jaka toczy się w środowisku RACJI po decyzji odrzucającej współpracę a SLD w wyborach do Parlamenty Europejskiego. Moim zdaniem jest to decyzja absolutnie słuszna i to z kilku powodów. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że wszystkie partie czy ugrupowania lewicowe jak również wszelkie powstające obecnie inicjatywy lewicowe uznają, że z SLD im nie po drodze. Powody tych decyzji są oczywiste. SLD lewicowy jest tylko z nazwy. Ostatecznego odejścia tego środowiska od ideałów lewicy dokonał rząd Millera ale początki tego procesu nastąpiły już w czasie pierwszej kadencji prezydentury A. Kwaśniewskiego, którego bardziej pociągały światowe salony i środowisko inteligenckiej, liberalnej Unii Wolności niż problemy popadającego w coraz większą biedę  „pospólstwa”. I tak pozostało do dziś. Panom Napieralskiemu i spółce bardziej pobadają się wnętrza pałacu prezydenckiego niż ideały lewicy.  I nie dajmy się zwieść temu, że od czasu do czasu wystąpią z jakąś inicjatywą próbującą ograniczyć wpływy kościoła kat. Wychodzi z tego tylko kupa śmiechu (z przewagą kupy) bo nie są w stanie zebrać odpowiedniego poparcia aby tej inicjatywie nadać bieg. Przeciwny temu jest inny „lewicowiec” i współpracownik Kwaśniewskiego Marek Borowski.

Należy zadać też pytanie, czy SLD zależy na współpracy ze środowiskami prawdziwej lewicy? Moim zdaniem – nie. A przynajmniej nic na to nie wskazuje. Wszelkie lewicowe inicjatywy jak choćby Kongres Porozumienia Lewicy przywódcy tej partii omijają szerokim łukiem.

To prawda, że rozdrobnione środowisko lewicowe niczego nie osiągnie ale nie można dążyć do współpracy z SLD za wszelką cenę. Cena ta może okazać się dla prawdziwej lewicy zbyt wysoka. Lepiej szukać innych dróg porozumienia niż łączyć się z politycznym trupem jakim wkrótce stanie się SLD.

Ale nie traćmy nadziei, że nadchodzący rok będzie dla nas lepszy od obecnego. Czego życzę wszystkim związanym z RACJĄ życzę

Krzysztof Tinc

piątek, 26 grudnia 2008

Lewica przy jednym stole

W okresie największej popularności lewicy, w 2001 roku, na listy SLD głosowało 31 proc. wyborców Podkarpacia. Dziś, przekroczenie minimalnego progu wyborczego 5 proc. wydaje się nie lada problemem.

Ta dramatyczna konstatacja skłoniło wreszcie lokalnych liderów poszczególnych partii i ugrupowań na podkarpackiej lewicy do podjęcia próby jednoczenia swych sił i działań. Na razie, na płaszczyźnie programu i dyskusji, w przyszłości - być może - również jednoczenia struktur organizacyjnych.

Potwierdzeniem takich dążeń było inauguracyjne zebranie Dyskusyjnego Klubu Lewicowej Myśli Politycznej w dniu 29 października 2008 roku. Przy jednym stole, w siedzibie RW SLD w Rzeszowie, zasiedli liderzy bądź przedstawiciele wojewódzkich ogniw SLD, Unii Pracy, SDPL, Unii Lewicy, Partii Racja, Polskiej Lewicy, Komunistycznej Partii Polski, Stowarzyszenia "Pokolenia", innych stowarzyszeń ludzi lewicy. Gościem tego historycznego spotkania, które prowadził Piotr Rybka, był przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski.

Dla celów dokumentacyjnych prezentujemy kilka wykonanych wówczas fotografii, autorstwa red. Józefa Gajdy.








czwartek, 13 listopada 2008

Bolączka na kryzys

Hitem minionego miesiąca była polityczna piaskownica, w której bawiło się dwóch bobasów, nadymających się co niemiara. To musiało podbić bębenek politycznego teatru i podbiło. Chichrali się z nas nawet na Białorusi i Wyspach Owczych. I o to zapewne chodziło. Przecież nie może być tak, że za granicą z Polaków znają tylko Jana Pawła II i Wałęsę.

Bolączka na kryzys – coś temu Brudzińskiemu króliki na strychu za bardzo się kochają. Nasłuchałem się już różnych wytworów utalentowanych lingwistycznie rodaków ale na to jeszcze żaden nie wpadł. Według Brudzińskiego na kryzys najlepsza jest bolączka! To na chorobę najlepsza musi być niemoc. Taką logiką posługując się można wiele spraw skutecznie załatwić. Jeśli na przykład okaże się, że z tarczy antyrakietowej wyjdą nici zawsze można u Ruskich kupić drut kolczasty na zasieki. Gdy ten Brudziński coś powie, to same refleksje, żadnej prozy. Najlepiej w kryzys kropnąć bolączką, albo Brudzińskim. Będzie po kryzysie.

Kórnik – miejsce starcia dwóch kogutów, czyli unijne zbiegowisko w Brukseli. Po wcześniejszej przepychance przy otwartej kurtynie i zabawie w piaskownicy, w której było dużo wzajemnego boczenia się i odbierania lotniczych zabawek, musiało dojść do starcia o stołek. Przyprezydency ministrowie wisieli nieskutecznie u klamki unijnej, a prezydent nawet dwa razy wygrał wyścig do krzesła z premierowymi ministrami. Walka kogutów odbywała się ku nieopisanej uciesze całego unijnego kórnika. Było o nas głośno.

Łajza – tym poetyckim określeniem obdarzyli posła PO Sławomira Nitrasa prezydent i przewodniczący rady ze Świnoujścia. Wyraz prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego w Świnoujściu przystoi, jak najbardziej. Przecież nie musi oznaczać włóczęgi, ale może turystę, troglodytę albo nawet wagabundę. Rządzący miastem duet wykazał się niezwykłą finezją wzorowaną na polocie Liroya i uroku Szczypińskiej. A myśl ich ma głębię jak w kałuży. Chociaż z drugiej strony ten poseł znowu taką chodzącą układnością też nie jest. Gnojem umie rzucić.

Skundlenie polityki – specjalista sejmowy bardziej od kabaretowych wygłupów, aniżeli przypisywanego mu usprawniania ukochanej biurokracji państwowej, poseł Palikot tak właśnie określił zjawisko wypisywania głupot w usprawiedliwieniach posłów PiS dla uratowania jedynych trzystu złotych diety. Poseł Kurski potwierdził kompetencje Palikota w kwestii definiowania skundlenia, ale miał co innego na myśli. Jak to Kurski. A przecież kundel, i żyje dłużej, i jest bardziej człowiekowi przyjazny od pitbula, jak z kolei określają niektórzy posła Kurskiego. Przecież bardziej adekwatne byłoby spitbulenie zamiast skundlenia. Kundle wszystkich krajów łączcie się! Nie będzie pitbul pluł wam w twarz i kundlęta wam pitbulił!

Rada starców – spokojny z natury i zrównoważony wojewoda Mirosław Karapyta tak określił Urząd Marszałkowski. Chodziło mu prawdopodobnie o ciągłe wymądrzanie się i pouczanie przez ten urząd wszystkich, jak zwyciężać w zeszłej wojnie. Natomiast efektów solidnej i sprawnej roboty jakoś nie widać. Pomimo pojawienia się możliwości skorzystania z dodatkowych pieniędzy na określone zadania inwestycyjne w województwie, wymaganej dokumentacji tenże urząd nie zdołał opracować. A jeśli zdoła, to w ostatniej chwili. Ba, ale jak to ma zrobić skoro nie może się ta rada starszych naradzić sama z sobą? Krasnoludki tego nie zrobią. Wodzowie tej rady starszych wiodą spory, który z nich ważniejszy, a urzędnicy swoje sympatie rozkładają na harcowników mniej więcej po równo. A może przydałby się jakiś solidny leśniczy, który wywaliłby to towarzystwo z leśniczówki i ogłosił koniec wojny?

ul. Aleja Wyzwolenia 6 – taki adres przeczytałem na autobusie PKS w ogłoszeniu o jakichś usługach tej zacnej firmy. Z wrażenia oniemiałem. Taka konstrukcja wskazuje, że patronem ulicy jest jakiś Wyzwoleń o imieniu Alej. No bo przecież gdyby chodziło o zwykłą aleję, czyli szeroką ulicę w mieście, to nie byłoby skrótu ul. Zastanawiałem się zatem czym ten Alej Wyzwoleń zasłużył się dla miasta lub kraju, skoro dostał taką okazałą arterię. Nie wymyśliłem niczego. Widocznie był on bardzo zasłużony, ale tylko dla PKS. Należałoby o to zapytać naczalstwo tej firmy. Wydaje mi się, że wystarczyłyby tylko korepetycje z polskiego i z tym Alejem daliby sobie spokój.


Roman Małek

Rżnięcie głupa

Nasze wesołe z natury władze nie dają zapomnieć o sobie światu. I słusznie! Jeszcze ten świat pomyślałby sobie, że spoważnieliśmy. Zaczęliby wówczas poważnie nas traktować i kto ten ciężar mógłby udźwignąć? Bliźniacy? Pawlak? Drzewiecki? A może Kurski ze Szczypińską? Sama myśl już jest ucieszna. Wszystkie bez wyjątku ekipy rządzące napompowały w nasze stocznie ciężkie miliardy naszych podatków tylko po to, aby stoczniowcy mogli godnie żyć. Los pracowników kilku tysięcy padających zakładów, z kilkoma milionami zatrudnionych, nie wywołał nawet drobnej bruzdy na zamyślonym czole któregoś z władców. No, ale w PGR czy Rzeszowskich Zakładach Mięsnych nie było żadnej kolebki. Ba, nie było nawet przyzwoitego płotu do skakania. Te ciężkie miliardy naszych pieniędzy poszły w błoto, ponieważ żadnemu rządzącemu nie przyszło do głowy, że tego interesu należałoby jakoś przypilnować. Za to Kowalskiego będą chcieli sadzać do paki za popełnienie błędu na dwa złote w rozliczeniu podatkowym. Ale tu jest Kowalski, a nie kolebka! Stoczniowcy tak przyzwyczaili się do manifestowania w Warszawie na każdy temat, że popieprzyła im się ta stolica z Brukselą. Uważali, że dobrze oflagowana, zwłaszcza solidarycą, brukselska ekskursja z trąbami i porykiwaniem zrobi na unijnych urzędnikach takie samo wrażenie, jak na Millerze i Tusku. Zdumieli się niepomiernie, gdy okazało się, że Bruksela „Solidarność” ceni, ale wyłącznie jako zjawisko historyczne, godne akademii, a nie pojęcie ekonomiczne. Uważa bowiem, że gospodarka ma tyle wspólnego ze styropianem i etosem, co wąsy Putry z wąsami Piłsudskiego. Tylko pozornie pasują. W dodatku stoczniowcy zaczęli wzajemnie wygryzać się, aby tylko utrzymać się na powierzchni. Ci z kolebki chcieli nawet manifestować w Brukseli, aby tych z Gdyni nie ratować, bo są trefni i jacyś tacy jakby mało rezolutni i etosowi.

Trzeci już z kolei rząd nie jest w stanie sformułować sensownego programu naprawczego dla naszych stoczni. Każdy widzi tylko możliwość dalszego marnowania naszych podatków, aby uzyskać święty spokój. I stało się! Unijna komisarz powiedziała i zawnioskowała to, co nasi powinni już dziesięć lat temu. I minister Grad i stoczniowcy i cała manifestacyjna logika obudziła się z ręką w nocniku. Można za Grekiem Zorbą rzec, katastrofa! Ale czy widziałeś kiedyś tak piękną katastrofę? W dodatku na własne życzenie, ta tworzona przez PRL potęga stoczniowa, popłynie kilem do góry. Tylko dlatego, że nie było chętnego do poważnych i konsekwentnych rozmów ze stoczniowcami, bez kołysania kolebki i tłumnego porykiwania.

Nie wiem dlaczego, ale od czasów Kwaśniewskiego żadnej ekipie nie udało się mianować rozgarniętego w miarę ministra od sportu. Na tym bezbarwnym tle nieudaczników pani Jakubiak jawi się jak wyjątkowej jasności gwiazda. To, że premierowy bliźniak wynalazł Lipca, nie dziwota. Taki wybierający, jak i wybrany. Chociaż Lipiec przy wielkim edukatorze Giertychu i tak mógł robić za orła. Tenże Lipiec w jakimś swoim widzie postanowił naprawiać nadgryzioną urodę rodzimego balona kopanego w taki sposób, że postanowił pokazać to, czego nie miał, czyli władzę nad tymże balonem. Natupał, napodpisywał durnych zarządzeń, naopowiadał głupot, aż w końcu go skuli i posadzili w pierdlu. W dodatku to wszystko europejskie władze od tego balona kazały naszym władcom odszczekać. I ci szczekali. Nastał Drzewiecki i znowu zrobił wojnę tuż przed wyborami w PZPN. Co zyskał? Smród, śmiech i najmniejszego pożytku. Sprowokował sytuację będącą klasycznym dylematem konstrukcyjnym zbieżnym. To znaczy, że obojętnie jakie rozwiązanie nastąpi, będzie ono złe. Dlaczego? To proste. Jeśli Drzewiecki uprze się przy swoim komisarzu i zawieszeniu władz PZPN, naszych kopaczy europejskie władze balonowe karnie wywalą z rozgrywek eliminacyjnych, a w dalszej perspektywie pozbawią nas organizacji Euro 2012. Jeśli minister wycofa się, śmiechu będzie co niemiara i pewnie nikt poważnie nie będzie go już traktował, podobnie jak i naszych deklaracji rządowych. Chyba, że nasz rząd nie widzi realnych możliwości podołania wymogom stawianym organizatorom mistrzostw Europy i w ten idiotyczny sposób chce się od tego wyłgać, polecając Drzewieckiemu rżnięcie głupa ku uciesze cywilizowanego świata. Już byliśmy i błaznem i papugą narodów, ale głupa jeszcze nie rżnęliśmy. Może nadeszła pora?

październik,
Roman Małek

Kierownik myśli

Serce rośnie, patrząc na wznoszenie imponującej siedziby Urzędu Marszałkowskiego. Z drugiej jednak strony dochodzące z tego urzędu niepokojące wieści muszą budzić zrozumiałą troskę. Obliczony przez poprzedniego marszałka Deptułę ze sporą rezerwą na pomieszczenie po 600 urzędniczych biurek, 600 kubków na herbatę i 600 szafek na drogocenne kwity, może okazać się za ciasny jeszcze przed oddaniem go do eksploatacji. I co? Urzędnicy tak niezastąpieni i plujący krwią z przepracowania dla naszego dobra, fabrykujący tony nikomu niepotrzebnych kwitów, mają urzędować przy piętrowych biurkach? Chociaż nie byłoby to bez sensu. Mogliby bezkarnie patrzeć na petentów z góry, nawet gdyby przyszedł sam koszykarz Zdzisław Myrda. Marszałek Cholewiński ostatnio rozradowany stara się udowodnić w telewizyjnym spocie, że lepiej od Tuska kopie balon. Nawet przy tym sympatycznie uśmiecha się. Oprócz tego wielokrotnie tłumaczył, że duży przyrost zatrudnienia wiąże się z potrzebami wynikającymi z integracji europejskiej. Dziwnym trafem są to ludzie, którym nie wyszły wybory, albo musieli odejść z innej pracy ze względów poza zawodowych. Tutaj pojawia się jeszcze następny problem. Przecież takiego człowieka nie można przyjmować na byle referencinę. On ma być kierownikiem, albo w gorszym przypadku pełnomocnikiem. To kwestia prestiżu, no i lepiej brzmi! Są zatem kierownicy, którzy niczym nie kierują poza sobą i własnym samochodem. Jednym z nich jest Jacek Kiczek, radny rzeszowski, a wcześniej doradzający wojewodzinie. Kieruje on oddziałem rozwoju linii kolejowych. Jak sam zwierzył się, więcej pracowników nie potrzeba. Twierdzi, że zajmuje się pilnowaniem opracowywania kwitów na modernizację kolei do Warszawy. Na pytanie szczegółowe, czym kieruje jako kierownik, odrzekł niczym ten Platon, albo inny Spinoza, że kieruje myślami, żeby dokumentacja była najlepsza. Przecież jest to niezwykle budująca konstatacja! W urzędzie ktoś myśli i jeszcze tymi myślami sam kieruje! Nie jakimiś gryzipiórkami, ale samymi myślami. Przecież stąd już blisko do idei. Taż to czym prędzej należy opatentować i jako szczyt urzędniczej technologii sprzedawać zbiurokratyzowanemu światu. Nobel murowany.

październik,
Roman Małek

Wojna o czysty balon

No i mamy kolejną odsłonę rozróby politycznej bez sensu, czyli załatwiania spraw po polsku. Tym razem nie poszło o żadną politykę zagraniczną, uszczęśliwianie Gruzinów, ani dołożenie Ruskim. Nie poszło nawet o ciągle aktualne i nieocenione kwity z IPN. Bez mrugnięcia okiem nasz niezbyt pracowity rząd, a zwłaszcza jego minister od fizkultury, ciągle czemuś wystraszony Drzewiecki, rąbnął komisarzem w parcianą konstrukcję władz rodzimego balona kopanego. Może ona i zmurszała, ale póki co mocno podparta. Powstała międzynarodowa wrzawa, w którą chciał zaangażować się sam prezydent ze swoimi talentami mediacyjnymi, niczym ten Kissinger jakiś. Nie słyszałem, aby znał się on cokolwiek na dyplomacji futbolowej, ale kto wie, może po konsultacji z kotem prezesa, dysponuje żelaznym przygotowaniem. Różni notable państwowi naopowiadali kupę różnych bredni, diagnoz i metod zaradczych. W konsekwencji trzeba było czym prędzej wycofywać się z tej awantury. Infantylne próby interpretacji ciągu zdarzeń i tłumaczenia jak należy rozumieć to, co jest proste jak futerał na cepy, tylko pogłębiały śmieszność rządowych poczynań. Nie zaliczam się do wielbicieli tego sportu, ale smród rozprzestrzeniający się od struktur PZPN i narastający rozwydrzony bandytyzm na stadionach musi budzić zdecydowany sprzeciw. Jeśli w Polsce nikt nie wie jak sobie z tym poradzić, zawsze można zapytać panią Margaret Tatscher. Ona znalazła skuteczne antidotum i skutecznie poskromiła kogo trzeba.







październik,
Roman Małek

Strategia bobasa

Nasza rzeczywistość medialna błyszczy politycznymi brudami niczym szwejkowska piwiarnia z portretem Najjaśniejszego Pana upstrzonego przez muchy. Pojawiają się nowe zawołania, albo dotychczas znanym nadaje się nowe znaczenia. Mądrości od tego nie przybywa, ale zabawy i owszem. Do głowy nie przyszłoby mi, że z alimentów można zrobić polityczny kabaret we własnym sosie. A czy ktoś wpadłby na pomysł nazwania, uświęconych wallenrodowskim rodowodem dążeń stoczniowców, kretynizmem? A jednak!

Alimenty – polityczny oręż wśród prominentów PiS. Prezes Kaczyński, który na razie ojcuje tylko kotu, partii i ojczyźnie, poczuł się okropnie zniesmaczony etycznie chęcią zmniejszenia alimentów przez dziecioroba Dorna, do niedawna umiłowanego trzeciego bliźniaka, pomimo że ten preferował suki, a nie koty. Ten etyczny dyskomfort wyartykułował telewizyjnie również chrześcijański, jak najbardziej, etyk Gosiewski. Prawie łzy lał nad sierocą dolą pacholąt Dorna. Jego na wskroś chrześcijańskie serce krwawiło z tego powodu niemiłosiernie, chociaż przecież niedawno tenże Dorn ochrzcił się po bożemu. Na drugi dzień matka dziecka Gosiewskiego obwieściła, że onże zdecydowanie olewa swoje ojcowskie powinności alimentacyjne i że będzie w tej sprawie tłumaczył się w sądzie. Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział… chciałoby się rzec za wieszczem. A tak w ogóle, to ciekawie w tej chadeckiej partii pojmują małżeńską wierność i przysięgi przed ołtarzem, że nie opuszczę cię aż do śmierci…Dotyczy to również wierności w innych sferach.

Autoretoryk – zdaniem Poniedzielskiego, to wcale nie chwalca auta, ale chwalca siebie. Taka refleksja spadła na niego niespodziewanie, gdy doznawał intelektualnej rozkoszy zgłębiania płycizny w oracji prezesa nad prezesami. Smutny ten Poniedzielski stał się jeszcze bardziej, gdy uświadomił sobie znaczenie kota w polityce. Że Ania Żebrowska miała kota na punkcie kota, to było nawet urocze. Ale żeby mieć kota na swoim własnym punkcie? Tak potrafi tylko prezes. No, może jeszcze jego duplikat.

Kretynizm – według związkowców stoczniowych jest to chęć istnienia przez innych stoczniowców. Mogą za nasze wielomiliardowe pieniądze i unijną łaskawość istnieć tylko jedni, ale inni już nie. Najbardziej na ten temat gardłują ci z KOLEBKI wszelkiego robotniczego dobra, miłosierdzia i solidarności, czyli gdańscy, dziedziczący najważniejszy w Polsce płot i ogromne długi, które powinniśmy bez szemrania spłacać my i Unia. Słownik definiuje kretynizm jako chorobę wrodzoną spowodowaną niedoczynnością lub brakiem tarczycy, powodującą matołectwo. Po kim mogli stoczniowcy tę paskudną przypadłość odziedziczyć? Po budującym Gdynię Kwiatkowskim, łożącym ogromne pieniądze na stocznie PRL czy po kolebce?

Strategia bobasa – reakcja prezesa i jego duplikatu na poczynania dyplomatyczne ministra Sikorskiego. Polega ona z grubsza na poryczeniu w kącie w nadziei, że ktoś to usłyszy i użali się nad mizerią losu pobekującego szczyla. Piękna figura stylistyczna, chociaż z drobnymi zastrzeżeniami. Co do bobasa całkowita zgoda. I postura i mentalność adekwatna. Natomiast strategia już jest pojęciem jakby z innej bajki. Chociaż mizernego wzrostu Napoleon coś o strategii wiedział. Ale prezes? No, ale nie nauka lecz chęć szczera czyni z ciebie… prezesa. Że rymu nie ma? Gdy wazeliny ubędzie, to i rym będzie.

Tych dwóch – wymyślony przez marszałka Komorowskiego synonim dla kaczych bliźniaków. Tych dwóch, to mniej więcej tak, jak Komorowski z tych Komorowskich, a Niesiołowski z tych Niesiołowskich. Chociaż w Malawie mają nieco inne, bardziej czytelne odniesienia. Należy jednak uważać, bo może okazać się, że tych dwóch, to jak innych trzech. Za marszałkowania Dorna już to przerabialiśmy. I co będzie jeśli za trzeciego zacznie robić ojciec, za przeproszeniem, dyrektor? Póki co dwuwiersz tuskowego wieszcza, marszałka Komorowskiego – Lech Wałęsa zuch / starczy na tych dwóch – brzmi mobilnie i optymistycznie.

Wartość bezwartościowa – tak w ocenie Urzędu Marszałkowskiego została zdefiniowana krytyka nieskuteczności urzędniczych poczynań w sprawie lotniska. To mniej więcej to samo, co idea bezideowa, płeć bezpłciowa czy wódka bezalkoholowa. To kwestia gustu, ale ja wolę czytelną ideę, wyrazistą płeć piękną i wódkę z gradusami. Zapewne nie odbiegam od ogólnej normy, oczywiście z wyłączeniem inaczej wartościującej marszałkowskiej zwierzchności. Dla mnie ten zacny urząd jest już sam w swojej wartości bezwartościowy. No, chyba że podliczymy nasze koszty jego utrzymania, to wówczas będzie jego wartość niebotycznie wysoka. Słyszałem ostatnio, że jeszcze nieukończony pałac marszałkowski jest już za mały dla urzędniczych ambicji. Słusznie! Budować czym prędzej drugi, najlepiej w Pysznicy.

wrzesień,
Roman Małek

Zadyma trwa

Na górze między prezydentem a premierem iskrzy coraz bardziej. Wojenna frazeologia polewana bogoojczyźnianym sosem ma wszystkim unaocznić, że tam gdzie jest dwóch Polaków musi być trzy sprzeczne zdania, albo jak kto woli – trzy zwalczające się partie. Gdy w Gruzji wybuchła awantura nasz prezydent pośpieszył z odsieczą do Tbilisi i takie palnął orędzie, że Miedwiediew z Putinem do dziś spać spokojnie nie mogą, ze śmiechu. Tak to spodobało się Markowi Kondratowi, że zerżnął z prezydenta to orędowanie. Ale prezydent jest zdecydowanie lepszy. Premier określił ekskursję gruzińską jako działalność misyjną. Jak na solidnego misjonarza przystało nasz zwierzchnik mówił o wojnie. Prezydent również szybko uporał się ze zmontowaniem międzynarodowej koalicji mocarstw leżących w Pribałtykie. Z całą wielkomocarstwową litewsko-łotewsko-estońską potencją ruszył na podbój Brukseli. I tu już na starcie afront. Musiał lecieć z premierem tym samym samolotem. Całe nasze dumne i honorne prawitielstwo miało bowiem jeden nadający się do lotu samolot. Skoro nikt nie chciał do tej Brukseli lecieć paralotnią, to musieli razem. Tam jednak wszyscy liczący się przywódcy mieli inne zdanie, z którym pojechał do Moskwy prezydent Francji. Nie podzielał on bezgranicznej miłości do Gruzji. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że na miłość najlepszy jest długi spacer, zwłaszcza w deszczu. W tej Moskwie wyszło, że Francuzi mają kiepskich tłumaczy, którzy poprzednim razem źle przetłumaczyli tekst porozumienia w sprawie rozładowania konfliktu gruzińskiego i dlatego teraz Miedwiediew dał żabojadom właściwe tłumaczenie, z którego ucieszył się Sarkozy. Nasi na razie dostali eksmisję ze swojej ambasady w reprezentacyjnej dzielnicy Moskwy do peryferyjnego Ostankino.

Z dużym zadęciem w obecności naszych głów państwa Condoliza Rice podpisywała porozumienie w sprawie instalacji w Polsce amerykańskiej tarczy broniącej cały świat, w tym i Putina, przed afgańskimi talibami i Kim Dżong Ilem. Gdy premier kurtuazyjnie witał Condolizę w języku murzyńskim pan prezydent skręcał się ze śmiechu, jakby oglądał „Świat według Kiepskich”. W miarodajnych kręgach twierdzą, że śmiał się ponieważ nie zna murzyńskiego i słowa premiera źle kojarzyły mu się.

Ostatnio prezydent znowu zadziwił cały cywilizowany świat kolejną inicjatywą dyplomatyczną. Postanowił z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości zorganizować w Pałacu Namiestnikowskim wielkie balowanie na 55 głów państwa, również z pozostałymi członkami, ma się rozumieć. Bal ma poprowadzić pani Fotyga, bez wątpienia największy talent taneczny od czasów Wieniawy-Długoszowskiego. Gościom zaś należy serwować nasze narodowe potrawy i trunki: zioberka szczypane w sosie tuskanym, wassermannki na putrze, niesiołki w komorowskiej potrawce, macierkę na kaczych jajach, piski szczyglane, olszowki po łopińsku, gosiewki wałęsane. Wówczas może tych głów więcej da skusić się?

wrzesień,
Roman Małek

Spodnie Stalina

Powakacyjna sesja miejskich radników została zdominowana przez dwie kwestie. Każda na swój sposób ucieszna w przebiegu, chociaż wywołująca nieśmeszne refleksje. Inwencja twórcza radnych musi jednakowoż budzić respekt nawet najbardziej wybrednych wielbicieli kabaretowego kunsztu.

Wpierw pojawił się od lat cykliczny problem funkcjonowania rzeszowskiego MPK. Ta swoista kwadratura koła działa jak bumerang i zawsze kończy się tym samym, czyli niczym. Jednak w czasie ostatniej sesji było pewne novum. Otóż na sesyjną galerię przybyli komunikacyjni związkowcy z kamerą i dokumentowali z wykrzywionej, sufitowej perspektywy przebieg biletowej debaty. Chociaż tak naprawdę debata stoczyła się z biletowej na ocenną równię pochyłą. Prawa strona starała się sponiewierać prezydenta za jakąś tam „negocjacyjną słabość” w zmaganiach ze związkowcami MPK. W czasie poprzedniej debaty na ten temat mieli odmienną opinię. W dodatku nie podjęli nawet próby zdefiniowania tego zjawiska. Po prostu ograniczyli się do najbanalniejszej retoryki politycznej bez tworzenia wrażenia sensownego poszukiwania rozwiązania. Same obiegowe komunały o funkcjonowaniu komunikacji miejskiej wywołują już tradycyjnie uzasadnione rozbawienie obserwatorów. Jedno nie podlega dyskusji. Z problemem MPK należy coś sensownego i praktycznie efektywnego zrobić. Samo narzekanie tej kwestii nijak nie rozwiąże. Zaś zwiększanie dotacji miejskiej dla ratowania kondycji finansowej niereformowalnego przedsiębiorstwa jest działaniem Janosika po nowemu. Zabrać bogatym i biednym nie dać. Ponadto idiotyczne i puste hasło powiązania wzrostu cen biletów w wzrostem jakości usług, to mniej więcej to samo, co wymaganie od radnego Kultysta obywatelskiej mądrości i poszanowania zasad politycznej kindersztuby. Po niemal dwugodzinnym przelewaniu z pustego w próżne cała sprawa utknęła w punkcie wyjścia. Wszyscy zgodzili się, że z komunikacją nie jest dobrze. Skoro radni nie mieli pomysłu na wymyślenie komunikacyjnego prochu, problem zepchnęli do komisji. A tam niby kto zasiada? Jacyś mędrcy tego świata, czy ci sami radni? I wszystko jakoś kręci się!

Późniejsze obrady biegły już rutynowo, aż do czasu cudnej urody wystąpienia radnego Jacka Kiczka, jako żywo wyjętego z teatru absurdu. Otóż kropnął on taką inicjatywą, że najstarsi górale zgłupieli po baraniemu. Zaproponował uchwalenie przez Radę Miasta przytulenie do partnerskiego biustu Rzeszowa gruzińskiego miasta Gori. W dodatku wyglądał zupełnie trzeźwo. Domyślam się, że chodziło mu o święte oburzenie z powodu bombardowania rosyjskiego. Ale trafił, jak Amorem w teściową. Propozycja ta ma jednak urok niezwykły, jak na funkcjonariusza PiS. W Gori urodził się i spędził dzieciństwo nie byle kto, bo sam Józef Wisarionowicz Stalin. Do dziś w tym mieście jest niekwestionowanym bohaterem, niemal świętym mężem. Pomnik wielkiego Gruzina w Gori ma samych spodni Stalina coś z dziesięć metrów. Ponadto miasto ma znakomite muzeum i parę imion Wisarionowicza z różnych okazji. Wtajemniczeni twierdzą, że w tym mieście zamieszkuje liczna rodzina generalissimusa, która cieszy się wielką estymą pobratymców. Ma swoich przedstawicieli wśród najwyższych władz miejskich i nie tylko. Jeśli ta wyjątkowo ucieszna inicjatywa wesołka radzieckiego, Jacka Kiczka przyjmie się, to mam kilka propozycji programowych. Można w Rzeszowie utworzyć filię stalinowskiego muzeum z Gori, można zaprosić przedstawicieli rodziny wodza, zasiadających we władzach, na sesję panelową na temat wyższości kultury stalinowskiej nad kulturą kiczkowską, zorganizować sesję naukową na temat wyższości Jacka Kiczka nad mniejszością gruzińską w Abchazji, zakupić fajkę Stalina i kieliszek, z którego pił toast po podpisaniu układu Ribbentrop-Mołotow, wydać miejskim sumptem w skórze dzieła wybrane Józefa Stalina, w okrojonej wersji może być tylko jego wiekopomny traktat językoznawczy. Sam miłośnik Gori, radny Kiczek, powinien bez wahania kupić halabardę i pośpieszyć na odsiecz Gruzinom. Wprawdzie to nie to samo, co u hetmana Żółkiewskiego, ale zawsze coś. Ponadto jest jeszcze kilka innych miejscowości godnych inicjatywy radnika Kiczka. Swoje miejsce urodzenia mają także: inny Gruzin Ławrentij Beria, Feliks Dzierżyński, Kim Ir Sen, Mao Tse Tung, Idi Amin, Fidel Castro i paru innych. Zatem pole do poPiSu jak najbardziej spore. Nie wiem dlaczego dziwią się, że pijany traktorzysta zaorał 50 metrów drogi asfaltowej. Szczęść Boże, radny Kiczek, w tej orce!

wrzesień,
Roman Małek

Staje pytanie

Życie nie znosi próżni. Gdyby chodziło o walory Kaśki zza rzeki, czy loczków Bogusia Kotuli – to byłby pryszcz. Ale twórczość naszych wybrańców wymaga czołobitności. Nie chcem, ale muszem przyznać palmę (che, che) panu prezydentowi. I niechaj mu stoi, nie tylko pytanie.

Czarownice – w pojmowaniu Lecha Wałęsy, to nic innego jak kacze barachło, które przyprowadziło swoją trzodę pod pomnik gdańskiej Solidarności i czciło w tromtadrackim sosie rocznicę solidarnościowego sierpnia. Wynikało z oracji prezydenta Najjaśniejszej, że Wałęsy w ogóle na świecie nie było. Byli tylko Kaczyńscy i prałat. No, może jeszcze Borusewicz, chociaż ostatnio skundlony przez PO. W przyszłym roku Lech Wałęsa obiecał przyprowadzić swoich i te kacze czarownice pogonić. W ten sposób chce przerwać pisanie historii Polski przez Kurtykę et consortes. Tak mu dopomóż Bóg. Nawet najbardziej polski historyk, Anglik Norman Dawies ni cholery z tej wojny nie rozumie, chociaż bardzo stara się. A może by tak wysłać Rambo i zaaresztować prezydencką wojnę za zakłócanie pokoju? W IPN dokonali epokowego odkrycia, że porozumienia sierpniowe podpisywał Lech Kaczyński z Jarosławem Kaczyńskim, a nie jakiś tam Wałęsa, którego w ogóle nie było. Niejaki Kurtyka ma na ten temat napisać dysertację habilitacyjną.

Dać ucho – tak ideolo Brudziński posądza premiera Tuska o to, że zdradza interesy Kaczyńskich. Zamiast grzmieć na tych ruskich, mówi coś o rozsądku i śle ministra Radka w charakterze prezydenckiej przyzwoitki w gruzińską podróż. Brudziński ucha dać nie może, ponieważ ma koślawe ze względu na zwyrodniałe ukierunkowanie kaczyńskie.

Lot na Marsa – to według radnego Kopaczewskiego rozwiązywanie problemu MPK w Rzeszowie. Nie sądzę, aby Pan Antoni wiedział na czym polega trudność lotu na czerwoną planetę. Być może ma takie pojęcie, jak pewien radziecki decydent, który wysyłać chciał ekspedycję na Słońce. Gdy wyjaśnili mu, że uniemożliwia to niewyobrażalna temperatura tej olbrzymiej gwiazdy, zdecydował, że należy z tego powodu lecieć nocą, gdy Słońce nie świeci. Lot na Marsa ma się tak do problematyki MPK, jak radny Kopaczewski do Alberta Einsteina.

Rozmemłane stanowisko – definicja posła Kurskiego. Tak określił stosunek rządu do awantury gruzińskiej. Poseł nieco pomylił się semantycznie. Chociaż, jeśli spojrzeć w jego gołębie oczy, memłanie może dotyczyć wszystkiego. Durny naród kupi każdy jego drzyst. Panie pośle, memłaj pan skolko ugodno. Przyznaję panu tytuł największego memłacza IV Pospolitej. Szczęść Boże.

Staje pytanie – tak uznał prezydent Najjaśniejszej po wybuchu militarnej awantury w Gruzji. Stanąć mogą różne rzeczy. Koń dęba, pociąg, zegarek i coś tam Jaśkowi z Przydupia. Ale prezydentowi, jak na złość, stanęło akurat pytanie! W dodatku stanęło w ruskim odzieniu. Skoro stanęło, to należało koniecznie coś z tym zrobić. I prezydent zrobił, jak najbardziej. To pytanie w stanie erekcji obwiózł po Gruzji, Ukrainie, Litwie, Łotwie i Estonii. Inni nie byli specjalnie nim zainteresowani. Gdy trzasnął tym stojącym pytaniem w Unię, to takie zrobił wrażenie, że nawet Malta specjalnie tego nie zauważyła. No i to stojące pytanie wyorędował niczym Marek Kondrat w telewizorni, za przeproszeniem, publicznej. Nie wiem jak Państwu, ale mnie podobało się. Prezydent był lepszy od Kondrata.

Talibowie – zacietrzewieni ortodoksi PiS. Uważam takie określenie za komplement. Przecież Talibowie są fanatycznymi ideologami, rzeczywiście przekonanymi o swoim posłannictwie. Pisowscy ortodoksi są przekonani wyłącznie do prezesa i swojej boskości. I są nieomylni jak papież i moja teściowa. No, może jeszcze prezes od kota i Ziobro.

Wyjce PiS-u – miano nadane przez prof. Bartoszewskiego po wygłupach Kaczyńskiego w Gdańsku. Muszę przyznać, że profesor obraził sympatyczne zwierzątka zwane wyjcami. Za porównanie ich do pisowskiego hauskomanda powinny wyć wniebogłosy i mieć profesorowi za złe. Przecież one głupot nie plotą i nie mają u siebie Ziobry, Szczygły i innego Kurskiego, że o boskiej Szczypińskiej nie wspomnę. A przecież wyć każdy może, raz lepiej, raz gorzej. Jeśli to prawda, że dwór tworzy króla, to pisowskie wyjce mogą tak wyć, że po nich nawet potop nic nie da.

wrzesień,
Roman Małek

Skundlenie

Znowu skundlony partykularyzm partyjny zaważył na braku jakiejkolwiek siły przebicia naszych parlamentarzystów oraz członków rządu. W setce zadań zawartych w rządowym programie związanym z inwestycjami EURO 2012 z Podkarpacia nie ma ani jednego. Nie po raz pierwszy nasi wybrańcy nie potrafią przeforsować niczego sensownego dla naszego regionu. Zabiegi kończą się na deklaracjach. Po etapie gry wstępnej zamyka się konkluzją – matrimonium non consumatum. Czyli okazuje się, że wszyscy chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle. Wszyscy sądzili, że wejdzie do tego programu przynajmniej rozbudowa portu lotniczego w Jasionce. Jest budowa lotniska w Zielonej Górze i Modlinie, ale nie w Jasionce. Głupawe tłumaczenie prezesa związku balona kopanego Listkiewicza nie zasługuje nawet na komentarz. Myślący człowiek takich idiotyzmów nie wygłasza. To już lepiej mógł powiedzieć, że lotnisko powinno zostać wybudowane we Włoszczowie. Przynajmniej bliżej granicy z Ukrainą. Wcale nie zdziwię się, jeśli rozpocznie się budowa lotniska w Kielcach albo innym Lublinie. Panu prezesowi balonowemu popieprzyły się parkingi z lotniskami na rzecz parkingów, ma się rozumieć.

Poseł Ożóg grzmi niczym ta burza gradowa, że platforma narobiła takich politycznych i programowych głupot, że stodoła mała. A posłanka Łukacijewska zamiast, niczym ten Rejtan, stanąć przed gabinetem premiera z obnażonym biustem i nie dopuścić do podpisania haniebnego programu na EURO 2012 bez Podkarpacia, nie tylko że nie rwała szat, ale nawet guzika nie rozpięła. I jak tu można mówić o jakiejś determinacji? Pani posłanka zaś prostuje zachwaszczoną pamięć posła Ożoga, zadając proste pytanie, dlaczego jego partyjny kumpel, marszałek Cholewiński, de domo z Pysznicy oraz Prawa i Sprawiedliwości, już cały rok certoli się z przetargiem na budowę terminalu. To że nie może dogadać się ze swoimi współpracownikami nie wyjaśnia niczego. A to, co dzieje się z powołaniem spółki pod zawołaniem Port Lotniczy w Jasionce, to już prawdziwe kpiny. A przecież bez tego nie można dorwać się w żaden sposób do unijnej kasy. Trudności trudnościami, ale tu powinno, niczym w ogólnowojskowej latrynie, wreszcie zapachnieć wiosną. Powinno, ale nie pachnie, a wręcz przeciwnie, cuchnie jak cholera. A niektórzy szemrają, że nawet jeśli ktoś coś wziął, to bez przyjemności i nie można czepiać się.

Trudno nie pamiętać zdeterminowanej deklaracji koniczynkowego posła i zarazem ministra Burego. Sumitował się, że port w Jasionce stanie tak samo, jak jego rodowa siedziba. Siedziba stoi, a port Jasionka jak najbardziej jeszcze w lesie i zalatuje coraz bardziej kaktusem na dłoni. Nie słyszałem ostatnio żadnej wypowiedzi posła. Zaniemówił, z pewnością z satysfakcjonującego zadowolenia. Jedynie poseł Rynasiewicz nie traci animuszu i nadal wierzy, że tę naszą Jasionkę uda się jakoś przepchnąć przez rządowe zasieki z drutu kolczastego. Optymizm wart wsparcia, chociaż w skundlonym świecie podkarpackiej polityki będzie to raczej utrudnione. W miarę poważnie i realistycznie brzmi w tym wszystkim deklaracja wojewody Karapyty, który zachęca do tworzenia jednolitego frontu politycznego w tej sprawie, deklarując równocześnie wykorzystanie wszystkich dostępnych mu możliwości.

Na to wszystko nakłada się jeszcze informacja, że po roku 2010 Jasionka zostanie wykreślona z układu Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T. Cóż to może oznaczać? A, ni mniej ni więcej, tylko zepchnięcie naszego lotniska z grupy portów międzynarodowych, do grupy portów regionalnych. Chciałbym wierzyć zapewnieniom posła Rynasiewicza, że jest to informacja nieprawdziwa. Twierdzi on, że w 2010 do tego układu zostaną dopisane lotniska w Łodzi i Bydgoszczy, a żadne nie zostanie skreślone. Oby! Marszałkowy samorząd nie może skomunikować się sam z sobą, to niby dlaczego miałby się skomunikować z administracją rządową? Skoro prezydent demonstracyjnie chichra się z premiera, który do Condolisy Rice mówi po murzyńsku, to dlaczego Cholewiński ma być gorszy? Pewnie tak samo nie zna murzyńskiego.

wrzesień,
Roman Małek

niedziela, 12 października 2008

Kongres Polskiej Lewicy

W sobotę, 4 października, odbyło się w Warszawie II Walne Zgromadzenie Kongresu Polskiej Lewicy. To bardzo cenna inicjatywa. Skonsolisowanie rozproszonej po niesławnej pamięci rządach Leszka Millera i jego następcy na stanowisku premiera Marka Belki powinno być w obecnej chwili najważniejszym celem całego środowiska lewicowego. Sądząc po frekwencji w wypełnionej po brzegi sali mogłoby się wydawać, że tak jest. Ale czy na pewno? Otóż nie! I najdobitniejszym tego przykładem była nieobecność na Zgromadzeniu Grzegorza Napieralskiego. Jak zwykle nie znalazł czasu na zaszczycenie swoją osobą tej, wydawać by się mogło, najważniejszej dla polskiej lewicy inicjatywy. Czyżby szef SLD uważał, że środowiska lewicowe to nie on i jego partia? Trudno się temu dziwić widząc ostatnie posunięcia SLD i sojusze, które zawiera. Innymi nieobecnymi byli szefowie ZNP - Sławomir Broniarz i OPZZ - Jan Guz. Wszyscy trzej wymienieni tłumaczyli swoją niebecność innymi ważnymi obowiązkami. A cóż w obecnej sytuacji lewicy może być ważniejszego od jej konsolidacji? Czy tych "ważnych obowiązków" nie można było przesunąć o kilka godzin? Wielu zebranych przyjechało do Warszawy z oddalonych o setki kilometrów miejscowości i to w większości na własny koszt.

Na Zgromadzeniu pojawiły się osoby, których obecność w tym gronie wydaje się co najmniej dziwna. Znalazł się wsród nich "ostry jak brzytwa" Józef Oleksy. Pewnie liczy na to, że znów uda mu się "załapać" do parlamentu. Co dziwne, jego obecność nie wywołała wśród zebranych żadnej negatywnej reakcji. Mało tego, został nawet specjalnie powitany przez prowadzącego obrady prof. Pawła Bożyka.

Bogdan Gorski, przewodniczący PPS, jako jedyny z zabierających głos napiętnował wywodzących się z SLD grabaży lewicy. Jak w trakcie tej wypowiedzi musiał czuć się zasiadający w prezydium, były sekretarz generalny SLD, Marek Dyduch, którego podstawowym obowiązkiem było strzeżenie linii programowej? Sądzę, że dobrze bo i on też potępiał w wystąpieniu swoich dawnych kolegów a zapewne z wrodzonej skromności pominął siebie.

Jaka przyszłość czeka KPL? Jakie są perspektywy rozwoju? Takie pytania zapewne zadawali sobie uczestnicy Zgromadzenia. Pora więc dać na nie odpowiedź. Moim zdaniem przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach. Średni wiek zebranych zapewne przekraczał 60 lat. Dominowali ludzie, którzy określani są mianem "sierot po PRL." Nie wiem czy na sali znalazło się kilkanaście osób poniżej 30 lat. Gdzie więc są ci młodzi, którzy powinni być przyszłością lewicy? Bez nich nie mamy szans na zaistnienie na scenie politycznej. Czy lewica zaniknie wraz z uczestnikami Zgromadzenia? Jeżeli lewica chce przetrwać musi znaleźć drogę do młodzieży. Do tych wszystkich, którzy chcą lepszego życia we własnym kraju a nie w Anglii, Niemczech czy Irlandii. Do nich powinna być skierowana linia programowa lewicy. To ludzi młodych trzeba wyrwać z marazmu i pokazać inną drogę niż ta, którą każą im iść katecheci. Drogę inną niż ta, na którą kieruje ich PiS i PO. I taki powinien być główny cel kampanii propagandowej KPL

Krzysztof Tinc

niedziela, 28 września 2008

Komentarz do Tez Kongresu Porozumienia Lewicy.


Z uwagą przeczytałem Tezy Kongresu Porozumienia Lewicy. Jestem niezmiernie zadowolony, że wreszcie po okresie, mam nadzieję już zakończonym, podziałów polska lewica rozpoczęła proces łączenia. Wielce to chwalebne i pocieszające. Wszak hasło „w jedności siła” pozostaje ciągle aktualne. Należy mieć nadzieję, że proces konsolidacji lewicy nie został zakończony a to co się stało jest zaledwie początkiem wielkiego procesu, do którego włączą się nie tylko organizacje związkowe zrzeszone w OPZZ ale również inne związki branżowe, dla których priorytetem są interesy ludzi pracy najemnej a nie wielki biznes jak ma to miejsce w przypadku Solidarności. Z procesu tego należy wyłączyć takie ugrupowania „lewicowe” jak na przykład założone przez niesławnej pamięci grabarza lewicy L. Millera

Tezy wytyczają główne kierunki działanie KPL zgodne z jego lewicowym charakterem. Są one, jak rozumiem, szkieletem programu lewicy na nadchodzące wybory. Brak w nich jednak mocniejszego nacisku na świecki charakter państwa. Zgadzam się, że antyklerykalizm nie może być głównym celem działania. Należy jednak z cała mocą podkreślać fakt występowania nadmiernych przywilejów finansowych kościoła katolickiego. Dotowanie kościoła z funduszy społecznych pochodzących z budżetu centralnego jak i budżetów samorządowych (słynne przekazywanie gruntów i nieruchomości za 1% ich wartości) powoduje utratę ogromnych, liczonych w miliardy złotych rocznie, środków finansowych istotnych dla całej gospodarki. Utrata tych środków powoduje, że zmniejszają się nakłady na opiekę społeczną, służbę zdrowia, edukację, bezpieczeństwo, kulturę sport itp.

W tezach znalazł się zapis o przyszłych emerytach – i bardzo słusznie. Ale co z obecnymi emerytami? Ich dola nie może pozostać obojętna. Można wprowadzić postulat, że emerytury i renty nie przekraczające np. 40% średniej krajowej powinny być zwolnione z podatku.

Słabo została zaakcentowana konieczność odzyskania mediów publicznych z rąk zarządów pochodzących z nadania PiS. Zarządzająca nimi ekipa niszczy a pełną determinacją wizerunek lewicy, której przedstawiciele nie są w niej obecni. Dominują w niej tendencyjne, zakłamujące historię powojennego 45-lecia programy prezentujące poglądy PiS. Kanał TVP Historia jest tego najjaskrawszym przykładem.

Mocniej należy prezentować uwikłanie władz Solidarności w układy biznesowe. Jej czołowi przywódcy zasiadają w radach nadzorczych spółek skarbu państwa (szczególnie w przemyśle stoczniowym i górnictwie) lub uwłaszczyli się na spółkach utworzonych przez Solidarność. Zajęci robieniem pieniędzy przywódcy Solidarności akceptują zmiany w Kodeksie Pracy ograniczające prawa pracownicze.

Trzeba również podkreślać, że zainstalowanie amerykańskiej tarczy antyrakietowej będzie ograniczało suwerenność Polski. Nie tylko zgodzimy się na fizyczne przekazanie części naszego terytorium obcemu krajowi, co jest niezgodne z Konstytucja, ale również pozwolimy na niczym nieskrępowane działanie jego służb wywiadowczych i kontrwywiadowczych. USA nie powierzą przecież ochrony swoich obiektów militarnych harcerzom z utworzonych przez Macierewicza służb.

To tyle moich uwag na temat, moim zdaniem bardzo dobrego zarysu programu Kongresu Porozumienia Lewicy.

Krzysztof Tinc